Rozmowa
Alina Janowska i Michał Zabłocki w 2008 roku (Jan Bielecki/East News)
Alina Janowska i Michał Zabłocki w 2008 roku (Jan Bielecki/East News)

Spodziewaliście się z Czesławem nagrody publiczności w Opolu?

Niczego się nie spodziewaliśmy, za wyjątkiem może naszego gitarzysty Tomka Banasia, który na próbie powiedział: "Słuchajcie, moim zdaniem może się zdarzyć wszystko". Byliśmy więc nastawieni na to, że może się zdarzyć wszystko, na przykład dźwiękowo i ćwiczyliśmy "Ławeczkę" w różnych okolicznościach, także z wyłączonym podkładem. Ale żeby aż nagroda publiczności?

Gdy wychodziliśmy na scenę w Opolu posłuchać werdyktu, nie powiedziano nam, że potem będziemy wychodzili raz jeszcze. Myśleliśmy, że jest po wszystkim. Moja siedmioletnia córka przyszła do mnie za kulisami, przytuliła się i powiedziała: "tato, przegraliśmy", a ja jej odpowiedziałem, żeby nie płakała, bo przecież jesteśmy szermierzami i umiemy przegrywać. Wszyscy byliśmy pewni, że już jest po wszystkim, więc gdy ogłoszono, że zdobyliśmy nagrodę publiczności i kazano nam wyjść drugi raz, muzycy byli już rozebrani w garderobie. Nawet nie podpięto nam odsłuchu.

Ale zaśpiewaliście!

Nie do końca idealnie.

 

Czy to jest tak, że pisząc przepiękne teksty dla Grzegorza Turnaua, Czesława Mozila, Agnieszki Chrzanowskiej, czy Ani Rusowicz, też chciał pan śpiewać, tylko czekał na odpowiedni moment?

Nigdy nie chciałem śpiewać, zawsze się przed tym broniłem rękami i nogami. Co prawda w szkole podstawowej śpiewałem w chórze, a potem także występowałem na scenie, ale szybko mi przeszło. Może trochę dlatego, że nie przejawiałem specjalnych talentów  instrumentalnych, a kiedyś jak ktoś nie grał na fortepianie, to jego występy wokalne z góry skazywano na niepowodzenie. Ale tak się złożyło, że los wymusił na mnie śpiewanie.

Los?

Zaczęło się od tomiku poświęconego mamie pt. "Janowska". Powstawał jeszcze za jej życia, ale kontakt był z nią już wtedy bardzo ograniczony, bo chorowała na Alzheimera. Napisałem o niej 33 wiersze, trochę jak opowieść biograficzną. Tacie bardzo się spodobały i powiedział, że po śmierci też chciałby takie mieć. Gdy zmarł, zabrałem się za pisanie o nim i tak w zeszłym roku powstał tomik "Ojcze nasz. 33 wiersze o moim tacie". Janek Rostworowski, krakowski didżej, napisał do nich muzykę i w ten sposób powstał projekt "Ojcowizna". Mieliśmy zamówienie na występ na Festiwalu Miłosza, więc musieliśmy go zagrać, ale wykonania nie mogłem powierzyć ani żadnemu aktorowi, ani piosenkarzowi, bo to było zbyt osobiste. Więc się przełamałem i wystąpiłem sam. Z rozpędu wykonałem też "Janowską" z okazji 100-lecia urodzin mamy, a idąc za ciosem nagrałem singiel "Drzemy koty". A teraz "Ławeczkę" z Czesławem. No i poszło.

85. urodziny Aliny Janowskiej, 2008 rok. Na zdjęciu: Michał Zabłocki, Alina Janowska i Wojciech Zabłocki (Tricolors/East News)

"Chodźmy na ławeczkę, posiedzimy sobie tam troszeczkę, jak z człowiekiem człowiek". Okazuje się, że piosenka o przyjaźni i pielęgnowaniu relacji bardzo się publiczności spodobała.

Oczywiście to metafora, bo ławeczka może stanąć wszędzie. Chodzi o usługi lecznicze, jakie świadczymy sobie wzajemnie z przyjaciółmi, bez zalegania na otomankach psychoterapeutów. Dla mnie samego przyjaźń jest bardzo ważna - lata temu zaprzyjaźniłem się na przykład z Piotrem Skrzyneckim, który zawsze mawiał: "Musimy wymyśleć jakiś projekt, żebyśmy mogli się spotykać".  I tak  w zawodach artystycznych jest, że aby być z kimś, na kim nam zależy, dobrze mieć coś konkretnego, co będziemy robić razem. Relacja ma wtedy głębszy wymiar. I ja to właśnie praktykuję. Także z Czesławem.

Ma to oczywiście swoje dobre strony, ale także i gorsze, bo stosunki zawodowe często przerywają przyjaźń. Dlatego najbezpieczniejsza jednak jest przyjaźń poza pracą, z ludźmi, którzy uprawiają inne zawody. Możemy sobie wtedy poopowiadać o sprawach z różnych światów.

Przyjaźń jest dla pana ważna?

Bardzo. Mam jednego prawdziwego, sprawdzonego przyjaciela od czasów liceum, Piotra Ciacka. Nasza przyjaźń sprawdziła się w różnych trudnych sytuacjach i wiele dla mnie znaczy. Zdarzają mi się też przyjaźnie takie jak z Czesławem, z którym znamy się od 20 lat. Nie widujemy się aż tak często i rzadko zwierzamy z osobistych rzeczy, ale to owocna przyjaźń.

Gdy życie się wali, a moje waliło się kilkakrotnie, zawsze zwracałem się po pomoc do przyjaciół.

Michał Zabłocki (Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Kiedy na przykład?

Na przykład podczas choroby rodziców. Najpierw długo chorowała moja mama, potem odszedł mój ojciec. Chociaż wydaje mi się, takie dzielenie się doświadczeniem jest bardziej powszechne w przypadku kobiet. My mężczyźni mamy tendencję do chowania w sobie wielu rzeczy. Może dlatego "Ławeczka" będzie miała większą misję wśród mężczyzn?

Pan jako poeta nie ma chyba zbytnich kłopotów z mówieniem o emocjach? No właśnie – czy z bycia poetą można się utrzymać?

Ciężko. Moim zawodem od wielu lat jest pisanie tekstów piosenek. Od momentu, kiedy porzuciłem reżyserię, właśnie tym się param.

Reżyserię? Czytałam, że skończył pan polonistykę.

Tak, na Uniwersytecie Warszawskim. Potem jednak poszedłem na reżyserię do szkoły filmowej w Łodzi. Ale tego wydziału nie skończyłem i dyplomu nie zrobiłem do tej pory. Poszedłem prostu do zawodu, do reklamy.

Miotał się pan między pisaniem a reżyserowaniem?

Przez niemal 10 lat reżyserowałem filmy reklamowe i teledyski. Nigdy nie sięgnąłem po fabułę. Interesowały mnie małe formy, wydawało mi się, że duża by mnie przerosła. Nie czułem się na tyle mocny, żeby się nią zmierzyć w warunkach produkcyjnych lat 90. Odstraszały mnie też seriale. Aż w końcu całkowicie się rozmyśliłem, bo uznałem że mój pomysł na reżyserię był niepokojąco związany ze mną samym, to znaczy najchętniej reżyserowałbym siebie. Wtedy to było niemożliwe, ale dzisiaj już tak. W pewnym sensie reżyseruję siebie na scenie i kto wie, czy to nie jest właśnie to o co zawsze chodziło, ale wtedy nie za bardzo zdawałem sobie z tego sprawę. 

Wiedziałem, że na pewno nie sprawdzę się w teatrze, więc wybrałem filmy reklamowe, ale okazało się, że też nie do końca mi o to chodzi, więc zawiesiłem reżyserię całkiem na kołku.

Michał Zabłocki w teatrze, 2002 rok (Andrzej Bogacz / Agencja Wyborcza.pl)

A może po prostu okazało się, że niedaleko pada jabłko od jabłoni i że nie ucieknie pan od występowania na scenie?

Można to i tak ująć. Można też inaczej - że gdzieś we mnie to tkwiło, tylko przeoczyłem to z chęci samostanowienia. I ze sprzeciwu wobec dominującego wpływu najbliższych. Oboje rodzice byli wybitnymi osobowościami. Nic dziwnego, że uciekałem przed aktorstwem.

Na złość mamie?

Mama zawsze powtarzała, że widzi mnie na scenie. Uważała, że powinienem zostać aktorem, ale ja tego nie chciałem. Nie miałem wtedy nic od siebie do powiedzenia na scenie i musiałbym odtwarzać rzeczy cudze, a to było dla mnie nie do przejścia.

Od lat podziwiałam pana jako autora piosenek i dopiero całkiem niedawno dowiedziałam się, że jest pan synem aktorki Aliny Janowskiej i mistrza olimpijskiego w szermierce Wojciecha Zabłockiego. Wytrwale pracował pan na swoje nazwisko i niespecjalnie się pan chwali rodzicami.

Uważam, że mam prawo żyć po swojemu. Przyznam pani, że czasem mama bardzo mnie drażniła. Niestety, w rodzicach jak przez szkło powiększające widzimy to, co nas szczególnie denerwuje i nie chcemy tego powielać. A potem oczywiście wiele rzeczy sami robimy źle, co z kolei wytykają nam nasze dzieci. Oczywiście nie doceniamy też ważnych rzeczy w relacjach z rodzicami, tego organicznego podobieństwa, które istnieje wbrew naszym chęciom.

Dużo czasu zajęło mi godzenie się z tą rzeczywistością synowską i teraz w zasadzie jest mi to obojętne. To moje i tyle. Myślę, że takie spojrzenie jest najzdrowsze. Często, gdy słyszę: "jesteś taki jak mama", w czym nie ma nic złego, macham ręką. Trudno, może i dobrze.

Alina Janowska, 2007 rok (Paweł Kozioł / Agencja Wyborcza.pl)
Zobacz wideo Rolnik spod Bydgoszczy codziennie włącza krowom radio

Co to za podobieństwa?

Dotyczące ruchu, min, gestów czy też po prostu fizyczności. A także poczucia humoru, które zostało wypracowane we wspólnych rodzinnych bojach. To samo mówią mi ci, którzy znali ojca. Ostatnio wróciłem do uprawiania szermierki, ale dawniej, kiedy jeszcze ćwiczyliśmy razem, po prostu było widać, że mamy bardzo podobne ruchy.

Mój ojciec był w swoich czasach popularny niczym dla nas teraz Adam Małysz, czy Iga Świątek. Był celebrytą sportu, wszyscy go znali. Z kolei mama była gwiazdą telewizji i też była bardzo popularna. Poznali się na jakimś raucie, podobno w ambasadzie włoskiej. Oboje byli po rozwodach i szukali nowych miłości. Mama uznała, że Wojciech Zabłocki jest doskonałym materiałem na męża i zaprosiła go do kina, a potem on ją zaprosił na swoje zawody. I tak się zaczęło.

Jakim był pan dzieckiem?

Wydawało mi się, że grzecznym i przykładnym, ale mój brat niedawno powiedział, że wcale nie. Wie lepiej, bo jest ode mnie starszy i mówi, że było ze mną bardzo dużo problemów. Zawsze wszystko wiedziałem lepiej i na wszystko miałem swój pomysł.

Poza tym byłem zawsze bardzo złośliwy, co wiele osób wyrzuciło mi po latach. Kpiarski ton, który był obecny w moim domu, bo  jako dzieci z rodzicami się przekomarzaliśmy, przenosiłem dalej. Nie widziałem, że inni są mniej impregnowani na takie poczucie humoru, które zresztą mam do dzisiaj. Tata mawiał tak: "Michowy zawsze mówi nie, a potem się zastanawia i mówi tak". Rzeczywiście tak było. 

Wychowałem się w wielopokoleniowej rodzinie z babcią, która była bardzo czuła na punkcie szacunku wobec starszych. Pilnuję teraz tego u moich dzieci. Ważne było odpowiednie zachowanie przy stole i gramatyczne mówienie, czyli takie rzeczy bardzo mieszczańskie. Choć moja rodzina z mieszczaństwem nie miała wiele wspólnego. Dziadek od strony mamy był profesorem rolnictwa i zakładał szkoły rolnicze. Ten ze strony ojca był z kolei inżynierem i wynalazcą w dziedzinie oświetlenia. 

Michał Zabłocki przekazał do Muzeum Powstania Warszawskiego pamiętnik mamy (Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Wspomniał pan, że pana rodzice byli wyjątkowymi jednostkami.

Tata był bardzo delikatnej konstrukcji psychofizycznej. Życie z nim nie stanowiło wielkiego problemu. Mama była despotyczna, miała mocny charakter i to sprawiało czasem problemy. Pozostawaliśmy w serdecznym kontakcie, ale nie było między nami takiej chemii, jak między mną a ojcem. Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy zachorowała. Z Alzheimerem radziliśmy sobie śmiechem. I w końcu staliśmy się sobie bliżsi.

Choroba mamy była czymś w rodzaju katalizatora. Dzięki niej wiele spraw między nami się wyprostowało. Nabraliśmy do siebie zaufania, zapomnieliśmy o różnych wcześniejszych perturbacjach. Bariera, którą stawiała wcześniej, mówiąc, że jest samowystarczalna i że nie chce, by ktoś jej pomagał, nagle zniknęła. Ja byłem zmuszony nią się zająć, a ona – przyjąć tę pomoc. Nie było innej rady. Choroba zdała mamę na nas i ją zmiękczyła. I dopiero wtedy tak naprawdę stało się możliwe zadzierzgnięcie bliższej relacji. Relacji opartej na zaufaniu i umiejętności rozmowy o wszystkim, o czym wcześniej się nie mówiło.

Gdy bronisz się przed pomocą bliskich, to niszczysz więzi. U mamy wynikało to oczywiście z pobudek pozytywnych, nie chciała nas obciążać swoimi sprawami. Ale przy okazji zbudowała mur.

Aż musiała ustąpić?

W czasie choroby to stopniowo znikało i zniknęła też bariera między nami. Nasze relacje paradoksalnie bardzo się poprawiły. Sytuacja zdrowotna mamy była coraz gorsza, a nasze stosunki były coraz lepsze, bo mama w końcu przestała się bronić przed pomocą.

To był dla mnie czas bardzo trudny, ale i bardzo pouczający. Dotarło do mnie, że życie nie składa się tylko ze świetlanych momentów, ale także ciężkich. I że te ciężkie są często najpiękniejsze.

Pana mama siedząc sobie na ławeczce gdzieś tam u góry, może grzmi: A mówiłam ci Misiu, że kiedyś będziesz występował. Jak pan sądzi?

Mam świadomość, że po latach muszę się pokajać i powiedzieć: Mamo, miałaś rację. Pewne rzeczy w swoim buncie przeoczyłem, ale na szczęście wróciłem do nich w odpowiednim momencie. 

Z kim wybiera się pan teraz na ławeczkę?

W najbliższym czasie na ławeczkach będę siadał zawodowo. Na pewno z Czesławem. Gdy już dojdziemy do ładu z materiałem, będziemy występować w duecie. Potem z Arturem Malikiem, z którym będziemy, co możemy z naszymi utworami zrobić od strony muzycznej. Potem z kolejnymi współpracownikami, którzy już się stali, albo szybko staną się moimi przyjaciółmi.

A potem ławeczki z rodziną: z moją starszą córką Urszulą, z którą mamy ławeczki telefoniczne, bo teraz mieszka w Suwałkach, a więc daleko ode mnie. Z siostrami Kasią i Agatą, też niestety tylko telefonicznie, bo mieszkają w Stanach. I z bratem Marcinem, z którym ostatnio ławeczkowaliśmy częściej niż kiedykolwiek, bo przeżywał trudne chwile. Czeka mnie też ławeczka z Piotrem. Musimy omówić wszystko, co najciekawsze z ostatnich tygodni. 

Wreszcie usiądę na ławeczce z moją żoną, żebyśmy mogli wszystko to upchnąć w kalendarzu. Żona żartuje, że wychodziła za poetę, a teraz ma w domu piosenkarza, więc mogłaby wystąpić o unieważnienie małżeństwa. Przy tych rozmowach będzie mi więc potrzebna pewna ławeczkowa dyplomacja.

Michał Zabłocki. Ukończył polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim i reżyserię w łódzkiej filmówce. Poeta, autor tekstów dla Czesława Mozila, Agnieszki Chrzanowskiej, Ani Rusowicz i Grzegorza Turnaua. Jest synem aktorki Aliny Janowskiej i Wojciecha Zabłockiego, architekta oraz trzykrotnego medalisty olimpijskiego w szermierce. Mieszka w Krakowie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z fascynującymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów. Prowadzi talk-show "Domowy kryminał" w telewizji Active Family.