Rozmowa
Emil Karewicz (Małgorzata Kujawka / Agencja Wyborcza.pl)
Emil Karewicz (Małgorzata Kujawka / Agencja Wyborcza.pl)

18 marca mijają dwa lata od śmierci pańskiego ojca Emila Karewicza. Widzowie znają go z filmu – starsi pamiętają go zwłaszcza z roli Brunnera w "Stawce większej niż życie" czy Władysława Jagiełły z "Krzyżaków". A ja chciałam się dowiedzieć, jaki był prywatnie.

Nasza relacja była przyjacielska – niczym dwóch kumpli, którzy sobie ufają, lubią się i kochają. Tatę cechowały niezwykła wrażliwość i spokój. Ani ja, ani siostra nigdy nie dostaliśmy od żadnego z rodziców nawet klapsa. Jednak jak narozrabiałem, to zawsze następował moment, od którego włosy na karku mi się jeżyły. Tata zapraszał mnie do siebie do pokoju, zamykał drzwi i zaczynał "sobie przygrywać", to znaczy stosował różne metody aktorskie. Żeby wykład, który dawał, nabrał odpowiedniego charakteru, żeby wybrzmiała groza i dramaturgia sytuacji. Po takiej pogadance wychowawczej wychodziłem z pokoju kompletnie odmieniony.

Dawał też panu wskazówki, jak się zachowywać?

Nie, ja po prostu patrzyłem na tatę i go naśladowałem. Był człowiekiem dobrze wychowanym, uczciwym, eleganckim, kulturalnym, wykształconym, sprawiedliwym, uczynnym i empatycznym.

Zawsze okazywał mamie szacunek i miłość. Był dżentelmenem, nie tylko w kontakcie z kobietami. Na ulicy zwykle go rozpoznawano, każdy chciał podejść, porozmawiać. Tata zawsze był spokojny i miły, nigdy opryskliwy. Starał się nawiązać kontakt i pozostawić po sobie dobre wrażenie.

A przecież cenił sobie spokój i domowe pielesze. Niechętnie wychodził. Nie był celebrytą, był aktorem, a praca stanowiła jego hobby. Nie lubił szumu wokół siebie, nie szukał poklasku. Oczywiście cieszył się, jak dostawał brawa po spektaklu, ale kompletnie nie zależało mu na tym całym blichtrze.

Krzysztof Karewicz i Emil Karewicz (Anna Przybysz)

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Pewnie wielokrotnie był pan świadkiem dowodów sympatii, na przykład przypadkowych przechodniów?

Wyglądało to tak: idziemy z tatą ulicą, podchodzą pan z panią i mówią: "Dzień dobry, Emilku". Tak jakby się ze sto lat znali. Oczywiście się nie znali, ale tata się nie obrażał. Byli też tacy, którzy od razu podchodzili z karteczkami i prośbą o autograf. I uściskiem dłoni przekazywali tacie swoje wyrazy uznania. To zdarzało się czy w centrum Warszawy, czy w miejscowym urzędzie, czy na wakacjach. Tata zawsze i wszędzie był rozpoznawany, czułem też, że jest przez ludzi lubiany, a wręcz kochany. Widziałem, że było mu miło, chociaż troszkę może był skrępowany.

Zdawał pan sobie wtedy sprawę, że pański ojciec to bardzo znany aktor?

Wiedziałem o tym, ponieważ od najmłodszych lat często zabierał mnie ze sobą do teatru. On grał, a ja oglądałem przedstawienie zza kulis. Rosłem wraz z jego popularnością i właściwie do niej przywykłem. Reszta rodziny również, więc specjalnego wrażenia to na nas nie robiło.

Jednak w liceum plastycznym zauważyłem, że wobec mnie były większe wymagania niż wobec innych uczniów. Zarówno pod względem zachowania, jak i nauki. Było to dla mnie pewne obciążenie.

To znaczy?

Miałem świadomość, że jestem obserwowany. Że nosząc nazwisko Karewicz, nie mogę zrobić czegoś głupiego, co by sprawiło, że ojciec będzie się mnie wstydził. Wiedziałem, że nie mogłem się skompromitować publicznie, bo skompromitowałbym jednocześnie ojca. Na przykład gdybym się upił i wdał w jakąś burdę. Pilnowałem się. Nawet jeżeli się tęgo napiłem, to w kameralnym gronie i w dobrym towarzystwie. I nie rozrabiałem.

Emil Karewicz na Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach, 2004 rok (Sebastian Wołosz / Agencja Wyborcza.pl)

Czyli dobre wychowanie przyniosło efekty.

Najwyraźniej. Z czasem widzę między nami coraz więcej podobieństw. Mamy podobne, sarkastyczne, angielskie poczucie humoru, a nawet sposób chodzenia i głos. Gdy na przykład filmowcy dzwonili do taty z propozycjami zawodowymi i ja odbierałem, to myśleli, że to on.

Zdarzało się, że się pan pod niego podszywał?

Jakoś nie przyszło mi to do głowy. Choć pewnie tata by się nie pogniewał. Sam świetnie opowiadał dowcipy.

Jak siostra czy ja zrobiliśmy coś nie tak, a potem krętaczyliśmy i staraliśmy się to zatuszować, udając, że nic się nie stało, tata zawsze mówił: "Stołek połamiesz, a dźwięku nie dobierzesz". Wynikało to z żartu, który mogę w sumie pani opowiedzieć: na przyjęcie u generałowej przychodzi zalotnik, ledwo tańczy i ledwo oddycha, ale się umizguje. W pewnym momencie puścił bąka. Gdy zorientował się, że wszyscy to usłyszeli, i zrobiło się zamieszanie, zaczął krzesłem, na którym siedział, szurać po podłodze i udawać, że ten odgłos pochodził z krzesła. Na to pani generałowa mówi: "Meble pan połamie, a dźwięku nie dobierze". Przywołując to powiedzonko, tata od razu dawał nam do zrozumienia, że nas przejrzał.

Jego dzieciństwo nie było łatwe.

Gdy miał siedem lat, jego rodzice się rozstali. Zamieszkał z mamą w Wilnie. Babcia była bardzo wierząca, więc w latach 30. został ministrantem w wileńskiej parafii. Opowiadał mi, że po tamtejszej rzece Wilii pływały drewniane tratwy i razem z kolegami przeskakiwali z tratwy na tratwę. Jak nie udawało im się wskoczyć, wpadali do wody. Zabawa polegała na tym, żeby jak najszybciej wgramolić się z powrotem.

W domu nie było wesoło, brakowało pieniędzy, ale tata jeśli już wspominał dzieciństwo i młodość, to raczej opowiadał o tych radośniejszych przeżyciach. Nigdy się nad sobą nie rozczulał. Był bardzo pogodnym człowiekiem.

Krzysztof Karewicz, tak jak jego ojciec Emil Karewicz, lubi rzeźbić i fotografować (Henryk Górski)

Myśli pan, że choć się nad sobą nie rozczulał, to trudne przeżycia go zahartowały?

Jestem pewien. Tata był silny, pracowity i wytrwały. W 1940 roku zaczął bezpłatny staż w Teatrze Małym w Wilnie. Po rozwiązaniu teatru, pod koniec 1941 roku, podjął przymusową pracę w niemieckiej firmie transportowej i woził drewno. Chciał uniknąć wywiezienia na roboty do III Rzeszy. Pod koniec wojny został aresztowany, a potem przewieziony do Białegostoku. Tam wcielono go do kompanii strzeleckiej 2. Armii Wojska Polskiego, z którą przewędrował całą Polskę i dotarł aż do Berlina.

Wojenne przeżycia ukształtowały nie tylko jego hart ducha, wytrzymałość i pewnego rodzaju upór, ale także niełatwy momentami charakter. Objawiał się on w kontaktach z kolegami w teatrze, na scenie i na planie. Miał swoje zdanie, nie lubił obłudy, krętactwa i matactwa. Jak coś było nie tak, od razu reagował, w związku z czym nie cieszył się ogromną sympatią towarzystwa aktorskiego.

A jak to się w ogóle stało, że został aktorem?

Zawsze o tym marzył. Jeszcze jak był małym chłopcem, brał udział w inscenizacjach szkolnych i kościelnych. Zawsze pociągało go granie. W wojsku został szefem kółka artystycznego, a po wojnie zatrudnił się w gdańskim Teatrze Wybrzeże, gdzie debiutował rolą kelnera. Grał w znakomitych teatrach: im. Stefana Jaracza w Łodzi, w Teatrze Polskim w Poznaniu oraz w Ateneum i Dramatycznym w Warszawie. I w końcu dopiął swego. Został znanym aktorem serialowym i filmowym.

Bardzo poważnie traktował swój zawód, wiele od siebie wymagał. Do ról przygotowywał się niezwykle skrzętnie. Zamykał się w swoim pokoiku, a my z siostrą musieliśmy być cicho, bo tata pracował nad scenariuszem.

A potem, już po premierze, zawsze miał do siebie mnóstwo zastrzeżeń.

Emil Karewicz na planie filmu 'Dzień ojca', 2001 rok (Beata Kitowska / Agencja Wyborcza.pl)

Jakich?

Mówił, że zagrałby to inaczej, lepiej.

Ale praca taty nie dominowała naszego życia rodzinnego. Nasz dom był normalnym domem, a tata nie był egocentrykiem. Kiedy przychodził z teatru czy przyjeżdżał z planu filmowego, to my już spaliśmy.

Gdy w 2015 roku przeszedł na emeryturę, chwilami bywał smutny. Mówił, że o nim zapomnieli, i ubolewał, że nikt nie odkrył w nim talentu komediowego.

Przestrzegał swoje dzieci przed "pójściem w aktorstwo"?

Nic nam nie sugerował. Tata rysował i ponieważ ja przejąłem od niego ten talent, bardzo mi w malowaniu sekundował. Po liceum zdawałem i do szkoły teatralnej, i na Akademię Sztuk Pięknych. Chodziłem na egzaminy na obie uczelnie. Gdy w pewnym momencie pory egzaminów zaczęły się nakładać i musiałem wybrać, mama powiedziała: "Synku, chyba jeden aktor w domu wystarczy". I tym pchnęła mnie lekko w kierunku Akademii Sztuk Pięknych.

Czytałam, że kiedy Emil Karewicz pracował w teatrze, rysował karykatury kolegów i tym dorabiał do gaży aktorskiej. Malował też z pamięci pejzaże Wilna.

Niektóre z tych karykatur wisiały u nas w domu. Na wszystkich scenariuszach, które tata czytał, robił szkice i malował pejzaże. Z papier mâché wykonywał główki postaci z filmów animowanych. Nakładaliśmy je na palce i odgrywaliśmy w domu wspólne przedstawienia.

Ja, tak jak tata, bardzo lubię robić zdjęcia i staram się to robić dobrze. Lubię rysować i malować. Tata rzeźbił, ja rzeźbię. Tata łowił ryby, ja łowię. Rzeźbił w lipie, a właściwie więcej magazynował odpowiednie kawałki drewna do rzeźbienia, niż w nich rzeźbił, bo po prostu nie miał czasu. Ale zapasy materiałów i narzędzia zostały dla mnie.

Stanisław Mikulski, czyli serialowy Hans Kloss i Emil Karewicz, czyli Hermann Brunner w 2004 roku (Przemysław Skrzydło / Agencja Wyborcza.pl)

Często wspominał swoją młodość?

Tata był człowiekiem skrytym. Niewiele nam o sobie opowiadał. Dużo więcej dowiedziałem się z jego autobiografii "Moje trzy po trzy", która ukazała się w 2013 roku. Chociażby tego, że mama była jego trzecią żoną.

Było to jakieś cztery lata temu, bo wtedy po tę książkę sięgnąłem. Wcześniej nie miałem o tym zielonego pojęcia. Tata nigdy mi o swoich poprzednich żonach nie opowiadał. Nawiązałem wtedy kontakt z moją przyrodnią siostrą Sylwią i sporadycznie go utrzymywaliśmy. Jednak po śmierci taty się urwał.

Miał pan wówczas do niego pretensje?

Skąd! Po prostu przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Rozmawialiśmy o tej książce wielokrotnie, ale temat żon się nie pojawił. Gdy ożenił się z moją mamą, a potem ja i siostra Małgorzata przyszliśmy na świat, zaczął wieść spokojne, rodzinne życie. W połowie lat 70. zamieszkaliśmy w Aninie, w domu z ogrodem. Tata bardzo kochał ten ogród. Na emeryturze sporo czasu spędzał, przesadzając krzewy i drzewa.

Mama nie pracowała zawodowo, zajmowała się domem, nami i tatą. Moi rodzice byli małżeństwem od 1950 do 2012 roku, czyli do śmierci mamy.

Proszę opowiedzieć, jak się poznali?

Mama opowiadała mi, że na pochodzie pierwszomajowym. Pracowali wtedy w tym samym Teatrze Jaracza w Łodzi – mama w administracji, a tata na scenie. Na tym pochodzie szli obok siebie i nagle spontanicznie wzięli się za ręce. Potem zostali narzeczeństwem i wzięli ślub. W 1953 roku ja przyszedłem na świat, a pięć lat później moja siostra.

Zresztą ja też jestem z żoną już 43 lata.

Bo pan jest podobny do ojca, już to ustaliliśmy.

Właśnie! Wszyscy moi koledzy już się zdążyli rozwieść i mają młodsze żony. A ja mam cały czas tę samą.

Emil Karewicz w spektaklu 'Chłopcy', 2005 rok (Dariusz Kulesza / Agencja Wyborcza.pl)

Jakim małżeństwem byli pańscy rodzice?

Dobrym, kochającym się. Oczywiście, jak w każdym związku bywały nieporozumienia, ale drobne i nie trwały długo.

Choć wielbicielek mój tata miał mnóstwo. Listy miłosne do niego słały, pod domem wystawało mnóstwo tych dzierlatek. Ale tata jakoś niespecjalnie był nimi zainteresowany. Mama reagowała na to wszystko nadzwyczaj spokojnie. Często nawet odpisywała tym wielbicielkom w imieniu taty.

"Jestem żonaty, mam dzieci i ogródek, więc proszę nie zawracać mi głowy"?

Tego nie wiem, ale domyślam się, że na pewno nie było w tych listach zachęty do następnych wizyt.

Tata bardzo śmierć mamy przeżył. Płakał, co mu się nie zdarzało wcześniej, zawsze był opanowany, silny. Wtedy zamknął się w sobie, ale nie był samotny, miał nas. Moja siostra przecież mieszkała w naszym rodzinnym domu, a ja, nawet jak wyjechałem do Wielkiej Brytanii, to dwa razy dziennie rozmawialiśmy przez Skype’a. Jak byłem w Polsce, nawet na kilka dni, to nie zdarzyło się, żebym nie znalazł czasu na spotkanie z tatą.

Emil Karewicz na Jeziorze Białym. Aktor lubił wędkować (Henryk Górski)

Czy pana tata miał poczucie zaszufladkowania?

"Stawka większa niż życie" zaczęła się od sztuki teatralnej, a dopiero potem powstał z niej serial telewizyjny. Wtedy to poczucie zaszufladkowania na chwilę go dopadło, bał się łatki Brunnera. Ale gdy okazało się, że nadal dostaje ciekawe propozycje, te obawy zniknęły.

Ja szczególnie lubię go w "Kanale" Andrzeja Wajdy czy jako Jagiełłę w "Krzyżakach". Choć rzeczywiście znakomicie sprawdzał się w roli gestapowca. Nawet niemiecka wytwórnia DEFA zapraszała go do pracy w NRD-owskich filmach i serialach. Twierdzili, że nikt tak dobrze nie gra gestapowca jak on. Zwłaszcza że tata dobrze znał niemiecki. Miał też wojenne doświadczenia, które przydawały mu się podczas kreowania postaci żołnierzy.

Tata opowiadał ciekawą dykteryjkę z czasów wojny, którą chętnie się z panią podzielę. Otóż jechali kiedyś samochodem i mijał ich wóz z rosyjskimi żołnierzami, którzy wieźli fortepian. Gdy się zatrzymali, tata zaczął z nimi rozmawiać i tak ich oczarował, że zgodzili się zamienić instrument na stary rower, który wiózł tata. I dzięki temu miał fortepian do klubu artystycznego, który wtedy prowadził.

A potem, kiedy już był rozpoznawalny i szedł coś załatwić w urzędzie, to nie musiał o nic prosić. Od razu proponowano mu pomoc.

Stanisław Mikulski i Emil Karewicz na planie serialu bardzo się polubili. 2009 rok, Katowice (Marta Błażejowska / Agencja Wyborcza.pl)

A lubił postać Brunnera? Stanisław Mikulski, który w "Stawce większej niż życie" grał Hansa Klossa, narzekał później, że ta postać aktorsko podcięła mu skrzydła, czuł się zaszufladkowany.

Miał dużo, dużo serca dla tej postaci. I tak, lubił ją. Ze Stasiem – jak zwykł nazywać pana Stanisława Mikulskiego – po pewnym czasie się zaprzyjaźnili. Ich relacja zmieniła się w wieloletnią zażyłość.

Brunner rzeczywiście zdominował karierę taty, ale na pewien czas. Serial "Stawka większa niż życie" trafił pod strzechy i był szalenie popularny. Zresztą mam na DVD wszystkie odcinki i co pewien czas chętnie do niego wracam. Poza tym wciąż go powtarzają w telewizji. Ile razy oglądałem "Stawkę…"? Nie potrafię powiedzieć.

Zobacz wideo Polskie kino coraz częściej zachwyca się PRL-em

Wzrusza się pan wtedy?

To mój tata, więc sentyment i nostalgię czuję zawsze. Poza tym uważam, że to wyśmienity serial, jeden z najlepszych, jakie udało się w Polsce wyprodukować.

Pański tata przeszedł na emeryturę w 2015 roku, dlatego że zaczął chorować?

Z biegiem lat czuł się coraz gorzej. Cierpiał na niewydolność serca, w pewnym momencie konieczne było wszczepienie rozrusznika. Zmagał się również z chorobą Ménière’a, która objawiała się zaburzeniami błędnika. Musiał chodzić o lasce, bo miał problemy z utrzymaniem równowagi.

Nie mógł już wychodzić na długie spacery czy jeździć na Mazury na swoje ukochane rybki. Nie mógł też pracować w ogródku, więc powtórnie zajął się rysowaniem i malowaniem. Bardzo dużo pracował plastycznie, najchętniej tworzył akwarelki, pastele i akryle. Malował swoje ulubione pejzaże. Nas nie malował, nam robił zdjęcia. Mało kto wie, że oprócz aktorstwa pasjonował się właśnie malarstwem, grą na pianinie i komponowaniem piosenek.

Pogrzeb Emila Karewicza, czerwiec 2020 rok (Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

17 marca 2020 roku trafił do szpitala w Międzylesiu. Lekarze stwierdzili udar mózgu.

Byłem wtedy za granicą, chyba tutaj, w Anglii. Ale znam to smutne wydarzenie z relacji siostry, która od razu do mnie zadzwoniła. To była chwila, w trakcie drugiego śniadania. Zawsze jak tacie coś spadło na podłogę, to było słychać dobiegające z pokoju gromkie "o ku*wa". Tym razem jednak, choć coś spadło i się rozbiło, przekleństwo nie padło. Siostra, która była w kuchni, zaniepokoiła się i pobiegła do taty.

Karetka pogotowia zabrała tatę do szpitala, ale nie udało się go odratować. Ktoś z personelu medycznego twierdził, że na sekundę czy dwie odzyskał przytomność. Ale nie wiem, czy to prawda. Parę dni wcześniej byłem w Polsce i spotkałem się z tatą. Jak zwykle na do widzenia daliśmy sobie buzi. Zresztą na dzień dobry też sobie buzi dawaliśmy. Mogłem się więc w pewnym sensie z tatą pożegnać, tylko troszkę wcześniej.

Pański tata zmarł 18 marca o czwartej rano.

Natychmiast poleciałem do Polski i zająłem się pogrzebem. Osobiście zaprojektowałem też nagrobek taty. Ze względu na pandemię pogrzeb odbył się dopiero 23 czerwca. Pożegnanie zorganizował Związek Artystów Scen Polskich, grała orkiestra wojskowa. Pani Teresa Lipowska bardzo pięknie pożegnała tatę. Urnę z prochami złożono w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym w Warszawie.

Na pogrzebie nie było tłumów, przyszła głównie rodzina. Wcześniej umieściłem w prasie klepsydrę i napisałem, żeby nie przychodzić ze względu na obowiązujące obostrzenia. Myślę, że takie kameralne pożegnanie było w zgodzie z naturą taty.

Emil Karewicz na scenie, 1971 rok (Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Myśli pan, że czegoś w życiu żałował?

Nawet jeśli tak było, to nigdy mi o tym nie powiedział. Ja żałuję, że tak szybko odszedł – w wieku 97 lat, ale ja myślałem, że dożyje do setki.

W naszym domu w Aninie mieszka moja córka z mężem i córeczką, czyli taty prawnuczką. Dominika często bywała u taty na górze i gdy odszedł, przez długi czas codziennie pytała, dlaczego teraz nie może pójść do dziadka.

Krzysztof Karewicz. Syn Emila Karewicza. Skończył studia na Wydziale Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Maluje, rzeźbi i fotografuje. Ma troje dzieci, pięcioro wnucząt i dwa domy – jeden w Wielkiej Brytanii, drugi w podwarszawskim Aninie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.