Rozmowa
Ewa Woźny (Fot. Agnieszka Majewska)
Ewa Woźny (Fot. Agnieszka Majewska)

 Pokaż mi swoje mieszkanie, a powiem ci, kim jesteś. Podpiszesz się pod takim stwierdzeniem?

Zdecydowanie, przy czym nie jest tak, że ogarnę je wzrokiem i będę wiedziała wszystko niczym jasnowidz. (śmiech)

Najważniejsze jest nie samo obejrzenie mieszkania, ale to, co mi o nim powiesz. Z reguły proszę, by zacząć od tych elementów, które najbardziej doskwierają, są frustrujące czy wręcz bolesne. Słuchając opowieści o wnętrzu, wyłapuję pewne słowa klucze. Nie w sensie magicznego skryptu. Chodzi o słowa nacechowane emocjami, których kobieta – najczęściej nieświadomie – używa najczęściej.

Większość twoich zleceń pochodzi od kobiet?

To po pierwsze. A po drugie: raczej nie zgłaszają się do mnie osoby, które czują się dobrze.

Jestem na rozdrożu i lifting mieszkania ma mi pomóc?

Tak, ale ja zawsze powtarzam, że remont nie zastąpi terapii. Natomiast niewątpliwie, rozmawiając o mieszkaniu, można zdiagnozować, czego ci brakuje w życiu.

Materiały Ewa Woźny (Fot. Kasia Rysiak) , Materiały Ewa Woźny (Fot. Kasia Rysiak) , Materiały Ewa Woźny (Fot. Kasia Rysiak)

Zgaduję, że rozwódki stanowią dużą grupę klientek?

Zgadza się. Jedne zostają w domu, w którym mieszkały z mężem, inne się przeprowadzają. Ciekawym momentem jest kupno dla siebie łóżka. Pojedyncze czy podwójne? Co powiesz?

Domyślam się intencji pytania. Jeśli wybiorę podwójne, to oznacza, że nawet jeśli w tym momencie sypiam sama, to liczę, że ktoś do mnie dołączy?

Nawet jeśli dzisiaj nie masz takiego nastawienia, to nie zamykasz się na taką możliwość. Jeśli singielka kupuje dwuosobowe łóżko, to jest bardzo dobry sygnał!

Jedna z rozwódek, która przeprowadzała się do nowego mieszkania, powiedziała mi tak: "Urządzając poprzedni dom, byłam stłamszona przez męża, który jest bardzo zachowawczy. A teraz wszystko będzie po mojemu!".

Ta ognista kobieta, która w małżeństwie trwała w przygaszeniu w ramach solidarności z mężem, miała superpomysły! Jej nowe mieszkanie było pełne odważnych kolorów i zestawień. Szybko znalazła też nowego partnera. Nie szukając. Po prostu "się znalazł". W ogóle mnie to nie zdziwiło, dlatego że ona świadomie i odważnie szła po nowe w swoim życiu.

'Happy wall to może to być zbiór zdjęć, obrazków, inspiracji, cytatów albo po prostu jeden symboliczny obraz' (Fot. Kasia Rysiak)

Kiedy to kobieta zostaje w domu, w którym wcześniej mieszkała z mężem, pewnie może być trudniej? Wszystko wokół przypomina dawne życie.

Bardzo często jest tak, że wchodzę do środka i zastaję "strażników dawnej epoki". Ostatnio usłyszałam: "Nie lubię tego fotela". To czemu tu stoi?

Bo zawsze stał? I może w dodatku dużo kosztował?

Tak jest. Ona i mąż kupili go w czasach, kiedy specjalnie nie mieli pieniędzy.

Więc żal wyrzucić.

W sypialni natomiast stała duża szafa. Pełna przeróżnych rzeczy! Reliktów dawnego życia: zdjęć z mężem, pamiątek. Kobieta zaklinała się: "Nigdy do tych pudeł nie zaglądam. Nie wracam myślami do tamtego czasu". A jednak trzymała pudła.

Była samotna?

Miała partnera, a w dodatku związek był na tyle zaawansowany, że planowali zamieszkanie razem. W tym właśnie mieszkaniu. I paradoksalnie ta kobieta deklarowała, że w tej właśnie szafie jej partner będzie trzymał swoje rzeczy. No, ale jakoś czas mijał, a w szafie ciągle nie pojawiało się żadne miejsce.

Bo w jej życiu ciągle był mąż.

Tak. A od rozwodu minęło już kilka lat. To nie są proste sprawy. Kiedy dochodzimy do sedna problemu, pojawiają się łzy, wzruszenie, współczucie dla siebie samej. "Ja sobie sama coś takiego robię?" – zdziwiła się klientka.

Dlaczego sobie to robiła?

Ponieważ się bała, że znowu zostanie zraniona – to są słowa, które rozwódki powtarzają najczęściej. Niektóre dochodzą do wniosku, że nie są gotowe na nową relację, ale akurat tamta kobieta była gotowa. Kiedy uświadomiła sobie, że sama siebie blokuje, oświadczyła: "Już czas!". Wyrzuciła pudła z szafy, oddała fotel.

Nadmiar gromadzonych w mieszkaniu rzeczy jest z reguły oznaką niepodjętych decyzji, ich usunięcie zaś – symbolicznym pokazaniem sobie: zamykam tamten etap, robię miejsce na nowe.

Wspaniała para Magda i Adam Grzesiakowie, którzy przez lata prowadzili biuro matrymonialne, opowiadali mi, że najtrudniej pracowało im się z młodymi wdowami. U jednej z nich w szafie wciąż wisiały garnitury męża. Adam kazał jej je usunąć, a mężowi na cmentarz zanieść kwiaty i powiedzieć: "Żegnaj". Dopiero to ją otworzyło.

Miałam klientów, którzy przeżyli traumę: w tragicznych okolicznościach zmarło ich małe dziecko. Oni intuicyjnie postanowili się ratować, tworząc nowy rozdział w życiu.

Po latach od śmierci dziecka poprosili mnie o zaprojektowanie wnętrza, w którym założyli przedszkole, które było otwarte również na dzieci z niepełnosprawnościami. Cały ten budynek wyrażał ich przemożną chęć dawania z siebie dobra. Tyle tam było ciepła! Emanujących łagodnością i miłością kolorów! Każdy, kto tam wchodził, czuł się bezpiecznie, a ja, pracując nad tym projektem, czułam, że uczestniczę w misji mającej na celu zespolenie rodziny po tragedii.

Wnętrze może być bezpiecznym inkubatorem zmian w życiu. Może nas wspierać, ale może też sabotować.

Wnętrze przed... (Fot. Ewa Woźny) , I po zmianach (Fot. Ewa Woźny)

Zabrzmiało groźnie. Opowiedz, proszę, o mieszkaniowych grzechach.

Bywa coś takiego jak rys osoby, która żyje sama. Absolutnie nie twierdzę, że to jest norma! Po prostu poznałam podczas kilkunastu lat swojej praktyki zawodowej singli i singielki, którzy godzili się na substandardy w życiu. Choć może tak być również, gdy żyje się w związku, w rodzinie.

To są sytuacje, kiedy nic się nie chce. Mieszkanie jest zaniedbane, są w nim meble czy różne przedmioty, które się klientom nie podobają, z którymi jest im niewygodnie, które ich przytłaczają. A jednak są! Nie ma miejsca natomiast, żeby zjeść posiłek...

Skoro jestem sama, to mogę jeść obiad, siedząc po turecku na kanapie, bo "po co stół dla jednej osoby"?

Właśnie tak. A w sypialni nie ma nawet łóżka, tylko materac. Rozmawiamy teraz o traktowaniu siebie na poważnie lub nie. O klimacie prowizorki.

A prowizorka, jak wiadomo, potrafi się trzymać bardzo mocno!

Z moich obserwacji wynika, że u panów zdarza się to częściej. Być może dlatego, że kulturowo panuje przekonanie, że to kobieta powinna urządzić dom. A przecież tworzenie swojego domu jest dbaniem o siebie!

Na szczęście osoby, które się do mnie zgłaszają – z różnych przyczyn – doszły do tego momentu, kiedy chcą zadbać i o dom, i o siebie. Rozmowy o mieszkaniu bywają bardzo intymne. Zaniedbujemy siebie nie tylko wtedy, kiedy żyjemy w pojedynkę. Również mając rodzinę. Dbasz o męża, dzieci, ale o siebie nie. To niestety często wychodzi z rozmów z kobietami. Mówią: "Ja nie mam w tym domu żadnego swojego miejsca". Dzieci mają swoje pokoje, mąż miejsce do pracy, a kobieta tuła się po całym domu.

Wygląd pierwotny (Fot. Ewa Woźny) , I aktualny (Fot. Ewa Woźny)

Krząta się: tu posprząta, tam ogarnie, ugotuje.

Idealnie by było, żeby miała swój pokój, ale warunki lokalowe nie zawsze na to pozwalają. Ważne, żeby w ogóle zorganizować dla siebie miejsce. A zacząć trzeba oczywiście od zadania sobie pytania, dlaczego tego potrzebuję.

Bo jestem przez całą dobę dostępna dla wszystkich domowników?

I potrzebuję odzyskać spokój, kontakt ze sobą, żeby móc się zastanowić, czego potrzebuję więcej w swoim życiu. Dla samej siebie. Każda z nas potrzebuje swojego kąta i wcale nie oznacza to miejsca do malowania paznokci. Czego potrzebuję? Czego chcę? Może fotela do czytania i odpoczynku, a może swojego biurka, bo nie chcę już "tylko wspierać męża, który prowadzi firmę", ale stworzyć coś swojego?  

Ja stworzyłam miejsce dla siebie, kiedy moje córki były małe. Przez kilka lat wydawało mi się, że dzieci mają prawo przebywać ze mną zawsze i wszędzie i nie mogę im niczego zabraniać. Aż dotarło do mnie, że ja sama również potrzebuję siebie.

Udało ci się postawić granice?

Cały czas się tego uczę! Natomiast pierwsze, co zrobiłam, to wydzieliłam fragment sypialni, do którego wstęp mam tylko ja. Tam mogę praktykować jogę, medytować, pobyć ze swoimi myślami.

Kiedy się tam wybieram, wysyłam domownikom sygnał: to jest czas tylko dla mnie, nikt mi nie powinien przeszkadzać. Obok maty do jogi na ścianie jest mój happy wall.

Happy wall?

To jedno z narzędzi house-coachingu. Jak sama nazwa wskazuje, jest to ściana. Patrzymy na nią i czujemy się dobrze. Może to być zbiór zdjęć, obrazków, inspiracji, cytatów albo po prostu jeden symboliczny obraz. Dla każdego coś innego. To, czego potrzebuje.

Na twojej ścianie szczęśliwości widzę obrazek przedstawiający słońce, inspirujące cytaty. Są też ptaki, które wyleciały z klatki, i zwierzątko, które jeździ na deskorolce! Ile w tym radości i wolności!

(śmiech). Happy wall przypomina mi, że chcę iść dalej jako architektka, rozwijać się, odkrywać duchową stronę mojego zawodu. Chciałam zrobić kurs house-coachingu, ale nie ukrywam, że się bałam, jak mąż zareaguje na moje plany. Obawiałam się też wychodzenia z tym do świata.

Chciałam zrobić kurs house-coachingu, ale bałam się, jak mąż zareaguje na moje plany. Obawiałam się też wychodzenia z tym do świata' (Fot. Agnieszka Majewska)

Cieszę się, że o tym mówisz. Pozwolę sobie zatem nazwać wprost twoje obawy. Bałaś się, że ludzie powiedzą: to są jakieś bzdury, wygłupianie się...

"Wydziwianie". Na szczęście tak się nie stało. Mąż bardzo mnie wspierał w poszukiwaniu mojej własnej drogi rozwoju. "Zrób pierwszy krok, a horyzont pojawi się sam!" – to się u mnie sprawdziło. Mnie samej dużo dał kurs house-coachingu. Uczyłam się u Kirsten Steno, Dunki, która opatentowała tę metodę i stworzyła House Coaching Institute.

Dania to kolebka słynnego hygge! Pojechałaś do Danii?

Niestety. Kursy odbywały się online. Bardzo ciekawe były dla mnie momenty, w których okazywało się, że niektóre metody stosowałam intuicyjnie. Na jednej ze ścian w swoim domu umieściłam np.  zdjęcia moje i męża z czasów młodości.

Piękni i szczęśliwi ludzie! Zakochani!

Te fotografie przedstawiają nasze najszczęśliwsze chwile. Powiesiłam je na ścianie, kiedy mieliśmy trudniejszy moment, po to żeby nieustannie przywoływać najlepsze wspomnienia. Przypominać sobie, dlaczego się w sobie zakochaliśmy, dlaczego stworzyliśmy rodzinę. Nie twierdzę, że dzięki takiemu zabiegowi wszystko się zmienia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale jest to sygnał dla ciebie i dla niego, że myślisz o waszym związku, o waszym uczuciu, i chcesz tego więcej w życiu. To się nazywa energia, która podąża za uwagą.

Niesamowite, jak bardzo rozmowa o domach, mieszkaniach, wnętrzach jest rozmową o życiu.

Coraz więcej osób żyje świadomie, przygląda się sobie, swoim potrzebom, życiu.

Przed metamorfozą (Fot. Ewa Woźny) , Po metamorfozie (Fot. Ewa Woźny)

Twoi klienci mają za sobą terapię?

Część tak, część jest w trakcie. Ale oczywiście nie wszyscy! Łączy ich natomiast to, że nie szukają "szybkich trików na modne wnętrze". Z taką potrzebą to nie do mnie. (śmiech)

Czy mimo to zechcesz udzielić kilku złotych rad osobom, które urządzają wnętrze samodzielnie?

Wygodne mieszkanie oznacza takie, które jest dopasowane do twojego trybu życia. Zadaj sobie pytanie: Jak wygląda mój dzień w tygodniu, a jak w weekendy? Jesteś introwertykiem czy zapraszasz gości?

Skoro nie zapraszam, to po co mi wielki stół?

Dokładnie. A może w tym właśnie miejscu będziesz miała kącik do gry na gitarze? Przyjrzyj się, na co potrzebujesz miejsca w domu.

To ma być twoje mieszkanie, a nie kopia zdjęcia z gazety wnętrzarskiej. Zastanów się, jak żyjesz, ale też jak chcesz żyć! Pamiętaj, że dom może być inspiracją. Jak chcesz się czuć w swoim domu? Bezpieczna? Pełna siły? Mocy? Więc przypomnij sobie, w jakich okolicznościach tak się czułaś. Jedna klientka powiedziała: "Na plaży, patrząc na bezmiar oceanu!", więc sypialnię pomalowała na niebiesko, a w wystroju pojawiły się elementy śródziemnomorskie. A na jej happy wall pojawiły się zdjęcia z Indii, dokąd jeździ medytować. Otoczyła się tym, co wspiera ją w poczuciu sprawstwa, w przekonaniu, że jest silna. Zapisała się na kursy, zamierza zmienić pracę. Wspaniale! Dla mnie to sama radość.

Ale nie będę przekonywać, że to zawsze działa. Miałam np. klientkę, która przez całe życie była mamą na pełen etat. To była jej rola. Poznałyśmy się, kiedy wszystkie jej pociechy – a była to rodzina wielodzietna – wyfrunęły z gniazda. Cały dom był pełen "przypominajek" z cyklu dziecięce rysunki z przedszkola. Łatwiej otaczać się rzeczami, niż przyznać: czuję pustkę.

Zobacz wideo Tak mieszka Joanna Przetakiewicz

Coś w tym złego, że rodzic lubi sobie powspominać dzieciństwo swoich pociech?

Potrzebujemy pozbyć się rzeczy wtedy, kiedy one nas przytłaczają, kiedy coś nam w życiu utrudniają. Wiele kobiet rusza z kopyta! Wyrzucają całe worki na śmieci nieużywanych przedmiotów, które je blokują, jednocześnie mówiąc, że wietrzą głowę.

Jak w przypadku rozwódki, która nie miała miejsca w szafie dla nowego partnera? Jasne.

Jeśli w salonie mamy kilka kartonów wypełnionych dziecięcymi rysunkami, a jednocześnie nie możemy znaleźć miejsca na jeden segregator ze swoimi dokumentami, to coś jest nie tak. House-coaching proponuje metodę 7-3. Kiedy mamy pozbyć się rzeczy, z którymi mamy emocjonalny związek, to z siedmiu zostawiamy trzy.

Bałagan jest często oznaką niepodjętych decyzji. "Ile to by było roboty, żeby wszystko odgruzować". W sferze deklaratywnej klientka chciała nie tylko zrobić przestrzeń w mieszkaniu. Ponieważ nie mogła już być pełnoetatową mamą, wspominała, że pójdzie do pracy.

Niestety, kiedy po miesiącu się z nią skontaktowałam, okazało się, że pamiątki po dzieciach tak naprawdę jej nie przeszkadzają, a do pracy wcale nie ma ochoty pójść. Jak powiedziałam: remont nie zastąpi terapii.  

Ewa Woźny. House-coachTM oraz architektka z uprawnieniami i projektantka wnętrz. Przez 15 lat projektowała hotele i biurowce dla dużych firm w Polsce i za granicą. Przed dwoma laty uznała, że chce mieć większy wpływ na dobrostan klientów, i ukończyła kurs house-coachinguTM. Dla kobiet organizuje warsztaty: "Domowe miejsce mocy", "Room to Grow – wnętrze dla twojego dobrostanu". Ma męża Wojciecha oraz dwie córki: Stellę i Lilę. Kontak tutaj.

Anna Kalita. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.