Boisz się ich trochę?
Zajmując się od ponad 20 lat dziennikarstwem śledczym na Śląsku, poruszałem mnóstwo trudnych tematów, ale skłamałbym, gdybym powiedział, że wzięcie się za historię Psycho Fans lekkiego strachu gdzieś z tyłu głowy nie wzbudziło.
Psycho Fans szybko się dowiedzieli, że pracujesz nad książką o nich?
Oczywiście. Natychmiast zacząłem dostawać anonimowe wiadomości z fejkowych kont na Facebooku, typu: "Ty hieno, uważaj na siebie" czy: "Ty gnoju, karma wraca", ale te słowa mnie nie ranią, za długo pracuję w zawodzie. Kiedy rok temu pojechałem do Świętochłowic na spotkanie matecznika kiboli Ruchu Chorzów, na murze zobaczyłem wielki napis: "Pietraszewski k***a". Pomyślałem sobie wtedy, że zaczynają się denerwować, co mnie nawet trochę, przyznaję, rozbawiło. Zabawnie przestało być kilka miesięcy temu, kiedy kończyłem pisać książkę. Ktoś wbił mi kilof w przednią szybę samochodu. Wiem ze swoich źródeł, że byli to pseudokibice. Ale znów – mnie to nie przestraszyło, zacząłem się tylko martwić o rodzinę. Nie mogę jednak dać się zastraszyć. Inaczej nie napisałbym w życiu żadnego ważnego tekstu.
Wcześniej napisałeś z Dariuszem Kortko książki o himalaistach, czytałem tę o Jerzym Kukuczce, co by znaczyło, że szczególnie cię interesują mężczyźni w ekstremalnych sytuacjach.
Książka o Kukuczce była wyzwaniem czysto reporterskim, bo ani nie lubię specjalnie chodzić po górach, ani nie znałem bliżej tego tematu. Zmierzyłem się z tą tematyką – a była to superprzygoda – jak wspinaczkowa dziewica, ale doświadczony reporter. Zresztą tę książkę napisaliśmy z Darkiem również dla ludzi, którzy nie mają wielkiego pojęcia o himalaizmie. Potem napisaliśmy jeszcze biografię Krzysztofa Wielickiego, a nawet poszliśmy jeszcze wyżej, bo w kosmos – tak powstała biografia gen. Mirosława Hermaszewskiego. Natomiast z kibolami jest inaczej, bo mierzę się z nimi od wielu lat. Przygotowując się do pisania "Wojen niebieskich", zrobiłem kwerendę moich teksów o śląskich kibolach i wyszło mi, że pierwszy napisałem w 1998 roku. Szmat czasu.
Bardzo się Polska od ubiegłego wieku zmieniła.
I bardzo zmienili się kibole. Wtedy byli to chłopcy w krótkich spodenkach, którzy biegali po stadionach i robili rozpierduchy w tramwaju, na co generalnie przymykano oko, traktując ich jako swego rodzaju folklor. Dzisiaj kibole są królami świata przestępczego, prawdziwymi gangsterami, którzy obracają wielkimi pieniędzmi, handlują na wielką skalę narkotykami czy dokonują morderstw.
"Wojny niebieskie" mają formę dziennika jednej osoby, choć ta opowieść to tak naprawdę wielogłos.
Zabierając się do tego tematu, wiedziałem, że to musi być żywy tekst, a nie notatki z akt sądowych, bo ludzie, czytając je, usnęliby z nudów. Zdecydowałem się więc na formę dziennika, używając w tych zapiskach zarówno wiedzy z akt sądowych, jak i rozmów z kibolami. Zebrałem to wszystko w opowieść jednego, fikcyjnego narratora, choć absolutnie wszystko w książce jest prawdą.
Jak znalazłeś rozmówców?
Nie było to łatwe, bo jedną z zasad kiboli jest nierozmawianie z psami, czyli policjantami, oraz dziennikarzami. Z dziennikarzami sytuacja jest jednak trochę bardziej schizofreniczna, bo kibole lubią czytać o sobie. Bardzo ich podnieca, kiedy w mediach pojawiają się informacje o tym, jak np. kogoś pobili. Wrzucają to chętnie na kibolskie fora i lajkują. Postanowiłem z tego skorzystać.
I co usłyszałeś?
Krótkie "spier***aj!". Ale że jestem reporterem starej szkoły, to jak nie drzwiami, to oknem. Próbowałem dalej – zmiękczałem, tłumaczyłem, opowiadałem, że są ważnym elementem opowieści o Śląsku – i w końcu się udało. Jeden z głównych członków tego środowiska, który obecnie prowadzi już inne życie, zgodził się na spotkanie. Bardzo się ucieszyłem, że w końcu go mam. Umówiliśmy się w jednej z knajp, a on mi wypala na dzień dobry: "Jo mom z wami problem, by wyście są żabole!".
Czyli kibicami Górnika Zabrze?
Nigdy tego nie ukrywałem, że kibicuję Górnikowi Zabrze, ale, tłumaczę mu, to nie znaczy, że was nienawidzę, bo wy jesteście za Ruchem Chorzów. To, że lubię kobiety, nie znaczy przecież, że nienawidzę mężczyzn, prawda?
Nie wyparłeś się swojej drużyny?
Nic by z tego nie wyszło, gdybym coś z tym Górnikiem Zabrze konfabulował. Kibole natychmiast wyczuwają fałsz i wtedy jest już pozamiatane. Ale w końcu się udało, przekonałem go i porozmawialiśmy. Dużo mi opowiedział i dał kolejne kontakty. W taki sposób zdobywałem kolejnych rozmówców.
Wyobrażam sobie, że się spotykaliście gdzieś za miastem, w ciemnych uliczkach.
Była to niewielka, dość podła knajpka w mieście, w którym nie mieszkał mój bohater. Taka, co to do niej nikt znajomy nie przyjdzie. Ale kolejne spotkanie z dwoma kibolami było już bardziej przygodowe. Zostałem zgarnięty przez kiboli samochodem w umówionym miejscu. Kazali mi wyłączyć telefon i zaparkowali w bocznej uliczce w Katowicach. Zaczynamy rozmawiać i nagle zatrzymuje się obok nas samochód, otwiera się okno i ręka wystawia na dach koguta – byli to kryminalni policjanci, wywiadowcy po cywilnemu. Każą nam wysiąść, sprawdzają bagażnik i biorą dokumenty do sprawdzenia. Po kilku minutach jeden z tajniaków prosi mnie do radiowozu i mówi: "Pan jest tym dziennikarzem z «Wyborczej»?". Potwierdzam. On dalej pyta: "Czy jest pan tutaj z własnej, nieprzymuszonej woli?". Potwierdzam. Nie ustępuje: "Nikt pana nie porwał?". Nie. "A wie pan, kim są ci goście?" Wiedziałem. "Na pewno pan wie?" Potakuję. W końcu mnie wypuścili i odjechali. Wracam do samochodu moich rozmówców, a oni: "Co od ciebie chcieli?". Mówię, że pytali, czy ich znam. Oni: "I co im odpowiedziałeś?". Odpowiedziałem, że jesteśmy kumplami, więc spojrzeli na mnie z aprobatą, od razu urosłem w ich oczach i dużo informacji od nich dostałem.
Umiesz zdobywać ich zaufanie.
Chyba tak. Udało mi się nawet porozmawiać z kilkoma małymi świadkami koronnymi w niedawnym procesie Psycho Fans. Powiedzieli mi nawet trochę więcej niż prokuratorom. Ich historie także są elementem opowieści narratora "Wojen niebieskich".
"W mojej dzielnicy o niczym się nie marzy" – czytamy w jednym z pierwszych zapisków z lat 90., bo wokół bieda, beznadzieja, patologia. To było podglebie dla kibolstwa?
I to bardzo urodzajne, bo skoro wkoło panuje wielkie bezrobocie, nie masz pieniędzy, perspektyw i wszyscy cię mają za nic, to zaczynasz trzymać się z tymi, którzy dają ci nie tylko trochę hajsu, ale też poczucie przynależności i sprawczości. Nagle idziesz dzielnicą i czujesz, że inni się ciebie boją, masz respekt, a dziewczynie możesz kupić coś fajnego. Tak to wtedy wyglądało. Dzisiaj oczywiście jest już inaczej, bo w grę wchodzą znacznie większe pieniądze.
Dlaczego Psycho Fans, kibole Ruchu Chorzów, odnieśli aż taki sukces?
Wygrali niespotykanym rozmachem, przy którym kibole innych drużyn wypadali blado pod każdym względem – od liczebności do stopnia brutalności. Nawet Misiek, słynny przywódca kiboli Wisły Kraków, mówił wprost, że Psycho Fans mu imponowali. Kiedy w poniedziałek wszyscy mieli być na siłowni, wszyscy byli na siłowni. We wtorek wszyscy mieli być na ustawce, wszyscy byli na ustawce. A w Krakowie, ubolewał Misiek, tak się nie dało, bo to zbyt melanżowe miasto, nie ma takiej karności. Tymczasem kibole Ruchu byli zorganizowani, karni i coraz brutalniejsi. Psycho Fans przeszli drogę od pobić do zabójstwa, siali prawdziwy strach. Do tego stopnia, że słynny król dopalaczy płacił im 150 tys. miesięcznie tylko za to, że oni wyrażali gotowość ochrony jego sklepów. Pobierali więc opłatę za tę gotowość i jednocześnie gotowali się na napad na miejsce pod Łodzią, gdzie zjeżdżali jego kasjerzy, bo po co kasować skromne 150 tys., skoro można za jednym zamachem zgarnąć 5 mln.
I zainwestować część w rozbudowę struktury.
Psycho Fans tworzyli nie tylko bojówki, ale też kupowali programy do szpiegowania – nadajniki GPS do śledzenia samochodów, programy hakerskie do włamywania się na fora internetowe i do poczty elektronicznej. Interesowało ich wszystko, co dotyczy ich wrogów: gdzie mieszkają, gdzie mieszkają ich kochanki, gdzie pracują, jaka jest rutyna ich dnia, do której szkoły chodzą ich dzieci. Wszystko to pozwalało na dobre planowanie akcji.
Jedni kibole nienawidzą drugich, to wiemy. Zaskoczyło mnie jednak to, że nie bardzo wiedzą, z jakiego powodu.
Kibole najczęściej zupełnie nie wiedzą, dlaczego mają nienawidzić kibicujących innym drużynom – dlaczego akurat ci, a nie inni są wrogami. Tak jest i już. Kropka. Pamiętam, jak będąc młodym chłopakiem, jeździłem na mecze Górnika do Zabrza. Jechałem przez Katowice, gdzie uciekałem na dworcu od kiboli GKS-u Katowice, a kiedy wsiadłem do pociągu, który jechał przez Chorzów, na peronach czekali już kibole Ruchu. Dzisiaj natomiast kibice GKS-u kochają się z kibicami Górnika. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Zapewne jest to sojusz przeciwko Ruchowi i wspólne interesy. Podobnie było z nagłym sojuszem Wisły z Ruchem w 2016 roku. Zanim do niego doszło, kibole obu drużyn skandowali do siebie: "Wasze matki są ku***mi!". I tak to mniej więcej wygląda. Zwykle na koniec wygrywa pragmatyka i pieniądz, który można robić z niedawnym wrogiem.
À propos skandowania, w żadnej chyba książce nie widziałem tylu wulgaryzmów. Aż oczy bolą. Przyzwyczaiłeś się do tego?
Muszę ci powiedzieć, że miałem tu dylemat, zastanawiałem się, co z tym zrobić, ale doszedłem do wniosku, że trzeba to tak zostawić, bo jest to autentyczny język moich bohaterów. Gdybym go wygładzał, brzmiałby nienaturalnie, co byłoby ze szkodą dla opowieści. Piękna polszczyzna tu akurat nie pomogła.
Twoi rozmówcy mówią dużo o zasadach, o swego rodzaju kodeksie, ale prawda jest taka, że w tym świecie nie ma żadnych zasad. To ciągłe mówienie o zasadach im pomaga?
Oczywiście. To jest potrzeba posiadania czegoś na kształt kodeksu rycerskiego. I on nawet kiedyś obowiązywał. Zasad było wiele: od tych, że nie gada się z policjantami i dziennikarzami, do tych, że nie bije się rywali w obecności kobiet i dzieci albo że nie używa się ostrych narzędzi podczas ustawek. Z czasem wszystkie te zasady się rozluźniły i dzisiaj, można śmiało powiedzieć, obowiązuje tylko jedna zasada: nie ma żadnych zasad. Nie znasz dnia ani godziny. Jeden z Psycho Fans opowiadał mi, że w 2018 roku sytuacja była już tak napięta, że kiedy szedł rano po pieczywo, miał przy sobie torbę z gazem i maczetą.
Nawet Jan Paweł II nie pomógł, choć wszyscy pamiętamy te wszystkie kibolskie pojednania. Trwały one, jak piszesz, jakieś dwa tygodnie. Znacznie dłużej trwało za to podlizywanie się kibolom – zarówno ze strony rządzącej do niedawna prawicy, jak i hierarchów Kościoła katolickiego. Na Jasnej Górze paulini nazywali kiboli patriotami. Jak to jest w ogóle możliwe?
Kibole się z tego śmiali, bo naprawdę można o nich powiedzieć wszystko, ale nie to, że są głupi. Dobrze wiedzieli, że PiS i duchowni traktują ich instrumentalnie, ale skoro tak chcą, dlaczego z tego nie skorzystać. Dlaczego nie skorzystać z tego, że władza broni kiboli, a Kościół uważa ich za patriotów. Tym bardziej że poprzedni rząd Donalda Tuska działał w tej materii zupełnie inaczej. Pamiętamy przecież słynne hasło: "Donald, matole, twój rząd obalą kibole". A tu nagle nadeszły czasy, w których z kościelnej ambony odczytywany jest list premier Beaty Szydło, która kibolom dziękuje za ich działalność.
Samorządowcy – i to różnych opcji politycznych – też lubią flirtować z kibolami.
Szczególnie częste jest to w miastach, w których samorząd jest właścicielem klubu piłkarskiego, co nie powinno mieć miejsca. Samorząd w ogóle nie powinien moim zdaniem finansować sportu zawodowego, bo to powoduje zawsze postępującą patologię w relacji samorząd–kluby sportowe. Jeśli zdarza się, że miasto chce walczyć z bandytyzmem na trybunach, kibole jedną decyzją przestają przychodzić na mecze, co z kolei powoduje ogromne straty finansowe. Tak było w Krakowie kilka lat temu. Prezes Wisły ogłosił skończenie z kibolstwem, kibolstwo przestało chodzić na mecze, prezes przestał być prezesem. W Chorzowie mieliśmy sytuację, w której wiceprezydent miasta i prezes Ruchu Chorzów wręczali na środku stadionu honorową koszulkę liderowi Psycho Fans, zorganizowanej grupy przestępczej. Kompletna patola.
Finałem twojej opowieści jest wielki proces, w którym w zeszłym roku skazano 46 członków Psycho Fans na więzienie. "Gang rozbity" – donoszą media. Czy aby na pewno?
Policja po raz pierwszy uderzyła w gang kiboli z Chorzowa w 2010 roku, akcja nosiła kryptonim "Armagedon". Wtedy po raz pierwszy ogłoszono publicznie, że grupa została rozbita. Nic bardziej mylnego. Od tego czasu Psycho Fans się rozwinęli, robiąc rzeczy, które się nie mieszczą w głowie. Nie mam więc wątpliwości, że i tym razem będzie inaczej, mimo wielu skazujących wyroków. Niedawno bandyci związani z Górnikiem Zabrze wyciągnęli ze szkoły 15-latka, który miał koszulkę Ruchu Chorzów. Pobili go, ściągnęli z niego tę koszulkę i powiedzieli, że jeśli jeszcze raz ją założy, to go połamią. Wiem, że Psycho Fans już szykują rewanż.
Marcin Pietraszewski. Od ponad 20 lat dziennikarz katowickiej redakcji "Gazety Wyborczej". Zajmuje się m.in. dziennikarstwem śledczym i tematyką górnośląską. Jest współautorem z Dariuszem Kortko książek: "Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście", "Cena nieważkości. Kulisy lotu Polaka w kosmos" i "Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało". Właśnie nakładem wydawnictwa Agora wychodzi jego nowa książka "Wojny niebieskie. W środku najbrutalniejszego gangu kiboli".
Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, Wysokich Obcasów i polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike. Mieszka w Poznaniu.

