Wszyscy boimy się tego samego?
Jest takie powiedzenie, że nie ma nic bardziej powtarzalnego niż indywidualność. Mówiąc poważnie: istnieje pula powtarzających się schematów. Każde pojedyncze cierpienie jest wyjątkowe w tym sensie, że jest indywidualnym doświadczeniem tego człowieka, natomiast gdy te indywidualne doświadczenia odniesie się do pewnych schematów, wtedy to, czego się boimy, okazuje się bardzo uniwersalne.
Co z tego wynika?
Z jednej strony taka świadomość uderza w przekonanie o wyjątkowości pojedynczego cierpienia. Ale z drugiej daje ulgę, że można wobec pojedynczego cierpienia zastosować jakieś sprawdzone wielokrotnie narzędzia i że ten pojedynczy człowiek w swoim cierpieniu nie musi czuć się bezradny. Wszystkie terapeutyczne protokoły pracy z lękiem opierają się na powtarzalności pewnych schematów i wiedzy, co na nie działa.
W takim razie czego wszyscy się boimy?
Gdyby rozebrać lęk jak cebulę, to tak naprawdę pierwotne lęki są dwa: lęk przed dezintegracją i utratą kontroli. Wszystko, czego się boimy, sprowadza się do lęku przed niebyciem i przed brakiem wpływu, sprawczości. Oczywiście każdy pacjent nazywa lęki własnymi słowami, wypełnia je treścią właściwą dla kontekstu swojego życia, ale wieloletnie doświadczenie terapeutyczne wskazuje, że najbardziej pierwotny jest lęk przed nieistnieniem i że on potrafi przybierać wiele odcieni i masek.
Jakie to mogą być odcienie?
To może być lęk przed brakiem dochodów, lęk przed odrzuceniem, przed utratą wpływu na coś. Lęk przed niebyciem nie zawsze oznacza po prostu lęk przed śmiercią, a nawet sam lęk przed śmiercią może mieć różną treść: strachu przed bólem, przed niesprawnością, nicością, zależnością… Tak jak podczas malowania obrazu: widzimy szeroką paletę barw, ale ostatecznie każdy obraz można namalować za pomocą trzech kolorów podstawowych, które mieszane w odpowiednich proporcjach dadzą wszystkie odcienie. Ludzie w różnych proporcjach mieszają w sobie te podstawowe lęki, które na zewnątrz dają różne objawy, ale składniki podstawowe są wspólne.
Są ludzie, którzy niczego się nie boją?
Nie.
Ale tylko część z nas ma zaburzenia lękowe.
Skłonność do poziomu odczuwanego lęku to jest zawsze mieszanka tego, z czym przychodzimy na świat (czynniki biologiczne), i tego, co nas spotka w świecie. Nawet z natury lękowe dziecko może zostać przez opiekunów wyposażone w zdrowe sposoby radzenia sobie z nim i dobrze funkcjonować jako dorosły człowiek. Z drugiej strony jeśli dziecko ze skłonnością do nadmiernej reakcji lękowej napotka środowisko niewspierające – a mogą to być m.in. lękowe wzorce w rodzinie, brak dostatecznej uwagi opiekunów, ale również nadopiekuńcza postawa rodziców – w dorosłym życiu ten potencjał może się rozwinąć właśnie w postaci zaburzeń lękowych. Ważne, żeby pamiętać i rozumieć, że zaburzenia lękowe to nie jest tchórzostwo, tylko zaburzenie poziomu lęku w organizmie. I nie dotyczą czyjegoś charakteru, ale sposobu przetwarzania rzeczywistości. W tym sensie ktoś, kto ma zdiagnozowane zaburzenia lękowe, i ktoś, komu lęk nie utrudnia na co dzień życia, mają taki sam potencjał podejmowania odważnych zachowań.
W swoich książkach "Jak żyć z lękiem. Poradnik Doktora Nerwicy" i najnowszej "Bliskość i lęk" zachęcasz, by się z lękiem zaprzyjaźnić. Co to znaczy?
Lęk to jest sygnał ostrzegawczy. Ostrzega nas przed niebezpieczeństwem, ale też pojawia się, gdy nie mamy dobrej relacji ze sobą, gdy czegoś ważnego nam w życiu brakuje. W większości przypadków to jest po prostu komunikat, który mówi np. o zatrzymanych emocjach czy braku asertywności. Jeżeli uczymy się odczytywać ten komunikat i odszyfrujemy, co ta podświadomość nasza chce od nas, to może być dobry drogowskaz: do zmieniania życia, do szukania sposobów lepszego funkcjonowania. Założenie, że to jest przyjaciel, a nie wróg, jest potrzebne do tego, żeby się w ten lęk wsłuchać, zamiast mu zaprzeczać.
Mówiłeś, że środowisko, w jakim wzrastamy, ma wpływ na poziom lęku w dorosłym życiu. A czy obecne globalne kryzysy mogą się przyczyniać do rozwoju zaburzeń lękowych u osób, które wcześniej nie miały z nimi problemów?
Pojawia się dużo szarej strefy, czyli osób, które nie spełniają kryteriów rozpoznania klinicznego dla zaburzeń lękowych, ale żyją na granicy. Funkcjonując w przewlekłym stresie i napięciu, stopniowo tracą satysfakcję z życia. Te globalne kryzysy uderzają w same "podstawowe kolory", w same podstawy lęków: poczucie bezpieczeństwa, poczucie sprawczości. Zostało zagrożone to wszystko, co jest fundamentem dobrego funkcjonowania. To co prawda nie jest nic właściwego dla współczesności, bo wojny były zawsze, pandemie też i różne inne rzeczy dobre i złe...
Ale kryzysów zdrowia psychicznego na taką skalę jak dziś nie było.
Wyjątkowość naszego doświadczenia polega na dostępności informacji. Przekroczyliśmy próg wiadomości, które jesteśmy w stanie przyjąć i przetworzyć. Kiedyś ludzie wiedzieli o tragedii w sąsiedniej wiosce, ale nie było dostępu do informacji, co się dzieje na całym świecie. To jest ciężar nie do uniesienia dla naszego układu nerwowego. Najlepszy przykład: kiedy zaczęła się wojna w Izraelu, to o wojnie w Ukrainie zaczęło się mniej mówić. Bo nie jesteśmy w stanie martwić się dwiema wojnami naraz. Ten mechanizm regulacji, że w telefonie masz wszystko – w tym mnóstwo dezinformacji – powoduje przekroczenie granicy wyporności. W efekcie lawinowy wzrost zaburzeń lękowych jest jedną z odpowiedzi pacjenta – ludzkości – na przebodźcowanie informacyjne.
Co możemy na to poradzić?
Po pierwsze, uświadomić sobie, że sięganie po telefon i sprawdzanie newsów to jest zwykły mechanizm kontroli, który daje iluzję, że mamy na to, o czym czytamy, jakiś wpływ. Nie chodzi o to, żeby nie empatyzować, nie angażować się w pomoc, ale żeby rozsądnie rozważyć zakres własnych możliwości. Bo jeżeli odpływ energii w sprawy globalne będzie zbyt duży, wypalimy się. Po drugie, wyłapywać sygnały w ciele, bo to ono pierwsze daje znać, że coś nie gra, i wysyła sygnały w postaci napięcia, lęku, złości. To brzmi prosto, ale oczywiście takie nie jest, bo przewlekły lęk bardzo często powoduje, że odcinamy się od ciała.
Dlaczego?
Zaburzenie lękowe to nie tylko zaburzenie myśli, ale choroba całego organizmu, m.in. przewlekły stan zapalny. W przewlekłym lęku cały organizm zaczyna płonąć. Uaktywnia się układ nerwowy, układ odpornościowy i hormonalny. Ponieważ to napięcie i emocje z nim związane są trudne do zniesienia, mamy skłonność do ich wypierania. A wyparcie jest niczym innym jak odcięciem od ciała i prawdy, którą ono opowiada. Mechanizm lękowy sprawia, że zaczynamy się kręcić w kółko we własnej głowie.
Powiedziałeś, że wypieranie oznacza odcięcie się od ciała?
Tak. To jest to klasyczne wyjście z siebie i stawanie z boku – gdy uczestniczę w trudnym dla mnie wydarzeniu, ale tworzę dla siebie iluzję, że mnie to nie dotyczy, że stoję z boku i obserwuję na chłodno. Odcinanie się od sytuacji musi oznaczać odcinanie się od siebie. A bardzo trudno jest potem do siebie wrócić.
A da się pracować z lękiem bez pracy z ciałem? Skutecznie?
Nie. Dlatego że lęk będzie przeskakiwał. Sama ta baza poznawcza, bez wentylowania emocji, bez odczytywania napięcia w ciele, może dać chwilową ulgę, ale obiekt lęku przeskoczy wtedy na coś innego.
Jak to przeskoczy?
Na przykład ktoś boi się utraty pracy. Powiedzmy, że poznawczo to ogarnął: rozpoznał kluczowe przekonania, nazwał jakieś myśli automatyczne, określił swój obszar wpływu na tę sytuację. Ale – z mojego doświadczenia – jeśli to się odbędzie tylko w warstwie myślowej, to za jakiś czas ten lęk wróci, np. w postaci lęku o zdrowie dzieci. Bo to pierwotne napięcie cały czas tam w środku w organizmie jest.
Jak to jest, że w refleksji nad lękiem obszar relacji zajmuje tak dużo miejsca?
Bliskość i lęk to jest para, która dotyczy każdego, ale nie każdy zdaje sobie z tego sprawę. Po pierwsze, jesteśmy stadni. Musimy żyć w relacjach. Jesteśmy ewolucyjnie ukształtowani do tego, aby wyrażać się w relacjach, rozpuszczać lęk w relacjach, ważne momenty, obrzędy i rytuały przeżywać w relacjach. W obliczu zagrożenia intuicyjnie zbijamy się w stada. Wszystko, co robimy, robimy w jakiejś relacji z innymi ludźmi.
Mówisz, że w obliczu lęku zbijamy się w stada, ale w najnowszej książce piszesz też, że globalne kryzysy (pandemia, wojna, lęki gospodarcze) osłabiły więzi społeczne.
Kluczowa jest moim zdaniem kolejność, w jakiej te kryzysy do nas przyszły. Pandemia wytrąciła nas z równowagi – nakaz izolacji to był dla nas emocjonalny nokaut. Izolacja zablokowała naturalne procesy rozpuszczania lęku, regenerowania zasobów poprzez bliskość. Nie mogliśmy się zebrać w grupę, opowiedzieć, jak jest ciężko, wspólnie się bać i w tym wspierać. Ze strony rozumu te restrykcje były uzasadnione, ale ze strony serca to była katastrofa.
A potem?
Ledwie zdjęliśmy maseczki, ledwie pozbyliśmy się tego przewlekłego lęku o zdrowie, gdy poczuliśmy pierwsze promienie słońca na twarzy, dowiedzieliśmy się, że za naszą granicą jest wojna.
Nie zdążyliśmy się jako społeczeństwo zregenerować przed kolejnym ciosem?
Tak. Do tego doszedł kryzys gospodarczy, lęk o finanse, radykalizacja sceny politycznej, a to wszystko podkręcone nieustającym przepływem informacji. Dostaliśmy sekwencję bardzo wielu ciosów z rzędu, a największy na początku – izolacja. Pod względem emocjonalnym, gdyby nie było tego nokautu pandemii na początku, jest szansa, że lepiej znieślibyśmy wszystko, co przyszło później.
Mamy epidemię samotności?
Tak – pod przykrywką zbiorowości. Pozornie jesteśmy bliżej siebie niż kiedykolwiek, znamy więcej ludzi niż nasi przodkowie przez całe życie, ale czujemy się samotni. Pielęgnujemy iluzję, że ilość relacji sumuje się w ich jakość. Tak nie jest.
Widać to w gabinecie?
Bardzo. Bo samo takie doświadczenie 50-minutowej sesji, gdzie uwaga terapeuty jest poświęcona jednej osobie, już jest często ogromnym przeżyciem dla wielu ludzi. To bywa szokujące doświadczenie – że ktoś mnie aktywnie słucha, nie wkraczając jednocześnie z niczym swoim. Brakuje nam czasu na budowanie autentycznej bliskości w organicznych warunkach. Ten, kto szczerze rozmawiał z drugim człowiekiem, wie, że tego nie zrobi się w pięć minut.
Od kiedy ta epidemia samotności się rozwija?
Odkąd rozwój cywilizacyjny gwałtownie przyspieszył. Zaczęło się od tego, że stopniowo przestawaliśmy być sobie nawzajem niezbędni do przetrwania. Kiedyś zdobywanie pożywienia było sprawą całej gromady, nie dało się upolować zwierzęcia, przygotować posiłku w pojedynkę. Teraz mamy w większości spraw codziennych poczucie niezależności, a wręcz samowystarczalności. Pozornie, żeby przetrwać, nie musimy polegać na drugim człowieku. Pozornie, bo samotność jest nie mniej niebezpieczna niż głód czy deprywacja snu. Dzisiaj zamawiamy jedzenie jednym kliknięciem, do lekarza czy fryzjera umawiamy się przez aplikację, żeby się czegoś dowiedzieć, wystarczy sprawdzić to w Google’u. Te czynności wydają się niewinne, ale wszystkie one prowadzą do tego, że redukujemy takie spontaniczne, zwykłe interakcje z ludźmi, odzwyczajamy się od patrzenia w oczy człowiekowi.
Po czym możemy się zorientować, że "powierzchowniejemy"? Że mamy w życiu za mało bliskości?
Ponownie polecam zwrócić się do ciała. Jeśli spędzisz udany weekend z przyjaciółmi, to czujesz to doświadczenie w całym ciele, wypełnia cię ciepło nie do pomylenia z niczym innym. I odwrotnie: brak autentycznej bliskości objawia się poczuciem pustki w ciele, głodem tego wewnętrznego ciepła.
W "Bliskości i lęku" zwracasz uwagę, że poczucie pustki wewnętrznej to często oznaka nie dość dobrej relacji z samym sobą.
Zdrowa relacja ze sobą to fundament zdrowych relacji z otoczeniem. Dobre, bliskie relacje to takie, w których możemy być prawdziwą wersją siebie. A to, czy pozwalamy sobie być autentyczni w relacjach, zależy z kolei od tego, jak dobrze sami ze sobą się znamy.
Tyle że to nie jest zero-jedynkowe. Że wcisnę pauzę, popracuję nad sobą w warunkach laboratoryjnych i potem, taka gotowa, ruszę do świata.
Nie jest, żadna praca ze sobą nie dzieje się w laboratoryjnych warunkach. Dlatego właśnie zależy mi, żeby tę pracę ze sobą upraktyczniać. W książce używam często słowa "trochę" – zachęcam do "gry o trochę lepsze życie". W tym nie ma obietnicy rewolucji, jest zachęta do małych zmian. W lęku, w cierpieniu często jesteśmy zero-jedynkowi: chcemy całkowitej zmiany, tu i teraz. Staram się pokazywać, że z dnia na dzień cierpienie nie zniknie, ale dzień po dniu może być mniej i mniej uciążliwe.
A czego nauczyłeś się o bliskości od swoich pacjentów?
Cały czas się czegoś uczę. Na pewno dzięki nim z każdym dniem coraz bardziej doceniam bliskość ze sobą samym i z innymi ludźmi. Widzę i doświadczam, jak ważne i karmiące są autentyczne spotkania. Zauważam, że ostatnio coraz mniej absorbują mnie rzeczy inne niż bliskość. Coraz mniej przejmuję się karierą, uznaniem, pozycją społeczną.
Dlaczego?
Bo ta bliskość tak mnie napełnia i spełnia, że nie muszę żadnych wewnętrznych dziur zalepiać jej substytutami. Im więcej jest w moim życiu prawdziwej bliskości, tym więcej dystansu mam do wszystkich innych spraw życia.
Piszesz: "Głęboko wierzę, że możemy to, co nas spotkało w ostatnich latach, przekuć w coś dobrego". Jak?
To jest możliwe, jeśli zrozumiemy, że kryzys globalny to też jest komunikat, tak samo jak każda emocja w pojedynczym organizmie. W mojej interpretacji obecny kryzys to jest jedno wielkie wołanie o bliskość. Jeżeli odczytamy ten komunikat i wyciągniemy wnioski, to zajmiemy się systematyczną pracą nad odbudową tej bliskości, od samych fundamentów.
A dostrzegasz już jakieś próby tej zmiany?
Widzę to pod postacią coraz powszechniejszej tęsknoty za prostotą życia. Gdy orientujemy się, że nie mamy wpływu lub mamy ograniczony wpływ na sytuację na drugim końcu świata, zaczynamy szukać tej sprawczości wokół siebie, blisko, na własnym podwórku. Coraz częściej słyszę w gabinecie i wokół siebie, że ludzie tęsknią za spotkaniami, za spacerami, prostymi czynnościami. Zdajemy sobie sprawę, że nie mamy wpływu na cały świat, ale możemy mieć wpływ na ten własny, mały świat. Nie musimy sprawdzać co chwila, co się dzieje na świecie, ale możemy zadzwonić do przyjaciela i zapytać, co się dzieje u niego.
dr Marcin Matych. Psychoterapeuta ericksonowski, lekarz medycyny oraz doradca psychospołeczny i rodzinny. Specjalizuje się w leczeniu zaburzeń lękowych. Należy do Sekcji Naukowej Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. W mediach społecznościowych jako Dr Nerwica popularyzuje wiedzę o zaburzeniach lękowych i sposobach radzenia sobie z nimi. Autor poradników "Jak żyć z lękiem. Poradnik Doktora Nerwicy" (2022) oraz "Bliskość i lęk. Jak budować lepsze relacje" (2024).
Katarzyna Siekańska. Finalistka I edycji Polska Stories. Pisze o relacjach i codzienności.

