Rozmowa
T. Radecka-Kozłowska w pracy na ambulansie, Małdyty 1965 r. (fot. Archiwum rodzinne)
T. Radecka-Kozłowska w pracy na ambulansie, Małdyty 1965 r. (fot. Archiwum rodzinne)

Twoja mama musi być bardzo szczęśliwa.

Jest. Szczęśliwa i wzruszona. To właśnie jej historia była inspiracją do powstania książki i sama się dziwię, że tak późno dostrzegłam w niej temat, bo przecież opowieści mamy z objazdowego gabinetu słuchaliśmy z bratem od dziecka. W odkryciu reporterskiego potencjału pomógł wybuch pandemii, kiedy przenieśliśmy się rodzinnie z Gdańska do domku rodziców na Kaszubach. Przy ognisku zastanawialiśmy się, czy i kiedy znów będziemy mogli podróżować. "Ja się w życiu już napodróżowałam" – powiedziała mama, dodając, że przecież zaraz po studiach wsiadła w ambulans i przez kilka lat jeździła nim po Warmii i Mazurach. I wtedy dopiero mnie olśniło: mam temat na książkę! Ciekawiło mnie, czy było więcej takich dentobusów, skąd wyruszały i gdzie jeździły, jak wyglądała praca ich załóg. Mama jeździła ambulansem, który był darem Polonii amerykańskiej dla polskich dzieci.

Ruchomym Ambulansem Dentystycznym – to była jego pełna nazwa.

Tak, chociaż już od lat 50. XX wieku jeździły też inne ambulanse: szczepionkowe, rentgenowskie, ogólnolekarskie. Mama była stomatolożką, więc znalazła się w wędrownym gabinecie dentystycznym dla wsi, jak je też nazywano. Niestety, ludzie dzisiaj niewiele o nich wiedzą, a to jest niezwykle ciekawa część historii Polski.

Historii nie tylko samych ambulansów i lekarzy, którzy nimi jeździli, ale także polskiej powojennej prowincji. To też cię ciekawiło?

Tak jest chyba przy każdym temacie, że mamy bazę, która nas szczególnie interesuje, i wszystko to, co tej opowieści towarzyszy, co się przy okazji odkrywa. Podobnie było tym razem. Na początku najbardziej interesowały mnie same ambulanse, system ich funkcjonowania i tworzące je osoby, w tym pracujący w ten sposób dentyści. A potem oczywiście powędrowałam z tym dalej.

Teresa, twoja mama, wsiada do ambulansu zaraz po studiach medycznych, w 1961 roku.

I spędza w nim kolejnych prawie pięć lat, lecząc, wyrywając, ale i wzbudzając strach wśród dzieci i dorosłych. Rozumiem go zresztą doskonale, bo sama mam dentofobię, czyli paniczny lęk przed wizytą w gabinecie stomatologicznym. Wyobraź sobie, że mieszkasz gdzieś na wsi i nagle przyjeżdża do niej samochód z bormaszyną i fotelem w środku, pełen wierteł i innych strasznych narzędzi obsługiwanych przez osoby w białych fartuchach. Nie bałbyś się zbliżyć do takiego dentobusu?

Uciekłbym pewnie do lasu, krzycząc jak chłopka grana w "Nocach i dniach" przez Zofię Merle: "Ludzie, uciekajta, doktory jado!". Zabobon na wsi panował wówczas niepodzielnie, także w kwestiach higieniczno-medycznych.

Z jednej strony zabobon, z drugiej obawy wynikające z niewiedzy, wielowiekowych zaniedbań, braku edukacji. Choć bywały też miejscowości, w których już od międzywojnia działały wiejskie ośrodki zdrowia. Większość wsi po 1945 roku była ich jednak pozbawiona. Placówki medyczne powstawały stopniowo, wyrzynały się w bólach niczym mleczaki. Do tego duża część miejscowości była nadal niezelektryfikowana, nie było wodociągów ani kanalizacji, prasa docierała tam umiarkowanie, radio też tylko gdzieniegdzie, więc nie można się dziwić takiemu, a nie innemu poziomowi wiedzy. Wieś – pozostawiona sama sobie – bazowała na tradycji, religii i przesądach. I do tego świata nagle przyjeżdżają ambulanse, w tym moja mama – młoda, pełna entuzjazmu dziewczyna świeżo po studiach. Nie ma co ukrywać, że było to wyzwanie!

Teresa Radecka-Kozłowska (z lewej) i Helena Treczyńska (na fotelu), Budry 1962 r. (fot. Archiwum rodzinne)

Mieszkańcy byli na te przyjazdy przygotowywani?

Często robiły to władze gminne, szkoły albo nawet księża z ambon, bo ludzie wykształceni zdawali sobie sprawę, jak wielkim problemem są zaniedbania w tej materii. Zaawansowana próchnica była powszechna, miały ją już trzyletnie dzieci. Zębów albo w ogóle nie myto, albo cała rodzina posługiwała się jedną szczoteczką. Zadaniem lokalnych władz było też przygotowanie kwatery dla zespołu ambulansu, bo załoga musiała gdzieś spać, umyć się, zjeść. Zaraz po wojnie warunki często były, powiedziałabym, polowe: spanie na sianie i woda ze studni.

Kto decydował się na taką dentystyczną wyprawę w spartańskich warunkach? Ci, którzy nie mieli innego wyjścia?

Myślę, że było różnie. Wielu dostawało nakazy pracy, inni, będąc młodymi ludźmi, traktowali to jako przygodę, okazję do nabycia praktyki, a jeszcze inni jechali z pozytywistycznym nastawieniem wyciągania kraju z próchnicy. Wszyscy wtedy działali przecież w czynie społecznym, czy odgruzowując miasta, czy pomagając przy żniwach. Takie to były czasy.

W 1946 roku, jak piszesz, na 10 tys. mieszkańców Polski przypadało 0,7 dentysty, czyli 1,5 tys. dentystów leczyło 24 mln osób. Z czasem te liczby zaczęły rosnąć, ale i tak niewystarczająco.

Nie tylko niewystarczająco, ale i nierównomiernie, bo zdecydowana większość dentystów pracowała w miastach. Wieś była więc nadal poszkodowana. Trudno było lekarza – nie tylko stomatologa – skierować na prowincję, gdzie czekała go harówka za niewielkie pieniądze, brak możliwości awansu i oczywiście miejskich atrakcji. Państwo stosowało więc przymus kilkuletniego nakazu pracy.

Dentobusowi, co już ustaliliśmy, towarzyszył strach, ale nie tylko pacjentów. Twoja mama, pewnie nie tylko ona, miała metalową nakładkę na palec.

Pamiętam taką nakładkę, wyglądała jak palec od rękawicy rycerskiej zbroi. Nakładano go, kiedy leczono dzieci – na wypadek, gdyby w ramach samoobrony chciały ugryźć dentystkę.

Ciekawa jest też różnica między kobietami i mężczyznami w dentobusie. Kobiety zasadniczo chętniej – a może odważniej – siadały do leczenia niż mężczyźni. Ci bali się znacznie bardziej i nieraz musieli sobie coś łyknąć dla kurażu.

Wiązało się to z wielowiekowym podziałem ról w rodzinie, zgodnie z którym to kobieta odpowiadała za zdrowie bliskich. W artykułach prasowych z lat 50. czy 60. można przeczytać, że do gospodyni należy dbanie o czystość w domu, zagrodzie i u dzieci, że to ona powinna zmotywować męża, by zrobił przykrywkę na studnię albo usunął kałuże gnojówki z podwórka. To kobiety zajmowały się zielarstwem, pielęgnowaniem rodziny w chorobie. Przekonywały mężów, żeby – kiedy było trzeba – udać się do lekarza czy szpitala. Szpital zresztą na wsi kojarzył się z umieraniem, z miejscem, z którego się nie wraca. Ludzie woleli chorować i umierać w domach.

Nie mówiąc już o tym, że na wsi chorowanie było związane z tym, że chory nie mógł pracować, a pracować musieli wszyscy, włącznie z dziećmi.

Jeszcze w latach 60. kroniki szkolne w małych miejscowościach piętnują rodziców, których dzieci, zamiast chodzić do szkoły, zbierają ziemniaki, pasą krowy. Do wsi przyjeżdża ambulans, a część uczniów nie przychodzi na leczenie, bo rodzice wysłali je w pole. Dla lekarzy pochodzących z miasta było to zderzenie dwóch bardzo różnych światów. Ci, którzy wychowali się na wsi, rozumieli takie warunki życia, ale dla mojej mamy, dziewczyny ze Szczecina, po studiach w Gdańsku, mogło być to szokiem. Podobnie dla innej bohaterki książki, dr Elżbiety Pajączkowskiej, rodowitej warszawianki, która w latach 50. jeździła ambulansem po biednych wsiach Lubelszczyzny. Uczono się więc siebie nawzajem. Lekarze w ambulansach i wiejskich ośrodkach zdrowia szybko zdali sobie sprawę, że trzeba się z chłopem i chłopką nauczyć rozmawiać, funkcjonować według wiejskich zasad i z szacunkiem, a nie tak, że przyjechała pani z miasta i wszystkich poucza.

Teresa Radecka-Kozłowska, Liksajny 1966 r. (fot. Archiwum rodzinne)

Nie można też na wsi odmawiać podarków w podzięce.

Była to bardzo ważna część wiejskiej kultury – za dobrą pracę trzeba godziwie zapłacić. Dlatego podejrzenie budziły nieraz bezpłatne usługi lekarskie. Trzeba było do nich przekonać mieszkańców. Mimo bezpłatności nadal przynosili kury, gęsi, jajka, ryby. Trzeba było to przyjąć i podziękować, bo odmowa była traktowana jako obraza. Opowiadali o tym niemal wszyscy pracujący w ambulansach.

Kto właściwie wymyślił te ambulanse i kto je produkował?

O ogólnopolskiej akcji ratowania zębów wsi – przede wszystkim dzieci i młodzieży – dyskutowano już w 1945 roku na zjeździe naczelników Wojewódzkich Wydziałów Zdrowia. Pierwsze objazdowe gabinety ruszyły w teren latem 1946 roku. W 1953 było ich już 187. Część aut pochodziła z Unry, były też dary ze Szwecji i Wielkiej Brytanii, z ambasady amerykańskiej. W miarę potrzeb rząd zamawiał je w Czechosłowacji, stąd dominacja modelu Praga RN. Często mieściły jedno stałe stanowisko do leczenia plus cztery przenośne.

Ponieważ powojenny model polskiej ochrony zdrowia wzorowany był na radzieckim, można założyć, że w ZSRR też działały takie ambulanse, nie tylko samochodowe, ale i samolotowe.

Widziałaś taki model ambulansu na własne oczy?

Niestety nie, choć szukałam ich w muzeach starych samochodów i na forach ich miłośników. Nie wiem, czy jakiś przetrwał w Polsce do naszych czasów. Ostatnie zjechały z trasy na początku lat 80. Zostały głównie fotografie i Polska Kronika Filmowa.

Mówiliśmy o trwodze, jaką budziły dentobusy, ale były też przypadki proszenia o ich przyjazd.

I to z ponagleniami. Prosili o nie kierownicy zakładów, dyrektorzy domów dziecka, sołtysi. Było to desperackie wołanie o pomoc. Co ciekawe, ludzie często woleli, by zęby im wyrywano, a nie borowano. Wierteł wszyscy bali się najbardziej: i dzieci, i dorośli. Pewnie brało się to stąd, że przed wyrwaniem podawano znieczulenie, a przy borowaniu nie.

Jedno jest pewne: strach przed dentystą jest stary jak świat.

Strach, ale i nadzieja. Stomatologią parali się i Etruskowie, i Egipcjanie, i Hindusi, i Rzymianie. Rzymscy wędrowni rwacze zębów byli szczególnie ekscentryczni, niczym Dr Schultz z "Django" Quentina Tarantino, przemieszczający się powozem z wielkim zębem na dachu. Można śmiało powiedzieć, że nasi ambulansowcy kontynuowali tradycje sięgające Imperium Rzymskiego. Tylko byli w tym mniej widowiskowi i zdecydowanie bardziej fachowi – średniowieczni wyrwizębowie braki w wiedzy i umiejętnościach nadrabiali brawurą i bezczelną autoreklamą, stąd powiedzenie: łże jak wyrywacz zębów. Zresztą szarlatani dentystyczni działali w Polsce jeszcze w latach 60. XX wieku, o czym donosiła ówczesna prasa, choćby w tekście pod wiele mówiącym tytułem "Szarlatan krąży na motocyklu".

Aleksandra Kozłowska, autorka książki 'Ambulans jedzie na wieś. Śladami wędrownych wyrwizębów' (fot. Jan Grzonka)

Dzisiaj brzmi to zabawnie, ale powikłania stomatologiczne stanowiły długo jedną z głównych przyczyn zgonów.

Ludzie umierali najczęściej w wyniku krwotoków i zakażeń, bo sprzęt – zwykle kleszcze noszone w kieszeni – jakim posługiwali się dentyści oszuści, nie znał sterylizacji, a plomby nalepiano wprost na ubytek, bez oczyszczania.

Dzisiaj po Polsce też jeżdżą rozmaite medyczne autobusy – krwiobusy czy mammobusy. Może trzeba też wrócić do dentobusów? Stan uzębienia w narodzie, twierdzą specjaliści, jest nadal smutny.

W 2017 roku Ministerstwo Zdrowia kupiło po jednym dentobusie na województwo, więc była to raczej akcja wizerunkowa. Z tego, co ustaliłam, taki dentobus przyjeżdża do wybranej szkoły, lekarz robi przegląd uzębienia uczniów i na tym przeważnie się kończy. O dalsze leczenie rodzice muszą sami zadbać.

Kiedy ja chodziłem do szkoły, był w niej gabinet dentystyczny.

Gabinety dentystyczne były we wszystkich szkołach, ale po transformacji generalnie je zlikwidowano, co niestety pogorszyło stan uzębienia dzieci. Publiczna służba zdrowia z ograniczeniami narzuconymi przez NFZ i niekończącymi się kolejkami w ogóle nie wygląda tu dobrze, więc ci, których stać, przerzucili się na prywatną opiekę dentystyczną. Tymczasem wszyscy moi rozmówcy powtarzali zgodnie, że dentobusy w dużej liczbie powinny znów wyruszyć w Polskę, bo dzięki nim wielu ludzi miało zdrowe zęby. Dzisiaj 99 proc. dorosłych Polaków ma próchnicę.

W PRL-u, mam wrażenie, stomatologia była sfeminizowanym zawodem. Dzisiaj to się zmieniło za sprawą możliwości prowadzenia bardzo dochodowych prywatnych praktyk, a tam, gdzie są pieniądze, pojawiają się mężczyźni. Sporo się zmieniło od czasu, kiedy Józefa Serre została w 1813 roku pierwszą polską dentystką.

Zmieniło się rzeczywiście dużo, bo przez wieki był to zawód – jak zresztą cała medycyna –zmaskulinizowany. Sto lat po tym, jak Józefa Serre skończyła stomatologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, nadal w wielu środowiskach źle przyjmowano dentystki, "bo grzebanie w zębach jest hańbiące dla przyzwoitej panny". To zdanie pochodzi z początku XX wieku, a wspominała je dr Maria Michaeli-Hagmajerowa. Była jedną z zaledwie trzech kobiet studiujących stomatologię w Warszawie. Dorabiała, ucząc muzyki, grała też na wieczorkach tańcujących. Od jednej z pań usłyszała trwożne: "Pani Mario, tylko proszę nikomu nie mówić, że pani jest dentystką", od innej: "Taka ładna i młoda, a dentystka? Przecież to zawód dla sufrażystek i kobiet palących papierosy!". Sytuacja zmieniła się dopiero po II wojnie światowej, kiedy stomatologia uległa silnej feminizacji.

Mama czytała już książkę?

Dopiero ją dostała, ale już czyta, jak ona i inni ambulansowcy dzielnie stawiali czoła próchnicy, biedzie, brakowi higieny, trudnym warunkom życia. To, co robili, było naprawdę imponujące, choć sami chyba, przeżywszy piekło wojny, nie uważali, że to wielki wyczyn. Tymczasem ekipy dentystycznych ambulansów musiały być gotowe na wszystko, z odbieraniem porodów czy prośbami o przyszycie odciętego palca włącznie. Musieli być lekarzami, psychologami i mechanikami, gdy ambulans się popsuł. Kto by się dzisiaj podjął takiego zadania?

Aleksandra Kozłowska. Dziennikarka, przez kilkanaście lat związana z "Gazetą Wyborczą", dziś freelancerka, współpracuje m.in. z "Przekrojem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym", portalem Gdańsk-Miasto Literatury. W 2023 r. ukazał się reportaż, który napisała z Mirellą Wąsiewicz "Islandia i Polacy. Historie tych, którzy nie bali się zaryzykować" (Znak Literanova). W styczniu 2024 r. premierę ma "Ambulans jedzie na wieś. Śladami wędrownych wyrwizębów". Obecnie pracuje nad książką o astronomie Kazimierzu Kordylewskim, odkrywcy Księżyców pyłowych Ziemi.

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, Wysokich Obcasów i polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike. Mieszka w Poznaniu.