Rozmowa
Marta Maćkowiak (fot. Kasia Kaleta)
Marta Maćkowiak (fot. Kasia Kaleta)

*Weekend na wakacje. Przypominamy jeden z najchętniej czytanych przez Was artykułów.

Przychodzi do pani klient i o co prosi? 

Zazwyczaj pisze. Otrzymuję mejla z prośbą o pomoc w odszukaniu informacji o dziadkach, pradziadkach albo krewnych. Zazwyczaj potencjalny klient bądź klientka ma jakieś szczątki informacji, ale nie wie, co z nimi zrobić, i dlatego zgłasza się do mnie. 

A dlaczego nie zna historii swojej rodziny? 

Z tym bywa bardzo różnie. Czasem rodzice czy dziadkowie odcinają grubą kreską przeszłość i nie chcą mówić o tym, co było przed wojną. Niektórzy z moich klientów zaczęli interesować się historią swojej rodziny w późnym wieku i nie mają już kogo o nią zapytać. Mniej więcej połowa moich zleceń jest z zagranicy. Tacy klienci – kolejne pokolenie polskich emigrantów – chcą ustalić, jak właściwie brzmiało ich nazwisko, zlokalizować, gdzie w Polsce mieszkali ich przodkowie, chcą poznać ich losy albo szukają dowodu na polskie pochodzenie. Pamiętam klienta ze Stanów Zjednoczonych o nazwisku Sexfinger. Szukał informacji o swoich przodkach – żydowskiej rodzinie z Warszawy. Kłopot w tym, że nikogo o takim nazwisku nie było. Okazało się, że nazwisko Sechsfinger błędnie zapisał urzędnik w amerykańskim porcie i tak już zostało. 

Po co komuś dowód, że ma polskie korzenie? 

Różnie. Część osób, z którymi pracuję, podchodzi do sprawy pragmatycznie, na przykład zależy im na potwierdzeniu polskiego obywatelstwa, bo chcą studiować w Europie. Dla innych paszport jest namacalnym połączeniem z krajem przodków. 

Z kolei większość klientów z Polski chciałaby potwierdzić historie, które w ich rodzinach były powtarzane z pokolenia na pokolenie, odkryć skrywane tajemnice albo zbudować drzewo genealogiczne z prawdziwego zdarzenia, które można przekazać dalszym pokoleniom. Ważną rolę odgrywa tutaj też tożsamość, potrzeba i chęć zrozumienia samego siebie. Kiedy pracowałam w Centrum Informacji Żydowskiej we Wrocławiu, regularnie pojawiała się u nas kobieta, która urodziła się podczas wojny i została adoptowana. Jej adopcyjni rodzice nigdy nie chcieli jej zdradzić, kim jest, choć jak twierdziła, znali jej biologicznych rodziców. Odwiedzała mnie, mimo że nie bardzo mogłam jej pomóc, głównie po to, by podzielić się tym, co czuje, opowiedzieć, jak bolesny jest brak możliwości poznania swoich korzeni. Historia tej pani to oczywiście skrajność, najczęściej trafiają do mnie klienci, których rodziny skrywają jakąś tajemnicę, coś jest niedopowiedziane, przemilczane, ale jakieś fragmenty już mamy i możemy ruszyć z poszukiwaniami. 

A zdarzają się tacy, którzy szukają korzeni szlacheckich? 

Owszem, choć zazwyczaj nie jest to główny cel. Najlepiej nie mieć na wstępie zbyt wielkich oczekiwań i miło się zaskoczyć niż odwrotnie. Zdarzało mi się szukać przodków szlachciców z opowieści rodzinnych, a znaleźć parobków i służące. Reakcje były różne. Niektórzy, rozczarowani wynikami dochodzenia, porzucali zainteresowanie genealogią, na szczęście większość przyjmuje jednak rezultaty z zainteresowaniem, bez względu na wynik. Jeden z moich klientów słyszał, że jego pradziadek prowadził restaurację. Chciał dowiedzieć się o tym czegoś więcej. W trakcie poszukiwań udało mi się ustalić, że rzeczywiście tak było, tyle że biznes stanowił przykrywkę dla produkcji fałszywych banknotów, która hulała w piwnicy. 

Pamiątki rodzinne (fot. Studio Terra)

Świetne! Ile trwają takie poszukiwania genealogiczne? 

To zależy. Od zakresu i oczekiwań, od tego, czy sprawa jest stosunkowo prosta i czy nie skomplikuje się w trakcie – zawsze na początek przygotowuję plan poszukiwań i staram się przewidzieć, jakie mogę osiągnąć wyniki, ale nie zawsze da się wszystko ustalić. Poszukiwania mogą trwać zarówno przez kilka tygodni, jak i miesięcy, a nawet lat. Teraz pracowałam nad ciekawą sprawą. Zgłosił się do mnie pan z Australii. Przysłał akt chrztu swojej babci z parafii rzymskokatolickiej we Lwowie z prośbą, bym dowiedziała się czegoś więcej o jej rodzinie. Pracę zaczęłam od złożenia wniosku o zupełny odpis aktu urodzenia. Okazało się, że takiej osoby nie ma, a odpis, który dostarczył mój klient, jest sfałszowany. Po sprawdzeniu różnych baz danych udało mi się w końcu ustalić, że jej rodzice, czyli pradziadkowie mojego klienta, byli Żydami z Poznania, którzy przed wojną wzięli ślub w Łodzi, a gdy wybuchła wojna, udało im się zdobyć fałszywe dokumenty z lwowskiej parafii rzymskokatolickiej. Dzięki temu przeżyli.  

Praca genealożki ma coś z fachu detektywki? 

Można tak powiedzieć. Czasem zdarzają mi się niesamowite zbiegi okoliczności. Kilka lat temu miałam klienta z Izraela, którego przodek był bokserem we Lwowie, a niedawno pracowałam z klientką z Polski, której dziadek również przed wojną odnosił sukcesy w tej dziedzinie. W trakcie poszukiwań okazało się, że stoczyli ze sobą walkę, o czym pisały przedwojenne gazety. Można powiedzieć, że u mnie doszło do ich ponownego spotkania. Uwielbiam takie historie. 

Innym razem rozmawiałam z panią, która mieszka w Szwecji. Opowiadała mi, że jako dziecko po wojnie mieszkała w Legnicy. Tam też osiedliła się moja babcia z rodzicami. Jej ojciec, a mój pradziadek, był lekarzem. Okazało się, że ta pani go pamięta. Opowiedziała mi zabawną historię. Jako mała dziewczynka pewnego dnia obudziła się ze zsiniałą i zdrętwiałą ręką, co ją oczywiście bardzo przestraszyło. Mama zabrała ją do lekarza, mojego pradziadka, i okazało się, że przyczyną zsinienia była… za mocno ściśnięta gumka na nadgarstku. Jednym ciachnięciem nożyczkami pozbył się jej i ocalił rączkę. 

Czy to jest praca angażująca emocjonalnie? 

Zdecydowanie. Pamiętam zlecenie, które polegało na odnalezieniu historii rodziny na podstawie śladu po mezuzie pozostawionego na jednym z domów w Tomaszowie Mazowieckim. Mezuza to niewielkie pudełeczko z ukrytymi w środku fragmentami Tory, które wiesza się na framudze drzwi wejściowych do żydowskich domów. Znajomi zajmują się szukaniem śladów po nich, następnie robią odlew i przygotowują nową mezuzę. Moim zadaniem było odszukiwanie historii ludzi mieszkających w tych domach.  

Jedną z takich, które utkwiły mi w pamięci, jest historia Artura, kilkuletniego chłopca z Tomaszowa. Wraz z matką trafił do obozu w Oświęcimiu, ojciec został w Tomaszowie jako członek judenratu i Żydowskiej Służby Porządkowej. Matka Artura zginęła w obozie, a chłopcem tuż po wojnie zaopiekowała się jego przedwojenna guwernantka. Niedługo potem okazało się, że ojciec dziecka przeżył i jak tylko go odnalazł, starał się sprowadzić do Stanów Zjednoczonych, dokąd udało mu się wyemigrować. Nie przewidział, że między opiekunką Marią a Arturem wytworzy się wyjątkowa więź i trudno będzie im się rozstać. Można to wyczuć w korespondencji, do której dotarłam w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego: "Rzekomo chłopiec ten już kilkakrotnie zwierzał się jej [Marii], że obawia się podróży morskiej. […] Pani S. twierdzi, że jest to właściwie duże dziecko, czyli duże tylko wzrostem. […] Poza tym odnieśliśmy wrażenie, że pani S. nie chciałaby się tak z dnia na dzień rozstać z chłopcem, i uważamy, że nie jest wskazane wpływać na nią, by udzieliła zgodę na wyjazd przez Francję". 

Zobacz wideo Porzucone, odebrane rodzicom. Maluchy czekają na miłość

W końcu się z nim pożegnała? 

Tak, chłopiec pojechał do ojca. Napisałam artykuł o historii tych poszukiwań i w trakcie dodatkowego researchu natknęłam się na artykuł o powojennym życiu Artura w Ameryce! Po jego śmierci artykuł o nim napisał na swoim blogu jego przyjaciel. Przypominał, jak się poznali, gdzie studiowali, jak spędzali czas, jak poznali swoje żony i jak sobie nawzajem pomagali. To było bardzo wzruszające – móc zobaczyć, że chłopiec, który tak wiele przeszedł, miał potem dobre życie. A nam udało się przypadkiem połączyć w całość dwie części jego życiorysu. 

Jak takie poszukiwania wyglądają w praktyce i jakie umiejętności są potrzebne w tej pracy? 

Pracę zaczynam od wywiadu. Proszę osobę zainteresowaną o podanie najważniejszych informacji, które posiada na temat swoich przodków. Potrzebne mi są zwłaszcza imiona, nazwiska, daty i miejsca urodzenia do pokolenia, na którym trop się urywa. Proponuję, żeby porozmawiać ze swoimi rodzicami, dziadkami, wujkami i ciotkami, bo może się okazać, że w rodzinie już osoba, która wcześniej zajęła się gromadzeniem rodzinnych dokumentów i spisywaniem historii. 

Przydatne mogą się okazać też informacje o zawodzie czy wykształceniu – wtedy można szukać dodatkowych danych w księgach handlowych, adresowych czy w archiwum uniwersyteckim. Jeśli ktoś służył w wojsku, można znaleźć ciekawe dokumenty w Wojskowym Biurze Historycznym. Jeśli przodek mieszkał w większej miejscowości albo jeśli przydarzyło mu się coś niecodziennego, może udać się znaleźć go w przedwojennej gazecie. Możliwości jest sporo. 

Obecnie bardzo dużo informacji i dokumentów można znaleźć w internecie. Coraz więcej akt jest skanowanych i wrzucanych online, trzeba tylko nauczyć się, gdzie czego szukać, na co zwracać uwagę oraz jak odczytywać akta w różnych językach – po rosyjsku, niemiecku, łacinie, czasem nawet fragmenty w języku polskim pisane przez niestarannego urzędnika mogą sprawić trudność. Dobra wiadomość jest taka, że oko po pewnym czasie się przyzwyczaja.  

Ale oprócz know-how w pracy genealoga na pewno ważne są cierpliwość, determinacja i otwartość. Warto również pamiętać, że sporo ciekawych i wyjątkowych dokumentów jest dostępnych jedynie na miejscu w pracowni archiwum, dlatego warto nie ograniczać się jedynie do internetowych poszukiwań. 

Planowała pani, że zostanie genealożką? 

Skąd! Choć jak dziś myślę o swoim dzieciństwie, widzę, że dużo tam było opowieści o przeszłości. Urodziłam się i wychowałam we Wrocławiu. Moi dziadkowie i babcie przyjechali na Dolny Śląsk z terenów dzisiejszej Białorusi, Ukrainy i Wielkopolski. Miałam to szczęście, że dziadkowie chętnie opowiadali o czasach przedwojennych; zwłaszcza dziadek Gienek dużo opowiadał o swoim rodzinnym Buczaczu. Miasteczku, nad którym górowały romantyczne ruiny zamku i gdzie wszystkie dzieci bez względu na wyznanie i narodowość bawiły się razem. Wiele lat później podczas wyjazdu archiwalnego udało mi się odwiedzić Buczacz. 

Na pewno dużą rolę w kształtowaniu moich zainteresowań odegrała moja mama, która odkąd pamiętam, interesowała się historią naszej rodziny. Szukała, notowała, kontaktowała się z różnymi instytucjami, zadawała dużo dobrych pytań swojej mamie, czyli mojej babci. W mojej historii rodzinnej przeplatają się ze sobą różne religie, stany społeczne, części przedwojennej Polski i myślę, że to również miało wpływ na to, że zainteresowałam się genealogią i odkrywaniem własnej tożsamości. 

Elise Lund i Felicita Vestvali, 1869 r. (fot. Dziennik Poznan?ski) , Willa Felicity Vestvali przy ulicy Łabskiej 12 w Cieplicach S?la?skich-Zdroju (fot. Marta Maćkowiak)

We Wrocławiu większość mieszkańców ma w rodzinie historię wychodźstwa. Czy chęć grzebania w przeszłości – nie tylko rodzinnej, ale także zamieszkiwanych budynków – związana z tym aura tajemniczości była wspólnym doświadczeniem pani pokolenia? 

Jako dziecko tego tak nie odczuwałam. Nikomu z bawiących się na podwórku taki temat nie przeszedł nawet przez głowę. Ważne było, że Ania mieszka na Drukarskiej, a Agnieszka przy Powstańców Śląskich. To wszystko. Dopiero w miarę dorastania zaczynało się mieć świadomość, że żaden z dziadków nie jest tak naprawdę z Wrocławia, a Wrocław nawet nie był Wrocławiem, tylko Breslau. Czasem w domu słyszało się, że coś jest "poniemieckie". Babcia opowiadała, że na tyłach domu, w którym zamieszkali po wojnie, wykopali motor, maszynę Singera i futro. Dla dziecka takie historie brzmiały niesamowicie i tajemniczo. Czyje były te rzeczy i dlaczego były zakopane? 

Potem, poznając historię Polski, z jednej strony wszystko zaczynało się układać, a z drugiej pojawiały się nowe pytania. Wielu moich znajomych z liceum czy ze studiów nie wiedziało zbyt wiele na temat historii swoich rodzin. Znali imiona dziadków, ale na pytanie o to, skąd byli, często mówili "nie wiem", "z Kresów", "z okolic Lwowa". Dzisiaj to się zmienia. 

W mediach społecznościowych działa całkiem sporo grup, na których mieszkańcy Dolnego Śląska zwołują się, by odkrywać historie budynków, wpisywać je do rejestru zabytków i ratować przed zniszczeniem. Czy to zainteresowanie historiami osobistymi – ale i historią regionu – wzrasta? 

Coraz więcej osób chce poznać nie tylko historię swoich przodków, ale też przedwojennych mieszkańców miejscowości, w których żyją. W końcu na co dzień obcujemy z architekturą, historią, "duchami", które przypominają nam od czasu do czasu o swojej obecności, na przykład w niemieckim napisie wyłażącym spod tynku albo w przedmiotach odkrytych przy remoncie starego domu czy w nagrobku znalezionym w lesie. Pasja odkrywania zapomnianych historii jednoczy coraz więcej inicjatyw, lokalnych historyków i zwykłych ludzi. 

Sama prowadzę w mediach społecznościowych stronę "Duchy Sudetów. Historie przedwojennych mieszkańców" poświęconą historiom domów i przedwojennych mieszkańców Sudetów, głównie okolic Karkonoszy – w komentarzach ludzie reagują bardzo entuzjastycznie na nowe wpisy. Często dodają informacje, które trudno byłoby znaleźć w internecie czy archiwum, bo są wspomnieniami rodziców czy dziadków. Sporo osób prosi o poszukanie informacji o konkretnym budynku, bo są zwyczajnie ciekawi, kto kiedyś tam mieszkał. Nie mając takiej ciągłości, jak w przypadku rodzin mieszkających w tym samym domu czy miejscowości z dziada pradziada, może próbujemy "zaadoptować" historię poprzedników. W przeciwieństwie do poprzednich pokoleń, które czuły się tutaj obco, nieswojo, dla drugiego, a na pewno dla trzeciego pokolenia Dolny Śląsk jest domem, Heimatem, małą ojczyzną. 

Reklama Villi Felicia w dokumentach archiwalnych z Archiwum Państwowego we Wrocławiu (fot. Archiwum Państwowe we Wrocławiu) , Villa Felicia w Cieplicach Śląskich-Zdroju (fot. Marta Maćkowiak)

Jakim kluczem kieruje się pani, szukając informacji o konkretnych budynkach? 

Nie mam tutaj jednej dobrej odpowiedzi, ale często jest to intuicja. Czasem moją ciekawość przykuje wyjątkowo piękna architektura, innym razem chcę sprawdzić konkretny adres, czasem poprosi mnie o to ktoś trzeci. Tak było w przypadku jednej z willi przy ulicy Łabskiej w Cieplicach Śląskich-Zdroju, dzisiaj części Jeleniej Góry. Cała okolica jest wyjątkowa pod względem architektury, ale jeden z budynków wyjątkowo zwrócił moją uwagę. Elegancki zajazd i zdobienia na balkonach kojarzyły mi się z antyczną świątynią. 

Okazało się, że jego właścicielką była Felicita von Vestvali – ulubienica Napoleona III i Abrahama Lincolna, znana śpiewaczka operowa, która w XIX wieku zasłynęła tym, że odgrywała role męskie. W willi mieszkała ze swoją partnerką Elise Lund, z którą także występowała jako Romeo i Julia. Vestvali była cenioną artystką na całym świecie, a dzięki temu, że w ogóle nie kryła się ze swoją orientacją, szybko stała się też jedną z ikon dla środowisk walczących o prawa osób homoseksualnych. 

Historie mieszkańców poniemieckich domów to jest praca hobbystyczna? 

Tak, czysto hobbystyczna. Historii proszących się o odkrycie i wydobycie na światło dzienne jest tyle, że czasem nie wiadomo, w co ręce włożyć. Ostatnio, gdy przeglądałam z ciekawości oferty nieruchomości, natknęłam się na dom, który przed wojną należał do Wernhera von Brauna – nazisty, konstruktora rakiety Saturn V, która wyniosła człowieka na Księżyc podczas misji Apollo 11.  

Ale najbardziej lubię, gdy moje odkrycie jest początkiem większej historii albo gdy wypełnia brakującą lukę w historii czyjejś rodziny. Tak jest w przypadku willi Felicia w Cieplicach Śląskich-Zdroju, którą zajęłam się przez przypadek. Najpierw zachwycałam się nią z okna mieszkania, w którym przez chwilę kiedyś mieszkałam, a jakiś czas później natknęłam się na jej reklamę, przeglądając zupełnie inne dokumenty w Archiwum Państwowym we Wrocławiu. Willa należała do Sigismunda Mosesa, żydowskiego lekarza. Pracował w żydowskim szpitalu w Bad Warmbrunn, dzisiejszych Cieplicach. Część pokoi wynajmował kuracjuszom, a willę nazwał na część swojej żony – Felicii z domu Heidenfeld. Z całej rodziny wojnę przeżyły tylko dwie osoby – syn i córka, którym w latach 30. udało się uciec do Anglii i Palestyny. Niedawno napisał do mnie prawnuk Sigismunda. Przez przypadek natknął się na mój wpis. Mamy się zdzwonić. 

Marta Maćkowiak. Genealożka i poszukiwaczka nieznanych historii przedwojennych mieszkańców Dolnego Śląska. Zanim zajęła się przyjmowaniem zleceń na poszukiwanie rodzinnych genealogii, pracowała w Żydowskim Instytucie Historycznym. Prowadzi strony: "Duchy przodków" – przewodnik po poszukiwaniach genealogicznych – oraz "Duchy Sudetów. Historie przedwojennych mieszkańców", gdzie spisuje swoje hobbystyczne odkrycia z genealogii budynków Dolnego Śląska. 

Magda Roszkowska. Dziennikarka i redaktorka.. Zdobywczyni nagrody Grand Prix Festiwalu Wrażliwego w 2019 r. Jej teksty ukazują się też w Dużym Formacie Gazety Wyborczej.