Rozmowa
'Staramy się pokazać historię na miejscu. Nasza placówka nosi imię powstańców styczniowych' (Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)
'Staramy się pokazać historię na miejscu. Nasza placówka nosi imię powstańców styczniowych' (Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

Pracuje pan w integracyjnej Szkole Podstawowej nr 30 w Warszawie. Jest pan historykiem, nauczycielem WDŻ i nauczycielem wspomagającym.

Najbardziej to jestem wychowawcą. Cenię sobie tę pracę, bo mam w niej olbrzymią swobodę. Mam jedną klasę – obecnie siódmą – którą prowadzę od czwartego roku szkoły podstawowej. Jako nauczyciel współorganizujący proces edukacji cały dzień towarzyszę moim dzieciom. Jedna godzina wychowawcza to jest naprawdę zbyt mało, choć są nauczyciele czyniący w tym czasie cuda.

W naszej szkole pedagog specjalny, który obejmuje klasę opieką, zostaje automatycznie wychowawcą. Spędza z dzieciakami najwięcej czasu. Tak się buduje relację. W tygodniu mam z nimi 21 godzin. A poza tym prowadzę w szkole przedmioty, o których pan wspomniał, i pracuję w poradni dla dzieci z autyzmem. To praca zawodowa. Pozazawodowo pracuję społecznie w wielu organizacjach pozarządowych: Stowarzyszeniu "Gwara Warszawska", Towarzystwie Przyjaciół Warszawy, Związku Harcerstwa Polskiego, Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym.

Pana zadanie jako wychowawcy?

Zbudowanie zespołu, który składa się z klasy, nauczycieli i rodziców. Żeby uczyć, klasa musi najpierw stworzyć spójną grupę. Wychowanie, potem nauka – lub wychowanie wraz z nauką – ale w pierwszym etapie z naciskiem na wychowanie.

Do zespołu dorzucił pan rodziców?

Tak, to jest bardzo ważne. Staram się im pokazać, że nie jesteśmy w szkole dla ocen. Że jesteśmy tu po to, żeby nasze dzieciaki – mówię nasze, bo tak je traktujemy – były dobrymi ludźmi i żeby każde osiągnęło sukces na swoją  miarę.

'Staram się im pokazać, że nie jesteśmy w szkole dla ocen' (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl)

Tego się nie da wytłumaczyć rodzicom na jednym spotkaniu. Robimy to w ramach wywiadówek. Na każde zebranie przygotowuję kartkę z najważniejszymi informacjami o wyjazdach, o tym, co się dzieje w szkole. Dzięki temu omijamy część informacyjną i zyskujemy około godziny. I tę godzinę poświęcamy na warsztat.

Jak to wygląda?

Na pierwszej wywiadówce musimy się poznać – jest zawsze kawa, herbata, ciacho. W zeszłym roku przyszło sporo dzieciaków z Ukrainy. Chcieliśmy je włączyć, zintegrować się, więc zrobiliśmy taką kreatywną zabawę. Dostali pianki, jakieś patyczki, podzieliłem ich na grupy i mieli stworzyć jak najwyższą wieżę. Rodzice się wygłupiali, było dużo śmiechu. Ale potem omówiliśmy proces tworzenia zespołu – rolę liderów, tych mniej widocznych. Bo tak samo to wygląda w klasie.

Innym razem chciałem pokazać, jak dzieciaki sobie radzą ze sprawdzianami i jak czytają ze zrozumieniem. Przygotowałem "test", który składał się z 20 zadań. Pierwsze: podpisz się. Drugie: wpisz swój wiek w prawym górnym rogu. Trzecie: przeczytaj poniższe pytania, nie rób ich, tylko usiądź prosto. A pozostałe były w stylu: wstań, krzyknij i przebiegnij całą klasę. I rodzice, przechodząc do każdego zadania, zaczęli je wykonywać!

Ostatnie zadanie: wróć do pytania trzeciego i zastanów się, co można było zrobić inaczej. Śmialiśmy się, ale też wytłumaczyliśmy sobie, dlaczego dzieciaki mają taki problem z rozumieniem poleceń, rozumieniem pisanego tekstu. Brakuje czasem uważności. Naszym życiem kierują automatyzmy, mózg tak pracuje, aby ułatwiać czytanie, rozpoznawanie itd. Wszystko to wymaga treningu, by pośród potrzebnych uproszczeń nie wpaść jednak w rutynę. Ta czasem zawodzi.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje>>

Jak długo trwa taka wywiadówka?

Półtorej godziny. Później są rozmowy indywidualne.

A dzieci? Ile osób jest w klasie?

20. Ósemka ma orzeczenia: spektrum autyzmu, nadpobudliwość, niepełnosprawność intelektualna na różnych poziomach, niedostosowanie społeczne.

Wszyscy realizują te same zadania co na tablicy, ale w innej treści, formie, liczbie. Według możliwości. Mam dziewczynkę z autyzmem, która jest z matematyki genialna. Wtedy do niej podchodzę, przechodzimy do kolejnego zadania, robimy coś więcej, a matematyczka dalej prowadzi zajęcia. Inni potrzebują, żeby powtórzyć 20 razy.

To jest normalne! W społeczeństwie na jednej ulicy, w jednym bloku mieszkają osoby 'zdrowe', tuż obok – osoby z deficytami. Czemu w szkole mamy tworzyć dziwne podziały i udawać, że tak nie jest? 

Trudno jest pracować w klasie, w której każdy ma inne potrzeby?

Staramy się uczyć dzieciaki tego, żeby same umiały je zasygnalizować i o nie zadbać.

W klasie jest pufa, na którą każdy może pójść się zdrzemnąć, jeśli czuje, że potrzebuje. Miałem ucznia w spektrum autyzmu, który na drugiej–trzeciej lekcji nie mógł już dalej. I żeby dobrze funkcjonować, szedł spać na pół godziny, wstawał jak młody bóg. Potem nadrabiał.

Uczniowie tego nie nadużywają?

Pomaga relacja z rodzicem. Wiem, że jeśli robi tak samo w domu, to wszystko jest okej. Uczniowie wiedzą, że to jest dla nich i że mogą skorzystać. Nie spotkałem się z tym, żeby ktoś nadużywał swoich praw po ustaleniu zasad.

Mówiliśmy o budowaniu zespołu w grupie rodzice–wychowawca. Jak to wygląda w klasie?

W klasie, w której aktualnie pracuję, było z tym ciężko, bo trafiliśmy na pandemię. Każda lekcja online zaczynała się od rozmowy: Co u was? Co nowego? Co po przerwie? Kończyliśmy chwilą na to, żeby każdy mógł powiedzieć, za co dziękuje.

Poprosiłem rodziców, żeby napisali listy do całej klasy z jakimś pozytywnym przedstawieniem swojego dziecka. W Adasiu podoba mi się to, że fantastycznie się uśmiecha, biega na zawodach. Że Agnieszka jest świetną malarką, ma masę pomysłów. Dzięki takim działaniom budowaliśmy więzi.

Radoslaw Potrac uczy w Szkole Podstawowej nr 30 w Warszawie (Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

A na żywo, później?

Dużo wychodziliśmy, żeby wspólnie gdzieś pobyć, w różnych sytuacjach. Na przykład w ramach akcji "Milion drzew dla Warszawy" bawiliśmy się w sadzenie drzew w różnych miejscach w naszej dzielnicy, na Pradze. Dookoła szkoły mamy lipę Olgi Tokarczuk, drzewo pana Stefana, naszego woźnego, jarzęba dyrekcji... To dzieciaki wymyślały, jak chcą nazwać drzewa.

Jaki jest stosunek podobnych projektów do "zwykłych" zajęć?

Mamy 10 miesięcy w szkole, projekty to jakieś półtora miesiąca. Oczywiście w ich ramach realizujemy elementy podstawy programowej, w przypadku pracy z drzewami na przykład przyrody, geografii, polskiego (podczas czytania drzewom).

Co poza pandemią było największą przeszkodą w formowaniu się zespołu w pana obecnej klasie?

Ważne, trudne wydarzenia z poprzednich lat, które nie zostały przepracowane, bo nie zostały rozpoznane lub pojawiły się jako efekt pandemii.

Była jedna dziewczyna w spektrum autyzmu, która miała zatarg z jednym chłopcem. Z przedszkola jeszcze. Ten problem nie wychodził jej z głowy! On bardzo się zmienił, ale jakkolwiek by się  zachował: "Nie! Jesteś moim wrogiem i koniec!".

Kasia była kobietą zdecydowaną. Sytuacja zresztą była poważna, bo w przedszkolu Kasia była w Mirku zakochana. Sam pamiętam, że w tych najmłodszych latach kochałem się w jednej Monice i to była ogromna miłość, a jak ktoś z nią usiadł w jednej ławce, byłem strasznie zazdrosny!

No, ale z Kasią i Mirkiem to był rok pracy mojej, nauczycieli i rodziców. Zmiana schematu u osoby w spektrum jest bardzo trudnym zadaniem. Każdego tygodnia znajdowaliśmy czas, żeby podsumować to, co się zadziało. Najpierw pokazywaliśmy jej, że w ogóle są różne schematy, te dobre i te złe. A dopiero później pokazywaliśmy wartość Mirka, że tyle umie, się stara. A jemu tłumaczyliśmy, że warto być miłym dla koleżanki. Mimo wszystko. To było dla niego trudne, potrafił z frustracji zniszczyć okno w domu. Dzisiaj są kolegami, razem się wygłupiają, wspierają na różnych płaszczyznach.

Kiedy pan poczuł, że udało się scementować grupę?

Pojechaliśmy na pierwszą zieloną szkołę po pandemii. Byliśmy w kilka klas, starsze dzieciaki z młodszymi. Pierwszego dnia wieczorem usiedliśmy razem już we własnym towarzystwie, w piżamach, z herbatką. Zrobiliśmy sobie iskierkę z rundką na podsumowanie dnia. I nikt nie chciał iść do siebie! "No, już koniec" – mówię. "Ale musimy?" Myślę, że było im dobrze ze sobą. To był taki moment, kiedy poczuli, że są fajnym teamem, czyli ferajną.

Od tamtego czasu się rzeczywiście wspierają. Zrobiliśmy giełdę pomysłów i pomocy: jak ktoś czegoś potrzebuje, to może wrzucić informację do szafy z pudełkiem (taka tajna skrzynka kontaktowa), a ktoś – że może pomóc w tym i w tym. Oczywiście drobne niesnaski i trudności się pojawiają cały czas.

Na przykład?

Ostatnio jeden z uczniów miał gorszy dzień, nie umiał sobie poradzić z emocjami. Przeszkadzał na lekcji, wstawał, śpiewał. Zdenerwowało to dziewczynę, która jest taką flegmatyczką, oazą spokoju. Ale wtedy powiedziała mu: "Odejdź stąd, nie mogę się skupić". I go odepchnęła. Ona wściekła, chłopiec płacze.

'Mnie obowiązuje podstawa programowa, podręcznik to jest coś zupełnie innego' (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl)

I co pan zrobił?

Uczymy się tego, że sprawy między dziećmi mogą załatwiać dzieci. Między sobą. Potem mogą poprosić kolegę. Ja jestem trzeci, na końcu.

No więc nic wtedy nie zrobiłem. Sami zapytali, czy mogą po lekcjach zostać chwilę w klasie i coś przegadać. 'Jasne. Mam być czy mam pójść?'. 'Ma pan pójść'. 'Dobra!' Przyszli do mnie po przerwie powiedzieć: 'Jest okej'. To jest możliwe właśnie dzięki pracy, którą zrobiliśmy wcześniej.

Wyobrażam sobie, że takich sytuacji jest sporo. Czy nie jest tak, że czasem dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi utrudniają naukę pozostałym?

Kiedy zaczynamy proces edukacji, to obecność takiego dzieciaka jest trudna dla innych uczniów. Po to jesteśmy specjalistami – po studiach, szkoleniach, warsztatach, z latami doświadczenia – żeby szukać rozwiązań. Można na podstawie takiego doświadczenia wytłumaczyć, że każdy jest inny, reaguje inaczej, ma inne potrzeby, skąd to się bierze, jak sobie radzić z emocjami. Można sprawę zbagatelizować, zrzucić wszystko na rodziców, pójść ze sprawą do kuratora i ministra. Ale można takie sytuacje zamienić w coś dobrego, przekuć w sukces. W którym każda strona będzie wygranym.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje>>

Jest pan nie tylko wychowawcą, ale też historykiem i prowadzi pan WDŻ. Zacznijmy od historii.

Nie uczymy dat, nie wkuwamy. Dzieciaki są w stanie dotrzeć szybko do dowolnej informacji w internecie. Celem nauczania historii nie jest poznanie dat i faktów, tylko umiejętność wyciągania wniosków i krytycznego myślenia. Chcemy, żeby dziecko kojarzyło osoby z wydarzeniami i okresem czasu. Jak uczymy się o Grunwaldzie, to 1410  każdy pamięta.

Mówię, że to był wtorek, bo taki konkret zapada w pamięć. Zwykły dzień, czemu Jagiełło słuchał dwóch mszy? Zaczynamy kombinować – dzieciaki pamiętają to jako problem, który rozwiązywały, a nie jako suche fakty, które trzeba było wykuć.

Staramy się pokazać historię na miejscu. Nasza placówka nosi imię powstańców styczniowych. Sztandar wręczało szkole 17 żyjących powstańców w maju 1934 roku. Mamy go do dziś, można go dotknąć. Sala gimnastyczna w 1941 roku była miejscem, gdzie lekarze, z Makowerem na czele, dokonywali selekcji Żydów. Decydowano, kto zginie, a kto będzie żyć, kto pojedzie do obozu, a kto do getta.

Uczymy się takich pojęć jak dyskryminacja, nienawiść. Nie opowiadam z drastycznymi szczegółami o tym, co się działo. Dostosowuję narrację do wieku. Mówimy, że w tym miejscu jedni ludzie decydowali o życiu innych. Każdy sobie to tłumaczy inaczej. Każdy też podejmuje własne wnioski i dzielimy się nimi.

Co z emocjami, które się muszą pojawiać przy takich tematach?

Rozmawiamy o nich! Lubię bardzo "Muminki". Tam jest taki fragment: "Jak się gniewać, to się gniewać – stwierdziła Mała Mi, obierając ziemniaka zębami. – Trzeba czasem być złym. Każde najmniejsze stworzenie ma prawo być złym, ale Tatuś gniewa się nie tak, jak trzeba. Nic nie wydmuchuje z siebie, tylko wciąga do środka". I my z tymi emocjami robimy coś takiego. Nie wciągamy do środka, tylko rozmawiamy. Wydmuchujemy.

Jak u pana wygląda WDŻ?

Cudowny przedmiot.

Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś to powiedział bez ironii.

Naprawdę! Pozwala rozmawiać z dzieciakami na zupełnie innej płaszczyźnie. Zdaję sobie sprawę z tego, jak szeroka dyskusja się toczy wokół tego przedmiotu. Od własnego rodzonego ojca nieraz usłyszałem, że seksualizuję dzieci!

Ale WDŻ to jest edukacja do bycia razem z innymi. Chodzi o kreatywne tworzenie umiejętności miękkich, o bycie dobrym kolegą, przyjacielem i w końcu członkiem rodziny. Jakakolwiek by ona  była. Bo miłość nie wybiera. Są elementy dotyczące prokreacji, rozwoju płodu, ale to wszystko w sposób odpowiedni do wieku!

A relacje, o których pan mówił?

Bawimy się w coś takiego: Jakiego chciałabyś kolegę, koleżankę? Narysuj i opisz jego albo jej cechy. Chłopcy wymyślają dziewczynę, a dziewczynki – chłopaka. Zdarza się, że panowie rysują koleżankę w stroju Ewy, próbują prowokować. Cechy: zgrabne nogi, niebieskie oczy... A dziewczyny, no owszem, czasem rysują jakiś sześciopak, ale przede wszystkim cechy charakteru. Na początku jest śmiech, potem rozmawiamy o różnicach w dojrzewaniu: czemu chłopcy skupili się na wyglądzie, a dziewczynki na charakterze, o tym, dlaczego tak jest, co jest dla nas ważne w drugim człowieku.

'Bawię się tym, co robię. Czuję się w tym wolny. Wiem, że wielu moich kolegów nie ma takiej możliwości' (Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl)

"Zobaczcie, w pewnym wieku zwraca się uwagę na fizyczność, ale pojawia się obok odpowiedzialność, opiekuńczość, zaradność – i to są rzeczy bardzo istotne". Albo rozmawiamy o tym, czym jest przyjaźń. Jak ją rozumieją, że to coś innego niż kolega. Piszemy własne historie, podajemy przykłady z życia albo z książek. A oni mogą się zastanowić, na jakim etapie są ze swoimi znajomymi.

A co jest ciekawego dla dzieci w rozwoju płodu?

W cudzysłowie, trochę żartem mówię, że na początku wszyscy jesteśmy dziewczynkami. To się zawsze spotyka z oporem chłopców. "Jak to? Ja dziewczynką?".

"Ale popatrzcie sobie, tutaj są obrazki, jak rozwija się płód. Do 45. dnia wyglądamy tak samo, dopiero po siódmym tygodniu zaczynają kształtować się narządy płciowe i w pewnych fazach rozwoju wyglądają identycznie. Z tych samych komórek rozwijają się narządy płciowe żeńskie i męskie. I to jest odkrycie".

Więc kiedy zaczynamy odnosić się do kobiet, zacznijmy od tego! Na początku każdy z nas był kobietą. Oczywiście tłumaczę, że nie genetycznie, ale wizualnie nie rozróżnicie! To im zapada w pamięć i daje trochę do myślenia.

Ma pan jakieś ulubione metody w pracy z dzieciakami?

Bardzo cenię edukację rówieśniczą, bardzo starą metodę i umiarkowanie popularną. Mieliśmy taki coroczny projekt – muzeum dwudniowe dla młodszych klas. "O czym będzie to muzeum?" - "O historii". "Ale o czym konkretnie?" – pytam dzieci.

Akurat się uczyli o drugiej wojnie światowej, więc padło na to. "Macie wiedzę, to jak to wytłumaczymy młodszym? Jak powiesz, że wojna zaczęła się wtedy, walczyły takie państwa, tu Hitler, tu Stalin, daty – czy to będzie jasne?" "No nie" – usłyszałem. Więc stworzyliśmy mapę do gry z kostkami, kartami i w ten sposób można było zacząć.

Ktoś proponuje, żeby zrobić coś o powstaniu. Wymyślili: jak się jadło. Wtedy byłem po wizycie turystycznej w browarze i miałem woreczek jęczmienia prażonego. A przecież podczas powstania z zakładów na Powiślu udało się zdobyć sporo jęczmienia piwnego i z niego robiło się zupę plujkę. To gotujemy plujkę! Klasy przychodziły, obierały marchewkę, ziemniaka, mieliły w młynku ręcznym i w końcu była plujka!

Inna atrakcja muzeum: punkt sanitarny. Dzieciaki mogły pobandażować, unieruchomić kończyny, ale ci, którzy prowadzili ten punkt, musieli sami wcześniej ukończyć kurs pierwszej pomocy. I mogli wiedzę przekazywać dalej. Przygotowania miały trwać tydzień, okazało się, że trwały dwa miesiące. Ale był hicior. Jak usiedliśmy na podsumowanie, usłyszałem: "Proszę pana, ja nie chcę być nauczycielem". "Dlaczego?" – zapytałem. "Pan wie, jaka to jest ciężka praca?" – padło. No, trochę wiem!

Byli bardzo zmęczeni, ale następnego dnia okazało się, że stali się bohaterami w szkole, przychodzili na zajęcia. "No, może nie jest tak źle być nauczycielem" – słyszę od uczniów potem. "Dlaczego?" „Bo byłem taki ważny". I muzeum ma już pięć lat.

I na tym budujemy zespół! Młodsze się uczą, a dla starszych to jest frajda. Dzieci z niższych klas do nich przychodzą, żółwik i komentarze "A ty jesteś fajny" budują w nich takie poczucie własnej wartości, jakiego ja bym nigdy nie stworzył!

Bycie nauczycielem to ciężka praca.

Ja w tym widzę służbę. Są sytuacje, w których czuję, że moje granice muszą być przekroczone. Jak górnik idący do kopalni wie, że może się ona zawalić i może nie wrócić, tak nauczyciel idący do szkoły musi się liczyć z tym, że zawsze może się zdarzyć coś nowego, nieoczekiwanego. To jest praca z żywym człowiekiem.

Podczas lockdownu pozwalałem, żeby rodzice w trudnych sytuacjach, kiedy działo się coś złego ze zdrowiem psychicznym dzieciaków, dzwonili o pierwszej–drugiej w nocy. To było silniejsze ode mnie. Chodziło o dzieci. Mam dorosłego syna, moje życie jest stabilne. Mogę sobie na to pozwolić.

Jak pan to przeżył?

Pierwszy Nauczyciel Roku, Grzesio Lorek, ma takie powiedzenie: "Dobry nauczyciel to żywy nauczyciel". I coś w tym jest. Żeby robić swoje przez lata, trzeba zadbać też o siebie.

Jaki ma pan na to sposób?

Biorę hamak, idę do lasu na dwie–trzy godziny. Mam ukończony kurs płetwonurka z wieloma specjalizacjami, więc czasem biorę sprzęt i idę nurkować. 40–50 m pod wodą człowiek wyłącza wszystko i myśli tylko o jednym – przetrwać, wypłynąć. I wracam oczyszczony.

Gala Konkursu Nauczyciel Roku 2023 i Konkursu Nauczyciel Jutr@ (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.pl)

Ale mam już swoje lata, niedługo pięćdziesiątka. Kolanko już boli, jak się siada z dziećmi na dywanie. Niektóre rzeczy musiałem odpuścić. 15 lat byłem kuratorem, ale zrezygnowałem. Długo organizowałem też kolonie w wakacje. Też odpuściłem.

Długo już pan uczy?

Zacząłem pracę po pierwszym roku studiów, już byłem na etacie. To były początki integracji. Większość osób uważała, że to się nie uda – niepełnosprawni do szkół specjalnych i koniec.

Klasa integracyjna była innowacją pedagogiczną. Dla każdego dziecka tworzonych było kilka segregatorów, trzeba było jechać z nimi do ministerstwa i dopiero wtedy można było taką klasę utworzyć. Ja zostałem wspierającym nauczycielem w tym zespole. Miałem dodatek za szkodliwe warunki pracy! Mogłem wcześniej iść na emeryturę. To był 1997 rok. Po dwóch latach te udogodnienia dla pedagogów w klasach integracyjnych zlikwidowano.

Wtedy dojrzałem do tego, że praca z osobami niepełnosprawnymi to jest to, co chcę robić. Zobaczyłem, że mogę coś w tym zmienić. Wszystko było w powijakach.

Dalej pan tak czuje?

W 2016 roku zostałem wyróżniony w konkursie na nauczyciela roku "GN". Poznałem "Superbelfrów", innych nauczycieli. Zacząłem korzystać z ich dorobku w bardziej świadomy sposób i zacząłem budować wokół siebie taką grupę wsparcia.

Po tym doświadczeniu zyskałem wolność. Powiedziałem sobie: koniec, jestem nauczycielem dyplomowanym, nikt nie będzie mi mówił, jak mam pracować. Chyba że dzieci i rodzice w informacji zwrotnej. Mogę wszystko – w ramach obowiązującego prawa i przepisów. Zacząłem odrzucać podręczniki, różne ograniczenia i zacząłem szukać pomysłów.

Odrzucił pan podręczniki?

Mnie obowiązuje podstawa programowa, podręcznik to jest coś zupełnie innego. Mogę sobie pozwolić być sobą, mogę korzystać z mojej kreatywności, żeby szukać tego, co dla dzieciaków jest najlepsze.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje>>

Jak to możliwe, że się pan nie wypalił, pracując na takich obrotach?

W domu było nas czterech braci. Ja byłem najstarszy, leżało na mnie z czasem coraz więcej obowiązków. Kiedy miałem 10 lat, zacząłem gotować, pomagałem w doprowadzeniu do szkoły, odrabianiu lekcji. To weszło mi w krew.

Później uznałem, że skoro mam taki zapas różnych umiejętności wyrobionych w młodych latach, to muszę je wykorzystać. Miałem doświadczenie harcerskie – od 12. roku życia byłem przybocznym, a następnie drużynowym gromady zuchowej, miałem tam trzydziestkę dzieci. Przez całe moje życie wszystko było skupione wokół pracy z dzieciakami. Dlatego to jest takie totalne w moim życiu.

A zmęczenie?

Jasne, że mam gorsze dni. Ale jak któryś z rodziców widzi, że idzie Potrac i jest zmęczony, to pyta:  "Panie Radku, coś nie tak? Herbatka?". Ola, cudowna  matematyczka, kiedy widzi, że coś jest nie tak, mówi: "Siadaj. Ja sobie poradzę, daj sobie chwilę, zjedz kanapkę z tyłu". Traktujemy się normalnie, dbamy o siebie.

Zobacz wideo Uczniowie o religii w szkołach. "To kompletna pomyłka" [SONDA]

Mamy zespół. To są moi przyjaciele: dzieci, rodzice, nauczyciele. Po to to budujemy. Poza tym ja bawię się tym, co robię. Czuję się w tym wolny. Wiem, że wielu moich kolegów nie ma takiej możliwości. To, co się dzieje politycznie i medialnie wokół zawodu, jest bardzo trudne. I to, co jest chyba najistotniejsze – tak normalnie, życiowo – kasa! Staram się nie mówić o tym, co jest trudne w edukacji, bo nie mam na to wpływu.

Na co pan nie ma wpływu?

Nie mam wpływu na decyzje ministerstwa. To, że pójdę pod budynek, pokrzyczę – przecież i tak potraktują mnie niepoważnie. Nikt nie usiadł ze mną nigdy do rozmów o tym, czego tak naprawdę nauczycielom trzeba.

Radosław Potrac. Pedagog specjalny – nauczyciel wspomagający proces kształcenia. Nauczyciel historii, wychowania do życia w rodzinie w Szkole Podstawowej z Oddziałami Integracyjnymi nr 30 im. Powstańców 1863 r. w Warszawie. Nauczyciel Roku "Głosu Nauczycielskiego" 2023.

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu Polska Stories. Obecnie współpracuje z redakcją Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m. in w Dużym Formacie i Tygodniku Powszechnym. Lubi słuchać, jak ludzie mówią.