Zgadza się pan z tym, że matura w tym roku była wyjątkowo łatwa?
Nie robi się badań na temat tego, czy egzaminy zewnętrzne, takie jak matury, są trudniejsze, czy łatwiejsze w kolejnych latach. Czy matura była prostsza, czy trudniejsza, wiemy z opowieści maturzystów i z oceny nauczycieli, do których maturzyści przychodzą z arkuszami egzaminacyjnymi. To nie są dobre miary.
A z tych źródeł wynika, że matury są coraz łatwiejsze. I w tym roku matura także była łatwiejsza niż w poprzednich latach. I doskonale wiemy dlaczego.
Dlaczego?
Poziom wiedzy uczniów jest niższy po pandemii. Dostosowano egzamin tak, żeby wyglądało, jakby nie było tego problemu. I pan minister będzie mógł powiedzieć, że poradził sobie z konsekwencjami pandemii.
Tegoroczny rocznik był pierwszym w czteroletnim systemie. Chciano też uzyskać dobre wyniki, by pokazać, że likwidacja gimnazjów miała sens?
Mówi pani o różnych domysłach, ale akurat na to, czy system bez gimnazjów jest lepszy, mamy badania. Wyniki spadają, nie jest to lepszy system.
Fundacja Evidence Institute z m.st. Warszawa zrobiła badania na reprezentatywnej próbie uczniów średnich szkół. Powtarzaliśmy je dwa razy – od razu po pandemii i w tym roku. I tam ewidentnie widać dwie rzeczy: dzieci bez gimnazjum wypadają gorzej i wszyscy uczniowie stracili na pandemii. Czyli młodzież po czteroletnim liceum i po pandemii straciła podwójnie. Biorąc to pod uwagę, jest oczywiste, że trzeba było te egzaminy zrobić łatwiejsze, żeby uzyskać w miarę dobre wyniki. Gdybyśmy zrobili to na obiektywnych miarach, to na pewno byśmy zobaczyli, że poziom uczniów jest dużo słabszy. Ale matury, co już omówiliśmy, obiektywne nie są.
To była bezspornie zła decyzja, żeby zrobić łatwiejsze matury?
Można za tymi łatwiejszymi egzaminami oczywiście argumentować tak, żeby tym ludziom krzywdy nie robić, że i tak już stracili na pandemii i żeby mieli "wyrównane szanse". I też taka była reakcja ze strony Centralnej Komisji Edukacyjnej i Ministerstwa Edukacji na nasze warszawskie badania z fundacją Evidence Institute – żeby nie robić uczniom krzywdy i nie mówić im, że są słabsi. Ale to nie jest rozwiązanie, bo ministerstwo powinno po pierwsze otwarcie zauważyć problem, potem zlecić badania, żeby dokładnie określić straty i następnie pomóc uczniom.
Łatwiejsze egzaminy nie są rozwiązaniem problemu niedoboru wiedzy. Powinniśmy organizować dodatkowe zajęcia czy inne działania wyrównawcze, przekazując dodatkowe fundusze do szkół. A tak mamy po prostu całe pokolenia słabszych uczniów, którzy ewidentnie mniej potrafią. I jeszcze próbujemy przed nimi to zataić. To się odbije zarówno na tym, jaki będzie ich poziom na studiach, jak i na dalszym życiu.
Sporo uczniów mimo świetnych wyników matur – ponad 90 proc. z egzaminów – nie dostało się na swoje studia. Pojawia się pytanie, czy ten sposób rekrutacji na studia, oparty głównie na wynikach matur, ma dalej rację bytu.
Myślę, że problem rekrutacji na studia trzeba zacząć od tego, że szkoły średnie są najsłabszym elementem naszego systemu edukacji. Tak naprawdę nigdy ich nie zreformowaliśmy. Działania ministra Czarnka i tej niewielkiej grupy ekspertów, którzy byli za likwidacją gimnazjów, opierały się na argumencie, że "kiedyś było lepiej". Nie było żadnych obiektywnych podstaw do tego, żeby w to wierzyć, że naprawdę kiedyś było lepiej i system z PRL daje lepsze wyniki. Jednocześnie z drugiej strony mamy niezmienne od lat egzaminy końcowe, które mają decydować o reszcie życia człowieka, są źródłem ogromnego stresu dla młodych ludzi, a ich jakość daleko odbiega od standardów światowych.
Dzisiaj uważam, że ktoś powinien matury podać do sądu. Bo nie jest to ani sprawiedliwy, ani obiektywny system, tylko gra, w której zasady co roku się zmieniają. Poziom egzaminów jest ustawiany tak, jak CKE i ministerstwo w danym roku wymyślą, nie ma żadnych badań porównujących testy. I dodatkowo, jeśli akurat w jednym roku egzamin z biologii będzie łatwiejszy, to CKE często koryguje to w ten sposób, że w kolejnym jest już znacznie trudniejszy. Do tego uczelnie przeliczają zdobyte punkty, jak chcą, według własnego uznania.
A tak nie musi być. To by naprawdę mogło opierać się na standardach. Powinno to wyglądać tak, że ustalamy konkretne standardy, konkretne umiejętności, które uczeń musi opanować, i zamiast wyniku 47 proc. jest informacja, jak przygotowany jest uczeń i które standardy spełnia. Bo obecne matury mierzą przypadkowe kompetencje i umieszczają je na skali, która akurat przypadkowo im wyszła w tym roku. I to, że dostałem 70 proc. w tym roku, nic nie znaczy, bo to może być odpowiednik 50 proc. z zeszłego roku czy 95 proc. sprzed dwóch lat.
Niektóre uczelnie, na przykład Szkoła Główna Handlowa czy Uniwersytet Warszawski, prowadzą dodatkowe egzaminy, które trzeba zdać, by móc aplikować na wybrane kierunki. Czy to jest to, do czego powinniśmy dążyć?
My już mieliśmy kiedyś taki system, ale od niego odeszliśmy. On ma trzy główne minusy. Po pierwsze, koszt organizacji, bo taniej jest zrobić standaryzowaną maturę i na podstawie tego selekcję niż tysiące egzaminów na poszczególnych uczelniach. I większość uczelni nie chce jednak takich egzaminów robić, bo to jest ogrom pracy. Po drugie, na takich niestandaryzowanych egzaminach dużo łatwiej jest wykluczyć kogoś ze względu na to, jak wygląda, jak mówi, jaką ma prezencję, skąd pochodzi, jakie jego rodzice mają kontakty. Po trzecie, w takim systemie uczeń gra w jeszcze bardziej skomplikowaną grę, gdzie każda uczelnia czy wydział mogą mieć inne wymagania.
Egzaminy standaryzowane nie tworzą takich problemów, o ile są dobrze robione. Zamiast wracać do takiego systemu, zdecydowanie bardziej wolałbym mieć porządne, obiektywne, dobrze napisane maturalne egzaminy, gdzie wyniki byłyby zamieszczone na konkretnej skali, porównywalnej rok do roku. Teraz mamy amatorsko robione testy, gdzie na przykład mamy efekty sufitowe, jak w tym roku w przypadku egzaminu dla ósmoklasistów z matematyki. Tysiące uczniów otrzymało najlepszy wynik i widać było, że ten egzamin był dla nich po prostu za łatwy. To jest albo amatorka przy tworzeniu testów, albo celowa manipulacja poprzez usuwanie trudniejszych zadań.
Po maturach i rekrutacji na studia przychodzą sesje i kolokwia, które w ogromnej części także nie są standaryzowane.
Tutaj także dochodzi niestety ten smutny element konkurencji między uczelniami. Pracuję na wydziale ekonomii na Uniwersytecie Warszawskim, który bezpośrednio konkuruje chociażby ze Szkołą Główną Handlową, i widzę, ilu studentów wybiera tę uczelnię lub inny wydział, gdzie jest po prostu łatwiej. By jak najmniej się narobić i zdobyć dyplom. Więc uczelnie też zaczynają konkurować poziomem egzaminów, stopniem trudności, żeby tych studentów przyciągnąć. My wymagamy od studentów wiele, żeby mogli przejść na kolejny rok, ale rezultat jest też taki, że wielu z nich niestety ucieka na łatwiejsze wydziały.
Czy są inne metody sprawdzania wiedzy, które moglibyśmy wdrożyć zamiast matur czy egzaminów na uczelniach? Oprócz ulepszenia samych treści egzaminów dużo osób zarzuca też, że sprawdzają one wiedzę w jednym momencie dnia, a wystarczy, że ktoś się rozchoruje, będzie miał gorszy dzień, pokona go stres – i nie zostanie sprawdzona jego rzeczywista wiedza.
Nie uciekałbym od systemu standaryzowanych egzaminów. Jest oczywiście dużo przeciwników takiego systemu, którzy mają takie właśnie argumenty – że to jest stresujące, że mierzy tylko ograniczony zakres umiejętności. Ale alternatywy są znacznie gorsze. Jeśli chcemy egzaminów ustnych, przyjmowania na podstawie portfolio czy pisanych w domu esejów, to z założenia będziemy promować uczniów, którzy lepiej wyglądają, lepiej się wysławiają, których rodzice mogli pozwolić sobie na zajęcia dodatkowe na wysokim poziomie czy po prostu pochodzą z lepiej wykształconych rodzin. Takie egzaminy kiepsko mierzą rzeczywisty poziom uczniów, są bardzo subiektywne i wzmacniają nierówności.
Ale powtórzę: jeśli już robimy egzaminy standaryzowane, matury, to róbmy je dobrze. A nie tylko nie robimy ich dobrze, ale jeszcze co roku jest coraz gorzej. Tegoroczne matury wyglądały tak, jakby ktoś wyrzucił wszystkie najtrudniejsze zadania i zostawił tylko te łatwiejsze, żeby rocznik poszkodowany pandemią i czteroletnim liceum jakoś dał sobie radę. Gdzie są priorytety ministerstwa i CKE? Powinniśmy mieć osobną, niezależną, obiektywną instytucję do robienia badań i ustalania standardów wymagań na egzaminach zewnętrznych, która nie dopuści do takich sytuacji.
W teorii Centralna Komisja Egzaminacyjna jest organem niezależnym, który sam ustala treść egzaminów.
Jest to system, który nie jest ani trochę transparentny. Mamy niby niezależną Centralną Komisję, ale wszyscy wiemy, że ona nie jest niezależna, bo dyrektorzy są zależni od ministra, jest tam też sporo innych powiązań. Więc oczywiście, że ministerstwo może mieć wpływ na egzaminy, a udawanie, że jest inaczej, nie ma sensu. Mamy też Instytut Badań Edukacyjnych, który nie zrobił ani jednego badania dotyczącego wpływu pandemii na wyniki i pokazuje wyniki badań PIRLS jako dowód, że jest dobrze.
Tylko że tam polscy uczniowie wypadli świetnie, bo byli starsi o rok od ich rówieśników.
Jeżeli chcielibyśmy zrobić to porządnie, powinny powstać rzeczywiście niezależne instytucje, które odpowiadają za ocenianie całego systemu edukacji, również w kryzysach takich jak pandemia, i przeprowadzanie ogólnopolskich badań. Taka instytucja powinna odpowiadać przed parlamentem, monitorować prace ministerstwa.
Teraz mamy system, w którym CKE czy IBE nie tylko udają, że nie ma problemu, ale robiąc łatwiejsze egzaminy, próbują kamuflować, jak zła jest obecna sytuacja. Robiliśmy raport z fundacją Evidence Institute „Edukacja bez polityki", w którym proponujemy postawienie takiej instytucji, która będzie odpowiedzialna za podstawy programowe, egzaminy i monitorowanie systemu, a ministerstwo – za realizację polityki edukacyjnej. Pokazujemy, jak podobne rozwiązania funkcjonują w innych krajach. Instytucja obiektywnie mierzy straty edukacyjne, ministerstwo proponuje, co robić. Ale jeżeli ministerstwo ma w ręku wszystkie narzędzia do badań i do mierzenia umiejętności i jednocześnie jest obsadzone przez polityków, to nie może dobrze funkcjonować, bo politycy sami siebie nie będą sprawdzać. Cierpią na tym niestety uczniowie.
Czy chciałby pan coś jeszcze przekazać tegorocznym maturzystom?
Myślę, że zbyt dużą wagę przywiązujemy do wyników matury. Ja wiem, że są takie kierunki, na które rzeczywiście albo się dostaniesz, albo nie i nie ma innych opcji, do tego są bardzo konkurencyjne, czyli medycyna, prawo. Ale większość osób będzie żyć w świecie, w którym nie liczy się jeden dyplom. Ważne jest to, żeby się rozwijać, żeby realizować swoje pasje i być ambitnym. Za bardzo przejmujemy się egzaminami.
Dr Maciej Jakubowski. Zajmuje się badaniami i polityką edukacyjną oraz rynku pracy. Autor kilkudziesięciu prac naukowych. Pracuje na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Założyciel Fundacji Naukowej „Evidence Institute" promującej wykorzystanie badań naukowych w kształtowaniu polityki oraz w praktyce nauczania. Pracował jako analityk w zespole PISA w OECD i jako konsultant m.in. Banku Światowego, UNESCO i OECD.
Agata Porażka. Dziennikarka weekendowego magazynu Gazeta.pl. Twórczyni cyklu Zagrajmy w Zielone, który skupia się na tym, co powinniśmy zrobić, by zamiast niszczyć, dbać o planetę. Prowadzi podcast Zetka z Zetką.


