Masz 23 lata. Jesteś córką aktorskiej pary Beaty Ścibakówny i Jana Englerta. Sama też zostałaś aktorką. To było silniejsze od ciebie?
Początkowo nie myślałam o aktorstwie. Skończyłam szkołę muzyczną I stopnia w klasie fortepianu, przez pewien czas bliska mi była moda, w międzyczasie miałam też epizod w szkole baletowej. Bliscy wspierali mnie, żebym próbowała wszystkiego, co mnie interesuje. I wydaje mi się to dobre, bo mogłam zobaczyć, co jest dla mnie, a co niekoniecznie. Uświadomiłam sobie, że w niczym nie jestem tak dobra, jak bym chciała. W balecie nie miałam wystarczających fizycznych predyspozycji, a w muzyce nie miałam wystarczająco dobrego słuchu. W międzyczasie coraz częściej zaczynałam myśleć o aktorstwie i to się zrobiło ważne. Rodzice zapisali mnie do dziecięcej agencji aktorskiej.
I co się wydarzyło?
Wydarzyły się "Barwy szczęścia", które nauczyły mnie, czym jest plan filmowy i jak się na nim funkcjonuje. I zostałam przy tym. Bardzo mi się to spodobało.
Okazało się ciekawsze niż balet?
Tańczyłam balet, odkąd skończyłam cztery latka, w studiu baletowym przy Moliera w Warszawie. Większość dziewczynek, które chodziły tam ze mną, decydowała się zdawać do szkoły baletowej. Ja po czterech czy pięciu latach regularnych ćwiczeń nadal nie potrafiłam zrobić sznurka [figura baletowa będąca odmianą szpagatu – przyp. red.]. Mój układ bioder mi to utrudniał. Poza tym byłam już wtedy w szkole muzycznej i międzynarodowej, gdzie uczyłam się kilku języków, więc po 10 latach uznałam, że balet, choć bardzo go lubiłam, do niczego mnie nie zaprowadzi. Że nie przeskoczę fizycznych ograniczeń.
Balet kojarzy mi się z morderczym reżimem żywieniowym.
W aktorstwie nie jest inaczej. Raz nawet usłyszałam wprost, że do tej roli powinnam trzymać formę, bo będę grać w bieliźnie.
Jak zareagowałaś?
Nigdy nie wiem, jak takie komentarze potraktować. Z jednej strony je rozumiem, ale z drugiej uważam, że chyba nie powinno tak być. Dojrzały mężczyzna o przeciętnym wyglądzie mówi do 19-latki, że powinna trzymać formę? Niesmaczne.
Masz z tym problem?
Ostatnio coraz częściej w branży padają argumenty, że skoro w świecie jest różnorodność, to dlaczego nie miałoby jej być na ekranie? Ale ja, gdy ważyłam trochę więcej, czułam, że ogranicza mnie to aktorsko. Ale myślę, że to chodzi o to, że ja się niekoniecznie dobrze czułam i tym właśnie emanowałam.
Chodzi ci o sceny rozbierane?
Nie. Nagrywając się, czy biorąc udział w castingach, skupiałam się nie na grze, tylko na tym, jak wyglądam i jak mam korzystnie usiąść, żeby wyglądać dobrze, a nie na tym, jak powinnam podejść do grania w tej roli.
Jestem zaskoczona tym, co mówisz, ponieważ moim zdaniem jesteś w "Pokusie" bardzo seksowna i wcale nie mam wrażenia, że ważysz parę kilo za dużo.
To znaczy, że to ja podchodzę zbyt krytycznie. Bo myślę, że w "Pokusie" wyglądam, mówiąc dyplomatycznie, bardzo kobieco. Myślę jednak, że przygotowując się do castingu, nie czułam napinki, miałam wtedy etap chłopczycy i pomyślałam sobie: Jezus Maria, przecież to w ogóle nie jest rola dla mnie. Chyba dlatego, że nie czułam przesadnego ciśnienia, dostałam tę rolę.
Inez, którą grasz w tym filmie, jest uwikłana w erotyczne relacje z dwoma mężczyznami.
Oczywiście granie scen intymnych z dwoma mężczyznami było trudne, ale obaj panowie [Piotr Stramowski i Andrea Peti – przyp. red.] byli dla mnie na planie ogromnym wsparciem. Ani przez sekundę nie poczułam, że któryś z nich w jakikolwiek sposób przekracza moje granice. Zresztą na planie mieliśmy koordynatora intymności, o którego poprosiłam.
Nie chodzi o to, że bałam się, że ktoś zrobi mi krzywdę, tylko wiem, że gdy adrenalina skacze bardzo wysoko, zapominamy się i zgadzamy się na więcej. A koordynator intymności widzi to, czego ty nie widzisz, i chroni wtedy, kiedy ty sama nie jesteś w stanie się ochronić. Nie przed kimś innym, ale też przed sobą.
Ma przy sobie przedmioty, które mogą aktorom pomóc?
Koordynator scen intymnych ma wiele takich przedmiotów. Jednym z nich jest szczoteczka do zębów, miętowe pastylki, ale także zabezpieczenia, czyli niemal niewidzialna bielizna w kolorze skóry, dzięki której aktor podczas scen intymnych jest osłonięty.
Niektórym może się wydawać, że biegamy po planie nago albo że między ujęciami siedzę bez ubrania i palę papierosa, a tak nie jest. Zaraz po ujęciu biegnie do nas kilka osób z kocami i szlafrokami, żebyśmy mogli się okryć.
Czy to było dla ciebie trudne?
Sceny intymne w "Pokusie" były świetnie skumulowane, zagraliśmy je w kilka dni. Poukładałam sobie je w głowie tak, żeby je jak najlepiej zagrać, a potem z siebie zrzucić. Nie były dla mnie dużym obciążeniem emocjonalnym, przypominały taniec w odpowiedniej choreografii.
Trudniejsze były dla mnie lżejsze sceny, te rodem z komedii romantycznej. Inez jest taka uniesiona, wiecznie zafascynowana światem mediów. A ja jestem raczej cyniczna, w przerwach na planie palę papierosy. Wejście w hiperkobiecość, w różowe ciuchy i płaszcze ze skóry krowy było dalekie ode mnie. Ale tak rzadko jestem obsadzana nie według warunków, że pomyślałam, czemu nie skorzystać i nie podszkolić swojego warsztatu aktorskiego.
Niedawno Gabriela Muskała powiedziała mi, że dla niej aktor nie zaczyna się od szyi i kończy w pasie. Ona sama nie ma problemu, żeby rozebrać się w teatrze czy w filmie. Ty się wstydzisz podczas grania intymnych scen?
Nie wiem, co mam ci odpowiedzieć na to pytanie. Jeśli powiem "tak", to znaczy, że jest to dla mnie problem. A gdybym powiedziała, że nie, tobym skłamała.
Kiedy kręcę sceny intymne, nie myślę o tym, że obejrzy je kilkadziesiąt tysięcy ludzi, ale krępuje mnie, że na planie jest zbyt dużo ludzi. Nie godzę się na takie sytuacje. Uważam, że zawsze mam prawo poprosić, żeby osoby, które akurat nie trzymają kamery czy mikrofonu, po prostu wyszły.
Studia w Stanach nauczyły cię takiej asertywności?
W pewnym stopniu.
Ale nie dlatego tam pojechałaś?
Skończyłam liceum z maturą brytyjską, bo bardzo świadomie od wielu lat kształciłam się, żeby na studia wyjechać za granicę. Złożyłam papiery na wydział aktorski Uniwersytetu w Nowym Jorku, dostałam się i pojechałam.
Okazało się jednak, że jest więcej teorii niż praktyki. Poczułam, że się nie rozwijam, a chciałam grać. A w ogóle byłam jedną z nielicznych osób, które miały już doświadczenie w graniu na różnych planach.
Aż w końcu wróciłaś?
Musiałam wyjechać, żeby zrozumieć, że moje miejsce jest w Polsce. Nie zamykam sobie jednak drogi, bo ostatnio zaczęłam tęsknić za Stanami, za tamtejszym pozytywnym podejściem do życia, nawet jeśli ono nie zawsze jest do końca prawdziwe. Patrzyłam tym ludziom w oczy i widziałam, że kłamią, jak jest im cudownie.
Obecnie jestem na roku dyplomowym w Akademii Teatralnej w Warszawie, ale dyplom już zagrałam w filmie Marcina Libera "Prawdziwy norweski black metal".
Spotykałaś się pewnie z komentarzami: Helena Englert wróciła do Polski, bo tutaj ma znanych rodziców i jest jej łatwiej?
Oczywiście, ale nie mam wpływu na to, co myślą inni. Nie mam też zamiaru nikogo przekonywać. Prawda jest jednak taka, że pewnie dalej studiowałabym w Stanach, gdyby nie to, że dostałam list z akademika. Akurat zaczął się COVID i przekazano mi, że mam 48 godzin, żeby się spakować i wracać do swojego kraju. Wsiadłam w ostatni samolot ze Stanów do Polski i wylądowałam w Warszawie.
Potem stwierdziłam, że nie chcę już płacić za tak drogie studia, bo mogę rozwijać się w Polsce. Zwłaszcza gdy dostałam informację z nowojorskiej uczelni, że przez następne pół roku będę studiować zdalnie. Pomyślałam: nie za te pieniądze i nie z sześciogodzinną różnicą czasu, co oznaczałoby zajęcia w środku nocy.
Na planie filmowym pojawiłaś się po raz pierwszy jako dwulatka. Zagrałaś wtedy w "Superprodukcji" Juliusza Machulskiego.
Żadnych wspomnień z tego planu oczywiście nie mam, ale pamiętam, jak mając 10 czy 11 lat, zagrałam malutką rolę w filmie "Układ zamknięty" Ryszarda Bugajskiego. Wcieliłam się w córkę mojej mamy, więc zgodnie z warunkami. To była próba ognia, dosłownie i w przenośni, bo brałam udział w scenach z antyterrorystami. To był ogromny plan i pamiętam, że w ogóle się na nim nie odnalazłam. Wspominam te chwile jako trudne, a podsumuję je tak: plan filmowy to nie jest miejsce dla dzieci. Odradzam wszystkim rodzicom taki pomysł, chyba że chcą zniechęcić dziecko do pracy w filmie.
Jesteś małym dzieckiem, wokół są sami dorośli i mnóstwo zasad: nie siadaj tu, nie stawaj na kablu, nie gadaj, nie krzycz, poczekaj i poczekaj jeszcze dłużej, a za trzy godziny mówią: jeszcze trochę. Byłam zmęczona i znudzona, a mama nie mogła mi dać wsparcia, bo grała. Nie płakałam, bo byłam dzieckiem, które raczej nie rozrabia, tylko jest cicho, zwijałam się w kuleczkę i nie przeszkadzałam dorosłym. Byłam w ogóle bardzo nieśmiała.
Wróciłam do domu i powiedziałam rodzicom, że nie chcę już chodzić na plan, że jest to dla mnie za trudne. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to dla mnie jakaś trauma, ale po prostu uznałam wtedy, że nie jest to praca dla mnie.
Nie zniechęciłaś się jednak na tyle, żeby już nigdy nie wrócić na plan, jednak jakoś cię do niego ciągnęło?
No chyba tak, bo potem zagrałam w „Barwach szczęścia". Podpisałam umowę na rok i przyznam, że po pierwszym dniu miałam podobne odczucia jak po wizycie na planie „Układu zamkniętego", ale nie było już opcji, żeby się wycofać, więc z płaczem poszłam do pracy następnego dnia. Ale im dłużej byłam na planie, tym bardziej granie mi się podobało.
Zawsze byłam na planie na czas i jeżeli miałam jakąkolwiek przewagę nad innymi dziećmi, to właśnie taką, że byłam nauczona na początku, jak się na planie zachowywać. Uczono mnie, że gdy przychodzisz, powinnaś się wszystkim przedstawić i powiedzieć, kogo grasz. Mówiono mi też, że nie powinnam się bać zadawać pytań, zawsze mam umieć tekst i że lepiej nie brać na plan telefonu. Na początku go wzięłam i jak parę razy zadzwonił, było mi tak wstyd, że nigdy już potem tego nie robiłam.
Jak ludzie zobaczyli, że nie jestem rozpuszczoną córeczką moich rodziców, tylko staram się zrobić dobre pierwsze wrażenie i potem je utrzymać, zaczęli traktować mnie jak równą sobie. Podobało mi się to, że znalazłam się w świecie dorosłych, a oni traktują mnie jak jedną z nich. Czułam też, że mnie lubią. "O, jak fajnie, że jesteś, tęskniliśmy za tobą. Jak tam w szkole?" – pytali mnie dźwiękowcy.
Słyszałam: "Z tobą się dobrze pracuje", więc starałam się trzymać poziom i rozwijać. Z czasem odkryłam, że następnego dnia rano nie mogę się doczekać, żeby znów pojechać na plan. Potem osoby, które widziały, że bardzo się staram, zapraszały mnie na kolejne zdjęcia.
Zdarza się, że na planie podchodzą do ciebie aktorzy, którzy znają twoich rodziców i pamiętają cię, jak byłaś mała?
Po pierwsze, to nie oni podchodzą do mnie, tylko ja do nich. Mówię: "Dzień dobry, jestem Helena". Ci, którzy mnie znają z dzieciństwa, pytają: "Helenko, co u ciebie?". Od jakiegoś roku bardzo grzecznie proszę, żeby zwracali się do mnie per Helena albo Hela, albo Helenita, albo jakkolwiek. Helenka brzmi bardzo protekcjonalnie, ja protekcji nie potrzebuję.
A miałaś niedawno okazję spotkać się z Anną Dymną, która jest twoją matką chrzestną?
Ostatni raz widziałyśmy się chyba w 2018 roku na wystawie w Warszawie. Nasze drogi zawodowe zupełnie się rozmijają. Darzę ją jednak ogromnym szacunkiem i bardzo się cieszę, że jest moją matką chrzestną.
Helena Englert. Rocznik 2000. Aktorka filmowa i teatralna. Grała m.in. w "Barwach szczęścia", "Diagnozie" i "Wojennych dziewczynach", a ostatnio w filmie erotycznym "Pokusa". Jest córką Jana Englerta i Beaty Ścibakówny.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.


