Podczas rejsu do Szwecji na promie Stena Line doszło do wypadku. Za burtą znaleźli się siedmiolatek i jego 36-letnia mama. Tyle wiemy. Reszta na razie to tylko gdybanie?
Tak, a ja gdybać bym nie chciał. Ustawa o bezpieczeństwie morskim, która definiuje działanie służb SAR, mówi, że ratujemy ludzi bez względu na okoliczności, w jakich znaleźli się w niebezpieczeństwie na morzu. Czy była to próba samobójcza, czy wypadek, jest dla nas bez najmniejszego znaczenia.
Fakty były takie, że dwie osoby znalazły się poza burtą statku. To dla SAR wyznacznik, żeby rzucić na ratunek wszystkie możliwe siły i środki. Do akcji wyleciał śmigłowiec ratowniczy Morskiego Centrum Koordynacyjnego w Gdyni z 44. Brygady Lotnictwa Marynarki Wojennej. Na jego pokładzie była jedna z najbardziej doświadczonych polskich załóg ratowniczych. Oboje poszkodowanych zabrano na pokład śmigłowca, gdzie je reanimowano, a potem przetransportowano do szpitala. Niestety, w piątek oboje zmarli w szpitalu.
Płynęłam kiedyś promem i wydaje mi się, że wcale nie jest łatwo przypadkiem wypaść za burtę. Strefy i przejścia, gdzie nie mogą wchodzić pasażerowie, są dobrze oznaczone.
Jeśli pasażer stosuje się do tych informacji, nic złego nie powinno mu się przytrafić. Promy, które wożą dziś pasażerów po Morzu Bałtyckim, są jednym z najbezpieczniejszych środków transportu, jakie można sobie wyobrazić. Zdarzenia, że pasażer nagle znalazł się za burtą, są naprawdę incydentalne. W ciągu ostatnich pięciu lat można by je policzyć na palcach jednej ręki. Promy to jednostki pływające, z których się łatwo nie wypada, zwłaszcza przy tak komfortowych i sprzyjających warunkach atmosferycznych, w jakich odbywała się ta podróż z Gdyni do Karlskrony.
Przypuszczam, że okoliczności, w jakich te dwie osoby znalazły się za burtą, nie będą trudne do ustalenia. Poziom bezpieczeństwa na promach Stena Line jest wysoki. Są one wyposażone w dobrej jakości kamery przemysłowe, więc myślę, że część osób, które zajmują się tą sprawą, już wie, co tak naprawdę się wydarzyło.
Pamięta pan podobny wypadek?
Na początku tego roku za burtę wypadł kucharz gotujący na promach. Wyglądało to tak, że przyszedł na statek cumujący w Gdyni, choć akurat tego dnia nie płynął. Zagadał się z załogą i kiedy statek ruszył, zorientował się, że powinien był go wcześniej opuścić. Poprosił kapitana, żeby go wysadził, ale nie było możliwości, żeby prom, który wychodził z portu, został z takiego powodu zatrzymany. Mężczyzna postanowił więc z górnego piętra skoczyć do wody. Zginął na miejscu.
Ustalenie przyczyny wypadku zajęło załodze promu niespełna dwie godziny. Tyle bowiem trwało dokładne przejrzenie zapisów z kamery przemysłowej, w którą wyposażony był statek.
Jakie jeszcze mogą być przyczyny, dla których ktoś nagle znajdzie się poza burtą?
Jest ich naprawdę sporo. W tej materii wyobraźnia ludzka nie zna granic. Może to być samobójstwo, nieszczęśliwy wypadek czy lekkomyślne działanie, którego przyczyną jest alkohol. Tego, czy 36-letnia kobieta była pod jego wpływem, nie wiemy, ale na pewno wykaże to sekcja zwłok.
Zabezpieczono nagrania z monitoringu, które nie potwierdzają wersji, że dziecko wypadło za burtę, a mama wskoczyła za nim. Czy łatwo jest kogoś wypchnąć za burtę promu?
Na tak dużych promach jak Stena Line w środku dnia takie rzeczy raczej nie powinny się zdarzyć. Jeśli byłoby tak w przypadku 36-latki, to sprawą na pewno zajmie się policja.
Chciałbym podkreślić, że kiedy te dwie osoby znalazły się za burtą, kapitan i załoga promu postąpili zgodnie z procedurami przewidzianymi podczas takich zdarzeń. Natychmiast zatrzymali statek i zawrócili go, a w międzyczasie opuszczono łódź ratowniczą z częścią załogi statku. Błyskawicznie więc rzucono się na ratunek.
Na filmach nakręconych przez pasażerów tego feralnego rejsu widać, że kapitan zachował czujny i otwarty umysł. Oprócz procedur, które obowiązują na statku w sytuacji „człowiek za burtą", zwrócił się z prośbą do wszystkich pasażerów o obserwację powierzchni wody. Proszę sobie wyobrazić tysiąc oczu, które w jednym momencie patrzą na morze w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu kobiety i dziecka.
Według wstępnych informacji po wyciągnięciu z wody i reanimacji oboje mieli oznaki życia. Czy to znaczy, że można przeżyć wpadnięcie do wody z 20 m oraz pozostanie w niej przez pewien czas?
W większości przypadków sam skok na taflę wody kończy się śmiercią. Można to porównać ze zderzeniem z betonem. Te dwie osoby odnaleziono szybko i prawdopodobnie dawały jeszcze oznaki życia, co odbieram jako cud. Nie przypominam sobie podobnego zdarzenia.
Prawdopodobnie jednak kobieta i dziecko odnieśli wielonarządowe obrażenia oraz złamania. Nie bez znaczenia jest też fakt, że przebywali przez jakiś czas pod wodą. Mimo że miała ona 19 stopni, a fale oraz kołysana były jedynie na poziomie 1-2 w skali Beauforta. Warunki atmosferyczne wyjątkowo sprzyjały tej akcji ratunkowej.
Jakie szanse na przeżycie ma ktoś, kto znajdzie się na pełnym morzu bez kamizelki ratunkowej?
Praktycznie żadne.
Czas bycia w wodzie też ma istotne znaczenie, prawda?
Owszem. My posługujemy się tzw. tabelą przeżywalności, która znajduje się w biblii poszukiwania i ratownictwa. Tak nazywamy Międzynarodowy Lotniczy i Morski Poradnik Poszukiwania i Ratowania [ang. IAMSAR Manual – International Aeronautical and Maritime Search and Rescue Manual – przyp. red]. Jego zasady powstają na podstawie badań najlepszych uniwersytetów i jednostek badawczych, a także doświadczeń ratowników morskich. Przede wszystkim bierze się pod uwagę ubranie, w jakim dana osoba wpadła do wody, oraz warunki atmosferyczne.
Z doświadczenia wiem, że o tej porze roku przy temperaturze wody 19 stopni wartością graniczną jest około 30-40 minut. Przy sprzyjających warunkach, w kamizelce ratunkowej i odpowiednim ubraniu może to być jednak nawet osiem godzin.
W przypadku zdarzenia, o którym rozmawiamy, nie bez znaczenia było to, że doszło do niego na samym środku Bałtyku, między wyjściem z polskiej odpowiedzialności SAR a wejściem do odpowiedzialności SAR strony szwedzkiej. Akcja nie była łatwa, ale błyskawiczna.
Co powinien zrobić rodzic, który widzi, że jego dziecko nagle znalazło się na morzu? Czy ma bez namysłu skoczyć za nim?
Skok do wody za własnym dzieckiem jest kwestią instynktowną. Dochodzi wtedy do zmieszania się dwóch instynktów: przetrwania i rodzicielskiego. Służby specjalne czy żołnierze pracujący w ciężkich warunkach uczą się przez trzy lata zmiany nawyków instynktownych. Nie można więc zwykłemu człowiekowi powiedzieć, co ma zrobić, to niezwykle trudne. Trudno jest od niego wymagać, żeby działał wbrew swojemu instynktowi. Z doświadczenia wiem, że takie sytuacje kończą się najczęściej bardzo tragicznie.
Niedawno Polka w Irlandii wskoczyła do wody za swoim dzieckiem. Udało się je wyciągnąć, kobieta niestety nie przeżyła. Powiedzenie, że tonący chwyta się brzytwy, jest prawdziwe. Ludzi walczących o życie bardzo trudno jest ratować. Trzeba być naprawdę świetnym pływakiem, żeby skoczyć na ratunek tonącemu i samemu nie utonąć.
Osoba postronna może swoje zachowanie w sposób racjonalny przekalkulować, ale gdy działa instynkt macierzyński czy tacierzyński, racjonalnego myślenia nie ma. Jest tylko impuls.
Co zatem pan rekomenduje?
Kiedy ktoś jest rodzicem, opiekunem czy partnerem osoby, która nagle znalazła się w wodzie, trzeba zrobić wszystko co w naszej mocy, żeby nie doszło do wyzwolenia instynktu. A tak w ogóle podstawową kwestią jest prewencja, czyli niedopuszczanie do podobnych sytuacji. Siedmioletnie dziecko nie powinno samodzielnie chodzić po pokładzie promu. Po to jest rodzic, żeby go pilnował. Powinien zatem zrobić wszystko, żeby nie stanąć przed dramatycznym wyborem, czy ma wskoczyć do wody, czy nie, czy wołać o pomoc albo coś wrzucić tonącemu dziecku.
Wakacje dopiero się zaczęły, a my mieliśmy wczoraj inne dramatyczne zdarzenie z udziałem dziecka. W czwartek w Krynicy Morskiej 13-letni chłopiec nagle zaginął na plaży. Służby ratunkowe znalazły go pod wodą. Był reanimowany, a potem śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego przetransportował go do szpitala. Lekarze walczą o jego życie.
Sebastian Kluska. Dyrektor Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa w Gdyni. Specjalista zarządzania bezpieczeństwem. Problematyką ratownictwa zajmuje się od ponad 20 lat.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.

