Rozmowa
Jakub Sieczko, lekarz, autor książki 'Pogo' (fot. Tomasz Kaczor dla Gazeta.pl)
Jakub Sieczko, lekarz, autor książki 'Pogo' (fot. Tomasz Kaczor dla Gazeta.pl)

Mam wyrzuty sumienia, bo wyszedłeś w środku nocy z sali operacyjnej i zamiast odpoczywać, musisz od rana ze mną rozmawiać.

Zupełnie się nie przejmuj. To jest u mnie normalne, jestem przyzwyczajony. Zrobiłem sobie właśnie kawę i spróbuję rzucić kilka atrakcyjnych bon motów.

Czy ty w ogóle sypiasz?

Teraz, wbrew pozorom, pracuję już mniej. Liczbę godzin w pracy musiałem ograniczyć, żeby się nie wypalić zawodowo i żeby mieć więcej czasu dla siebie i najbliższych.

Odnoszę wrażenie, że jeśli tylko masz więcej wolnego czasu, natychmiast się w coś angażujesz – jak nie ratowanie ludzi na polsko-białoruskiej granicy, to pisanie książki o pracy w pogotowiu. To jak to jest u ciebie z tym wolnym?

Musiałbyś spytać moją żonę. Wiesz, każda z tych historii jest trochę inna. "Medycy na granicy" to była akcja zupełnie spontaniczna, wynikająca z ogromnej frustracji, jaką odczuwało – i chyba nadal odczuwa – wiele osób w Polsce. My, osoby z medycznym wykształceniem, uznaliśmy, że możemy spróbować pomóc, że możemy zrobić coś konkretnego, zamiast się tylko irytować działaniami władzy.

Badania opinii publicznej pokazywały, że większość społeczeństwa popierała w tej sprawie rząd. Sfrustrowanych brutalnymi i nielegalnymi działaniami polskich służb nie było chyba tak wielu.

Być może mam wokół siebie niezbyt reprezentatywną grupę znajomych i przyjaciół. Zgoda, stosunek do imigrantów i uchodźców bardzo podzielił Polaków i ten podział jest oczywiście silnie związany z sympatiami politycznymi. Mnie o pomoc poprosiła koleżanka z liceum, która działa w Grupie Granica, i tak się zaczęło moje zaangażowanie, wynikające najzwyczajniej z potrzeby sytuacji. Potem napisałem do znajomych medyków i z czasem to wszystko się rozrosło i było, muszę przyznać, bardzo angażujące fizycznie, emocjonalnie i czasowo.        

Aż w końcu z polsko-białoruskiej granicy przepędzeni zostaliście, można powiedzieć, siekierami. Co to jest za doświadczenie dla lekarza?

Jest to doświadczenie nigdy mi wcześniej nieznane, niezwykle intensywne pod każdym względem. Zareagowałem na nie trochę lękowo, bo mimo że wiem, w jakim kraju żyjemy, to zaatakowanie siekierami mienia medyków niosących pomoc nie mieściło mi się wcześniej w głowie. Nie dziwiło nas, że duża grupa Polaków uważała nas za zdrajców narodu. Jest jednak różnica między przemocą słowną a przemocą fizyczną wobec naszego mienia, co było ewidentnie sygnałem, że na tym się być może nie skończy. Tę groźbę potraktowaliśmy poważnie, jako przekroczenie pewnej, nomen omen, granicy. Zresztą we wszelkich działaniach ratunkowych bezpieczeństwo własne osób niosących pomoc jest priorytetem, dlatego postanowiliśmy przerwać dyżury i wyjechać.

Karetka grupy 'Medycy na granicy' w październiku 2021 roku (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)

Za zaangażowanie w "Medyków na granicy" otrzymałeś Nagrodę "Anody", przyznawaną przez Muzeum Powstania Warszawskiego.

Nagrodę, dodajmy, pod patronatem Andrzeja Dudy i z transmisją w TVP. Długo się zastanawialiśmy, co zrobić z informacją o nominacji do "Anody", ale zdecydowaliśmy się ją ostatecznie przyjąć. Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie może być tak, że powstanie warszawskie zawłaszcza sobie jedna opcja polityczna, bez względu na to, kto i jak ocenia powstanie. A po drugie, miałem już dość wywiadów dla "Gazety Wyborczej", TOK FM i TVN, bo w taki sposób mówimy tylko do przekonanych – i to super, jednak ci, których zdanie chcielibyśmy zmienić, oglądają, słuchają i czytają inne media. Skoro więc była możliwość wystąpienia w mediach publicznych, w których nazywano nas "agenturą białoruską", nie mogłem tego nie wykorzystać, nie mając też złudzeń, że moje jedno nieocenzurowane wystąpienie w TVP coś radykalnie zmieni.

Dlaczego zostałeś lekarzem?

Nie wiem. Tak samo jak nie wiem, dlaczego ze wszystkich możliwych dróg rozwoju zawodowego w medycynie wybrałem tę związaną z intensywną terapią i ratownictwem medycznym. W jakiś dziwny sposób medycyna mnie pociągała i po prostu poszedłem za tym instynktem i zostałem lekarzem, choć zawsze uważałem się za humanistę.

Skończyłeś też socjologię.

Tak, studiowałem socjologię, pracując jednocześnie w pogotowiu. Chciałem zaspokoić w ten sposób humanistyczno-społeczną część mojej duszy, której studia medyczne nie potrafiły zaspokoić. Bo to jest po prostu szkoła zawodowa, trzeba się nauczyć fachu i jak już fach opanujesz, cech lekarski cię przyjmuje i możesz sam praktykować. Te studia nie dały mi takiego intelektualnego rozwoju, jaki daje uniwersytet humanistyczny, dlatego chyba studiowanie socjologii sprawiło mi dużo radości.

Zobacz wideo „Nasz Charków był pięknym miastem. Odbudujemy go i wrócimy do domu" [Gazeta.pl na granicy]

Jakie cechy powinien mieć lekarz?

Generalnie dwie. Lekarz powinien być kompetentny i powinien mieć szacunek do ludzi, z którymi się styka – w szczególności do pacjentów.

Dlaczego dr Sieczko postanowił zostać literatem?

Dr Sieczko nie postanowił zostać literatem, tylko postanowił napisać książkę po godzinach. Planuję, że nieustannie moim głównym zajęciem będzie medycyna. Ale poczułem, że mam do opowiedzenia pewną historię – coś, co przeżyłem, coś, co może być ciekawe nie tylko dla mnie, i coś, co w medialnej przestrzeni nie było nigdy opowiedziane tak, jak ja to czuję, nie było w pełni zgodne z moim doświadczeniem.

Ta niezgodność na czym polegała?

Typowy reportaż o ratownictwie medycznym jest opisem najtrudniejszych przypadków okraszonym opowieścią o ciężkich warunkach socjalnych ratowników medycznych i niskich pensjach. I to wszystko jest prawda: w ratownictwie są ciężkie przypadki, warunki socjalne są takie sobie i z zarobkami nie jest wesoło. Ale moim zdaniem ta praca to coś więcej. To jest na przykład intensywne obcowanie z miastem w większości nieznanym, miastem samotnych starszych ludzi, biednych ludzi, miastem wykluczonych pań i panów kloszardów, miastem ludzi opiekujących się ciężko chorymi bliskimi. Wszystko to jest tak naprawdę mało spektakularne, bo nie ma nic spektakularnego, nic tabloidowego w 80-letniej kobiecie, która siedzi zamknięta w domu i zadzwoni na pogotowie, bo wtedy ktoś ją odwiedzi. Pomyślałem, że trzeba o tym wszystkim napisać.

Pisałeś "Pogo" jak dziennik, codziennie po trochu?

Zacząłem, kiedy jeszcze pracowałem w pogotowiu i byłem dodatkowo w trakcie robienia specjalizacji, więc bez komfortu ciągłego pisania. Pisałem, kiedy mogłem. Albo coś nagrywałem. Z tego powodu książka powstawała powoli. I bardzo dobrze. A potem trochę też sobie poleżała, bo skończyłem pisać pierwszą wersję książki jesienią 2020 roku.

To, co mnie – przyznaję – zaskoczyło, to niezwykle piękny język, jakim jest napisana. Spodziewałem się "tylko" opowieści reporterskiej o pracy w pogotowiu, a dostałem pierwszorzędną literaturę. Wiedziałeś wcześniej o swym literackim talencie?

Zacznę od tego, że nie nauczyłem się jeszcze przyjmować komplementów, więc odpowiem po prostu: dziękuję. A jeśli chodzi o talent pisarski, to owszem, podejrzewałem się o jego posiadanie, bo słyszałem o tym od innych. Od paru dobrych lat pisał do mnie również Filip Springer, który uważał, że powinienem wziąć się za książkę.

Lekarz powinien być kompetentny i powinien mieć szacunek do ludzi, z którymi się styka - w szczególności do pacjentów (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl)

Skąd to jego uważanie?

Filip był kiedyś redaktorem naczelnym magazynu, do którego pisałem. Działo się to w 2006 roku, a magazyn nazywał się – uwaga! – "Na Tropie" i był o harcerstwie, gdzie się poznaliśmy i zakolegowaliśmy. Właśnie od tego czasu Filip uważał, że powinienem coś większego napisać. Podobne komentarze czytałem często na Facebooku pod moimi postami, aż w końcu książkę napisałem, chociaż naprawdę nie zasiadłem do pisania jej z przekonaniem, że jestem szczególnie utalentowany. Pisałem ją bez tego typu ambicji, raczej z założeniem, że jeśli się uda, to świetnie, a jeśli okaże się, że to będzie średnie, to przecież mam co robić. Okazało się, że chyba jest nie najgorzej, książkę wydało Wydawnictwo Dowody na Istnienie.

Może to jest początek nowej kariery?

Musiałoby przyjść do mnie coś interesującego. A poza tym pisanie jest dość męczące, redagowanie też nie jest łatwe, a wcale nie mówimy o grubej książce, bo "Pogo" ma tylko 120 stron. Nie wykluczam, że jest to moja pierwsza i ostatnia książka. Zobaczymy.

"Już doświadczony, ale jeszcze nie cyniczny" – to upragniony stan ratownika medycznego?

Tak, ale to jest niestety bardzo krótki moment. Kiedy zaczyna się pracę w pogotowiu, nie jest się jeszcze cynicznym, przychodzi się raczej z dużą energią, z pasją, z chęcią niesienia pomocy ludziom. Ja właśnie z takim nastawieniem dołączyłem do pogotowia. Z jakiegoś powodu lubiłem defibrylować i intubować ludzi.

Rozumiem to lubienie i tę chęć, ale praca w pogotowiu ma dwie strony. Jest też ta związana z dużym stresem, niewyspaniem, przeciążeniem, alkoholem, agresją, brakiem wsparcia psychologicznego, depresją. Sam piszesz, że w pogotowiu można pracować 10-15 lat, tyle można wytrzymać. Kto więc się na ten zawód decyduje, o tym wszystkim wiedząc?

Moim zdaniem właśnie nie wiedząc.

Młodzi nie pytają starszych kolegów?

Ale weź to wytłumacz młodemu człowiekowi, pełnemu zapału, który przychodzi do pogotowia, mając nieco ponad 20 lat, i chce ratować świat. To jest niemożliwe. Taki człowiek chce i koniec. O kosztach się myśli dopiero potem.

Ta praca jest wyczerpująca i wypalająca, ale wcale nie musi tak być. Ja nadal pracuję w ratownictwie medycznym, tylko już nie w karetce, ale w Lotniczym Pogotowiu Ratunkowym – to jest zupełnie inna robota. LPR pokazuje, że ratownictwo medyczne może znakomicie działać.

No tak, ale LPR to jest elitarna służba, która nijak się ma do rozsianych po całej Polsce stacji pogotowia ratunkowego.

Jasne, ale mimo to myślę, że można spory zasób rozwiązań z LPR zastosować szerzej w ratownictwie medycznym z korzyścią dla wszystkich. Można także, co zaszokuje pewnie wielu, stosować w pogotowiu prawo pracy. Dzisiaj ono jest tam martwe: ratownicy pracują po 300–400 godzin miesięcznie, są jednoosobowymi firmami, nie mogą sobie pozwolić na urlop, muszą sami kupić wymagane ubranie ochronne. Przecież to jest patologia. Ratowników medycznych nie traktujemy tak jak strażaków i policjantów, a powinniśmy. To by się na dłuższą metę opłacało wszystkim. Przecież wymęczony i wypalony ratownik medyczny odchodzi z pracy z całym swoim doświadczeniem, którego nie można się nauczyć na studiach. 

Dlaczego ratownictwo medyczne jest aż tak zmaskulinizowane?

Bo w ratownictwie medycznym jest trochę jak w męskiej szatni – z podobnym dowcipem i podobnym językiem. To takie chłopackie towarzystwo, choć bardzo różne. Może nie prowadzi rozmów o najnowszej premierze w Teatrze Narodowym, ale nie jest to wykluczone. Poznałem ratownika medycznego, który pracował na warszawskiej ASP, albo takich, których nie można było oderwać od książek. W pogotowiu ratunkowym pracują kobiety i bardzo dobrze, nie ma żadnego powodu, żeby nie pracowały. Jest ich natomiast rzeczywiście dużo mniej. W stacji pogotowia na warszawskim Grochowie, gdzie pracowałem, były trzy kobiety i kilkudziesięciu mężczyzn.

Jest w twojej książce dużo potu, łez i innych wydzielin. Jest zaduch, jest smród, jest niewyobrażalne zmęczenie, ale mamy też trochę humoru, choćby w postaci przywoływanych dialogów ratowników z osobami, które ich wezwały. Jest w tej trudnej, wypalającej robocie miejsce na radość i śmiech?

Jest, ale są dwa tematy, dla których nie znalazłem, pisząc "Pogo", języka. Pierwszy to bieda, bardzo dużo biedy w bardzo bogatej Warszawie. Napisałem o tym rozdział, ale był zły i go skasowałem. Uznałem, że nie umiem o tym dobrze opowiedzieć. A drugim tematem, dla którego nie znalazłem języka, choć bardzo szukałem, jest właśnie to, że mamy w pogotowiu czasem bardzo wesoło. Stąd te dialogi. Zapewniam cię, że nieraz ze śmiechu bolały nas brzuchy.

Ważną bohaterką twojej książki jest Warszawa. Od początku to zakładałeś czy Warszawa, jak to Warszawa, pchała się nieustannie na pierwszy plan?

Miałem takie założenie, bo to jest teraz moje miasto. Nie urodziłem się w Warszawie, wychowałem się w Kielcach, ale mieszkam w stolicy od 18. roku życia. Na początku miałem pewien obraz Warszawy, po czym wsiadłem do karetki i zobaczyłem to miasto, już wtedy moje miasto, zupełnie inaczej, bo praca w pogotowiu daje kompleksowy, a nie wycinkowy obraz – raz jedziesz do bezdomnego, raz do rezydencji ambasadora. To było odkrywcze doświadczenie pozwalające poznać Warszawę w jej absolutnie wszystkich odcieniach i pokazać jej różne światy.

Akcja Lotniczego Pogotowia Ratunkowego w Warszawie (Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Wyborcza.pl)

Różne światy to również praca w pogotowiu oglądana w serialu i praca w pogotowiu w realu. Skuteczność resuscytacji w "Ostrym dyżurze" wynosi 68 proc., a naprawdę 12 proc. – piszesz w "Pogo". Chcesz nas tą książką wyciągnąć z wyimaginowanego świata?

Nie wiem, czy to jest książka po coś. Nie chciałem, żeby "Pogo" było książką interwencyjną, mającą coś zmienić. Nie zamierzam nikogo przekonywać, zachęcać, pouczać. Chciałem po prostu napisać, jak wygląda praca w pogotowiu, być może przy okazji odkłamując jakieś mity. Chciałem napisać, co tak naprawdę ratownictwo może zrobić, a moje doświadczenie jednoznacznie wskazuje, że więcej niż satysfakcji z uratowanego życia jest w pogotowiu bezradności. Mimo naszej wiedzy, szybkiej komunikacji i zaawansowanej technologii bardzo często nic się nie da zrobić. Dlatego praca ratownika medycznego tak skutecznie uczy pokory, szacunku i milczenia wobec śmierci.

I jest szczepionką na judymizm?

Jeżeli przez judymizm rozumiemy to, żeby kosztem siebie dawać pacjentom wszystko, to jestem nieustannie na to zaszczepiony. Judymizm jest głupi, bo na dłuższą metę niszczy. Trzeba umieć dbać o siebie, zadbać o równowagę. Wtedy zyskują na tym i lekarze, i pacjenci. Zauważyłem, że od kiedy nieco mniej pracuję, jestem milszy dla ludzi, bardziej uważny i z dużo większą przyjemnością wykonuję pracę, którą nieustanie, mimo wyjścia dzisiaj w środku nocy z sali operacyjnej, bardzo lubię.

Książka "Pogo" do kupienia w Publio >>>

Jakub Sieczko. Jest lekarzem, specjalistą anestezjologii i intensywnej terapii oraz socjologiem. Pracuje w jednym z warszawskich szpitali, wcześniej w stołecznym pogotowiu. Był koordynatorem grupy "Medycy na granicy" – inicjatywy osób z wykształceniem medycznym, które jesienią 2021 r. udzielały pomocy medycznej imigrantom i uchodźcom podczas kryzysu na pograniczu polsko-białoruskim. Właśnie nakładem Wydawnictwa Dowody na Istnienie ukazała się jego debiutancka książka "Pogo".

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike oraz felietonistą poznańskiej Gazety Wyborczej. Pracował w Polskim Radiu, pisał m.in. do Wysokich Obcasów, Przekroju, Exklusiva, Notatnika Teatralnego, Beethoven Magazine czy portalu e-teatr.pl.