Rozmowa
Karo M. Nowak: Jest mi po prostu dobrze (Archiwum prywatne)
Karo M. Nowak: Jest mi po prostu dobrze (Archiwum prywatne)

Ostatni raz widziałam cię na żywo na twoim ślubie. Byłaś klasyczną panną młodą – z lokami, długą białą suknią. Nie wiem, czy z tym obrazem sprzed lat poznałabym cię dzisiaj na ulicy. Bardzo się zmieniłaś.

To był 2006 rok! Nasze niewidzenie się osiągnęło prawie pełnoletność. Jest spora szansa, że byś mnie dzisiaj nie poznała. Przeszłam długą drogę, żeby – zamiast starać się zadowolić wszystkich dookoła – odkryć to, czego chcę i kim jestem.

Dla jasności – zadowalanie świata nigdy nie było kwestią nacisków ze strony rodziny czy bliskich, to ja byłam człowiekiem, który zrobi wszystko, żeby inni go lubili. Z jakiegoś powodu ubzdurałam sobie, że osiągnę ten cel, będąc idealnym wytworem oczekiwań współczesnego społeczeństwa: ambitną w pracy, poukładaną w domu, z mężem, "passerati", domem pod miastem i w pastelowych garsonkach na rodzinnych przyjęciach.

Teraz widzę, że to podejście krzywdziło nie tylko mnie, ale i wszystkich wokół, między innymi mojego byłego męża, który niekoniecznie się o to wszystko prosił. W zasadzie byliśmy zawsze świetnymi kumplami i tak powinno było zostać. Ale cisnęłam na ślub.

Na szczęście dzisiaj, już po rozwodzie, udało się nam osiągnąć stan, który powinien być między nami od początku, czyli przyjaźń polegającą na sporadycznych wypadach do knajpy, żeby omówić aktualny stan multiwersum Marvela.

Karo w wersji ślubnej (Archiwum prywatne) , W wersji pani z korporacji (Archiwum prywatne)

Czy jesteś w stanie wskazać swoje kamienie milowe? Jak z pani w pastelowej garsonce zmieniłaś się w osobę agender, czyli nieokreślającą się żadną płcią kulturową.

Takim gigantycznym głazem, bo nie kamieniem, milowym była pandemia, która sprawiła, że usiadłam na tyłku i pobyłam sama ze sobą. To wtedy, trochę w ramach autoterapii, trochę, żeby nie zwariować, zaczęłam pisać książkę. Pisanie dało mi rodzaj kontroli nad światem, który na naszych oczach wymykał się wtedy spod kontroli.

Dla kogoś, kto – jak ja – czuje się bezpiecznie w uporządkowanej rzeczywistości, w której wszyscy przestrzegają zasad, ten czas był wyjątkowo trudny, bo zasady zmieniały się z dnia na dzień i wszyscy właściwie działali po omacku. Stworzyłam sobie wtedy literacki świat korporacji – książka zresztą właśnie się ukazała w druku – w którym lała się krew, siły dobra i zła toczyły zacięte boje, ale to ja panowałam nad wszystkim. Byłam tam bezpieczna. I wtedy zaczęły wychodzić rzeczy, które latami trzymałam w szafie. Pojawiały się wątki LGBTQ+, postacie agender, w których odkrywałam siebie na nowo. Zaczęłam o tym myśleć, czytać, prowadzić wielogodzinne rozmowy z przyjaciółką. I to był właśnie ten kamień milowy.

Zorientowałam się, że już wcześniej nieświadomie potykałam się o małe kamyki. Uświadomiłam sobie, że czułam się sobą, kiedy udawało mi się odrzucić wszelkie znamiona płci kulturowej – w liceum był to uniform metalówy: wytarte jeansy, koszulka z ulubionym zespołem, ramoneska i martensy. Chłopaki i dziewczyny wyglądały w tym zestawie identycznie. Byłam tym zachwycona.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje>>

Czasy licealne, kiedy strój był całkiem unisex (Archiwum prywatne)
Potem podobny spokój odkryłam w biegach długodystansowych. Nigdy nie podobałam się sobie tak bardzo jak w czasach, kiedy moje ciało zupełnie się zunifikowało, bo intensywnie ćwicząc, straciłam talię, tyłek, piersi. Byłam sobą. I znów – bieganie to pewna agenderowa, czyli płciowa, uniformizacja. Czułam się w tym świecie świetnie.

A poza wyglądem?

Nudziłam się, kiedy schodziło na "kobiece" czy "męskie" tematy. Próbowałam z całego serca pasować – sama wiesz, że tworzyłam nawet kobiece treści online, co było dla mnie rodzajem terapii porozwodowej. I co? I nic. Nadal byłam nieszczęśliwa i nie czułam się sobą.

Co sprawiło, że w ogóle zaczęłaś szukać swojej tożsamości? Byłaś ściśle określoną formą, którą miałaś 18 lat temu.

Formą jak najbardziej. Z treścią było już gorzej. Nieustannie w czasie rozmów z mężem i rodzicami przewijało się poczucie, że jestem smutna. Że kiedy siadam po pracy w domu, to ten smutek mnie otacza jak szpetna, czarna mgła. Nie lubiłam dotyku, nie lubiłam ludzi, nie lubiłam – przez większość czasu – swojego ciała, swojego wyglądu, samej siebie.

Ale musiało porządnie walnąć, żebym to wszystko zrozumiała i połączyła kropki. W czasie pisania w pandemii dopadły mnie kolejno dwa epizody depresyjne. Jeden nieco wyciszyła terapia, nadejście lata. To była jednak cisza przed prawdziwą burzą – totalną depresją ze stanami lękowymi i myślami rezygnacyjnymi.

Zaczęłam popełniać błędy w pracy, a moje pomysły robiły się płaskie i byle jakie, ja robiłam się płaska i byle jaka. Wracałam do domu, czasem z trudem, bo w metrze łapały mnie ataki paniki przypominające zawał, płakałam, zasypiałam, budziłam się rano i koszmar zaczynał się od nowa. W końcu z pomocą przyjaciół znalazłam świetnych specjalistów i zaczęło się leczenie.

Bieganie sprawiło, że ciało Karo stało się androgeniczne (Archiwum prywatne) , Bez piersi, bez pośladków - w takim ciele było Karo dobrze (Archiwum prywatne) , Biegi długodystansowe dały Karo spokój (Archiwum prywatne)
Nie wróciłam już do dawnego życia. Nie było złe, po prostu ono już nie było moje. I wreszcie – chociaż brak mi stabilnej sytuacji finansowej, zawodowej, związkowej – jestem szczęśliwa. Kocham ludzi i świat. Siebie jeszcze nie do końca, ale pracuję nad tym.

Co po drodze było najtrudniejsze?

Ciężko jest być z kimś smutnym. Ciężko widzieć, że ktoś coś chowa. Ja niczego świadomie nie udawałam, po prostu sama kompletnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje.

A co cię naprowadziło na trop, że możesz być osobą agenderową?

Kiedyś oglądaliśmy z mężem serial "Kości". W jednym z odcinków pokazali jakiegoś eksperta, zdaje się z Japonii. To była pierwsza reprezentacja osoby niebinarnej, którą widziałam. I pamiętam, że byłam tą postacią zachwycona, sponiewierała mnie mentalnie, nie mogłam spać, wracało to do mnie. Czułam: to ja, ja tak chcę, ja tak mam! Chcę takiego świata.

Potem zamęczałam swoich biednych współpracowników opowieściami o tym, jaki wspaniały byłby świat, w którym do pracy wysyłasz tylko awatary pozbawione całkowicie cech płciowych. W tym wymarzonym świecie nikt nie oceniałby mnie przez pryzmat gender. Byłabym tylko i aż osobą. Myślę, że słuchanie moich utopijnych wynurzeń mogło być nudne. Ale gdzieś wewnątrz, spod kolejnych warstw, jakie na siebie nałożyłam, krzyczałam do ludzi: Hej, to ja, usłyszcie mnie. Chcę na wolność, tutaj jestem, halo!

Całą tę energię wykorzystywałam, żeby angażować się w działania wspierające różnorodność i inkluzywność w mojej dawnej firmie. Zwracałam uwagę na język, na przykład żeby w ofertach czy mailingach używać sformułowań "osoby koleżeńskie" zamiast "koleżanki i koledzy". Oczywiście robiłam to jako cishetero sojusznik.

Czy pamiętasz, co się działo w twojej głowie?

Smutek to było coś, co zdecydowanie pamiętam najlepiej. Dużo strachu, że ktoś uzna mnie za nienormalną, chorą, że ludzie mnie odrzucą. Starałam się ich w tym uprzedzić i odcinałam się sama. Strasznie tyłam – był to autosabotaż wobec ciała, którego nienawidziłam, i osoby, której nie lubiłam, wymyślonej i sztucznej.

Szczyt smutku pokryl się z czasem najwyższej wagi (Archiwum prywatne) , Okres, w którym Karo była coraz bardziej nieszczęśliwa (Archiwum prywatne)

Po rozwodzie praktycznie całe moje życie to była praca i pusty dom. Zero związków, zero jednorazowych przygód, nawet przyjaźnie starałam się ochłodzić. Światełkiem w tej ciemności były moje koty, z nimi zawsze świetnie się rozumiałam. To dzięki nim wyszłam żywa z epizodów depresji, bo żyłam dla nich.

Dziś mam swoją bandę przyjaciół, głównie queerowych, fantastycznych ludzi, dzięki którym przedefiniowałam wiele rzeczy i w których mam ogromne oparcie. Lubię być wśród ludzi, lubię, kiedy coś się dzieje. Czuję się wolna i szczęśliwa.

Można czuć, że coś nas uwiera, ale niekoniecznie namierzyć co i to zmienić. Co tobie pomogło? 

Specjaliści. O swojej queerowości długo gadałam z najbliższą przyjaciółką. Układałam sobie wszystko w głowie, więc to były pokręcone monologi, które ona cierpliwie znosiła. Ale realna zmiana zadziała się po rozmowach z psychiatrą i moją fantastyczną terapeutką, która jest jednocześnie seksuolożką.

Szukałam kogoś takiego, bo wiedziałam, że jeśli nadal będę chować w szafie swoją queerowość, wszystkie swoje kolory, to znów zostanie mi tylko czerń. Połączenie: terapia, porady seksuolożki i wsparcie farmakologiczne, pozwoliło mi stanąć na nogi. Nadal stoję niepewnie, ale stoję.

Jak duże ofiary poniosłaś? I czy w ogóle można mówić o stracie w kontekście bycia w zgodzie ze sobą? 

Straciłam czas. Pewnie ominęło mnie sporo dobrej zabawy. Może jakieś fantastyczne znajomości. Nie wiem. Myślę, że wszyscy rozwijamy się w swoim tempie i mamy jedynie wieczne dziś. Na tym się skupiam.

Podczas rodzinnych spotkań w wersji pastelowej (Archiwum prywatne) , Karo w krótkich włosach. Wcześniej fryzjerzy odmawiali obcięcia - mówiąc, że orzy 'takich uszach' nie można mieć krótkiej fryzury (Archiwum prywatne)

Co po dawnej tobie zostało?

Zostawiłam pamiątki, na przykład sukienki w rozmiarze 50, w których się swego czasu chowałam. Teraz leżą w piwnicy jako wizerunkowe memento mori.

Myślę, że życie jest wielokrotnym umieraniem i rodzeniem się na nowo, ale zostaje w nas rdzeń, coś, co zawsze nas definiuje. Skupiam się teraz na terapii, żeby odkryć, co konkretnie jest tym rdzeniem u mnie. Mam poczucie, że właśnie agenderowość. Oczywiście nie tylko – to nie tworzy sto procent mojej tożsamości. Po prostu akurat o tym teraz rozmawiamy.

Jak dzisiaj o sobie myślisz, kim się czujesz, jak się definiujesz?

Jestem osobą agender i panseksualną. Agender to pojęcie spod parasola niebinarności, a upraszczając, oznacza, że nie czuję się tożsama z żadną płcią kulturową. Panseksualność to z kolei – również w uproszczeniu – pociąg seksualny bez wskazania na płeć.

Obie te kwestie są połączone ze swego rodzaju ślepotą na gender – na płeć kulturową, czyli cechy przypisane przez społeczeństwo. Nie kupuję tego. Nie widzę świata czarno-białym, ale kolorowym. Wszystko jest spektrum, nawet płeć.

Nie identyfikuję się z żadną płcią, jestem gdzieś pomiędzy. I kiedy kogoś poznaję, kiedy ktoś mi się podoba, to również nie patrzę na płeć, na to, czy ktoś jest cis, trans albo enby. Są "wajby" albo ich nie ma – to jedyne kryterium.

Czy czujesz, że jeśli chodzi o tożsamość, dotarłaś na miejsce? 

Będzie patetycznie. Na miejsce docieramy chyba dopiero w momencie śmierci. Chociaż i wtedy z biologicznego punktu widzenia nadal się zmieniamy. Wciąż się rozwijam, nadal idę, ale wydaje mi się, że tym razem właściwą drogą.

Co w układaniu się ze sobą było dla ciebie najtrudniejsze?

Brak zaufania do samej siebie. Co jest prawdą, a co tylko mi się wydaje? Może rację mają ci, którzy mówią, że wydziwiam? Tu przydaje się terapia. I zrobienie profesjonalnego testu BSRI opartego na badaniach dotyczących ról płciowych. To mi dało jakiś spokój. Zobaczyłam: OK, mam spektrum androgynii, czyli cechy psychiczne charakterystyczne dla mężczyzn i kobiet, fajnie, nauka potwierdza to, co mam w głowie. Nie ma niestety maszyny, która zeskanowałaby mózg i wypluła jednozdaniową definicję, to jest ciężka praca z własną psychiką.

Jak w twoim nowym świecie odnaleźli się najbliżsi?

Nie chcę mówić publicznie o tym, co nie należy tylko do mnie. Nie wiem, czy rodzice chcieliby, żebym zdradzała ich historię, reakcje i emocje. Ale ujmę to tak: mam bliskich, przy których czuję się w pełni akceptowana, mam poduszkę, na którą mogę opaść w chwilach załamania.

W przypadku Karo kotki były dobre na wszystko (Archiwum prywatne) , Musiało porządnie walnąć, żeby Karo wszystko zrozumiała i połączyła kropki (Archiwum prywatne)

A otoczenie? Jak zostałaś przyjęta przez ludzi, którzy cię znali wcześniej?

Trudno powiedzieć. Zmieniłam nie tylko siebie, ale i otoczenie. Przez 10 lat właściwie głównie pracowałam i wracałam do domu, który dzieliłam z kotkami.

Miałam przez większość tego czasu naprawdę niewiele bliskich osób i one nadal są ze mną, bez żadnych 'ale'. Docierają do mnie sygnały od ludzi z mojego dawnego korpo, że cieszą się, widząc mnie szczęśliwą.

To było bardzo otwarte środowisko, więc nie zwracają uwagi na queerowość, bardziej na to, że wreszcie widać, że jestem wolna i zadowolona z życia.

Spotkałaś się z jawną wrogością, która była reakcją na twoją agenderowość?

Tak, niestety. Na szczęście nie na ulicy. Chociaż nie… czekaj, kiedyś jakiś pan po pięćdziesiątce pijący piwo w ogródku warszawskiej restauracji rzucił do mnie i kumpeli: "Idą ped*ły".

Ciekawe!

Mnie to szalenie zaintrygowało, bo nie wiedziałam, czy się cieszyć jako osoba agender z ewidentnego misgenderingu, czyli mylnego odczytania płci fizycznej, czy strzelić focha. Ostatecznie nic nie zrobiłam, tylko poszłam dalej.

Natomiast to, co się dzieje na TikToku, na którym jestem bardzo aktywna… Dostałam tam już porady, jak konkretnie mam się zabić, z turboszczegółową, profesjonalną instrukcją. Byłam wyzywana od najróżniejszych, przy czym "babochłop" to najmniejszy kaliber.

To boli?

Jest w anonimowości tej platformy coś, co wyzwala w ludziach obrzydliwe instynkty, ale jestem na nie impregnowana. Cały czas mam w pamięci, że dorastając, nie miałam reprezentacji osób niebinarnych, a desperacko jej potrzebowałam, nawet o tym nie wiedząc. Chcę dawać taką reprezentację, mówić: Hej, istniejemy i jesteśmy całkiem w porządku ludźmi.

Czy czujesz się bezpiecznie w Polsce? Może język nienawiści wobec LGBTQ+ jest głównie w przestrzeni dyskursu politycznego, a ludzie na ulicy są mili?

Mam specyficzną perspektywę. Po pierwsze, jestem po czterdziestce i nie jestem eksponowana na piekło szkoły średniej, której notabene nie znosiłam. Po drugie, jestem AFAB [ang. Assigned Female At Birth – przyp. red.], czyli osobą metrykalnie kobiecą, a kobietom wolno więcej w kwestii ekspresji. Krótkie włosy czy neutralny genderowo ubiór to "taki styl i już".

Osobom metrykalnie męskim jest trudniej – założenie spódnicy czy widoczny makijaż to już swego rodzaju manifest natychmiast poddawany ocenie.

Po trzecie, żyję w bańce, poruszam się zwykle w Warszawie, w dzielnicach raczej znanych z otwartości – w Centrum czy na Mokotowie – pracowałam w bardzo otwartej, inkluzywnej firmie.

Mam jednak przekonanie, że inni nie mają tego szczęścia. Słyszałam różne, bardzo niepokojące historie, ale nie chcę mówić nie o swoich przeżyciach. Dyskurs polityczny nakręca zwykłych ludzi, którzy normalnie mieliby te kwestie po prostu gdzieś. Krzywdzi także osoby, które próbują być sobą. Nie wiem, jak można z pełną świadomością szczuć na kogoś, a potem wracać do rodziny i zasypiać spokojnym snem.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje>>

W Polsce czuję się bezpiecznie, ale znów – moja Polska to niewielki wycinek tego kraju. Chciałabym, żeby Wolne Miasto Mokotów było wszędzie, ale do tego daleka droga.

O czym marzysz – dla siebie?

Mam fajne życie. W zasadzie nie marzę o niczym jakoś desperacko. Czasem myślę, że chciałabym po prostu dzielić z kimś wieczory. Ale generalnie jest mi po prostu dobrze.

Zobacz wideo Katolik-gej: "To nie bohaterstwo. Bóg jest miłością"

Karo M. Nowak. Osoba agender, lat 40 z małym hakiem. O swoich queerowych doświadczeniach opowiada na TikToku, na co dzień zajmuje się reklamą i kotami. Większość życia przepracowała w warszawskich korporacjach, czego owocem jest jej debiutancka książka "Na wieki wieków korpo".

Ola Długołęcka. Redaktorka o zróżnicowanych zainteresowaniach tematycznych. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. Kolekcjonuje zasłyszane historie i toczy boje podczas autoryzacji wypowiedzi, kiedy rozmówcy chcą "wygładzać" swoje najbardziej wyraziste opinie.