Nie podejmę się zliczenia wszystkich pana ról…
Mój zawód jest artystyczny, ale i rzemieślniczy. Jestem człowiekiem do wynajęcia i biorę, co proponują. Nie przyjmuję ewidentnie złych ról, gdy uznam, że scenariusz jest słabo napisany. Nie gram też w produkcjach agitacyjnych i nie ma takich pieniędzy, które by mnie do tego przekonały. Serial czy sitcom? Nie mam z tym problemu.
Zygmunt Pawłowski, którego gra pan w nowym serialu "Lulu", ma specyficzne, ironiczne poczucie humoru. Zaleca się do sąsiadki, płatając jej różne figle. Wydaje mi się on trochę do pana podobny.
Nie identyfikuję się z żadnym moim bohaterem. Mam na tyle duże doświadczenie życiowe, poznałem tak wielu ludzi, że mam magazyn aktorski pełen różnych sposobów myślenia. Zresztą wciąż bardzo lubię poznawać najróżniejsze osoby. Nie dlatego, żebym sobie tworzył bazę do kolejnych ról. Ja po prostu nie mam barier, lubię kontakt z ludźmi z odmiennych środowisk.
Zatem Zygmunt jest zlepkiem różnych osób, na które trafiłem, a także trochę i mnie. Lubię grać swojaków, bo to są typy mi znane i bliskie. Lubię ludzi bezpośrednich.
I jest pan szarmancki. Właśnie wyręczył mnie pan w odkręceniu butelki.
Już w dzieciństwie nauczono mnie szacunku do kobiet. Jeżeli jadę pociągiem i widzę, że wchodzi dziewczyna z ciężką walizką, to biorę tę walizkę i wrzucam na półkę. A jeśli trzeba, to zniosę też kobiecie walizkę po schodach z pociągu czy na peron. Źle bym się czuł, widząc, że kobieta mocuje się z jakimś ciężarem, a ja nic nie robię.
Darzę kobiety szacunkiem rozumianym też w taki najprostszy sposób. Chociażby ustępując miejsca w autobusie, i to bez względu na wiek. Niedobrze by mi się siedziało, gdyby weszła 20-letnia dziewczyna i nie miała miejsca. Mam 75 lat i wstaję, bo wiek nie ma tutaj znaczenia.
Jak ma się pana kręgosłup, gdy wrzuca pan w pociągu na półkę tę ciężką walizkę?
Nie mam problemów ze zdrowiem czy ze sprawnością. Jestem w stanie podnieść bardzo duży ciężar i nic mnie to nie kosztuje. Utrzymuję ciało w dobrej kondycji fizycznej, od wielu lat jestem trenerem jazdy konnej. Konie to ważna część mojego życia.
Można się do pana zapisać na lekcje?
Nie da rady, bo ja prawie bez przerwy jestem na planie.
Kiedy konie pojawiły się w pana życiu?
Dużo wcześniej niż aktorstwo. Czasem myślę, że właśnie jazda konna jest tym, co najlepiej umiem. Moi zawodnicy jeździli w finałach Pucharu Polski i wygrywali grand prix. Ludzie, których przestałem trenować ponad 20 lat temu, z sukcesami jeżdżą w lidze niemieckiej czy irlandzkiej.
Urodziłem się i wychowałem w Łodzi. Jeździłem do krewnych do Pruszcza Gdańskiego na wakacje jako dzieciak i zdarzało mi się na oklep odprowadzać konia na pastwisko. Potem na pewien czas straciłem kontakt z tymi zwierzętami, ale bardzo mi go brakowało. W 1968 roku, już w wojsku, zostałem przeniesiony do Warszawy, żeby tu skończyć służbę. Rok później usłyszałem o wyścigach na Służewcu i nie wytrzymałem. Poszedłem tam któregoś dnia i poprosiłem, żeby pozwolili mi rankami jeździć konno. To była propozycja ryzykowna i na wyrost, bo niewiele jeszcze wtedy potrafiłem.
Ryzykant z pana!
Nie bałem się, po prostu kopiowałem ruchy innych jeźdźców. Pewnego razu podszedłem do trenera i powiedziałem, że chcę zacząć. "Jeździłeś już?" – zapytał, a ja odpowiedziałem, że tak. "No to weźmiesz Intradosa, pojedziesz na roboczy tor, zobaczymy, jak sobie radzisz, i powiem, czy możesz przychodzić" – oznajmił. Nikt nie pytał o uprawnienia czy kask na głowie.
Na testach poszło mi dobrze. "Ile ważysz?" – spytał trener. Odparłem zgodnie z prawdą, że 58 kilo. "Ku*wa, dużo… No, ale trudno, przyjdź".
Dużo?
Najlepiej, jak jeździec waży góra 52 kilo. Jeździłem na Służewiec przez rok, od piątej rano trenowałem. Od dziewiątej już miałem zajęcia na studiach, potem balanga i dwie godziny snu, a rano znowu to samo. Po roku wstąpiłem do akademickiego klubu jeździeckiego i nauczyłem się jeździć normalnie, nie na krótkich strzemionach, jak to na wyścigach. Następnie był klub Lotnik, wchłonięty przez Legię, gdzie w 1978 roku zrobiłem kurs instruktorski i zacząłem uczyć jazdy konnej.
Ma pan własne konie?
Mam dwa folbluty, czyli wyścigowe konie pełnej krwi angielskiej, Darlę i Don Marco. Mieszkają w stajni pensjonatowej 35 km od Warszawy. Całe dnie spędzają na padokach, mają wolność i przestrzeń. Mają czysto, dobre jedzenie i są bardzo zadbane. Gdybym mógł, byłbym u nich codziennie, ale zwykle jeżdżę do nich kilka razy w tygodniu. Kiedy przez dłuższy czas jestem poza Warszawą, odwiedza je mój syn.
Uprawia pan inne sporty oprócz jeździectwa?
Przez długi czas biegałem amatorsko i osiągałem całkiem dobre wyniki. Grałem też podwórkowo w piłkę nożną. Mój rocznik 1948 to czas wyżu demograficznego. Podwórka były wtedy pełne dzieciaków, bo całe dzieciństwo spędzaliśmy razem. Graliśmy w piłkę i jeździliśmy na łyżwach. Na każdym podwórku mieszkańcy wylewali małe lodowisko, na których cięliśmy w hokeja.
W ogóle jestem bardzo aktywnym typem i to mnie trzyma w dobrej formie. Właśnie dlatego mogę podnieść wysoko walizkę w pociągu i nic mi się nie dzieje.
Albo nosić źrebaka.
Bez żadnego problemu!
Co jeszcze wyniósł pan z domu poza miłością do sportu i koni?
Wzorzec tego, jak powinna wyglądać relacja kobiety i mężczyzny. Wiedziałem, że jestem chłopcem, ale nawet jak miałem 11–12 lat, mentalnie czułem się już mężczyzną. Chciałem być taki jak mój ojciec. Gdy uświadomiłem sobie, że mogę podnosić ciężkie rzeczy, nigdy nie pozwoliłem, żeby mama niosła ubrania do magla. Myślałem, że zdechnę, ale brałem tę zawiązaną pościel w chustę na plecy i szedłem. Nogi mi w chodnik wchodziły, ale nie wyobrażałem sobie, że miałaby to robić moja mama.
Mój syn, który ma dziś 25 lat – przyszedł na świat, gdy ja skończyłem 50 lat – jest w tej kwestii bardzo podobny do mnie. Gdy miał siedem lat, po skończonej jeździe konnej powiesił swoje siodło, a potem zabrał siodło z rąk jakiejś dziewczynce, bo nie chciał, żeby je niosła. Byłem z niego bardzo dumny.
Czym się zajmowali pana rodzice?
Życie schrzaniła im wojna. Nie zdobyli specjalnego wykształcenia, byli jednak bardzo przyzwoitymi, mądrymi ludźmi. Moja mama pracowała w bibliotece publicznej, na najwyższym piętrze w naszym bloku. Była pomocą do sprzątania, a ponieważ była jednocześnie bardzo oczytana i znała niemiecki, w zasadzie pełniła obowiązki bibliotekarki. Często mnie tam zabierała, można zatem powiedzieć, że wychowałem się częściowo w bibliotece, a częściowo na podwórku. Byłem bardzo oczytanym dzieckiem.
Tata pracował jako robotnik. Szkolił się i pełnił później różne kierownicze funkcje. Pracował na trzy zmiany w wielkich magazynach bawełny w Łodzi. Nauczył mnie bardzo wiele, głównie dając dobry przykład. Przede wszystkim nieprawdopodobnej rzetelności w podejściu do tego, co się robi. Teoretycznie zaczynał pracę o szóstej rano, ale przychodził około piątej, przebierał się, sprawdzał w księgach, jaki towar przyjechał, i punktualnie o szóstej zaczynał dniówkę.
Pan też tak funkcjonuje?
Oczywiste jest dla mnie, że zawsze jestem przygotowany do roli i nie ma mowy, żebym spóźnił się do pracy. Może kosztuje mnie to mniej niż innych, bo uczę się tekstu bardzo szybko. Gdy wchodzę na plan, nie może się zdarzyć, że na przykład się gubię w tekście i nie wiem, co zrobić. Jeśli za cokolwiek się biorę, to robię to jak najlepiej. Ale aktorem zostałem z przypadku.
To znaczy?
Gdy miałem 18 lat, zrobiłem maturę, poszedłem na rok do pracy, a później na dwa lata do wojska. Gdy skończyłem służbę, miałem już w Warszawie przyjaciół i miłość. Zastanawiałem się, co dalej mogę ze sobą zrobić. Pomyślałem, że nie dam rady przygotować się do poważnych, ciężkich studiów, że raczej chciałbym się pobawić i mieć jakąś frajdę. Chciałem, żeby moje studia były wesołe i wariackie, chciałem się bawić. Poszedłem więc do szkoły teatralnej i zdałem od razu.
Nie chciał pan zostać zawodowym żołnierzem?
Przyznam pani, że byłem wtedy pod ogromnym wpływem literatury amerykańskiej. Czytałem Hemingwaya, Salingera czy Faulknera. Całe moje pokolenie miało łby napakowane ich książkami. I wydawało mi się, że prawdziwą wolnością jest dla mnie sytuacja, w której nie mam absolutnie żadnej odpowiedzialności za kogoś, tak jak Prewitt w książce "Stąd do wieczności" Jonesa. Rozumiałem to tak, że moja praca to czołganie się w okopach i w błocie, potem kasyno, wino, kobiety, śpiew, zabawa. To jawiło mi się prawdziwą wolnością.
Ale okazało się, że w tamtym czasie w Ludowym Wojsku Polskim nie można było być szeregowym zawodowcem. Trzeba było zostać zawodowym podoficerem bądź oficerem. A ja nie chciałem iść do szkoły oficerskiej. Wszyscy się dziwili, myśleli, że jestem jakiś głupi, ale nie dałem się przekonać.
Wiązało się to z jakąś traumą?
Skąd, wojsko wspominam bardzo dobrze. Nauczyło mnie życiowej twardości i budowania relacji międzyludzkich. Z wieloma osobami, które poznałem w wojsku, do dziś mam kontakt, a przecież to było przeszło 50 lat temu.
W wojsku nadrobiłem też drobne braki w literaturze, które ku mojemu zaskoczeniu miałem. Wychodziła wtedy seria "Kolibra", absolutne perły literatury światowej. Idealnie mieściła się ona w kieszeni munduru, a była tańsza od paczki papierosów. Miłość do czytania została mi do dziś. Jestem od niego uzależniony, nie wyobrażam sobie życia bez papierowej książki.
Czytaniu zawdzięcza pan też świetną pamięć?
Scenariusze przyswajam błyskawicznie i od samego początku. Poza tym, że mam dobrą pamięć, miewam też tremę, ale nie paraliżującą, tylko mobilizującą. Jestem na scenie bardzo precyzyjny i panuję nad wszystkim, co się dzieje. Taki nawyk trenera, który lubi wszystkich obserwować, patrzeć, co się dzieje. Sprawdza się to także w pracy reżysera – dwa razy zaproponowano mi wyreżyserowanie spektaklu w Słupsku i dwa razy w Jeleniej Górze. Bardzo przydało mi się wtedy doświadczenie instruktora jazdy konnej. Jako reżyser bacznie obserwuję aktora niczym trener jeźdźca. Kiedy jego percepcja słabnie, kiedy popełnia drobny błąd, jest to dla mnie sygnał, że jest fizycznie znużony. Trzeba wtedy mu dać odpocząć albo zająć go czymś innym.
Mam jedną wspólną zasadę i jeździectwie, i w teatrze. Jeżeli zawodnik czy aktor dobrze wykona ćwiczenie, to nie pozwalam mu go powtarzać. Jestem przekonany, że za drugim razem nie wyjdzie już ono tak dobrze i aktor zostanie z poczuciem klęski zamiast sukcesu. Kiedy następuje ten najlepszy moment, trzeba pracę zakończyć. I zostać z poczuciem piękna.
Jak reaguje na pana młodsza publiczność?
Starsze pokolenie kojarzy mnie głównie z Kabaretu Olgi Lipińskiej, z kolei 30-latkowie z seriali, na przykład z "Pierwszej miłości" czy "Lulu". Co ciekawe, ludzie kojarzą mnie bardziej z głosu niż wyglądu. Kiedy się odezwę, ktoś się ogląda i mówi: "To pan".
Przez trzy lata prowadziłem w łódzkiej filmówce zajęcia ruchowe z pierwszym rokiem. Studenci mówili do mnie "panie profesorze", co mnie bardzo śmieszyło, i ja mówiłem do nich "pan, pani", a mimo to nie było między nami bariery. Studenci opowiadali, co myślą o innych wykładowcach. Przyjęli, że jestem mentalnie bliżej nich niż ciała pedagogicznego. Z czasem prosiłem, żeby mówili mi po imieniu.
Kiedy świadomie skracam dystans, młodzi ludzie nagle zapominają, że jest między nami różnica dwóch pokoleń. Także dlatego, że jestem czasem równie sprawny, a czasem nawet sprawniejszy niż oni. Przyznam pani, że nie jestem w stanie identyfikować się z bardzo dojrzałymi ludźmi. Mam na myśli takich, którzy mówią, że im coś nie wypada, a zdarza się, że twierdzą tak nawet 40-latkowie. Gdy ktoś mówi, że mu coś nie wypada, to mówię żartem: "Uważaj, bo ci za chwilę dysk wypadnie". Trzeba żyć tak, jak się lubi, niezależnie od wieku.
Panu wszystko wypada?
Oczywiście! Mam w sobie bezczelność 17-latka. Mogę robić, co chcę. I robię.
Poproszę o przykład!
Kiedy jest ładna pogoda, przyjeżdżam na plan motocyklem. Od lat 70. z niego nie schodzę i nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. Siedzimy niedawno na planie "Lulu", jest Ania Dereszowska i Joanna Kurowska. Mówię, że jak tylko skończymy zdjęcia, to jadę do Krakowa na inne zdjęcia, a następnego dnia do Wrocławia na plan "Pierwszej miłości" i dopiero wtedy wracam do Warszawy. Człowieku, ty się zamęczysz, jak można tak zasuwać? – słyszę od koleżanek aktorek. A kiedy będę to robił, jak będę stary? – mówię. Przecież teraz jestem młody i silny.
Podoba mi się takie podejście.
Umiem cieszyć się chwilą, każdym drobiazgiem. Jeżeli człowiek jest z jakiegoś powodu szczęśliwy – czy to z powodu pracy, miłości czy przypływu gotówki – to wszystko jest piękne. Mgła jest piękna i deszcz też.
Nie jestem aż taką gwiazdą, żeby reżyserzy latali za mną i prosili, żebym przyjmował ciekawe propozycje fabularne. Ale ja nikomu niczego nie zazdroszczę. Jeśli ktoś osiąga coś umiejętnościami czy ciężką pracą, to ja się cieszę. Co innego, gdy ktoś doi mój kraj, jest głąbem i nic nie umie, a dostaje pieniądze. To mnie wkurza.
Jest wielu aktorów świetnych, którzy są bardzo znani, bo jak mawiam, widać ich w obrazku. Ale znam też wielu dobrych, którzy spędzają życie w podrzędnym teatrze i mają w sobie jakiś rodzaj niespełnienia czy rozżalenia. Ja uważam, że jestem z tych, którym się w tym zawodzie bardzo poszczęściło.
Mimo że ma pan w jakimś stopniu łatkę aktora komediowego?
Mam, ale uważam, że takie klasyfikacje są kompletnie niepotrzebne. Kiedyś Łukasz Palkowski, reżyser serialu "Galeria", zrobił listę aktorów, których chciał zatrudnić w kolejnej produkcji. Gdy poszedł do telewizji, jakaś specjalistka spojrzała na listę i mówi: "Siudym ma grać inteligenta? On albo do wesołych ról, albo do ludowych. Policjanta może zagrać". No i zagrałem policjanta.
Marzy się panu jakaś wielka dramatyczna rola?
Jak się zdarzy, to dlaczego nie? Ale w ogóle się na tym nie skupiam. Lubię ludzi, świat mi się podoba. Nie zastanawiam się, co przede mną. Wierzę, że za zakrętem czeka mnie coś fantastycznego i ciekawego. Coś, czego jeszcze w życiu nie zaznałem.
Marek Siudym. W 1974 r. ukończył Wyższą Szkołę Teatralną im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Przez kilkanaście lat grał w Kabarecie Olgi Lipińskiej. Popularność przyniosła mu rola woźnicy w "Misiu" Stanisława Barei, a także w serialach "Złotopolscy", "Lokatorzy" czy "Hela w opałach". Był trzykrotnie żonaty. Ma córkę Agnieszkę i syna Tadeusza.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.


