Zawsze umawiacie się na spotkania niedaleko przystanku autobusowego, tak jak ze mną w Gdyni?
Dominik Obara: To już nawyk! Przystanek autobusowy to świetny punkt odniesienia.
Dorota Obara: Dużo lepszy niż nazwa ulicy. Dlatego proponując ci spotkanie w kawiarni Delicje, powiedzieliśmy, że to przy przystanku 3 Maja. I już wiedziałaś, gdzie iść.
Z Dominikiem często umawiamy się pod 913.
To numer linii?
Dorota: Nie, nasz punkt nadzoru ruchu.
Dominik: 913 to numer wywoławczy naszej autobusowej centrali.
Nie wiem, czy wypada mi się wam przyznać, że po Trójmieście poruszam się głównie SKM-ką, czyli Szybką Koleją Miejską.
Dominik: Nic dziwnego, bo Trójmiasto ma wspaniałą komunikację kolejową. Przez wszystkie trzy miasta można przejechać pociągiem, a ze stacji wszędzie jest blisko. Staramy się obiektywnie podchodzić do naszej pracy i wiemy, że nie zawsze autobus jest najlepszy.
Dorota: Choć dla nas to środek komunikacji pierwszego wyboru, bo jako pracownicy Przedsiębiorstwa Komunikacji Autobusowej możemy jeździć autobusami za darmo.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje
Dominik: Ale gdy w niedzielę wybraliśmy się do Gdańska, podjechaliśmy autem na parking podziemny w Chyloni, a stamtąd SKM-ką do Gdańska. Wyszło taniej, bo paliwo i parkowanie są drogie. Poza tym wygodniej, tylko trzeba pamiętać, żeby wysiąść na odpowiednim przystanku. A powiem ci, że ludziom ostatnio często zdarza się go przejechać. Siedzą z nosami w telefonach i świata nie widzą.
Też mi się niedawno zdarzyło przegapić właściwy przystanek.
Dorota (patrząc przez okno): O, Dominik, zobacz, jak nasz autobus wygląda z góry.
Dominik: Ale ma bebechy na dachu! Dopiero teraz widzę tak dobrze baterie i pantograf.
Dorota: Bo my jeździmy takimi elektrykami, jaki właśnie podjechał na przystanek. Są fajne, jednak po całym dniu pracy za kierownicą lubimy być wożeni.
Dominik: Już gdy jako 18-latek robiłem prawo jazdy, bardzo chciałem wozić innych. I nadal to uwielbiam, ale po ośmiu godzinach marzę już tylko o tym, żeby wsiąść do autobusu jako pasażer i nie zajmować się kierowaniem.
Taka dniówka zwykle trwa osiem godzin?
Dominik: Według przepisów kierowca komunikacji miejskiej może jeździć przez 10 godzin na dobę.
Dorota: Ja dziś jeździłam dziewięć.
Dominik: Ja z kolei ostatnio jeżdżę w szczycie od 6.00 do 10.00 i potem od 14.00 do 18.00.
W szczycie jeździ się pewnie niełatwo?
Dominik: Ja akurat lubię. W Warszawie na przykład policjanci zatrzymywali kierowców, którzy nie pozwalali mi włączyć się do ruchu z zatoki, i wlepiali im mandaty. Ale pewnie jesteś ciekawa, jak się poznaliśmy i czemu teraz mieszkamy w Gdyni?
Dorota: A historia naszego poznania jest bardzo ciekawa!
Liczę, że ją poznam.
Dominik: Zaczynałem od pracy w centrali ruchu w Warszawie, gdzie mieszkałem. Potem zrobiłem uprawnienia na autobus i na Nocy Muzeów poznałem Piotrka, który układał grafiki w naszej firmie w Krakowie. Umówiliśmy się, że kiedyś się tam zjawię, żeby pojeździć po Krakowie, bo Warszawę już znałem i chciałem poznać nowe miasto. I tak też zrobiłem. Pokazywał mi właśnie trasę i…
Dorota: Na to wchodzę ja.
Cała na biało?
Dominik: Akurat tego dnia Dorota, która już jeździła autobusami, miała coś do załatwienia w biurze.
Dorota: To były wakacje 2017 roku.
Dominik: Zostawiła jakieś dwie kartki i wyszła, a ja pytam Piotrka: "Ty, ona ma męża?".
Spodobała ci się?
Dominik: Bardzo!
Dorota: Ja też od razu zwróciłam na niego uwagę.
Dominik: Później dowiedziałem się, że Dorota codziennie sprawdzała w grafiku, czy przypadkiem znów nie pojawiłem się w Krakowie, żeby pojeździć. Piotrek został zresztą świadkiem na naszym ślubie.
Zeswatał was?
Dorota: Ja uważam, że to przeznaczenie! Ale gdyby Dominik nie poznał się z Piotrkiem w Warszawie, toby potem nie przyjechał do Krakowa.
Nasze kolejne spotkanie było kompletnie przypadkowe.
Dominik: Totalnym zrządzeniem losu zetknęliśmy się na skrzyżowaniu w Krakowie. Dorota wracała do domu swoim samochodem, ja jechałem autobusem. Miała pierwszeństwo, ale pomrugała światłami i mnie przepuściła.
Dorota: Pomrugał mi w podziękowaniu awaryjnymi.
Dominik: Ledwie dojechałem na pętlę, a tu wiadomość na Messengerze od Doroty: "Nie ma za co". Już się wcześniej wymieniliśmy kontaktami. Myślę sobie: ale o co chodzi? Umówiliśmy się i tak od słowa do słowa zdecydowaliśmy o wspólnej przyszłości.
Dorota: W Dominiku spodobało mi się wszystko. A najbardziej wspólny temat do rozmów, czyli miłość do autobusów. 11 lutego obchodziliśmy piątą rocznicę naszego związku i tego dnia w tym roku wzięliśmy ślub kościelny.
A jak to się stało, że zamieszkaliście w Gdyni?
Dominik: Najpierw przez dwa lata mieszkaliśmy w Warszawie. Potem, pod koniec 2019 roku, przenieśliśmy się do Krakowa.
Dorota: Nie mogłam się w Warszawie odnaleźć, ten pęd życia mnie przytłaczał. Co prawda radziłam sobie w pracy, ale tęskniłam za Krakowem.
Dominik: Przyznaj się, że miałaś już dość tego, że z nadzoru ruchu pilnuję twojej trasy.
Dorota: A jak się pomyliłam, jadąc 166, to cię jakoś nie było.
Choć wtedy by się akurat przydało?
Dorota: Zawsze, jak zaczynałam zmianę, Dominik wywoływał mnie przez radiostację: 9516 zgłoś się do 200. Wcześniej tak mi podkręcał dźwięk, że aż podskakiwałam na fotelu.
Dominik: Po dwóch latach Kraków nam obrzydł, między innymi przez smog, i postanowiliśmy się przenieść gdzie indziej. Tak się złożyło, że nasza koleżanka z Krakowa pojechała kiedyś na wycieczkę do Gdyni.
Dorota: Wróciła zachwycona, powtarzała, że ona chce tam zamieszkać.
Dominik: W czerwcu 2021 roku zabraliśmy synka i wybraliśmy się do Gdyni na parę dni. Jak zobaczyłem trolejbusy, to odżyła we mnie miłość do elektrycznych pojazdów. Chwilę później wspólnie podjęliśmy decyzję, że się tu przeprowadzamy. Dziś wiemy, że to była najlepsza decyzja w naszym życiu.
Doskonale to rozumiem!
Dorota: Różnica w jakości powietrza jest ogromna. Cieszę się, że nasz 3,5-letni synek może mieszkać nad morzem.
Dominik: Początkowo jeździłem trolejbusami. Ale potem zatrudniłem się w firmie, która kupiła autobusy elektryczne i w której pracowała już Dorota.
Dorota: Najlepsze jest to, że nasz synek też już złapał bakcyla. Kiedyś wzięłam go na pętlę, to przez 45 minut udawał, że kieruje autobusem. Wycieraczki włączał, drzwi otwierał, aż mi całe powietrze z układu spuścił. W domu ma całą kolekcję modeli autobusów i bez przerwy się nimi bawi.
Chcielibyście, żeby poszedł w wasze ślady?
Dorota: Chciałabym, żeby wybrał sobie taki zawód, który da mu szczęście i dobrą pensję.
Dominik: Problem w tym, że nasz zawód jest mocno niedoceniany. Ale tak jest w całej Europie.
Dorota: W tej pracy nie masz dostępu do toalety wtedy, kiedy chcesz. Przerwy albo są, albo nie.
Dominik: Korki je weryfikują.
Dorota: Trzyma nas rozkład. Dzisiaj między kursami miałam po 8–10 minut przerwy.
I co z taką krótką przerwą zrobić?
Dominik: Próbuję Dorocie wbić do głowy, żeby przestała się spieszyć. Potrzebujesz iść do toalety, to idziesz. I co z tego, że za dwie minuty masz odjazd? W nagłej sytuacji pasażerowie po prostu chwilę poczekają.
Dorota: Tylko że ja nie lubię się spóźniać…
Dominik: Ja też nie lubię, ale w tym zawodzie trzeba się nauczyć, że na pewne rzeczy nie ma się wpływu. Na przykład na korki. Sam też nie mogę się wyleczyć z tego pośpiechu, który nabyłem jeszcze w Warszawie. "Rozkład, rozkład" – wciąż dźwięczy mi w głowie. Ale jestem dobrej myśli, bo w Gdyni nie ma takiego pośpiechu jak w Krakowie czy właśnie w Warszawie.
Jakie są inne słabe strony tej pracy?
Dorota: Ranne wstawanie!
Dominik: A według mnie ryzyko, jakie mi towarzyszy. To, że musisz myśleć za wszystkich na drodze, że musisz mieć oczy nawet na plecach. To bywa naprawdę stresujące. Zobacz, Dorota, 5154 właśnie na przystanek podjechał. Ty chyba nim dziś jeździłaś, prawda?
Dorota: Chyba tak.
Dzisiaj w ciągu 30 sekund miałam dwie bardzo stresujące sytuacje. Zjeżdżały na mnie osobówki, jakby mnie w ogóle nie widziały. Cudem uniknęłam zderzenia. Kiedyś w Krakowie gość wyjechał mi pod koła "na stopie". Miałam pełny autobus ludzi. Pracowałam może z miesiąc, z całej siły nacisnęłam hamulec. Pasażerowie polecieli do przodu, mówimy na to "zbiórka". Poszedł mi wiatrołap, wszędzie było pełno szkła i krwi. A tamten kierowca na mnie krzyczy: "Czego pani ode mnie chce?". Na szczęście policjanci mu wytłumaczyli, że znak stopu zobowiązuje, i zatrzymali mu prawo jazdy.
Dominik: Mnie tak kiedyś wyjechał kierowca w centrum Krakowa. Przywaliłem mu w lewe nadkole. Wysiadłem i nakrzyczałem na niego – cóż, emocje wzięły górę. Gdy nieco ochłonąłem, zobaczyłem, że z tyłu siedzi trójka dzieci. Na szczęście nic im się nie stało. Najlepsze było to, że z auta odpadł cały zderzak, a gość chciał go przywiązać i jechać tak do Wołomina. Wezwałem policję i czekam, na co jedna z pasażerek pyta: "To my dalej nie pojedziemy?".
Dorota: Ja ostatnio usłyszałam od innej, że jestem bezduszna.
Dlaczego?
Dorota: Zamknęłam drzwi i ruszam z przystanku, a pani nagle chce wysiąść. Stwierdziła, że wcześniej nie wstała, bo ją bolą nogi. Odmówiłam. "Jestem już spóźniona, ale trzeba było krzyknąć albo nacisnąć przycisk niepełnosprawnego, tobym pani otworzyła" – odparłam.
Dominik: Zdarzają się i tacy, którzy chcą nagle wysiąść w korku. Odmawiam, tłumacząc się, że to niebezpieczne, a poza tym mogę zapłacić 3 tys. zł kary. Wtedy pasażer mówi, że się źle poczuł. "Czy mam wezwać pogotowie?" – pytam. "Nie, aż tak to nie" – słyszę.
Dorota: Zrozumie nas ten, kto też ma prawo jazdy na autobus.
Dominik: Tak jak mój tata, który zrobił uprawnienia, bo mi pozazdrościł. Czasem ze mną jeździł w trasy do Niemiec i dopiero wtedy zrozumiał, że prowadzenie autobusu a prowadzenie osobówki to zupełnie co innego.
Dorota: Najgorsi są ci w drogich samochodach. Niektórym się wydaje, że wszystko im wolno, także na drodze.
Dominik: Niedawno babeczka w takim aucie wymusiła pierwszeństwo na moim koledze, też kierowcy autobusu. Zrównał się z nią na światłach i pyta, czy wie, co zrobiła. A ona mówi: "Ja na pewno panu drogi nie zajechałam, bo moje drogie auto wyposażone w najlepsze systemy by mi na to nie pozwoliło".
Ja, całe szczęście, tylko dwa razy musiałem wzywać pogotowie. Raz pasażer dostał ataku padaczki, za drugim razem dostrzegłem na przystanku zagubioną staruszkę, której – jak się okazało – szukała rodzina.
Czyli ją uratowałeś. Doroto, jestem ciekawa, czy odczuwasz, że jako kobieta za kierownicą autobusu jesteś traktowana gorzej przez innych kierowców? Albo przez pasażerów?
Dorota: Zdarza się. Na przykład staruszek stojący na przystanku mówi mi, że nie wsiądzie, bo on z kobietą nie pojedzie. "Pana decyzja" – skwitowałam. My, kobiety, idąc w ten zawód, nie robimy tego z przymusu, tylko z pasji. Gdy prowadzę autobus przegubowy, mogę pokazać mężczyznom: patrzcie, ja też potrafię. A może czasem nawet radzę sobie lepiej niż wy.
Czujesz wtedy satysfakcję?
Dorota: Rosnę. Udowadniam, że ten zawód nie jest przypisany tylko mężczyznom. Poza tym nie przypominam sobie, żeby jakiś pasażer mnie skrytykował za sposób jazdy. Zazwyczaj zbieram pochwały i gratulacje. Kiedyś na wąskiej ulicy w Krakowie spotkałam się z tramwajem. Motorniczy powiedział, że się nie cofnie, ja też się cofnąć nie mogłam, bo miałam za sobą auta. Na milimetry, ale przejechałam. Choć zajęło mi to chyba z 10 minut. Na koniec podszedł do mnie pasażer i mówi: "Wielkie gratulacje, że się pani podjęła tego manewru. Niejeden facet by się nie odważył".
Ostatnio w Gdyni pasażerka mnie pyta: "Będziemy punktualnie w centrum?". "Zrobię wszystko, co w mojej mocy" – mówię. A ona na to: "Z panią zawsze jest fajna jazda". To budujące.
I motywujące. Kiedy zaczęłaś jeździć?
Dorota: Zawsze ciągnęło mnie za kierownicę. Prawo jazdy zrobiłam od razu, jako 17-latka. Tata był zawodowym kierowcą autobusu, dziadek ze strony mamy też. Autobusy towarzyszyły mi więc od dzieciństwa, tak jak teraz naszemu Ryśkowi.
Gdy miałam trzy latka, dostałam od taty samochód na pedały. Sprowadził go dla mnie z NRD. Jeździłam nim do kościoła, ubrana w sukienkę, czym robiłam furorę w całej rodzinnej Blachowni. Autko nazywało się Liliput i było nieźle poobijane.
Potem, kiedy tata został kierowcą autobusu, zabierał mnie w trasy. Robił wtedy tzw. antenki, czyli dowoził ludzi z różnych miejscowości w jedno miejsce. Gdy tylko mogłam, jechałam z nim. Siedem lat temu zrobiłam prawo jazdy na autobus. Jestem jedyną kobietą w rodzinie, która wybrała taki zawód. I mimo że jest to ciężka praca, nie zamieniłabym jej na inną. Wożąc ludzi, przejechałam setki tysięcy kilometrów.
Dominik: Od dziecka interesuję się transportem. Gdy dziadkowie zabierali mnie na wakacje do Jastarni, od rana obserwowałem pociągi jeżdżące blisko naszego domu wczasowego. Ale najbardziej zafascynowały mnie autobusy. Marzyłem o tym, że zostanę kierowcą. Zaczynałem w centrali kontroli ruchu w Warszawie, gdzie momentami miałem pod sobą około dwóch tysięcy kierowców. Bardzo lubiłem tę adrenalinę. Jednak pasjonuje mnie też analizowanie rozkładów jazdy, no i praca za kółkiem. Prowadzenie takiego dużego pojazdu, choć stresujące, sprawia mi niesamowitą radość.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje
A czy zdarzają ci się czasem zabawne sytuacje?
Dominik: Któregoś ranka w zajezdni w Warszawie kierowca, w ogóle nie oglądając autobusu, odpalił go i ruszył w kurs. O 7.10 wpada mechanik i pyta, gdzie pojazd, bo miał naprawić. "Na linii" – mówię. "Jak to na linii, jak on nie ma z tyłu drzwi?" – zdziwił się. Ruszyliśmy za nim. Patrzę, autobus mknie przez osiedle pełen ludzi i rzeczywiście nie ma drzwi. "Pan tego nie widział?" – pytam kierowcę, gdy już się zatrzymał. Upierał się, że nie zauważył. Pasażerowie byli rozczarowani, że musieli wysiadać. Tego dnia nie było zimno, więc niespecjalnie wiało, więc nikt się nie skarżył. "Mógł pan nic kierowcy nie mówić" – usłyszałem.
Doroto, powiedz, proszę, na koniec, co masz w tych dwóch dużych torbach?
Dorota: Jedna jest prywatna, druga służbowa. Nie mam przypisanego jednego autobusu, więc noszę ze sobą środki czystości, coś do picia, pokrowiec na fotel. Wolę mieć pewność, że niczego mi nagle nie zabraknie.
Dominik: Jak czegoś zabraknie, to Dorota dzwoni do mnie i prosi: "Przywiózłbyś mi?".
Dorota: A ile razy ja odbieram telefon: "Kochanie, a wyszłabyś przed dom z kanapką?". I wtedy tup-tup wychodzę na przystanek.
Dorota i Dominik Obarowie. Oboje jeżdżą autobusami w Przedsiębiorstwie Komunikacji Autobusowej w Gdyni. Mają synka Ryszarda.
Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.


