Rozmowa
Tomasz Buśk (mat. prasowe ZTM)
Tomasz Buśk (mat. prasowe ZTM)

Od prawie 40 lat sprawdza pan bilety w stołecznej komunikacji. Dlaczego wybrał pan właśnie ten zawód?

Kiedyś w autobusie spotkałem kolegę. Wyjął legitymację i poprosił mnie o bilet. "Ale on ma fajną pracę" – pomyślałem. Na przystanku, gdy już wysiedliśmy, spytałem go, co mam zrobić, żeby też zostać kontrolerem. "Złóż papiery w dziale kontroli biletów" – powiedział. No to złożyłem. Zadzwonili, żebym przyszedł na szkolenie. Przez trzy dni jeździłem po mieście z zawodowymi kontrolerami, którzy oceniali, czy się nadaję. Pracę dostałem.

Miał pan szkolenia? Czego pana uczono?

Naszego regulaminu, z którego każdy kandydat na kontrolera musi zaliczyć test. Musimy wiedzieć na przykład, jakiego rodzaju bagaż może przewozić pasażer, czy może spożywać posiłek w komunikacji miejskiej albo czy wolno jeździć na rolkach na peronie metra. Uczymy się także zasad rozpoznawania i zatrzymywania sfałszowanych biletów oraz innych dokumentów. W ostatnich latach mieliśmy też szkolenia między innymi z samoobrony, zajęcia z psychologami oraz wykłady z savoir-vivre’u. 

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Kontrolerzy są szkoleni, jak zachowywać się względem pasażerów, a w drugą stronę?

Z ciekawością obserwuję, jak przez lata zmienia się podejście pasażerów do kontrolerów. W latach 80., w stanie wojennym wszędzie było ZOMO, komunikacją miejską jeździli też agenci SB. Ludzie się bali, ale jak pasażer jechał bez biletu i udało mu się przed nami uciec, był dla nich bohaterem, który przechytrzył system. Na nas krzyczeli, żebyśmy go zostawili w spokoju.

Pod koniec lat 90. wraz z przemianami ustrojowymi podejście pasażerów zaczęło się zmieniać. Powolutku, powolutku ludzie przestawali traktować gapowiczów jak bohaterów. Pojawiło się myślenie: skoro ja płacę za bilet, to dlaczego on ma jechać za darmo? Było to dla nas ogromne zaskoczenie, ale przyjęliśmy tę zmianę z zadowoleniem. Bo także została dowartościowana praca kontrolerów.

To świetnie, ale pewnie nie zawsze relacje z pasażerami wyglądają różowo.

Użyła pani słowa "relacja". Bardzo trafnie, bo dobry kontroler musi umieć z pasażerem bez biletu wejść w relację, żeby wystawiając mandat, uniknąć kłótni. Trzeba szybko wyczuć, o czym można z nim porozmawiać, i zacząć pogawędkę. Pasażer może nawet poskarżyć się na ciężkie życie albo teściową. Ja go cierpliwie słucham, po czym, gdy z gapowicza zejdzie wściekłość, że został złapany, i trochę się wygada, konsekwentnie wracam do wątku braku biletu.

Praca kontrolerów staje się coraz bardziej doceniana (mat. prasowe ZTM)

Z kibicami z kolei rozmawiam o wyniku meczu. Zresztą wbrew utartej o nich opinii, że są agresywnymi chuliganami, z nimi wcale nie jest najgorzej. Pewnego razu kilku wsiadło do jednego wagonu tramwaju, ja z kolegą do drugiego. Na kolejnym przystanku przesiedliśmy się i zaczęliśmy kontrolę. Wszyscy mieli bilety. A gdy jeden z pasażerów był wobec nas nieuprzejmy, obruszyli się i upomnieli go, żeby się tak nie zachowywał. Moi koledzy też mieli podobne doświadczenia.

Albo taka historia: podchodzę do pasażera, okazuje się, że nie ma skasowanego biletu, i tłumaczy się, że właśnie wsiadł. Na to odwraca się inny i mówi: "Niech pan nie kłamie, jedzie pan już tym autobusem sześć przystanków". "Ty mnie, człowieku, okradasz" – dorzuca następny.

Często bywa pan atakowany?

Agresja wobec kontrolerów nie jest już tak częsta jak w czasach, gdy zaczynałem, ale wciąż się zdarza. Ludzie rozumieją, że ktoś musi przecież bilety sprawdzać. Miałem jednak dwie sytuacje, których nie wspominam miło.

Raz pasażer, który nie miał biletu, próbował uciec. Gdy zatarasowałem mu drogę, ugryzł mnie w palec. Na przystanku udało mu się wybiec z autobusu, a kawałek mojej skóry, który został mu w ustach, wypluł na ulicę. Pół roku później spotkałem go w autobusie i od razu rozpoznałem. Tym razem miał bilet i był bardzo grzeczny. To było jakieś sześć lat temu, a dwa lata później inny gapowicz też ugryzł mnie w palec.

Zresztą muszę przyznać, że wszystkich pasażerów bez biletu, których dane spisuję, pamiętam potem przez bardzo długi czas. Mam pamięć do twarzy i nazwisk. Pamiętam też konkretne sytuacje i zajścia.

Szybka Kolej Miejska w Warszawie (mat. prasowe SKM)

To poproszę o kolejną opowieść.

Najwięcej się dzieje w piątki i soboty wieczorem, gdy podchmielone grupki wracają z imprez. Kiedyś razem z kolegą sprawdzaliśmy bilety w nocnym autobusie. Kolega trafił na pasażera, który jechał na gapę. Zrobiło się małe zamieszanie, podczas którego ten mężczyzna odgryzł mu kawałek ucha. Sprawa trafiła do sądu, kolega dostał zadośćuczynienie. Ale ucho nadgryzione ma.

Niedawno pasażer zepchnął kontrolera na tory stacji metra Warszawa Centrum. I uciekł. Policjanci znaleźli go za pomocą monitoringu. Kary nie uniknie. Swoją drogą kamery w warszawskich tramwajach, autobusach i metrze nagrywają pięknie! Wszystko dokładnie widać.

Bywa też, że ktoś próbuje wypchnąć kontrolera z autobusu czy tramwaju. Ja przeżyłem kilka takich sytuacji, na szczęście nigdy nie wypadłem, bo nauczyłem się przybierać odpowiednią pozycję. Mocno się zapieram i trzymam uchwytów. Po tylu latach pracy znam wszystkie trasy, wiem, kiedy będzie ostry zakręt albo gdzie jest uskok. Pani by się przewróciła, a ja nawet nie drgnę. 

Czyli kontroler musi być giętki i sprawny fizycznie.

Oczywiście.

Zobacz wideo Rolnik spod Bydgoszczy codziennie włącza krowom radio

Zatem dobrze też, żeby potrafił szybko biegać.

Proszę pani, my za pasażerami nie biegamy. Ucieknie to ucieknie, trudno. Nie będę narażał innych osób albo i samego gapowicza. Jeszcze wyskakując w popłochu z autobusu, wpadnie pod samochód i coś mu się stanie.

Owszem, zdarza się, że pasażerowie nie reagują na słowo "przepraszam", gdy próbuję przejść dalej podczas kontroli, więc trzeba umieć sprawnie między ludźmi lawirować. Ale to drobiazg. Wie pani, cokolwiek by się działo, kontroler musi zachować spokój. Żadnych nerwów. Jak ja nie podnoszę głosu, to druga osoba nagle się wycisza, choć jeszcze chwilę wcześniej krzyczała.

Rozumiem, że ktoś może mieć gorszy dzień, ma jakieś problemy albo pokłócił się z rodziną. Poza tym do każdego człowieka podchodzę z szacunkiem. Czy to niechlujnie ubrany bezdomny czy bankowiec w białej koszuli. Ile to razy mi się zdarzyło, że taki bezdomny człowiek zachowywał się lepiej niż elegancki gość.

Warszawa. Widok na Stadion Narodowy (mat. prasowe UM m.st. Warszawy)

Poda pan przykład?

Kontroluję pana w białej koszuli i krawacie. Nie ma biletu i przekonuje mnie, że kawałek dalej zaparkował auto, do którego musi podjechać komunikacją miejską. Gdy wystawiam mu mandat, okazuje się, że nie ma czym zapłacić. I serwuje mi wiązankę złożoną z takich inwektyw, jakich pani pewnie nigdy w życiu nie słyszała. Ja zresztą też nie. Ostatnio, jak mi młody, wysportowany chłopak wiąchę puścił, to aż mnie zatkało, niech mi pani wierzy!

A bezdomny wyjmuje z kieszeni gotówkę i płaci mandat na miejscu?

Skąd! Jedzie w autobusie bezdomny z mnóstwem toreb. Pasażerowie wręcz krzyczą do mnie: proszę temu panu sprawdzić bilet. Podchodzę, mówię "dzień dobry", a ten człowiek wyjmuje ważną kartę miejską. Wszyscy są zdumieni. Jeśli nie ma biletu, wystawiam wezwanie do zapłaty. Osoby w kryzysie bezdomności, które często nie mają dokumentów tożsamości,  prosimy o opuszczenie pojazdu i potem potwierdzamy dane osobowe przez policję. Zimą, szczególnie podczas silnych mrozów, nie wypraszamy takich osób na zewnątrz. A już szczególnie w nocy.

Z kartami miejskimi to w ogóle jest ciekawie, bo mimo że są już od paru dobrych lat, to co rusz ktoś jeździ z nieskasowaną. Niedawno trafiłem na pasażera, który podróżował tak od 30 dni. Karta kosztowała 110 zł, kara 160. "W sumie to straciłem tylko 50 zł, więc nie jest źle" – podsumował.

Jak pan reaguje, gdy ktoś kasuje bilet w chwili, kiedy zaczyna się kontrola?

Jak skasował, to bardzo dobrze! Przecież my jesteśmy również od tego, żeby pasażerowie kasowali bilety. Nieraz wtrąca się inny pasażer i mówi: "Tu się należy kara". Tłumaczę wtedy, że nie, bo ta osoba ma skasowany bilet. Tak na marginesie, żadna z kilku skarg złożonych pod moim adresem nie okazała się zasadna.

Całkiem niedawno jakaś pani poskarżyła się, że byłem wobec niej nieuprzejmy, bo nie miała ważnego biletu. Zachowywała się agresywnie, więc wezwałem policjantów, na których zresztą też złożyła skargę. Nagrania z monitoringu w autobusie oraz z kamer na mundurach funkcjonariuszy potwierdziły, że pasażerka mijała się z prawdą.

Sprawdzam też bilety nawet tym pasażerom, których znam z widzenia, bo codziennie spotykamy się na tej samej trasie. Ostatnio nawet taki pan miał przeterminowaną, jak się okazało, kartę miejską. Chciał nie chciał, musiałem mu wypisać mandat. Złośliwi porównują to, co robimy, do zadań komornika. Ale ja się nie obrażam, tak samo jak wtedy, gdy słyszę "kanar". Trudno, taka praca.

Tomasz Buśk jest kontrolerem od prawie 40 lat (mat. prasowe ZTM)

Czy bywa tak, że odstępuje pan od ukarania gapowicza?

Zawsze staram się podchodzić do ludzi z empatią, bo przecież sytuacje życiowe są różne. Kiedyś przyłapałem na jeździe bez biletu jedną panią. "Jadę do szpitala do dziecka. Zamiast wydać pieniądze na bilet, kupiłam mu dwa jogurty" – mówi.

Nie miałem sumienia wystawić mandatu. Zwłaszcza że w takich sytuacjach zazwyczaj wszyscy pasażerowie patrzą, co zrobi kontroler. Bywa też, że ktoś na mój widok wyjmuje kartę płatniczą i mówi: "Czekałem na pana. Już jakiś czas jeżdżę bez biletu, chciałbym wreszcie zapłacić".  

Naprawdę?

Naprawdę i tacy są. Chociaż niektórzy nieźle kręcą. Kiedyś wsiadam do tramwaju i widzę, że jakaś pasażerka nerwowo się rozgląda. Zalogowałem się i podchodzę do niej, prosząc o bilet. A ona mówi: "Wsiadłam na przystanku razem z panem, właśnie kupuję bilet i zamierzam go skasować". Mówię: "Proszę pani, nie widziałem pani, jak wsiadałem, wsiadła pani wcześniej i mój kolega to potwierdzi". I choć pasażerka obstawała przy swoim, byłem stanowczy i wystawiłem jej polecenie do zapłaty 270 zł. Parę dni później znalazłem w gazecie obszerny artykuł na mój temat. Ta pani mówiła, że byłem bardzo nieuprzejmy i mimo że miała bilet, wlepiłem jej mandat.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

I co pan zrobił?

Doprowadziłem do konfrontacji. Zaprosiliśmy panią do naszej dyrekcji. Ona przedstawiła swoją wersję, a ja swoją. Przejrzeliśmy więc monitoring, na którym dokładnie widać, że pasażerka wsiadła do tramwaju sześć przystanków przede mną. Gdy tylko otwierały się drzwi, nerwowo zerkała, kto wchodzi. Wyszło na moje, więc na koniec pytam: "I co pani teraz powie?". "Cóż, musiałam się tego dnia na kimś wyładować i akurat padło na pana". I na tym się dla niej skończyło. Walka z fałszywymi oskarżeniami to jak bój z wiatrakami.

Kiedyś jeden podchmielony pasażer zaczął na mnie krzyczeć, a inny zaczął mnie bronić. O mało się nie pobili. Musiałem ich rozdzielać i uspokajać. A reszta osób w tramwaju miała temat do rozmowy na kolejne przystanki.

W jaki sposób się pan relaksuje po ciężkim dniu w pracy?

Dużo jeżdżę rowerem. Tylko w maju zrobiłem 577 km. Od marca do października praktycznie nie używam samochodu. A jak jadę czasem komunikacją miejską, to trzeba pani wiedzieć, że muszę kupić i skasować bilet jak każdy inny pasażer. Jeżdżenie rowerem ma jeszcze jedną zaletę – odnajduję porzucone veturilo i zgłaszam. Za każdy dostaję na konto 5 zł.

Mam udane życie rodzinne, a to jest bardzo ważne. Teraz, jak z panią rozmawiam, to patrzy na mnie z parapetu moja czarna kotka Lenia. Znalazłem ją podczas pracy, na przystanku autobusowym, jak miała jakieś trzy miesiące. Ludzie ją odpychali, ja ją wziąłem do domu, a żona przez tydzień leczyła u weterynarza z kociego kataru.

W stołecznej komunikacji kamery nagrywają wszystko bardzo dokładnie (mat. prasowe ZTM)

Druga, Zuzia, też znajda, właśnie się do mnie przytula. To mnie tak relaksuje, że drugiego dnia mogę ze spokojem znów iść do pracy.

Tomasz Buśk. Od 1983 r. jest kontrolerem biletów w Zarządzie Transportu Miejskiego w Warszawie. 

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.