Rozmowa
Mariusz S. podczas procesu w sądzie (Jan Rusek / Agencja Wyborcza.pl)
Mariusz S. podczas procesu w sądzie (Jan Rusek / Agencja Wyborcza.pl)

Sięgnęłaś po historię "polskiego Fritzla", czyli Mariusza S., który przez dwa lata więził żonę w piwnicy, bił i gwałcił, na co pozwalał również swoim dwóm braciom i kuzynowi. Zmuszał ją do jedzenia ze związanymi rękami, na klęczkach, podawał jej chleb zmieszany z wodą i własnym nasieniem. Koszmar rozgrywał się w małej kaszubskiej wsi.

To historia o niewyobrażalnej przemocy. Trudno byłoby w nią uwierzyć, gdyby nie wydarzyła się naprawdę.

Co było dla ciebie najtrudniejsze?

Na pewno pokazanie tej historii w taki sposób, żeby – z szacunku dla Ewy i jej córek – nie epatować przemocą, ale skupić się na portrecie miejsca i społeczności. Zastanowić się, dlaczego ludzie odwrócili oczy. Nie sądziłam też, że tak trudne okaże się zebranie materiału.

Wieś Sapałów – tak nazwałam na potrzeby książki rodzinę Mariusza, kata Ewy – oraz sąsiednie miejscowości odwiedzałam w latach 2018–2022. Głównie wiosną i latem, bo wtedy najłatwiej o rozmowę przed domem, kościołem, sklepem. Latem 2019 roku wynajmowałam pokój u Ukrainki, która kilka lat wcześniej zatrudniła się u wdowca, zakochali się w sobie i tak już zostało. Kiedy wychodziłam na kolejny wywiad, skwitowała: "Nic pani nie powiedzą". Zdanie "Nic ci nie powiedzą" powtarzali wszyscy, którym opowiadałam, o czym piszę, a którzy znali specyfikę Kaszub.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje

Jaka to społeczność?

Uchodzi za pracowitą, rodzinną i dość hermetyczną, co najbardziej czuć w głębi i na północy. Dramat Ewy mógł wydarzyć się wszędzie, ale zamkniętość gwałtowności sprzyja. W książce tym mechanizmom się przyglądam.

Sprawa 'polskiego Fritzla' toczyła się w Sądzie Okręgowym w Gdańsku. Na ławie oskarżonych zasiedli też jego bracia (Jan Rusek / Agencja Wyborcza.pl)

I pokazujesz, że nikt porządnie nie przyjrzał się tematowi przemocy domowej na wsi.

Eksperci szacują, że w Polsce do aktów przemocy dochodzi w około 40 proc. rodzin wiejskich i może ona przybierać okrutne formy, ale nie ma badania, które by scharakteryzowało zjawisko. Gdy zapytałam o to Krzysztofa Szarzałę, byłego już szefa Centrum Interwencji Kryzysowej w Gdańsku, usłyszałam: "Na wsi zębów nie zbadasz, a ty byś chciała, by ktoś się zajął przemocą domową". Trudniej dociera się do ofiar, panuje większy lęk przed stygmatyzacją.

Mimo to uparcie szukałaś kolejnych rozmówców.

Rzadko rezygnuję. Pewnego razu gdańska bibliotekarka zapytała mnie, dlaczego znów sięgam po pozycje o Kaszubach. "Szukam prawdy społecznej" – odpowiedziałam. Zaśmiała się i powiedziała, że tutaj tej prawdy nie znajdę. Gdy zapytałam: "To gdzie mam jej szukać?", odparła: "Na przykład u mnie". I zaczęła opowiadać dramatyczne losy swojej rodziny. A na koniec dodała, że właśnie po 30 latach odeszła od męża przemocowca. Umawiamy się na spotkanie, ale trzy dni wcześniej dzwoni i mówi, że jej mama jest przeciwna naszej rozmowie. Bo o bliskich i sąsiadach się nie rozmawia.

W Polsce, szczególnie w małych miejscowościach, wciąż panuje silne przekonanie, że w sprawy rodzinne nie należy się wtrącać.

Dlatego Ewie przez kilka lat nikt nie pomógł? Przecież skarżyła się teściowej, w domu interweniowała policja.

Sędzia, który w lutym 2016 roku zdecydował o areszcie Mariusza, poradził mi, żebym sprawdziła, czy nie miał on w rodzinie jakiegoś policjanta. Sprawdziłam, miał. Nie twierdzę, że policja celowo zaniedbywała tę sprawę, ale na pewno trudniej grzebać w sprawach rodziny kolegi.

Potem prokuratura trzy razy umarzała śledztwo.

Zignorowano ważne dowody, w tym zeznania starszej córki Ewy, świadka wielu sytuacji, choć dziecku dała wiarę biegła psycholożka. Ewy w prokuraturze nawet nie przesłuchano. Ograniczono się do lektury zawiadomienia.

Mała, skryta społeczność, ale tobie udało się tych ludzi otworzyć.

Najważniejsze rozmowy, najwięcej mówiące o relacjach we wsi czy samych Sapałach, udawało mi się przeprowadzić, kiedy się tego najmniej spodziewałam. Odwiedzałam kolejne domy, chciałam rozmawiać o trudach wojny, by dać czytelnikom też szeroki kontekst społeczno-historyczny. A gdy siadałam do stołu, czułam się, jakby te osoby od lat czekały na moment, kiedy będą mogły wszystko z siebie wyrzucić.

Nie sądziłam też, że zbliżę się do rodziny Mariusza. A już zupełnie nie brałam pod uwagę, że wejdę do piwnicy, w której więził Ewę.

Katarzyna Włodkowska opisała przypadek 'polskiego Fritzla' (Rafał Masłow / materiały prasowe)

Jak do tego doszło?

Jest wrzesień 2018. Piszę tekst – wtedy jeszcze dla "Gazety Wyborczej Trójmiasto" – gdy przychodzi mejl: "Zły dom. Proszę zadzwonić". Okazuje się, że to brat Mariusza. Pyta, czy chcę zobaczyć piwnicę. O moich wizytach we wsi się mówiło, zaczęłam budzić ciekawość. A temu bratu zaczęło zależeć, by odczarować w moich oczach wizerunek rodziny.

Pozwolili mi robić zdjęcia, kręcić telefonem filmy, dzięki czemu, opisując potem dom, nie musiałam opierać się wyłącznie na pamięci Ewy i fotografiach sprzed lat. Zaskoczyło mnie, jak niewiele się tam zmieniło. Doszły piętrzące się deski. Niemal wszystko na swoim miejscu. Wszechobecna wilgoć, kurz. Jedynie w piwnicy, na środku – jakby chcieli, żebym pomyślała, że tak było zawsze – sterta drewna.

Co to za rodzina?

Duża, skłócona i funkcjonująca, jakby nic się nie stało. Nikt nigdy nie zadzwonił ani nie napisał do Ewy z pytaniem, czy czegoś potrzebuje, nie zainteresował się dziećmi. Lojalni wobec siebie do końca. To jasne, że nie wszyscy o wszystkim wiedzieli, ale ich świadomość była wystarczająca, by zainterweniować.

Mariusz S. został skazany na 25 lat więzienia. Jaki to człowiek?

Prosty, skrzywdzony, konfliktowy. Według jednego z jego krewnych: "Jak trzeźwy, to kochany. Wypił, palma mu odbijała. Dostawał białych oczu". Miał dwa oblicza. Potrafił być uprzejmy, z daleka machał do sąsiadów na przywitanie. Pracownica społeczna powiedziała mi, że im się wydawało, że on jedyny z tej rodziny wyjdzie na ludzi. Kiedy spotkałam Mariusza na korytarzu sądowym, zaskoczył mnie swoją łagodnością. Bardzo szczupły, niższy ode mnie, ciepły uśmiech. W rzeczywistości to osobowość nieprawidłowa z cechami sadystyczno-dyssocjalnymi, z niskim poczuciem własnej wartości. Nie ma wyrzutów sumienia, empatii, agresywnie reaguje na jakikolwiek sprzeciw czy krytykę, ma potrzebę zdominowania bliskich sobie osób. Do tej pory uważa, że jest ofiarą, a jego była żona wszystko zmyśliła.

Jego bracia też tak twierdzą?

Bracia też, chociaż kto wie, jak wyglądają ich rozmowy w cztery oczy. Przyjęli taką linię obrony i też pewnie wypierają przeszłość, bo inaczej nie sposób byłoby im żyć. Jeden dostał 12 lat, drugi 12,5 roku bezwzględnego więzienia. Kuzyn w trakcie procesu zmarł.

W jaki sposób dotarłaś do Ewy?

W lutym 2017 roku otrzymałam mejla, w którym informator podał, że w sądzie toczy się sprawa, o której muszę napisać. Inaczej zostanie zamieciona pod dywan i nikt z prokuratury nie poniesie odpowiedzialności za zaniedbania, nikt się o nich nie dowie. Mariusz od roku był już w areszcie, gdzie trafił po ujawnieniu pamiętników córek. Impulsem dla mojego informatora była skala zaniedbań, chciał elementarnej uczciwości, rozliczenia.

Dzięki informatorowi udało mi się ustalić, gdzie Ewa mieszka. Odszukanie jej było dla mnie bardzo ważne, nie chciałam pisać bez niej reportażu "Dom zły", który ukazał się w czerwcu 2017 w "Dużym Formacie" i dał początek całej historii, a także okazał się przyczynkiem do kolejnego śledztwa – przeciwko braciom. Zwolniła się z pracy i trzy razy się przeprowadzała. Tyle czasu szukała miejsca, w którym Mariusz i jego rodzina nie będą mogli jej znaleźć.

Mariusz S. potrafił być serdeczny i miły dla sąsiadów (Jan Rusek / Agencja Wyborcza.pl)

Tobie się udało.

Zanim zapukałam do drzwi, zwlekałam dobrą godzinę. Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. Wiedziałam, że gdy otworzy, będę miała dwie, najwyżej trzy minuty – albo Ewę do siebie przekonam, albo nie będzie reportażu. Krótko się przedstawiłam. Zapytała, skąd wiem. Odparłam, że dowiedziałam się o procesie.

"Nie chcę o tym rozmawiać" – usłyszałam. Po czym złapała za klamkę, ale odwróciła się i zapytała, dlaczego chcę o tym napisać. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą: "Bo nie potrafię pogodzić się z tym, że pani nie uwierzono".

Spojrzałyśmy sobie w oczy. Może zabrzmi to dziwnie, ale coś się wtedy między nami zawiązało. Poprosiła, żebym poczekała na dole, w aucie. Po dziesięciu minutach do mnie dołączyła.

Od razu zaczęła mówić o sobie?

Gdy usadowiła się na miejscu pasażera, wybuchła płaczem. Powiedziała, że chce tylko prawdy. Bo może wtedy przestanie się tak bać. Umówiłyśmy się na spotkanie, które przełożyła z powodu choroby. W trakcie trzeciej wizyty poprosiła, żebym przyjechała za tydzień, i nie otworzyła mi drzwi. Zwróciło moją uwagę, że może wprost powiedzieć, iż nie chce spotkania, ale tego nie robi. Napisałam list i zostawiłam we framudze. Zniknął, czyli przeczytała. Wsiadłam w samochód. Jadąc, zaczęłam się jednak zastanawiać, co jeszcze mogę zrobić, skoro przejechałam taki kawał. Zatrzymałam się i zadzwoniłam do reporterki Magdaleny Grzebałkowskiej. Opowiedziałam krótko, czego dotyczy historia. Postawiła mnie do pionu, za co zawsze będę jej wdzięczna: "Ten tekst musi powstać. Masz zrobić wszystko, żeby porozmawiać z Ewą".

Zobacz wideo "Obowiązkiem dorosłych jest zrobienie wszystkiego, by dzieci nie cierpiały"

I co zrobiłaś?

Za radą Magdy napisałam kolejny list. Wytłumaczyłam, że ujawnienie sprawy to jedyna droga do uchronienia innych kobiet oraz ich dzieci. Zakończyłam słowami: "Proszę mi wybaczyć moją determinację, ale nie chcę pisać bez pani". Po dwóch dniach zadzwoniła: "Boję się, że znów mi nie uwierzą".

Spotkałyśmy się w kawiarni przy gdyńskim dworcu, powstał pierwszy reportaż. Na potrzeby książki widywałyśmy się co kilka tygodni przez ponad rok, powoli się do siebie zbliżałyśmy. Długo szukałam miejsca, w którym Ewa poczuje się swobodnie. W końcu zaproponowałam, choć zwykle tego nie robię, by przyjechała do mnie do Gdańska. Poczuła się komfortowo. Za każdym razem odbierałam ją z dworca, jadłyśmy śniadanie, piłyśmy kawę i zaczynałyśmy rozmawiać. A po południu znów odwoziłam Ewę na pociąg.

Co spowodowało, że Ewa się przed tobą otworzyła?

Byłam cierpliwa. Ewa często powtarzała, że chce tą książką pokazać kobietom, że nie należy się bać. Wyrzucała sobie, że nie uciekła wcześniej. Oczywiście nie powinna się za to karać, została poddana gigantycznemu praniu mózgu, jakiemu sprawcy przemocy poddają swoje ofiary. Chciała, by jej trauma czemuś się przysłużyła, może komuś pomogła? Wtedy, w czerwcu 2017, gdy doszło do pierwszej prasowej publikacji, Ewa zerwała w ten sposób z wizerunkiem ofiary totalnej. Bo najpierw skrzywdziła ją osoba najbliższa, a potem system. Nie spodziewała się, że jej historia okaże się tak głośna, ale opowiedzenie o niej ją wyzwoliło. Odzyskała siebie.

Katarzyna Włodkowska mogła zobaczyć piwnicę, w której mąż więził Ewę (Raven Cave - Adrian Kulesza)

Mówisz, że Ewa wyrzucała sobie, że wcześniej nie uciekła. Ja się zastanawiam, dlaczego tego nie zrobiła?

Uciekła po bodajże dwóch lata małżeństwa, a policja asystowała jej w trakcie pakowania się. Usłyszała wtedy, że powinni się z mężem jakoś dogadać. Skarżyła się teściowej, miała świadomość, że bliscy męża muszą wiedzieć, że zaczyna źle ją traktować. Mariusz obiecał zmianę, namówił Ewę do powrotu, ale odtąd było tylko gorzej. Pranie mózgu, o którym wspomniałam, to jeden z najsilniej działających mechanizmów przemocy psychicznej.

Skąd ten termin?

Został zaczerpnięty z języka chińskiego, a do potocznego wprowadził go korespondent wojenny Edward Hunter. Posłużył się nim po raz pierwszy, opisując sposoby, jakimi Chińczycy doprowadzali do całkowitej zmiany poglądów i systemu wartości amerykańskich jeńców wziętych do niewoli podczas wojny w Korei. Po powrocie z wojny nierzadko okazywali się zagorzałymi komunistami. Najczęściej używanymi metodami są izolacja, poniżanie, degradacja, groźby, demonstracja wszechmocy czy sporadyczne okazywanie pobłażliwości. Pranie mózgu powoduje, że u człowieka doznającego przemocy zmienia się obraz samego siebie. Zaczyna siebie postrzegać jako osobę głupią, niezdolną do działania, uzależnioną od sprawcy.

Tak jak w pewnym momencie Ewa?

Zwykle mija kilka lat, zanim ofiara przemocy domowej wprost poprosi o pomoc. Brak reakcji otoczenia wzmacnia sprawcę, a osobę podległą utwierdza w przekonaniu, że jest sama. I zaczyna się godzić na coraz więcej. Odizolowana od rodziny, pieniędzy, znajomych coraz bardziej boi się o dzieci. Trudno w takich warunkach podjąć decyzję o ucieczce, szczególnie kobiecie, która jest w naszym społeczeństwie obarczana odpowiedzialnością za rodzinę i jakość małżeństwa. Mąż Ewę torturował, bo trudno to inaczej nazwać, a głodzeniem i gwałtami odarł ją z godności, ale też z fizycznej siły.

Katarzyna Włodkowska dotarła do Ewy, którą torturował mąż (Raven Cave - Adrian Kulesza)

A dzięki tobie o sprawie dowiedziała się cała Polska.

Dzięki Ewie. Uważam, że polskie sądy zasądzają kary za gwałt w większości w zawieszeniu, bo nie rozumieją konsekwencji tej zbrodni. Po gwałcie się do siebie w stu procentach już nie wraca.

W sierpniu 2020 roku wrocławski sąd apelacyjny złagodził karę dla gwałciciela 14-letniej siostrzenicy, bo dziewczynka "nie krzyczała". To pokazuje potężne braki edukacyjne i znieczulicę. Pierwsze badania nad psychicznymi konsekwencjami gwałtu rozpoczęły w 1972 roku Ann Burgess, pielęgniarka psychiatryczna i kliniczna, oraz socjolożka Lynda Holmstrom. Na izbie przyjęć bostońskiego szpitala w ciągu roku miały kontakt z 92 kobietami po doświadczeniu napaści. Dzięki nim wiemy, że kobiety przeżywają gwałt jako wydarzenie graniczne. Zdarza się, że porzucają wtedy obronę, a taką reakcję organizmu nazywa się tonicznym bezruchem. Nieruchomieją – dokładnie tak jak zwierzęta, które boją się o swoje życie.

Mówisz przerażające rzeczy.

Przerażające jest to, że w sprawie Ewy nikt nie czuje się winny. Ani żaden urzędnik nie poczuł potrzeby, by systemowo przeanalizować ten przypadek, zastanowić się, kiedy można było odpowiednio wcześnie zareagować. Nie rzecz w tym, by zaraz wyrzucać ludzi z pracy, chociaż ewidentnie niektóre osoby nie powinny zajmować się obszarami, za które odpowiadają czy odpowiadały, tylko zrobić wszystko, by sytuacja się nie powtórzyła. Przecież do rodziny Mariusza policja przyjeżdżała od lat 90. Regularnie, bo bracia się kłócili, pili i bili. O patologicznych relacjach w jego rodzinie wiedziała pomoc społeczna, musiała coś podejrzewać szkoła. A on sam, gdy został po raz pierwszy przesłuchany, zaraz po ucieczce Ewy, przyznał: "Krzyczałem, gdy nie chciała ze mną współżyć".

Mariusz S. został skazany na 25 lat więzienia (Jan Rusek / Agencja Wyborcza.pl)

Być może śledztwa nie podjęto by na nowo, gdyby babcia Ewy nie namówiła jej córek do pisania pamiętnika: "Zły tata zamykał mamę w piwnicy. Mama tam piła i jadła jak pies. Kupę i siku robiła, gdzie popadnie, a ja uderzałam mamę pałką w głowę, tak jak tata kazał".

Sprawa była zamknięta i nikt się nią nie interesował. Pamiętniki stały się dowodem, dzięki któremu do niej wrócono. Rola prababki dziewczynek jest bardzo przejmująca. O dziewczynkach zaś nie chcę opowiadać. Uczą się, są radosne, radzą sobie, ale doznanie urazu psychicznego w tak młodym wieku powoduje nieodwracalne zmiany. Wpływa na dorosłe życie fizyczne i psychiczne.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje

Wiesz, co dzisiaj dzieje się z Ewą, jak wygląda jej życie?

Wciąż mamy ze sobą kontakt. Ma dobrego, pracowitego męża. Dzięki pieniądzom, które udało się zebrać po moim reportażu, razem z córkami trafiła pod opiekę psychotraumatolożek. Można powiedzieć, że się pozbierała. Oczywiście na tyle, na ile można się pozbierać po tak ciężkich przejściach.

Katarzyna Włodkowska. Rocznik 1979. Reporterka "Dużego Formatu", była wieloletnia dziennikarka trójmiejskiej "Gazety Wyborczej". Za reportaż "Dom zły" została nominowana do wszystkich najważniejszych nagród dziennikarskich i zdobyła prestiżową Grand Press 2017 w kategorii "Reportaż prasowy". Rok później podczas Festiwalu Wrażliwego nagrodzono ją za cykl tekstów o przemocy wobec kobiet. W 2020 r. ponownie znalazła się m.in. w finale konkursu Grand Press za materiał o zabójcy prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. 

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Specjalizuje się w niebanalnych rozmowach z odważnymi ludźmi. Pasjonatka kawy, słoni i klasycznych samochodów.