Czy ma pan w domu zapas jodku potasu?
Nie.
Wielu Polaków się zaopatrzyło – z obawy, że jeśli pojawi się potrzeba, to dla wszystkich nie wystarczy.
Brak zaufania do obecnej władzy sięga już 70 proc., wobec czego oczywiste jest, że ludzie biorą sprawy w swoje ręce.
Rozumiem, że ktoś, kto sobie kupił pudełko jodku, czuje się bezpieczniej, jednak nie mogę się pogodzić z tym, że koncentrujemy się tylko na jednym, bardzo wąskim elemencie zabezpieczenia przed skażeniem radioaktywnym. W obliczu faktycznego zagrożenia sam jodek potasu nikomu życia nie uratuje.
Zacznijmy od podstaw. Czy jodek potasu i płyn Lugola to jedno i to samo?
Płyn Lugola jest gorszą wersją tabletek. To jest mieszanina jodku potasu i jodu wolnego, której termin ważności jest krótki. Jest natomiast łatwiejszy do przygotowania na masową skalę i dlatego po wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu, kiedy nie było żadnego zabezpieczenia, w kilku miejscach w Polsce uruchomiono rozlewnie. Optymalnym preparatem jest jodek potasu, czyli tabletki, które mają długi okres ważności oraz zawierają jod w najbardziej dostępnej postaci.
A które przyjmuje się w jakim celu?
Blokady tarczycy. Ten organ wyciąga jod ze środowiska i diety po to, by produkować hormony. W sytuacji zagrożenia chodzi o to, by zanim dojdzie do ekspozycji na jod radioaktywny, zażyć tabletkę, która wysyci maksymalnie zapotrzebowanie tarczycy na ten budulec, w związku z czym przestanie go wchłaniać z powietrza.
Zapotrzebowanie na jod jest uzależnione od aktywności tarczycy. Już po czterdziestce spada ona do tego stopnia, że nie ma niebezpieczeństwa wchłonięcia jodu radioaktywnego i zachorowania na raka tarczycy. W Polsce granicę wieku znacznie przesunięto – międzynarodowe wytyczne dotyczą osób do 40 lat – i w razie zagrożenia radioaktywnego osoby do 60. roku życia będą przyjmowały jodek. Ale podkreślam: w razie zagrożenia! Profilaktycznie absolutnie się tego nie robi.
W internecie można przeczytać "dobre rady": "Najlepiej łyknąć już dziś, bo jak łupnie za miesiąc, to już się będzie zabezpieczonym". Kompletne bzdury! Dziś nie ma żadnych podstaw, żeby przyjmować jod.
Załóżmy jednak, że ktoś to zrobił.
Człowiek, który sobie ot tak zażyje jodek potasu w wielkiej dawce, może się dorobić nadciśnienia, kołatania serca i wylądować na SOR-ze. To może być bardzo niebezpieczne, szczególnie jeśli tarczyca nie funkcjonuje prawidłowo, bo pacjent cierpi na przykład na jej nadczynność albo autoimmunologiczną chorobę Hashimoto, którą dziś można już uznać za cywilizacyjną.
"Profilaktyczne" łykanie jodku potasu porównałbym do wrzucenia tony piachu do betoniarki. Wiadomo, że się zatka. Tarczyca będzie zablokowana przez kilka dni, a w przypadku osób cierpiących na choroby tarczycy – nawet kilka tygodni. Spowoduje to istotne zaburzenia wydzielania hormonów tarczycy, które odpowiadają chociażby za akcję serca, regulację termiczną, metabolizm.
Jednak trudno się dziwić, że ludzie są przerażeni. Już zimą, kiedy wybuchła wojna i pojawiały się informacje o ruchach rosyjskich wojsk wokół elektrowni atomowej w Zaporożu, Polacy rzucili się do aptek i zniknął płyn Lugola. A teraz hasła, że jest ryzyko użycia przez Putina broni jądrowej, pojawiają się znacznie częściej.
Dlatego potrzebna nam jest racjonalna analiza ryzyka. Czy Polacy zażywali jodek potasu, kiedy doszło do awarii elektrowni atomowej w Fukushimie?
Oczywiście, że nie.
Więc dlaczego mielibyśmy to robić, gdyby do tego samego doszło w elektrowni zaporoskiej? Przecież ona jest oddalona od naszej zachodniej granicy o przeszło 1400 km. Według wyliczeń naukowców chmura z jodem radioaktywnym nie dotarłaby do Polski.
Nasz główny problem, podobnie jak w pandemii czy katastrofie na Odrze, to kompletny brak informacji i komunikacji ze społeczeństwem. O zagrożeniu i celach profilaktyki jodkiem potasu nie poinformował ani minister zdrowia ani szef MSWiA, a zaczęto jego dystrybucję. Politycy powinni zaprosić specjalistów od zabezpieczenia reaktorów jądrowych…
Z Narodowego Centrum Badań Jądrowych?
Najlepiej tak. To naukowcy i lekarze zaproszeni przez polityków powinni dziś wyjść do ludzi i powiedzieć, że opracowano kilka scenariuszy i jeśli na przykład doszłoby do ataku nuklearnego na Lwów, to wówczas tylu i tylu Polaków z takiego i takiego terenu musi wejść do schronów czy zostać ewakuowanych. Obywatele powinni mieć pewność, że gdyby się ziściły najgorsze scenariusze, to wtedy zostanie uruchomiony pakiet zabezpieczeń jądrowych: dostaną kombinezon, maskę, jodek potasu, a jeśli zajdzie potrzeba ukrycia się, to będą wiedzieli, gdzie znajduje się najbliższy schron przeciwatomowy.
Bezpośrednio po wybuchu pojawia się kilkaset izotopów radioaktywnych. Im dalej od miejsca uderzenia, tym ludzie są narażeni na mniejsze dawki promieniowania, ale pojawiają się dłużej żyjące izotopy pierwiastków radioaktywnych: nie tylko jodu, ale też cezu, strontu. Tabletka jodku potasu w żaden sposób przed nimi nie chroni.
Czy dopiero słysząc o tym wszystkim, ludzie by się śmiertelnie nie przerazili? To nie jest sianie paniki?
Panika wybucha wtedy, kiedy nic nie wiemy. Strach u Polaków pojawił się, gdy poszła fama, że rząd rozprowadza jodek potasu strażakom, służbom ratowniczym…
I że samorządy dostają przydziały jodku potasu…
Jasne, że nikt dzisiaj nie będzie rozdawał kombinezonów, ale należałoby ludzi poinformować, że w liczbie takiej czy innej są one w centrach dystrybucji i jak trzeba będzie, to je ludzie dostaną. Tak samo profesjonalne maski typu FP2, FP3 czy właśnie jod.
Po doświadczeniu z pandemii wierzy pan, że te wszystkie rzeczy faktycznie są zabezpieczone?
Nie wiem, natomiast fakt, że dystrybuuje się jodek potasu, świadczy, że rząd uznał istnienie zagrożenia. A nie można powiedzieć tylko "a", nie mówiąc kolejnych liter alfabetu. To tak, jakby choremu na cukrzycę zaoferować wyłącznie paski do pomiaru cukru.
Natomiast kończąc wątek jodku, chciałbym zwrócić uwagę na rzecz, o której praktycznie w ogóle się nie mówi, a mianowicie, że Polacy generalnie jedzą bardzo dużo jodu, ponieważ jodowana jest sól, która następnie jest dodawana do bardzo wielu produktów, chociażby mięsa, wędlin. Na świecie jesteśmy liderami, jeśli chodzi o nasycenie tarczycy jodem. U 90 proc. Polaków ono wynosi niemal 100 proc. Gdyby nawet zagrożenie jodem radioaktywnym było, to i tak – bez zażywania jodku potasu – większość z nas jest bezpieczna, bo tarczyca nie wchłonęłaby toksycznej dawki.
Dlaczego Polacy tak namiętnie wszystko jodują? To pokłosie Czarnobyla?
Nie. W latach 60.–70. XX wieku wielu młodych Polaków cierpiało na tzw. niedoczynne wole tarczycowe, ponieważ w powietrzu i diecie jodu było zbyt mało.
Zawsze się mówiło, że z dziećmi trzeba jeździć nad morze, żeby podczas spacerów po plaży wdychały zdrowy jod.
Otóż to. Wdrożono zatem narodowy program zapobiegania niedoczynności tarczycy i od lat 90. już obowiązkowo jodowana jest sól. Dzięki temu choroba, jaką jest wole tarczycy, praktycznie u nas nie występuje. To jest wielki sukces polskiej medycyny zapobiegawczej.
Wszystko, co pan mówi, jest niezwykle uspokajające. Odejdźmy od jodku potasu, pójdźmy krok dalej. Co jakiś czas pojawia się moda na przyjmowanie produktów, które mają nas chronić przed przeróżnymi chorobami. Pestki moreli! Witamina C! Kurkuma! Gdy pan słyszy o takich "cudach", jak pan reaguje?
My, lekarze, musimy szczerze przyznać, że system ochrony zdrowia działa źle. Na leczenie przeznacza się za małe środki, w związku z czym medycyna idzie w bardzo złym kierunku – głównie naprawczej i przeliczalnej na pieniądze. Pacjent staje się numerkiem w kolejce, który należy jak najszybciej załatwić i rozliczyć z NFZ. A przecież już wiele lat temu udowodniono, że lekarz, który interesuje się pacjentem i z nim rozmawia, jest najwyżej oceniany. Jeśli będzie się empatycznie zajmował człowiekiem, to ten mu zaufa. Nasz system ze względu na całkowitą monetyzację jest nieprzyjazny, dlatego ludzie się od niego odwracają.
I czytają w internecie wspaniałe wiadomości: możesz sobie pomóc sam!
Nawet nie sam. "My ci pomożemy!" Ja tego nie nazywam alternatywną medycyną – to jest antymedyczne wprowadzanie ludzi w błąd. Nie ma żadnych badań naukowych, które by potwierdzały, że wszystkie te "cudowne" preparaty działają, jednak ludzie, którzy robią na nich biznes, doskonale wiedzą, że najważniejsze jest zdobycie zaufania. Oni mają czas. Słuchają ludzi. Jeśli nasza medycyna się nie zmieni, to my, lekarze, zawsze z nimi przegramy. Pacjent, który idzie do znachora, ma godzinę tylko dla siebie. U lekarza ma 10 minut.
W dodatku przez te 10 minut lekarz wcale nie patrzy w oczy pacjentowi, tylko w monitor komputera, w związku z czym człowiek ma poczucie, że w ogóle go nie słucha!
Dlatego ja zawsze opisuję przypadek, dopiero kiedy pacjent wychodzi z gabinetu.
Pestki moreli chronią przed rakiem czy nie?
Jeżeli ktoś promuje "cudowną metodę profilaktyki raka", to podstawowe pytanie brzmi: czy to jest szkodliwe? Drugie – czy to jest skuteczne? Jeżeli to jest tylko placebo, czyli działa przez sugestię, to pół biedy. Ale pani pyta o substancję pochodzenia roślinnego, amigdalinę, która jest trucizną na bazie cyjanku. Sto lat temu pewien niemiecki lekarz chciał tym leczyć raka, ale badania naukowe wykluczyły działanie przeciwnowotworowe. Mimo to jest w sieci promowana jako środek przeciwrakowy. I tu wchodzimy w obszar świadomego zatruwania organizmu w imię niepotwierdzonego naukowo efektu.
Zalecane dawki są na szczęście tak małe, że nie powinny spowodować uszkodzenia wątroby czy nerek, jednak może się tak zdarzyć, że na przykład u dziecka, które ma słabszy organizm, dojdzie do zatrucia czy zapalenia żołądka. I potem rodzice zachodzą w głowę, co się dzieje, bo w ogóle tego nie kojarzą z podawaniem tej nieszczęsnej pestki.
Całe nieszczęście tych wszystkich "cudownych terapii" bierze się stąd, że dziś dostęp do informacji ze świata nauki i medycyny jest powszechny. Publikację w bazie naukowej PubMed może przeczytać każdy. Ktoś sobie zatem przeczytał, że depresja może mieć początki w zmianach flory jelitowej, a więc zaczyna łykać probiotyki albo codziennie zjada kilogram kiszonej kapusty.
O tak! Bardzo się dużo ostatnio mówi o tym, że bakterie jelitowe wpływają po prostu na wszystko!
A za chwilę będzie wielkie rozczarowanie, bo człowiek ma depresję, przyjmuje probiotyki, ale zamiast poprawy nastroju dorobił się biegunki. Komu taki człowiek miałby się poskarżyć? Przecież leczył się na własną rękę. To jest kluczowa sprawa. Odpowiedzialność.
Niektóre probiotyki to produkty lecznicze, inne to suplementy, wszystkie są sprzedawane w aptece. Połowa reklam w telewizji to są suplementy diety, których producenci obiecują cuda.
Rynek suplementów rozwinął się w sposób niekontrolowany, a producenci wykorzystują lukę prawną: suplementy to nie są leki, w związku z czym nie przechodzą badań klinicznych, a więc w reklamie można powiedzieć właściwie wszystko. Również opakować witaminę D3 marketingowo tak genialnie, że się ją sprzedaje jako środek przeciwko osteoporozie. Co jest nadużyciem!
Prawdą naukową jest to, że ona poprawia wchłanianie wapnia do kości, ale nie możemy powiedzieć, że leczy osteoporozę. Takich badań klinicznych nie ma. Co więcej, badania kliniczne wykonywane na suplementach często wykazują, że one w ogóle nie działają. To jest efekt placebo. W przypadku leków za coś takiego idzie się do więzienia.
Jeśli mamy zdrowego człowieka, który się na nic nie uskarża, to nie musi on niczego łykać?
Dokładnie tak.
Pytanie brzmiące absurdalnie, ale dziś naprawdę można odnieść wrażenie, że dbający o siebie człowiek powinien zażywać coś ekstra.
O ile prowadzi właściwy tryb życia – wysypia się, regularnie je, nie przesadza z używkami – nie musi brać niczego. Problem w tym, że takich ludzi jest niewielu. Są za to tacy, którzy dopiero co weszli w dorosłe życie i po dwóch–trzech latach pracy zaczynają odczuwać różnego rodzaju dolegliwości: a to ból kręgosłupa, a to zaburzenia snu, a to zaburzenia koncentracji. "O Jezu! Coś mi jest!" I zamiast się zastanowić, że prawdopodobnie tryb życia jest tak ciężki, że organizm tego nie wytrzymuje, zaczynają sięgać po tabletki.
Mam 27-letniego pacjenta. Przez pięć lat codziennie wypijał dwa-trzy napoje energetyczne, by utrzymać tempo narzucane w korporacji. Dziś jest inwalidą, który ma wrzodziejące zapalenie jelita grubego, 30 wypróżnień dziennie, część z krwią, w związku z czym jest na rencie. Regularnie ląduje w szpitalu. Młody, przystojny mężczyzna! Jakby pani zobaczyła na ulicy – ciasteczko. Co z tego, skoro jest zdewastowany przez tryb życia, jaki prowadził?
Takich ludzi, którzy za wszelką cenę próbują się utrzymać na wymagającym rynku pracy, mamy niemało. Oni się wspomagają różnymi rzeczami, łącznie z ewidentnie szkodliwymi, i nie biorą pod uwagę, że może to spowodować nieuleczalne uszkodzenia organizmu. Bo co im mówi świat reklam? Nie możesz spać? Łyknij melatoninę. Nie możesz się skoncentrować? Weź ginkgo biloba. Zawodzi cię pamięć? To kup żeń-szeń. Masz problemy z odpornością – weź tabletkę x. To wszystko jest moim zdaniem największym oszustwem XXI wieku.
Mnóstwo jest też preparatów na potencję…
Sfera życia seksualnego to jest dzisiaj obszar bardzo wielu zaburzeń! Człowiek, który nie śpi i jest permanentnie zestresowany, nie ma właściwego popędu. A zatem co dostaje?
Reklamę, że sobie kupi bez recepty tabletkę, dzięki której przez wiele godzin będzie bardzo sprawnym samcem.
Chodzi o małą dawkę sildenafilu, czyli leku, który został dopuszczony do użycia bez recepty. Kiedyś sildenafil w dawce leczniczej przepisywał lekarz, ale firmy farmaceutyczne zastosowały trik zmniejszenia dawki. Zrobiono tableteczkę zawierającą jedną czwartą dawki leczniczej, która jest dostępna bez recepty.
Panowie bez kontroli lekarza łykają kilka tableteczek i mamy dramaty: poważne zaburzenia rytmu serca, nadciśnienie itd. Ludziom to szkodzi, ale odpowiedzialność została przerzucona na pacjenta. "Facet! Sam zażyłeś ten lek! To twoja wina!" Niestety, liczne koncerny wykorzystują lukę w przepisach i zmniejszają dawki leku, w związku z czym one się OTC - over-the-counter, czyli bez recepty. To jest coś strasznego, że leki na zakażenie układu moczowego zawierające furazydynę można kupić bez recepty…
Wiele kobiet ta zmiana bardzo ucieszyła!
Tylko skąd kobieta ma wiedzieć, czy ma zakażenie układu moczowego? Piecze w cewce? Trzeba biegać do toalety? A może tam jest grzybica, a może stan przedrakowy? Ale kobieta, zamiast pójść do lekarza i się zdiagnozować, bierze tabletki na własną rękę, bo przeczytała w internecie, że takie objawy to jest na bank zakażenie. W ten sposób można sobie wyhodować raka w kilka miesięcy. Już nie mówiąc o lekooporności. Według mnie dzieje się tak dlatego, że mamy w Polsce niedobór lekarzy, w związku z czym próbuje się im odjąć pacjentów. Biedne kraje, jak Polska, przodują w samoleczeniu, bo myślenie rządzących jest takie, że im mniej ludzi trafi do lekarzy, tym lepiej dla systemu.
Panie doktorze, nie pytam o ewentualne choroby i leki, ale czy pan przyjmuje jakieś dodatkowe substancje, suplementy?
Magnez z potasem. Ponieważ piję dużo kawy, a to działa moczopędnie. Jeśli ktoś prowadzi "rabunkowy" tryb życia – ciężko pracuje albo uprawia wyczynowo sport – to powinien przejść badania, jakich pierwiastków, witamin może mieć niedobory. Po to właśnie są niektóre suplementy. Ale zalecić je powinien lekarz, pielęgniarka, dietetyk. Ktoś, kto ma wiedzę, a nie sam pacjent. Sprawdzone suplementy nie są niczym złym. Złe jest oszukiwanie ludzi w reklamach, że można za ich pomocą likwidować choroby.
Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje >>
Paweł Grzesiowski. Doktor nauk medycznych. Ekspert Naczelnej Rady Lekarskiej ds. zagrożeń epidemicznych. Dyrektor Centrum Medycyny Zapobiegawczej i Rehabilitacji.
Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. otrzymała honorowe wyróżnienie Festiwalu Sztuki Faktu oraz została nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.


