Rozmowa
Dubaj jest bardzo łatwy do bicia, jest łatwym celem krytyki, szczególnie na Zachodzie (fot. Anna Snarska)
Dubaj jest bardzo łatwy do bicia, jest łatwym celem krytyki, szczególnie na Zachodzie (fot. Anna Snarska)

Zacznę od tego, że nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby tam pojechać. 

Ze mną było podobnie. 

To mnie zaskoczyłaś, bo przynajmniej na Instagramie można odnieść wrażenie, że wszyscy przebywają w Dubaju. 

Poza Instagramem jest nieco inaczej. Myślę, że jest więcej takich osób jak ty czy ja, które żadnej wyprawy do Dubaju czy generalnie do Zjednoczonych Emiratów Arabskich nie planowały. Ale tak się nieraz układa życie, że decyduje za nas los. Ja wyjechałam do Dubaju na cztery lata, bo mój mąż dostał tam pracę. Przed laty pracował w Warszawie i za nią za bardzo nie przepadał, więc mówił żartobliwie, że wolałby pracować na Marsie. 

I się spełniło, bo Dubaj wydaje się inną planetą. 

To samo mu powiedziałam. I o ile Emiraty nie wydawały mi się zbyt ciekawe turystycznie, o tyle okazały się bardzo ciekawym miejscem do życia. A dzisiaj powiedziałabym, że również ciekawym turystycznie. Trzeba tylko wiedzieć, jak się do nich zabrać. Stąd moja książka, która – mam nadzieję – opowiada o Emiratach inaczej, niż do tego przywykliśmy. Nie mówiąc już o tym, że z rozmaitych przyczyn powinniśmy się temu miejscu uważnie przyglądać, bez względu na to, czy nam się ono podoba, czy nie. 

Ze względu na postępującą dubaizację świata? 

To na pewno jest jeden z powodów. 

Europie udaje się jej chyba unikać, gorzej z innymi częściami świata, gdzie kopiuje się bombastyczne emirackie rozwiązania architektoniczno-urbanistyczne i gdzie nadal jest wielkie zapotrzebowanie na krytykowanych na Zachodzie starchitektów.  

To prawda, ale mamy ten trend od niedawna i doszliśmy do niego, powiedziałabym, naturalnie. Tymczasem większość państw świata jest na innym etapie rozwoju i często kroczy drogą Emiratów.  

Od razu muszę zaznaczyć, że Dubaj jest bardzo łatwy do bicia, jest łatwym celem krytyki, szczególnie na Zachodzie. Tymczasem musimy zdawać sobie sprawę z tego, że to państwo powstało zupełnie niedawno, zachłysnęło się swoim bogactwem i wszystko to, o czym rozmawiamy – co jednych mierzi, a innych zachwyca – powstało w ciągu ostatnich 50 lat, czyli za mojego życia. W latach 60. w Abu Zabi były trzy murowane budynki – to chyba najlepiej uzmysławia skalę zmian. Nie mówiąc już o tym, że dzisiaj w Emiratach na milion Emiratczyków przypada 9 mln pracujących tam obcokrajowców z 200 państw świata.  

Jest takie czarno-białe zdjęcie, na którym wszyscy dubajscy szejkowie stoją na tarasie widokowym nowojorskiego Empire State Building i podziwiają Manhattan. Podziwiają i marzą o czymś podobnym u siebie. Jak widać, marzenia się spełniają, szczególnie jeśli ma się ogromne zasoby ropy, którą odkryto w Emiratach w drugiej połowie XX wieku. 

W latach 60. w Abu Zabi były trzy murowane budynki - to chyba najlepiej uzmysławia skalę zmian (fot. Anna Snarska)

Realizacja tego marzenia jest, trzeba powiedzieć, imponująca. Ale czy przeciętny człowiek w ogóle coś o historii i kulturze tego kraju wie? Bo odnoszę wrażenie, że to jest dla większości tylko miejsce, gdzie zbudowano najwyższy budynek świata i gdzie ulicami jeżdżą lamborghini. 

Zjednoczone Emiraty Arabskie powstają, wyzwalając się spod władzy Wielkiej Brytanii, w 1971 roku. O przyłączeniu do unii myślały także Katar i Bahrajn, ale do tego nigdy nie doszło. Dzisiaj emiratów jest siedem – dwa najbardziej znane to Dubaj i Abu Zabi, stolica kraju. Każdy emirat ma swoją nieco odmienną historię i władców, szejk Abu Zabi jest jednocześnie prezydentem. Emiraty są muzułmańskimi monarchiami absolutnymi, gdzie prawo w większości oparte jest na zasadach szariatu, a ostatnie zdanie należy do szejków i nie ma już od niego odwołania. 

Zobacz wideo Wieżowce, pustynia i morze, nowoczesność i tradycja. Tak wygląda Dubaj

Jak to się stało, że emiraty nie zaczęły ze sobą walczyć, tylko się zjednoczyły, by działać wspólnie? 

Kiedy wyląduje się w Emiratach, od razu wszędzie widać szczególnie często portret jednego człowieka – szejka Zajida ibn Sultana Al Nahajjana, uważanego za ojca założyciela Emiratów i przez ponad 30 lat prezydenta kraju. To on przejął kiedyś bezkrwawo władzę w Abu Zabi, obalając swego brata, który nie bardzo radził sobie i z Brytyjczykami, i nagłym napływem bogactwa ze sprzedaży ropy naftowej. Pieniądze podobno (dosłownie!) próchniały w skarbcu.  

Szejk Zajid, gdy został władcą Abu Zabi, postanowił najpierw otworzyć ten skarbiec dla swoich poddanych, a potem namówił szejków pozostałych emiratów na zjednoczenie, przekonując ich – bardzo słusznie – że w kupie siła. Tak powstały Zjednoczone Emiraty Arabskie, które się zamieniły niebawem w jeden wielki plac budowy. Było to zadanie niebagatelne, bo nie tylko trzeba było stworzyć całą infrastrukturę, ale także ustrój, administrację państwa i wszystkie jego agendy. Nie mówiąc już o osiedleniu Beduinów, którzy przyzwyczajeni byli to wędrownego trybu życia. Nie dziwi więc, że szejk Zajid otoczony jest w Emiratach absolutnym kultem.  

Musiała to być rzeczywiście postać nietuzinkowa, bo większością państw bogatych w ropę i gaz rządzą kleptokraci, a lud klepie biedę. Tymczasem milion Emiratczyków żyje jak pączki w maśle. 

I to się właściwie wydarzyło z dnia na dzień, bez żadnego, że tak powiem, okresu przejściowego. Kiedy w Europie mieszkańcy miast zyskiwali stopniowo różne wygody: bieżącą wodę, elektryczność, kanalizację, w Emiratach mieszkańcy dostali kilkusetmetrowe mieszkania z łazienkami w każdym pokoju, klimatyzacją i basenem, co może być również swego rodzaju obciążeniem, bo nie ma tu miejsca na dojrzewanie do nowoczesnego państwa, na ewolucję. 

Odniosłem wrażenie, że niektórych bohaterów twojej książki irytowały pytania wychodzące poza lukrowaną opowieść o Emiratach. Jedna z twoich rozmówczyń, zresztą polska rehabilitantka pracująca w największym w kraju szpitalu, pyta cię wprost, czy ma mówić prawdę, czy wersję oficjalną. 

Przede wszystkim wielkim błędem jest przykładanie do Emiratów naszej zachodniej miary. Musimy pamiętać, że to państwo niedemokratyczne, w którym powszechna jest na przykład cenzura. Ale świat jest o wiele bardziej skomplikowany i coś, co my uważamy za ograniczanie wolności słowa, dla Emiratczyka cenzurą nie jest, bo jemu by nawet nie przyszło do głowy, żeby powiedzieć czy napisać coś krytycznego o szejku. Oczywiście byli tacy, którzy pisali krytycznie. Dzisiaj upominają się o nich organizacje walczące o prawa człowieka, bo ci ludzie siedzą w więzieniach.  

Jednak wiele rzeczy zaprzątających nasze głowy Emiratczyków w ogóle nie zajmuje, bo żyją w sprawnie działającym i bardzo bezpiecznym kraju niewyobrażalnego wręcz dobrobytu. Po co więc to zmieniać? W Emiratach nie ma więc żadnej zorganizowanej opozycji. Nie ma też, jak w niektórych krajach arabskich, kobiecego ruchu nawołującego do zrzucenia tradycyjnego stroju, jakim jest tam abaja. Myślę, krótko mówiąc, że Emiratczycy są zadowoleni ze swojego życia i są przekonani, że wielu im zazdrości. 

Anna Dudzińska (fot. Radosław Kaźmierczak) , Zjednoczone Emiraty Arabskie powstają, wyzwalając się spod władzy Wielkiej Brytanii, w 1971 roku (fot. Anna Snarska)

Gorzej z zadowoleniem milionów imigrantów, głównie z Azji Południowej, których kraje Zatoki Perskiej traktują jak niewolników. Organizacje praw człowieka biją od lat na alarm w tej sprawie. 

Do słowa "niewolnik" dodałabym określenie "ekonomiczny". Wtedy to będzie prawda, bo nikt siłą ich tam nie trzyma. To oni ciągną do Emiratów i zarabiają pieniądze, za które utrzymują swoje rodziny w Indiach czy Bangladeszu. Zmusza ich do tego bieda w ich własnym kraju i to jest przerażające. Mało tego, kiedy ich dzieci dorosną, je także chcą ściągnąć do Emiratów.  

Oczywiście są karygodne przypadki wykorzystywania i przemocy, często warunki bytowe tych pracowników są trudne do zaakceptowania, ale to się także zmienia. Dzisiaj na przykład prawo Emiratów zakazuje zabierania paszportów pracownikom, co kiedyś było na porządku dziennym. Jednak te zmiany przebiegają zbyt wolno i nie wszystkim właścicielom firm się podobają.  

Od większości państw Bliskiego Wschodu Emiraty różni z pewnością podejście do tolerancji religijnej. W Emiratach mieszka milion chrześcijan, działają kościoły, a kilka lat temu witano tam z wielką pompą papieża Franciszka. To kolejny PR-owy majstersztyk czy coś więcej? Czy to aby nie jest tolerancja koncesjonowana? 

Trafnie to określiłeś – to jest tolerancja koncesjonowana, której ramy wyznaczają szejkowie. Możesz więc być chrześcijaninem, proszę bardzo, ale bez ostentacji. Drogi krzyżowej nie zorganizujesz, ewangelizacja jest surowo zabroniona, ale krzyżyk na szyi nikomu nie przeszkadza.  

Jest to z pewnością świetnie ograne PR-owo, ale to także zwyczajnie wynik tego, jak wygląda i działa ten kraj, w którym są miliony przybyszów z całego świata, w tym wielu chrześcijan. Emiraty to jedna wielka mieszanka ludzi, kultur, języków i religii i Emiratczycy zdają sobie doskonale sprawę, że bez tej zakreślonej przez nich tolerancji kraj zwyczajnie przestałby działać. Nie mówiąc już o tym, że jeśli żyjesz w takim wielobarwnym społeczeństwie, ono naturalnie na ciebie wpływa.  

Sami Emiratczycy widzą, że obecnie kasa to za mało, że trzeba czegoś więcej, by zbudować atrakcyjny kraj (fot. Anna Snarska)

Byłem kiedyś we wspaniałej operze, którą kazał w Maskacie zbudować zmarły niedawno sułtan Omanu, i zauważyłem, że cała obsługa jest z Europy, głównie z Wielkiej Brytanii. Kiedy spytałem tych młodych ludzi, dlaczego zdecydowali się pracować w kraju, w którym nie ma barów, klubów, a za bycie gejem można zginąć, powiedzieli, że na kilkuletnim kontrakcie zarobią tyle, że potem będą żyć w dostatku. Może więc budowanie tolerancyjnego państwa jest zbędne i wystarczą tylko odpowiednio duże pieniądze? Czy w Emiratach wszystko nie sprowadza się tak naprawdę do pieniędzy? 

Na pewno pieniądze odgrywają kluczową rolę, ale już nie tylko one. Sami Emiratczycy widzą, że obecnie kasa to za mało, że trzeba czegoś więcej, by zbudować atrakcyjny kraj. Stąd właśnie budowa kościołów, ale także lodowisk, stoków narciarskich, stadionów, opery czy boisk do krykieta. Przecież to wszystko budowane jest nie po to, by wydać kasę, ale po to, by zwiększyć atrakcyjność kraju dla rozmaitych grup obcokrajowców. Emiratczycy nie grają w krykieta, ale kochają go imigranci z Indii, Bangladeszu i Pakistanu. Chodzi więc o to, by jak największa grupa ludzi mogła w Emiratach przyjemnie żyć. Zjednoczone Emiraty Arabskie to hedonizm do kwadratu. Przyjeżdżasz tam i możesz grzać się cały rok w słońcu oraz trenować hokeja albo grać w krykieta, możesz iść do restauracji włoskiej, amerykańskiej czy japońskiej. Wszystko ma być na miejscu. Na wyciągnięcie ręki. 

Problem w tym, że ja nie wybrałbym się nigdy do Dubaju, żeby jeździć na łyżwach lub zjeść pizzę. Kiedy gdzieś jadę, chcę poznawać lokalną sztukę, kulturę i kuchnię. Tymczasem mam wrażenie, że tymi wszystkimi lodowiskami, centrami handlowymi i tandetnymi drapaczami chmur zniszczono autentyczność tego miejsca. Nawet kiedy postanowiono zbudować spektakularne muzea, stworzono tam Luwr, więc znów kopiowanie. Czy w tym kraju jest w ogóle coś oryginalnego? Czy mogę tam pójść do muzeum, które opowie mi o fascynującej kulturze i historii emirackich Beduinów, którzy pół wieku temu przemierzali pustynię, zajadali daktyle i poławiali perły? 

To się zaczyna zmieniać. Emiratczycy początkowo zachłysnęli się wszystkim, co zachodnie, teraz zdają sobie powoli sprawę, że brakuje tego, co lokalne, i trzeba taką ofertę stworzyć. Po to właśnie powstało choćby Hamdan Bin Mohammad Heritage Center, gdzie możesz nauczyć się jeździć na wielbłądzie. I to nie jest jakaś parominutowa przejażdżka, ale porządna wyprawa na pustynię.  

Emiratczycy zrozumieli też, że tej autentyczności potrzebują nie tylko przyjezdni, ale także ich własna młodzież, która rodzi się co prawda z roleksem na ręku, ale o swojej kulturze wie niewiele, a jeśli do tego chodzi do amerykańskiej, angielskiej czy francuskiej szkoły, ma nawet problemy z czytaniem po arabsku. Inną sprawą jest to, że w Emiratach – i generalnie w świecie arabskim – jest bardzo niski poziom czytelnictwa. 

Emiratczycy wydają się prowadzić życie dość oddzielne od reszty mieszkańców i patrzeć na nich z góry, prawda to? 

To częste poczucie wyższości i dystans wobec reszty bardzo różnorodnego emirackiego społeczeństwa wynika moim zdaniem w dużej mierze ze strachu przed milionami obcych przecież dla nich ludzi i zachodnią kulturą, którą nie do końca rozumieją i akceptują. Nie zawsze jest to pogarda, ale rodzaj samoobrony. 

Dzisiaj prawo Emiratów zakazuje zabierania paszportów pracownikom, co kiedyś było na porządku dziennym. Jednak te zmiany przebiegają zbyt wolno i nie wszystkim właścicielom firm się podobają (fot. Anna Snarska)

Emiratczycy identyfikują się bardziej z poszczególnymi emiratami, uważają się za naród czy to jeszcze work in progress? 

Jest tam poczucie wspólnoty narodowej. W czasie emirackich świąt państwowych po ulicach jeżdżą samochody oklejone olbrzymimi kalkomaniami z postaciami szejków i flagami tego kraju. Ale poczucie przynależności do każdego z emiratów jest równie silne, więc można powiedzieć o Zjednoczonych Emiratach Arabskich jak o czymś w procesie – i jest to proces fascynujący. 

Jeśli ktoś nie jest instagramerem-influencerem, to po co jechać dzisiaj do Emiratów? 

Żeby zobaczyć i poczuć pustynię. Wiem, że w innych miejscach też są pustynie, ale pustynia w Abu Zabi jest czymś absolutnie wyjątkowym. Warto też się zapuścić w uliczki dubajskiego starego miasta (choć ma ono zaledwie 60 lat), żeby zobaczyć emiracką wielobarwność – mieszankę ludzi, języków, zapachów. Oczywiście Nowy Jork czy Londyn też są wielobarwne, ale w Dubaju ma to z jakiegoś powodu inny wymiar i klimat, który możliwy jest tylko w tym kraju i klimacie. Trzeba tylko odejść od miejsc uważanych za atrakcje turystyczne.  

A co Emiratczycy zrobią, jak skończy im się ropa? 

Kiedy zapytałam o to jednego z moich rozmówców, odpowiedział bardzo celnie: a wy?  

Książka "Dubaj. Miasto innych ludzi" do kupienia w Publio >>>

Anna Dudzińska. Dziennikarka Radia 357. Reporterka i autorka wielu nagradzanych reportaży radiowych, przez długi czas związana z Polskim Radiem Katowice. Przez cztery lata mieszkała w Dubaju, skąd nadawała relacje reporterskie. Mieszka na Śląsku, który uwielbia równie mocno jak pustynię.  

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike oraz felietonistą poznańskiej Gazety Wyborczej. Pracował w Polskim Radiu, pisał m.in. do Wysokich Obcasów, Przekroju, Exklusiva, Notatnika Teatralnego, Beethoven Magazine czy portalu e-teatr.pl