Podróże
Wyspy Owcze (fot. Shutterstock)
Wyspy Owcze (fot. Shutterstock)

Co Cię tam zagnało?

Turystyka, po prostu. Pierwszy raz na Wyspy Owcze pojechałam jakieś sześć lat temu. Kiedy byłam w Szkocji, okazało się, że można stamtąd bezpośrednio polecieć na Wyspy Owcze, więc skorzystałam. Od tego się zaczęło. Coś mnie tam od razu zaintrygowało i uznałam, że chciałabym wrócić. Ciągle szukałam pretekstu do kolejnej wyprawy, więc kiedy dostałam się do Polskiej Szkoły Reportażu, postanowiłam, że to będzie temat, którym się zajmę.

I się zajęłaś.

Najpierw napisałam reportaż, który trafił do "Dużego Formatu", a potem wystartowałam w konkursie Wydawnictwa Poznańskiego na konspekt książki reporterskiej. Wygrała go wtedy Agnieszka Rostkowska z pomysłem na książkę o Turcji.

Zresztą bardzo ciekawą, pt. "Wojownicy o szklanych oczach. W poszukiwaniu Nowej Turcji". 

Dokładnie. A ja, mimo że nie wygrałam, dostałam propozycję z wydawnictwa, żeby napisać o Wyspach Owczych. I tak zaczęłam pracę nad książką.

Wówczas wróciłaś na Wyspy na dłużej?

Wracałam parokrotnie, czasami na kilka tygodni, czasami na trzy miesiące – tyle najdłużej może trwać jednorazowy pobyt na Wyspach Owczych. W sumie spędziłam tam około dziewięciu miesięcy, jednocześnie pracując na odległość zarobkowo.

Myślałem, że zatrudniłaś się w przetwórni ryb?

Wiele osób to robi, ale ja mam pracę zdalną, którą mogłam wziąć ze sobą – zajmuję się projektowaniem graficznym. Miałam też to szczęście, że mogłam się za każdym razem zatrzymywać u znajomej, którą poznałam na pierwszym wyjeździe i która prowadzi na Wyspach guesthouse. Dzięki temu miałam świetną bazę wypadową, ale i starałam się jej pomagać przy turystach, żeby się choć trochę odwdzięczyć za gościnę i pomoc.

Jak najlepiej dotrzeć na Wyspy Owcze?

Takie pytanie zadaje niemal każdy. Niejedna osoba wyobraża sobie, że to są wyspy gdzieś na ciepłych morzach. Tymczasem na Wyspach Owczych, leżących między Norwegią a Islandią, jest raczej zimno, wieje i pada z przerwami na słońce. Z Polski niełatwo się tam dostać, samolotem zawsze z przesiadką, a czasami dwiema. Można lecieć na przykład przez Kopenhagę. Wyspy Owcze mają swoje linie lotnicze Atlantic Airways, które oferują ograniczoną liczbę kierunków, lata tam również SAS.

Lot z przesiadką to i tak lepiej niż kilkadziesiąt godzin promem.

Rzeczywiście, zanim na Wyspy Owcze zaczęły latać samoloty, prom był jedyną opcją. Zresztą do dzisiaj to nieraz jedyna opcja przemieszczania się między wyspami tego archipelagu, co ja akurat znoszę tak sobie, bo mam chorobę morską, a tam zwykle kołysze, i to bardzo. Trochę więc pocierpiałam, ale czego się nie robi dla książki.

Niejedna osoba wyobraża sobie, że to są wyspy gdzieś na ciepłych morzach (fot. Urszula Chylaszek) , Tymczasem na Wyspach Owczych, leżących między Norwegią a Islandią, jest raczej zimno, wieje i pada z przerwami na słońce (fot. Urszula Chylaszek)

Skończyłaś Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, zajmujesz się projektowaniem graficznym, fotografujesz. Skąd pisanie?

Pisać zaczęłam stosunkowo niedawno. To znaczy – wcześniej pisałam, ale najpierw do szuflady, a potem do magazynów podróżniczych. Wzięłam udział w warsztatach pisania o podróży i w końcu zawędrowałam do Polskiej Szkoły Reportażu. Zgłosiłam się tam z głupia frant za namową znajomej i wydawało mi się, że to miejsce tylko dla dziennikarzy. Okazało się, że nie. Ta szkoła dużo mi dała, spodobało mi się i zaczęłam pisać intensywniej.

Wyspy Owcze mają długą historię, ale wiedza o nich jest znikoma. Dlaczego?

Po części pewnie dlatego, że są daleko i na uboczu. Nie leżą na popularnym, ciepłym południu, ale na północy. Dodatkowo archipelag jest mały. Gabarytowo to trzy Warszawy, a liczba ludności – około 54 tys. Dla korporacji jest regionem nieistotnym do tego stopnia, że język farerski ciągle nie figuruje w Google Translate. Argumentem Google jest niewielka liczba osób używających tego języka, ale myślę, że Farerzy to sobie w końcu "wychodzą". Tymczasem trzeba kombinować i korzystając z translatora, oznaczać wywodzący się ze staronordyckiego farerski jako islandzki albo norweski, bo one są mu najbliższe. Efekt tego jest co najmniej dziwny albo śmieszny. To wszystko chyba składa się na niewiedzę o Wyspach Owczych. Sama dowiedziałam się o nich, interesując się krajami nordyckimi. Dlatego tam trafiłam.

Ostatnio, zdaje się, zainteresowanie archipelagiem zaczyna rosnąć.

Tak, Wyspy Owcze stają się coraz częściej kierunkiem turystycznym, co Farerów trochę cieszy, ale i niepokoi, bo właściwie do końca XX wieku turystów niemal tam nie było. Dzisiaj są i coraz częściej Farerów irytują. Miejscowi boją się, że będą mieli zaraz u siebie drugą Islandię, która stała się bardzo popularnym kierunkiem turystycznym. W związku z tym wprowadzają rozmaite ograniczenia i opłaty. Za wejście na wybrane szlaki trzeba zapłacić nawet kilkaset koron. Farerzy nie chcą być zadeptani, niezwykle szanują przyrodę i chronią ją rygorystycznie.

Zobacz wideo Dogoterapia. Alena i Blant wybudzają dzieci ze śpiączki

Wyspy Owcze są nieustannie częścią Danii?

Są częścią królestwa, ale bardzo samodzielną, z roku na rok coraz bardziej. Formalnie archipelag należy do Danii, ale o większości spraw decydują sami Farerzy. Tę szeroką autonomię mają od 1948 roku. Dwa lata wcześniej, zaraz po II wojnie światowej, przeprowadzono referendum, w którym zadecydowano o niepodległości, ale Dania się na nią nie zgodziła. Została więc autonomia w obrębie królestwa jako forma kompromisu.

Trochę dzięki Brytyjczykom?

Brytyjczycy okupowali Wyspy Owcze przez całą wojnę, ale była to tzw. przyjazna okupacja, mająca na celu obronę przed Hitlerem, który zajął Danię oraz Norwegię. Archipelag był wtedy odcięty od Danii, nie można było tam nawet podróżować. Brytyjczycy jako pierwsi uznali flagę Wysp, podkreślając tym samym ich odrębną tożsamość. Po wojnie zostawili Farerom lotnisko, drogi, kino, teatr, geny i wzmocnili ideę niepodległości. Skończyło się na dużej autonomii i uznaniu farerskiego za drugi język urzędowy Wysp Owczych, co jest wielkim sukcesem, bo na przykład podobny do farerskiego język norn, używany niegdyś na leżących niedaleko brytyjskich Szetlandach, wymarł.

Wyobrażałem sobie przed lekturą książki, że mimo tej autonomii związki Wysp Owczych z Danią są silne, tymczasem wygląda na to, że nie bardzo.

Masz rację, a to dlatego, że Farerzy są zupełnie inni od Duńczyków, nie tylko językowo, ale także kulturowo. To potomkowie norweskich wikingów. O wiele bliżej im do Islandii i Norwegii, której kiedyś byli częścią. Potem, kiedy doszło do unii kalmarskiej i Norwegia połączyła się z Danią oraz Szwecją, Wyspy Owcze były wspólne, a po rozwiązaniu unii zaczęły podlegać Danii, która niezbyt dobrze je traktowała.

To co duńskiego zostało dzisiaj na Wyspach Owczych? Luteranizm?

Luteranizm, czy szerzej chrześcijaństwo i język duński, obowiązkowo nauczany w szkołach, choć między sobą Farerzy mówią oczywiście tylko po farersku, wydają też książki w tym języku. Duńskiego używają tylko wtedy, kiedy naprawdę muszą. Z Danią Farerów łączy również prawo – obowiązujące na Wyspach jest w większości prawem duńskim. Ponadto Dania w dalszym ciągu odpowiada za niektóre sektory życia, na przykład sprawy zagraniczne, częściowo sądownictwo czy ochronę zdrowia. Większość produktów w sklepach pochodzi z Danii. Farerzy, mimo dużych różnic kulturowych, są związani z Danią bardziej, niż sami chcieliby to przyznać, choćby regularnym wsparciem finansowym ze strony duńskiego rządu.

Formalnie archipelag należy do Danii, ale o większości spraw decydują sami Farerzy (fot. Urszula Chylaszek) , Tę szeroką autonomię mają od 1948 roku (fot. Urszula Chylaszek)

Co to jest Janteloven?

To jest prawo Jante, fikcyjnej miejscowości, którą stworzył w latach 30. XX wieku w powieści "Uciekinier przecina swój ślad" duńsko-norweski pisarz Aksel Sandemose. Jante kieruje się specyficznymi prawami, które można sprowadzić do tego, że wszyscy jesteśmy tacy sami i nikt się nie powinien wyróżniać, a już na pewno nie myśleć, że jest lepszy od innych. Kiedy książka wyszła, okazało się, że Sandemose sportretował miejscowość, w której się wychował, czyli duńskie Nykøbing, a jego dzieło miało charakter satyry na to miejsce. Tymczasem wydarzyło się coś przedziwnego i w krajach nordyckich nie odebrano książki Sandemosego tak, jak on by tego chciał, ale odwrotnie – idea niewychodzenia przed szereg obowiązuje w nich do dziś, również na Wyspach Owczych. 

Mnie Janteloven oczywiście przeraża, nigdy nie chciałbym żyć w stosującej je wspólnocie, ale z drugiej strony przekonuje mnie wyjaśnienie tego hardcore’owego kolektywizmu i egalitaryzmu jako jedynego sposobu na obronę przed bardzo surową naturą Wysp Owczych.

Wspólnota jest niezwykle ważna dla Farerów, bo pozwala trwać na odizolowanym archipelagu położonym na wielkiej wodzie. Na Wyspach Owczych w pojedynkę po prostu nie da się przetrwać. Można to zrobić tylko dzięki rodzinie, wspólnocie religijnej, mieszkańcom wioski. To zawsze musi być jakaś grupa ludzi. Z tej niezwykle silnej wspólnotowości wynikają zarówno plusy, jak i minusy. Plusem jest wielkie poczucie bezpieczeństwa, a minusem to, że masz się dostosować i nie wyróżniać. Jeśli się wyróżniasz, nie ma dla ciebie w tej wspólnocie miejsca.

A problemy należy zamieść pod dywan i nie dążyć do konfrontacji?

Tak było przez lata choćby z pedofilią na Wyspach, więc ludzie byli zszokowani, kiedy ujawniono skalę zjawiska, typowego przecież nie dla Farerów, ale dla każdej zamkniętej grupy. Wielu miało pretensje, że się o tym w ogóle mówi, bo to groziło rozbiciem wspólnoty, a ona, jak już ustaliliśmy, jest najważniejsza. Podobnie jest z konfliktem – należy go unikać za wszelką cenę i Farerzy robią to do dzisiaj na każdym możliwym poziomie. Znów: konflikt zagraża wspólnocie. Wspólnocie służy bycie życzliwym i miłym.

Opowiadasz o tej nieznanej większości krainie w dużej mierze przy pomocy bohaterów LGBT+, szczególnie jednej pary – Laili i Evy. Skąd ten pomysł?

On wydał mi się po prostu najbardziej naturalny, bo na przykładach osób LGBT+ można znakomicie pokazać, jak duże zmiany społeczno-obyczajowe zaszły w tym tradycyjnie konserwatywnym kraju. Nie planowałam tego od początku, pomysł przyszedł do mnie, gdy za sprawą lokalnego dziennikarza poznałam Lailę i Evę. Kiedy usłyszałam historię Laili, już wiedziałam, że jej życie wplecione w opowieść o Wyspach Owczych najwięcej czytelnikom o tych Wyspach opowie. Laila wyjechała z kraju, w którym dla lesbijki nie było miejsca, a wróciła do kraju, w którym są małżeństwa jednopłciowe – to jest wielka zmiana.

Trzeba dodać, że mimo licznych postaci LGBT+ nie napisałaś książki tylko o sprawach LGBT+. Napisałaś reportaż o Wyspach Owczych.

Cieszę się, że tak to czytasz, bo nie chciałam napisać książki tylko o sprawach LGBT+, choć one oczywiście w niej są. Piszę o wielu innych rzeczach: o historii archipelagu, relacjach z Danią, o pedofilii, o okupacji, o religii, o genach, o alkoholu. Staram się pokazać to miejsce jak najszerzej.

Wątek alkoholowy szalenie mi się spodobał, szczególnie obowiązująca przez prawie cały XX wiek możliwość zakupienia dziewięciu butelek wódki raz na kwartał, ale dopiero po okazaniu zeznania podatkowego. Myślę, że wprowadzenie tego rozwiązania z Polsce doprowadziłoby do stuprocentowej ściągalności podatków.

Oj tak, myślę, że wiele innych rozwiązań z krajów nordyckich można by wprowadzić w Polsce, nie tylko to.

Czy to prawda, że większość Farerów pochodzi od jednego człowieka?

Niestety tak i ku strapieniu Farerów tym człowiekiem jest Duńczyk, Clement Laugusen Follerup, pastor, który miał wiele dzieci z żoną i kochankami. Jest to zresztą stosunkowo świeże odkrycie dokonane dzięki badaniom farerskiej instytucji Genetic Biobank.

Urszula Chylaszek (fot. Archiwum prywatne) , Wspólnota jest niezwykle ważna dla Farerów, bo pozwala trwać na odizolowanym archipelagu położonym na wielkiej wodzie (fot. Urszula Chylaszek) , Na Wyspach Owczych w pojedynkę po prostu nie da się przetrwać (fot. Urszula Chylaszek)

Badaniom genetycznym, które wydają się szczególnie ważne na Wyspach Owczych.

One są ważne, bo dotyczą zamkniętej, odizolowanej społeczności, co pociąga za sobą konsekwencje natury genetycznej i związane z tym choroby. Jest nawet taka, którą nazywa się potocznie chorobą farerską, bo występuje tylko na obszarze archipelagu i jest efektem prokreacji w ramach zamkniętej puli genów, co powoduje rozmaite problemy zdrowotne - na przykład nagłe zatrzymanie akcji serca. Dlatego ważne były i są na Wyspach Owczych wszelkie napływy nowego materiału genetycznego, czy to za sprawą piratów, czy Duńczyków, czy Brytyjczyków, czy ostatnio Azjatek, głównie Filipinek. Ale ten problem dotyczy wszystkich zamkniętych i niewielkich wspólnot. Farerzy są tego świadomi. Pracujący na archipelagu polski lekarz powiedział mi, że pierwsze, o co go zapytano, to czy ma żonę, licząc na to, że jej nie ma i zwiąże się z Farerką, wnosząc świeży materiał genetyczny.

Jest coś, co na Wyspach Owczych Cię szczególnie zadziwiło?

Może nie zadziwiło, ale zwróciłam uwagę na to, że Farerzy, mimo że są raczej zdystansowani, podobnie jak przedstawiciele pozostałych narodów nordyckich, to są przy tym bardzo sympatyczni i rodzinni. Rodzina jest naprawdę podstawą, jakakolwiek, byleby tylko nie prowadzić życia w pojedynkę. W tym sensie Farerzy są "nienordyccy".

À propos farerskości, nie mówmy może, co oznacza tytułowe w Twojej książce słowo "kanska".

Może nie mówmy, nie zabierajmy innym przyjemności lektury.

Książka "Kanska. Miłość na Wyspach Owczych" do kupienia w Publio >>>

Urszula Chylaszek. Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Zawodowo zajmuje się projektowaniem graficznym. Pisze i fotografuje. Publikowała m.in w "Dużym Formacie", "Piśmie", "Kontynentach", "Krainie Bugu", "Sidetracked Magazine". Niedawno nakładem Wydawnictwa Poznańskiego ukazała się jej reporterska książka "Kanska. Miłość na Wyspach Owczych".

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym weekendowego magazynu Gazeta.pl, polskiej edycji Vogue, gdzie prowadzi także swój queerowy podcast Open Mike oraz felietonistą poznańskiej Gazety Wyborczej. Pracował w Polskim Radiu, pisał m.in. do Wysokich Obcasów, Przekroju, Exklusiva, Notatnika Teatralnego, Beethoven Magazine czy portalu e-teatr.pl