Rozmowa
Samolot musiał zostać w powietrzu, żeby wylatać paliwo. (Shutterstock)
Samolot musiał zostać w powietrzu, żeby wylatać paliwo. (Shutterstock)

Razem z rodziną 15 sierpnia wsiadłaś na pokład samolotu na Fuerteventurę. Plan: wakacje na hiszpańskiej wyspie.

Na Fuertę lata mało samolotów i loty są w tej chwili bardzo drogie. My kupiliśmy sam przelot czarterem, a że nie było opcji z Warszawy, zdecydowaliśmy się na lot z Gdańska. Po drodze mijaliśmy w korkach trzy wypadki, w tym jeden poważny, i na lotnisko dotarliśmy na styk. Na miejscu wszystko poszło sprawnie i szybko, kiedy usiedliśmy w samolocie, mieliśmy poczucie, że ufff, udało się, zdążyliśmy, lecimy. 

Często latacie samolotami?

Od czasu wybuchu pandemii to był pierwszy lot mój i dzieci po długiej przerwie. Syn i córka czuły ekscytację wymieszaną ze strachem. Mąż uwielbia latać. Ja nie lubię, mój strach jest irracjonalny, czuję się jak zamknięta w rurze od odkurzacza, z której nie ma ucieczki. Kilka lat temu bardzo dużo latałam służbowo – wsiadałam w samolot jak inni w autobus. I przeżyłam różne sytuacje: silne turbulencje, takie, że bagaże wypadały z luku nad głowami, jakąś usterkę skrzydła, burzę i pioruny. Zawsze przed lotem mocno się denerwuję.

Wróćmy na gdańskie lotnisko.

Siedzieliśmy przy skrzydle, rozdzieleni korytarzem. Jakieś 10 minut po starcie, kiedy jeszcze nie osiągnęliśmy wysokości przelotowej, coś strasznie huknęło, szarpnęło, błysnęło za oknem niebieskobiałym światłem – przypominało to moment, kiedy w mieszkaniu wysadza korki, poszedł dym. Trudno mi oceniać, czy był to "mały incydent na pokładzie", jak później mówiła rzeczniczka lotniska w Gdańsku, czy "drobna usterka", jak można było przeczytać w mediach. Oglądałam niejeden film o katastrofach w przestworzach i takimi efektami wiele z nich się zaczyna. Sama zresztą później się upewniałam i pytałam męża, który pasjonuje się lotnictwem, czy to, co się stało, z jego perspektywy też wyglądało poważnie i przerażająco. Potwierdził.

 

Razem z pasażerami samolotu czytaliśmy w hotelu po wylądowaniu newsy w mediach – byliśmy zadziwieni, że to zostało w tak lakoniczny sposób opisane.

Jak zareagowali pasażerowie?

Wystraszyli się. Wszystkie dzieci na pokładzie zaczęły potwornie płakać. Mój ośmioletni syn zapytał przez łzy, czy zaraz umrzemy. Ludzie łapali się za ręce, ktoś się przeżegnał. Każdy inaczej reaguje na stres. Trudno mi powiedzieć, co czuli inni ludzie. Widać jednak było przerażenie w oczach współpasażerów.

Czy ktoś wam powiedział, co się dzieje?

To był czas wzbijania się w powietrze, obsługa siedziała na swoich miejscach. Przez pewien czas – trudno mi ocenić, jak długo – nie było żadnych komunikatów, co tylko potęgowało nastrój grozy.

Nie wiedzieliśmy, czy zaraz się samolot nie zajmie ogniem, czy nie zaczniemy robić korkociągu w dół. Wznosiliśmy się, więc były myśli, że może to nic strasznego.

W końcu odezwał się pilot. Powiedział, że mamy awarię silnika, uspokoił, żeby się nie martwić. Usłyszeliśmy, że na pewno będziemy zawracać i lądować w Gdańsku. Wyjaśnił, że nie jesteśmy jednak dużym samolotem, który może zrzucić paliwo, tylko mniejszym, który musi je przepalić, dlatego przed nami kilka godzin krążenia nad okolicą.

Czyli mamy usterkę, ale nie ma dramatu, szybko z samolotu nie wyjdziemy, a lądowanie odbędzie się normalne.

Najgorsza w locie była niepewność, czy uda się cało i zdrowo wylądować. (Shutterstock)

Zeszło napięcie?

Trochę, choć do poczucia ulgi było daleko, bo wciąż byliśmy w tym samolocie i zapowiadało się, że spędzimy w nim praktycznie tyle czasu, ile byśmy lecieli na Fuerteventurę. Z tą różnicą, że wylądujemy w Gdańsku.

Chciałam wziąć leki na uspokojenie, które mam przy sobie ze względu na nadciśnienie, ale zostały w walizce nadanej do luku bagażowego. Dawałam sobie jednak radę, a na stres reagowałam jak zwykle, czyli czarnym humorem i żartami z gatunku "pogrzebowych". Wśród 170 pasażerów na pokładzie były osoby, które wyglądały, jakby miały atak paniki.

Jeden pan tak się trząsł, że aż trzeba go było trzymać. Inny pan, blady jak ściana, wczepił się w żonę i nie było z nim kontaktu. 

Był z nami steward, nie wiem, niestety, jak miał na imię, ale naprawdę stanął na wysokości zadania i chciałabym mu bardzo podziękować, bo nie zdążyłam tego zrobić w czasie lotu. Przeszedł przez cały samolot, kucał przy każdym rzędzie i każdemu z osobna zadawał pytanie, jak się czuje. Osobom w dużym stresie poświęcał więcej uwagi. Mojego syna uspokoił, że za sterami siedzi wybitnie doświadczony pilot, który jest także szkoleniowcem i potrafi z gorszych opresji wyjść. Mówił, że samolot może lecieć na jednym silniku, a da się go posadzić nawet bez silników.

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje >>

Pozostałe stewardesy – dość młode dziewczyny – były oczywiście profesjonalne, ale miały widoczne napięcie na twarzy, co ja odbierałam jako sygnał, że one także są przerażone. A potrzebowałam poczuć ich spokój. Być może było to ich pierwsze awaryjne lądowanie, jak i nasze.

Pilot starał się rozładowywać sytuację, opowiadając nam, nad którymi terenami Pomorza przelatujemy. Moja znajoma lądowała bez podwozia z kapitanem Wroną i pamiętam, że mówiła o tym, że podano im posiłek. Żartowałam, że u nas nie może być źle, skoro nie serwują jedzenia. I bach, po kilku minutach komunikat, że zaraz dostaniemy darmowe jedzenie. Nie wiem, czy ktoś był w stanie cokolwiek przełknąć. Stres był taki, że nawet nie pamiętam, czy ktoś z nas skorzystał z toalety...

Na razie nie brzmi to bardzo dramatycznie, sytuacja zdaje się opanowana.

Do czasu, kiedy pilot powiedział, że jednak nie lądujemy w Gdańsku, tylko lecimy do Warszawy. Zmieniła się narracja. Usłyszeliśmy, że czeka nas jednak pełna procedura lądowania awaryjnego i musimy się na nią razem z obsługą przygotować. 

Czy ludzie włączyli telefony? Komunikowali się z bliskimi?

Widziałam, że coś pisali w telefonach. Stewardesy nie interweniowały. Ze mną była cała rodzina, moi rodzice już nie żyją, a nie widziałam sensu zajmowania przyjaciół swoimi przeżyciami.

Dzieci dostały od nas nielimitowany dostęp do gier na komórkach. Zasady rodzicielskiej kontroli czasu przed ekranem nie obowiązywały, trzeba je było czymś zająć, odciągnąć uwagę.

A wcześniej państwo w rzędzie przede mną wyjęli z bagażu ćwiartkę i chlapnęli sobie na uspokojenie.

Obsługa zna wszyskie procedury, ale może się zdarzyć, że nigdy nie będzie awaryjnie lądować. (Shutterstock)

Trafił się pasażer krnąbrny, niesubordynowany, z którym były problemy?

Nie. Reakcje były różne, ale wszyscy – pomimo paniki i lęku – stosowali się do procedur. Widać było jednak, że ludzie byli bardzo przejęci.

Na czym polegają przygotowania do lądowania awaryjnego?

Najpierw obsługa pokładowa powtórzyła te wszystkie instrukcje, które są demonstrowane przed lotem, a których nikt nie słucha. Tym razem wygłaszano je szybciej i bez uśmiechów. Później polecono nam, żebyśmy dodatkowo przestudiowali karty z zasadami bezpieczeństwa znajdujące się w kieszeni fotela przed nami. Pomyślałam, że to jest właśnie moment, w którym okazały się przydatne, i że tam jest infografika łatwa do odczytania dla dzieci.

Uczyliśmy się pozycji z głową na kolanach, stewardesy przechodziły i sprawdzały jej poprawność, bagaże lądowały w schowkach nad głowami lub pod siedzeniami. Wszyscy mieli zdjąć okulary, choć był opór u kilku osób. Inna pani nie chciała się rozstać z torebką. Stewardesy były jednak nieprzejednane i bardzo stanowcze. 

Superbudujące było zachowanie ludzi, którzy siedzieli przy wyjściach awaryjnych. Skupieni, zaangażowani i widać było, że są w pełnej gotowości do współpracy i działania.
Dzięki rysunkom z instrukcją awaryjnego lądowania mogą zapoznać się także dzieci. (Shutterstock)

Stewardesy przedstawiały im różne scenariusze, łącznie z tym, co mają robić w przypadku palącego się skrzydła z prawej czy lewej strony. Z ich instrukcji utkwiło w głowie tylko jedno zdanie: uciekać jak najdalej od samolotu.

Ja sobie głównie powtarzałam, że muszę się zdać na umiejętności pilota i mu zaufać. Musiałam też być silna i trzymać emocje na wodzy ze względu na dzieci. Córka ciągle powtarzała bratu, że to nie jest film, że to nie są ćwiczenia, że to się dzieje naprawdę. W "Melancholii" Larsa von Triera jest taka scena przed końcem świata, kiedy rodzina się ze sobą żegna. U nas w domu w ostatnich latach dużo było śmierci, my ten temat mamy przerobiony. Nie kryliśmy, że wszystko się może zdarzyć, ale też przypominaliśmy, że mamy ustalone, że się w zaświatach, czy gdziekolwiek trafimy, znajdziemy.

Była jedna dziewczynka, która przez cały lot płakała, strasznie się bała. Kilka minut przed lądowaniem zaczęła krzyczeć: "Mamo, czy my umrzemy? Co się dzieje z tym samolotem, co się dzieje?". I spojrzałam w oczy jej rodziców – siedzieli po skosie ode mnie – zobaczyłam bezradność, bo co tu odpowiedzieć? Nikt nie jest na to gotowy.

Osoby siedzące przy wyjściach awaryjnych zostały dodatkowo przeszkolone, jak mają się zachowywać. (Shutterstock)

Z góry widać było dyskotekę świateł wozów strażackich i karetek czekających na nas na płycie warszawskiego lotniska. Z giełdy informacji na pokładzie wynikało, że przy takiej awarii nie można hamować silnikiem. Przerażające więc było, że kiedy dotknęliśmy kołami ziemi, to samolot pędził i wszyscy czekali na to COŚ, co mogło się zdarzyć, czyli pożar albo wybuch lub jakieś inne rzeczy. Spojrzałam w okno – nic się nie zapaliło.

Udało się i nawet wyszliście normalnie po schodkach.

Tak, po zatrzymaniu samolotu biliśmy brawo, histerycznie płakaliśmy i śmialiśmy się na przemian. Pan obok złapał mnie za rękę. Te emocje zresztą ciągle i ze mnie schodzą, nawet dwa dni po tym wydarzeniu.

Na lotnisku jedna pani trafiła do karetki, tak się źle czuła. Zawieźli nas wszystkich do hotelu, to było święto, 15 sierpnia, hotel był właściwie pusty, ale pan z obsługi zrobił dla dzieci gofry. Bardzo to było miłe. 

I po nocy znowu do samolotu? Nikt się nie wycofał?

Wydaje mi się, że nikt. Kilka osób stawiło się na lot kompletnie pijanych. Mąż jednej pani bełkotał, ona miała jednak pokerową twarz i nie wyglądała na zażenowaną stanem partnera.

Myślę, że te osoby nie wsiadłyby na trzeźwo. Nikt z obsługi nie robił z tego powodu problemów.

Dzieci – i to nie tylko moje – nie chciały wsiadać na pokład, płakały, ale uznaliśmy, że jeśli się teraz poddamy, to pokażemy, że się boimy, i już nigdy nie polecimy. Kapitan zaprosił je później do kokpitu pilotów, rozmawiał z nimi, tłumaczył, próbował jakoś rozładować napięcie. Ja rozmawiałam ze stewardesą. Powiedziała, że lądowania awaryjne są tak rzadkie, że większość obsługi przez całą swoją karierę ich nie doświadcza.

Naprawdę, zarówno załoga feralnego lotu, jak i tego kolejnego bardzo się starała.

Miałaś poczucie, że śmierć zagląda wam w oczy?

Bardziej się martwiłam tym, czy zdążę dzieci wyprowadzić z samolotu, czy nigdzie mi nie utkną, nie zgubią się, jeśli wybuchnie panika. W samolocie byłam tu i teraz, w trybie zadaniowym. Nie pojawiły się u mnie żadne egzystencjalne przemyślenia. Ten lot był surrealistyczny, bo do końca, przez ładnych kilka godzin, nie wiedzieliśmy, jak to się wszystko skończy. 

W sytuacji ogromnego stresu ludzie różnie radzą sobie z lękiem. (Shutterstock)

Bałaś się irracjonalnie latania, ta sytuacja zmieniła coś w twoim podejściu?

Przede mną jeszcze lot powrotny, ale patrząc na statystyki, mogę założyć, że coś podobnego raczej w moim życiu się już nie wydarzy.

Mój ojciec mawiał, że przydarzają się nam te rzeczy, których najbardziej nie chcemy.

Dla mnie to było doświadczenie graniczne, chociaż od śmierci moich rodziców mam oswojony temat umierania i staram się żyć pełnią.

Na bieżąco też w domu reagujemy, kiedy potrzebna jest pomoc specjalisty – jeśli dzieci będą chciały porozmawiać z psychologiem, porozmawiają. Po tym locie upewniłam się, że wszystko się może zdarzyć. Wszystko. I nie da się na to przygotować, można się z tą myślą oswoić. A ja, choć to trudne, mierzę się z emocjami, nie zamiatam ich pod dywan.

Zobacz wideo Kiedy przysługuje nam zwrot kosztów, a kiedy odszkodowanie od przewoźnika? Ekspertka wyjaśnia

Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda.