Rozmowa
Warszawa, Al. Ujazdowskie 45. Tak dziś wygląda wnętrze legendarnej restauracji 'U aktorów' SPATiF -u (Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Wyborcza.pl)
Warszawa, Al. Ujazdowskie 45. Tak dziś wygląda wnętrze legendarnej restauracji 'U aktorów' SPATiF -u (Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Wyborcza.pl)

"To opowieść o świecie, którego już nie ma" – pisze pani w książce, ale SPATiF w Warszawie nieustannie działa.           

Nie jest to jednak ten SPATiF, który ja opisuję, choć adres się zgadza. Zajrzałam tam niedawno w porze obiadowej, żeby zobaczyć, jak wygląda, i cóż, mogłam tylko dotknąć klamki, której niegdyś dotykali najwięksi luminarze polskiej kultury. Lokal był zamknięty, a na zewnątrz nie znalazłam żadnej informacji o godzinach otwarcia. Potem się dowiedziałam, że działa wieczorami. Jest tam restauracja wegańska, odbywają się koncerty jazzowe i filmowe pokazy. Jest to więc zupełnie inne miejsce, choć na pozór to samo.             

Weekend może być codziennie - najlepsze reportaże, rozmowy, inspiracje na wakacje

Mamy ten sam adres i legendarną nazwę, której młode pokolenie nie potrafi już chyba dzisiaj rozszyfrować. Słyszałem kiedyś nawet, jak ktoś mówił, że idzie do "SPATiFaj", wymawianego jak Spotify, co zresztą było zabawne.             

Nazwa tego miejsca jest skrótowcem od powołanego po wojnie Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu. Była ona kilkakrotnie zmieniana, ale dla gości klubu mieszczącego się w kamienicy w Alejach Ujazdowskich 45 w Warszawie liczyła się tylko jedna: SPATiF. Przy czym mieli oni na myśli restaurację, a nie organizację zrzeszającą artystów filmu i teatru.  

À propos "SPATiFaj", Henryk Sawka, kiedy dowiedział się, że piszę książkę o SPATiF-ie, podarował mi rysunek, na którym widnieje starszy mężczyzna i młoda kobieta. Ów mężczyzna zaprasza ją słowami: "SPATiF?", na co ona odpowiada: "Ja znam tylko SPA". Myślę więc, zgadzając się z panem, że młode, bywające we współczesnym SPATiF-ie towarzystwo nie wie chyba, co to było za miejsce, jaką pełniło rolę i jaki miało status.             

Wśród bywalców SPATiF-u nie mogło zabraknąć Kaliny Jędrusik. Tu gwiazda jako Holly Golightly w spektaklu 'Śniadanie u Tiffany'ego'. Teatr Komedia, Warszawa 1965. (Edward Hartwig/NAC)

W czasach swojej świetności, o czym opowiadają moi rozmówcy, wystarczyło taksówkarzowi rzucić "Do SPATiF-u!" i on doskonale wiedział, gdzie jechać. Nie trzeba było podawać adresu, bo SPATiF był punktem nie tylko atrakcyjnym towarzysko, ale i ogromnie ważnym dla naszej kultury. Z czasem obrastał legendą. Stąd zresztą pomysł na tę książkę – chciałam utrwalić opowieść o SPATiF-ie, który już odszedł, a który był dla wielu osób domem, azylem, wyspą wolności. Miejscem, gdzie żarliwie dyskutowano, gdzie rodziły się pomysły na scenariusze filmowe, gdzie powstawały pierwsze recenzje, ale też gdzie się jadło, upijało, romansowało czy awanturowało. SPATiF był prawdziwą wylęgarnią anegdot.            

Pani je pozbierała, często łapiąc bywalców tego miejsca tuż przed odejściem.             

Jeszcze w trakcie pisania książki odeszli aktor Ignacy Gogolewski, dziennikarz Daniel Passent, kompozytor Andrzej Korzyński i Andrzej Bohdanowicz, celebryta, znany powszechnie jako Koń, będący jedną z tych postaci życia towarzyskiego stolicy, którym właściwie nie wypada umierać. Ogromnie brak mi tych osób, to wielka strata. Szczęśliwie jeszcze udało mi się z nimi porozmawiać o SPATiF-ie.           

SPATiF kojarzy mi się z takimi legendarnymi miejscami, jak choćby nowojorskie Studio 54, o którym napisano niezliczoną liczbę tekstów. A jak jest z naszym SPATiF-em?             

Informacje o SPATiF-ie, skrawki zdarzeń, wyimki z pamięci można znaleźć w rozmaitych wspomnieniach. Fantastycznie opisał to miejsce Janusz Głowacki w swojej książce "Z głowy". Ale to nie SPATiF jest głównym tematem jego książki. Na temat tego szczególnego Klubu Aktora nie ukazała się dotąd większa publikacja, z której moglibyśmy się na przykład dowiedzieć, kiedy SPATiF powstał, jak się rozwijał, kto nim kierował, kto w nim pracował i w końcu kto tam przychodził, po co i jakie obowiązywały zasady. Kiedy prosiłam o rozmowę kolejne osoby, wszystkie się dziwiły, jak to możliwe, że takiej książki nie ma.

Tymczasem okazało się, że znalezienie choćby podstawowych informacji o tym miejscu jest niełatwe. Byłam przekonana, że całą dokumentację znajdę w archiwach ZASP-u. Ku mojemu zdumieniu zaginęła nawet księga pamiątkowa, do której się wpisywali znakomici goście w rodzaju Marleny Dietrich, Friedricha Dürrenmatta czy Artura Rubinsteina. Nikt, jak widać, nie przywiązywał do takich rzeczy wagi, nie sądził, że w tym wyjątkowym miejscu tworzy się historia. 

Siedziba warszawskiego SPATiF-u w 1938 roku (Archiwum Państwowe w Warszawie)

Po SPATiF-ie oprócz wspomnień ostało się kilkanaście pudeł niezdigitalizowanych dokumentów, które są dzisiaj w zbiorach Instytutu Teatralnego. To często zapiski o zakupach krzeseł, roweru, książek do biblioteki czy o tym, gdzie zamawiano ciasto. Starałam się z tych skrawków wyciągnąć jak najwięcej ciekawych informacji. Wyzwaniem było nawet ustalenie daty oficjalnego otwarcia SPATiF-u. Pomocne okazały się tu mroczne archiwa Instytutu Pamięci Narodowej. Dzięki nim ustaliłam, że klub otworzył swoje podwoje dla artystów na początku 1955 roku.             

I tak sobie działał do połowy lat 70.             

Władze zamknęły go w roku 1976 z powodu konieczności przeprowadzenia remontu. Remont, jak się można domyślać, był jedynie pretekstem do zamknięcia miejsca, w którym gromadzili się ludzie nieprzychylni komunistycznej władzy. Lokal otwarto ponownie dopiero trzy lata później. Takim sposobem SPATiF dotrwał do przełomu roku 1989 roku. Potem zaczął tracić swój blask.             

Zaskoczyło mnie to, że w Warszawie były początkowo dwa SPATiF-y – duży i mały.             

Dużym nazywano ten, o którym mówimy, w Alejach Ujazdowskich, ale od 1952 roku działał także tzw. mały SPATiF, przy ulicy Pankiewicza 2. Opiekowała się nim sama Hanka Bielicka. Po 1955 roku lokal przejęli we władanie artyści opery i baletu.             

A w 1952 roku przy stoliku siedzieli tam Leon Schiller z Bertoltem Brechtem.             

To niezwykle ciekawe spotkanie pokazuje, jak z biegiem czasu potrafi się zmieniać ocena tych samych zdarzeń. Otóż prapremiera wystawianej w 1929 roku w Teatrze Polskim przez Schillera "Opery za trzy grosze" Brechta skończyła się skandalem. Sztukę uznano za zbyt lewicową, wkroczyła cenzura, a Schiller stracił pracę. Kiedy panowie spotkali się już po wojnie, w nowej polskiej rzeczywistości, okazało się, że kłopoty mają teraz ci, którzy sprawiali problemy Schillerowi i Brechtowi.

Przedwojenny skandal z ocenzurowaniem spektaklu zapewne był przedmiotem rozmów przy stoliku na słynnym półpięterku w Ziemiańskiej, legendarnej kawiarni ówczesnej stolicy, gdzie bywali Skamandryci, jedna z najbardziej fascynujących formacji poetyckich Polski – Tuwim, Iwaszkiewicz, Słonimski, Wierzyński i Lechoń. Po wojnie, kiedy dawny świat legł w gruzach, Iwaszkiewicz i Słonimski przewędrowali do SPATiF-u, stając się niejako łącznikami przedwojennej i powojennej Polski. Michał Komar w "Zaraz wybuchnie" wspomina, że widok Słonimskiego przy stoliku w SPATiF-ie wywierał na nim takie wrażenie, "jakby sam Mickiewicz przyszedł na kieliszek". 

Nie był jednak SPATiF Ziemiańską, bo powstał w komunistycznej Polsce, niebezpiecznej szczególnie w latach 50. "Upajający pozór wolności" – dodaje pani w tytule. Z naciskiem na pozór?

Słonimski ironizował, że gdyby Ziemiańska przetrwała wojnę, musiałaby zmienić nazwę na "Pegeerówkę". Bywalcy SPATiF-u doskonale wiedzieli, w jakim żyją kraju, nie mieli co do tego złudzeń. Stworzyli więc miejsce, które było oazą wolności, gdzie się czuli dobrze, gdzie mogli rozmawiać otwarcie, choć oczywiście wiedzieli, że są obserwowani przez tajne służby.

Gośćmi restauracji 'U aktorów' było wiele gwiazd teatru, filmu i estrady (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Wyborcza.pl)

Najważniejsze było jednak poczucie bliskości, owo bycie razem, szczególnie istotne dla ludzi tak boleśnie dotkniętych wojną, mocno straumatyzowanych. Proszę pamiętać, że oni często stracili bliskich, stracili dorobek życia, nie mieli mieszkań. Ciągnęli więc do SPATiF-u, gdzie za parę złotych można się było napić, zjeść i przebywać w towarzystwie kulturalnej elity.

W towarzystwie działającym według niepisanych, ale znanych wszystkim reguł. 

Oczywiście, w SPATiF-ie, o czym już wspomniałam, istniała hierarchia. Były stoliki zarezerwowane dla określonych osób. Swój stolik miał pisarz i satyryk Janusz Minkiewicz – "przedwojenny książę nocy", jak o nim pisał Janusz Głowacki. Drugi stolik należał do satyryka Józefa Prutkowskiego, tajemniczej postaci, której życiorys trudno było zweryfikować nawet SB. Trzecim stolikiem zawładnął prof. Stanisław Wohl, wybitny operator filmowy, pierwszy dziekan Wydział Operatorskiego łódzkiej Szkoły Filmowej. Do niektórych stolików można było się dosiąść – przepustką były zwykle żart i inteligencja – do innych nie. Nie można było na przykład się dosiąść do ruchomego stolika Stanisława Dygata. Nazywam go "ruchomym", bo Dygat nie bywał w SPATiF-ie codziennie. 

Zobacz wideo Historia związku i rozstania Joanny Opozdy i Antka Królikowskiego

Co ważne, w SPATiF-ie obowiązywała dyskrecja. Nic, co się tam działo, nie mogło wychodzić na zewnątrz. Ktoś się upił? Tajemnica. Ktoś komuś dał po pysku? Tajemnica. Ktoś kogoś podrywał? Tajemnica. Za wynoszenie tajemnic ze SPATiF-u groziła najwyższa kara – towarzyski ostracyzm lub nawet czasowy zakaz wstępu.

O tym, kto mógł tam wejść, a kto nie, decydował Franciszek Król, szatniarz, nazywany przez wszystkich po prostu Frankiem. 

Kiedy w 1987 roku Franek zmarł, na jego pogrzebie pojawiła się połowa kulturalnej elity Warszawy. Postronni ludzie, widząc, jakie tuzy zmierzają na cmentarz, pytali, cóż to za ważna persona jest dzisiaj chowana. W odpowiedzi usłyszeli, ku swojemu zdziwieniu, że to "szatniarz Franek". Franek był w SPATiF-ie człowiekiem instytucją. Nie tylko decydował, kto wchodził, a kto nie, ale też można było wymienić i kupić u niego dowolną walutę. 

Kiedy zmartwiona małżonka dzwoniła do SPATiF-u, poszukując męża, Franek podchodził do zainteresowanego i pytał: "Czy pan dzisiaj jest?". Za to między innymi go uwielbiano, wiedząc jednocześnie, że najprawdopodobniej jest związany ze służbami. Ale gościom to nie przeszkadzało. Zresztą dotyczące Franciszka Króla teczki w IPN świadczą o tym, że tak naprawdę nikomu nie zaszkodził. Wziął dwa razy niewielkie sumy za współpracę, a kiedy zaoferowano mu pieniądze po raz trzeci, poprosił, by je przekazać na budowę Szpitala Matki Polki. Franek był osobą powszechnie lubianą, bezdyskusyjną legendą SPATiF-u.

Czytając pani książkę, zaśmiewałem się oczywiście z anegdot, nieporozumień, złośliwości i dzikich awantur, z rzucaniem śledziem w śmietanie włącznie, ale miałem też poczucie, że była w SPATiF-ie jakaś cudowna wspólnota. 

Śledziem w śmietanie rzucił w krytyka teatralnego Jana Kotta aktor Jan Świderski – dopowiedzmy z kronikarskiego obowiązku. Owszem, ma pan rację, było w SPATiF-ie poczucie wspólnoty. Wiele osób traktowało to miejsce jak drugi dom. Miejsce, gdzie się zawsze znajdzie krzesło przy stoliku czy barze. Miejsce, gdzie zawsze ktoś pożyczy parę złotych na wódeczkę i "inwalidę", jak nazywano tatara z jednym jajkiem. Także w tym sensie dawny SPATiF i dzisiejszy SPATiF nie mają wiele wspólnego. Dzisiaj każdy pędzi do swoich spraw, ludzie siedzą z nosem w telefonach komórkowych i transmitują swoje życie do mediów społecznościowych. Trudno w takich warunkach o wspólnotę i dyskrecję. 

Trudno też dzisiaj o takich zawodników w piciu wódki. 

Wódka lała się w SPATiF-ie strumieniami. Wypijano ją w niewyobrażalnych ilościach. Osoby niepijące były z góry podejrzane. 

Aleksandra Szarłat, autorka książki 'SPATiF. Upajający pozór wolności' (arch. prywatne)

Z kolei kobiety wydają się w SPATiF-ie wyłącznie obiektami seksualnymi. To był klub męskich szowinistów? 

Przyznawał się do tego wprost reżyser Janusz Kondratiuk. Nawet więcej, uważał, że szowinistami byli wówczas wszyscy mężczyźni – całe pokolenie. Kobiety określał mianem "dziudziubudek". Podobne opinie wygłaszał Roman Śliwonik, poeta i prozaik, a nawet Wiktor Osiatyński, wybitny prawnik i późniejszy feminista. Krytyk literacki i filmowy Krzysztof Mętrak wyznawał bez ogródek: "Degradacja dziewczyny w naszym pokoleniu. Podświadomie czujemy to i dlatego potocznie mówimy per ‘dupy’".

Oczywiście nie dotyczyło to wszystkich kobiet. Choćby tych, które "zachowywały się jak mężczyźni", jak reżyserka Wanda Jakubowska, która nosiła spodnie, klęła i imponowała tym, że mogła bez problemu wypić pół litra wódki. Nie dotyczyło też osobowości, na przykład Agnieszki Osieckiej czy Zofii Czerwińskiej, królowej SPATiF-u, która zresztą właśnie tam zażyczyła sobie stypy po własnym pogrzebie. Ale to były wyjątki. Taki był wówczas świat. Czy dzisiaj jest inny? Zmiany nastąpiły, ale wciąż do równości nam daleko. 

Wielką wartością tego "świata, którego już nie ma", było za to bycie razem mimo różnic światopoglądowych. Dzisiaj to rzecz nie do wyobrażenia. "Nie jest możliwe, żebym na przykład był mile widziany w klubie prowadzonym przez braci Karnowskich i żeby Tomasz Sakiewicz bywał w klubie adoratorów Adama Michnika" – mówił pani Daniel Passent. 

Jest to rzeczywiście sytuacja dzisiaj niewyobrażalna, a w SPATiF-ie to było możliwe, choć przecież nie wszyscy tam za sobą przepadali, na co dowodem jest choćby ów fruwający śledź w śmietanie. Ludzie potrafili się pobić, prawić sobie złośliwości, ale były one diabelnie inteligentne, często pełne humoru, jak wtedy, gdy Jerzy Waldorff zapytał Antoniego Słonimskiego: "Panie Słonimski, jak pan miał na nazwisko przed wojną, bo nie pamiętam?". No to usłyszał od Słonimskiego: "Był pan wtedy za małą dziewczynką, panie Waldorff, żeby pamiętać". No niech pan powie, czy to nie jest cudowne?

Aleksandra Szarłat. Dziennikarka, autorka m.in. książek "Żuławski. Szaman", "Pierwsze damy III Rzeczpospolitej", "Celebryci z tamtych lat" czy „Prezenterki. Tele PRL". Właśnie nakładem Wydawnictwa Czarne ukazała się jej najnowsza książka "SPATiF. Upajający pozór wolności". Spotkanie promocyjne odbędzie się w warszawskim SPATiF-ie 5 sierpnia o godz. 18. Wstęp wolny.