Biografie
Kora (Tomasz Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)
Kora (Tomasz Kamiński / Agencja Wyborcza.pl)

Mama chodziła czasem na wywiadówki?*

Chodziła rzadko i zawsze wzbudzało to sensację, bo mama na scenie wyglądała podobnie jak na co dzień. Jej styl miażdżył moją podstawówkę. Kiedyś przyszła ubrana totalnie po punkowsku, czarne okulary, a do tego futro ze srebrnych lisów, dobrze znane fanom Maanamu. Zrobiła totalne zamieszanie w szkole, bo po pierwsze, pomyliła klasy i przez dłuższy czas komentowała, oczywiście bezlitośnie, miałkość systemu edukacji. Dopiero potem trafiła do mojej, gdzie nie było lepiej. W pierwszych klasach podstawówki trochę się wstydziłem tego, że mama nie jest „normalna". Wolałem, gdy na wywiadówki przychodzili opiekunowie. Odmienność i styl mamy i Maanamu w trasie koncertowej i na koncertach mi nie przeszkadzały, były naturalne, ale w szkole… To było zderzenie dwóch kompletnie różnych światów.

Wolałbyś mieć zwyczajną mamę? Mamę, która ubiera się w garsonki i po pracy gotuje obiad z trzech dań?

Ależ w domu było bardzo normalnie. Tylko że funkcję mamy często przejmowali opiekunowie. Szczególnie pani Lusia, która wychowała trzech synów i wiedziała, jak z nami postępować. Kilka lat pomieszkiwała z nami i mieliśmy normalny dom. Była bardzo ciepła. Przyszła do nas, gdy miałem dziesięć lat, i była przez kilka lat, dopóki mama się nie wyprowadziła do Warszawy.

Kora w 2011 roku (Franciszek Mazur / Agencja Wyborcza.pl)

Pamiętasz powroty rodziców z tras koncertowych? To musiało być święto!

Mama nienawidziła hoteli. Nawet gdy był to najbardziej luksusowy hotel, wolała zapakować się do samochodu i wrócić. I wracała, nocą, nad ranem, byle dojechać do domu, wykąpać się we własnej łazience i położyć w swoim łóżku. To oczywiście nie było możliwe, gdy trasy były dłuższe. A tak było, gdy wyjeżdżali do Niemiec czy do Stanów, ale nawet w Polsce mieli długie trasy. Kiedy wracali z koncertów, my byliśmy nakarmieni, ubrani, zaopiekowani. A na mamę czekał garnek pełen ruskich pierogów, które uwielbiała. Pani Lusia zdejmowała z jej barków wszystkie domowe obowiązki. Mogła odpocząć, wyspać się i spędzać czas z nami lub z przyjaciółmi. (…)

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Kiedy się zorientowałeś, że mama jest wielką gwiazdą?

Od razu, dzieci wiedzą, co jest grane. Jeździliśmy z bratem na koncerty, widzieliśmy, co się dzieje pod sceną i poza nią. Mimo że nikt nie epatował gwiazdorstwem, bo to nie ten typ ludzi. Czuło się olbrzymią pozytywną energię. Można powiedzieć, że zaczął się dla mnie i brata czas przygód. Do dzisiaj pamiętam na przykład koncert w pustym kościele czy w jakiejś gigantycznej hali fabrycznej, też bez ludzi – nikt nam nie wytłumaczył, o co chodzi, może ktoś kręcił z Maanamem film. (…)

Jeździłeś z rodzicami na koncerty?

Jeździliśmy z Szymonem w wakacje i to były prawdziwe podróże. Jechał cały zespół, wszystkich znaliśmy, czuliśmy się jak rodzina. Zawsze ktoś się nami opiekował. Ale mieliśmy też swobodę. Bawiliśmy się z bratem z tyłu sceny, pod sceną, lubiliśmy też siadać przed głośnikami na scenie. Basowe kolumny dawały takiego kopa, że uszkodziłem sobie w końcu trochę lewe ucho, mam ścięte górne pasmo. Z czasem pojawili się ochroniarze, którzy nas pilnowali.

A mama była wymagająca?

Nie. Ale dbała o to, żeby wyniki w nauce były dobre. Nigdy nie miałem świadectwa z paskiem, ale uczyłem się nieźle. Do nauki rodzice podchodzili zadaniowo – gdy pojawiał się problem, dostawaliśmy wsparcie, czyli korepetycje. Oceny miały być przyzwoite.

Kora z synem Mateuszem, 1973 rok (archiwum Mateusza Jackowskiego)

Przeszedłem spokojnie całą edukację, z dłuższą przerwą między liceum a studiami. Bo studia zrobiłem dopiero w ostatnich latach. Kiedy mama zachorowała na raka, pomyślałem, że może odpowiednia dieta pomoże w chorobie. To był jeden z głównych powodów, dla których wybrałem dietetykę. Mama była zadowolona, że dostałem się na studia, choć na początku dziwiło ją, że idę w tym kierunku, a nie artystycznym. (…)

Jak to jest mieć rodziców hipisów?

Przede wszystkim śpi się na podłodze, na materacu. Dopiero niedawno kupiłem pierwsze łóżko, a mam czterdzieści dziewięć lat, i to tylko dlatego, że moja żona Monika dała mi ultimatum. Jest bardzo wysoka i miała dość ciągłego wstawania z podłogi. Długo nie mieliśmy też tradycyjnego domu z komodami, wersalkami, dopiero z czasem pojawiły się meble.

Taka rockandrollowa mama to dla dzieci wolność czy granica?

Wolność, ale ma ona swoją cenę. Bardzo trudno stać się kimś, będąc dzieckiem wybitnych artystów. I choć to, że jestem synem Kory, przynosi w życiu więcej korzyści niż problemów, trudno jest dorównać mitowi, jaki ją otacza, a co dopiero przeskoczyć. Może w końcu pójście na studia, co dawno powinienem był zrobić, oraz staranna edukacja artystyczna dały mi pewną swobodę. Bo choć miałem wolność i nikt mnie do niczego nie zmuszał, to też nikt mnie zdecydowanie nie popchnął w żadną stronę. Rzadko się zdarza, żeby dziecko sławnych ludzi dobrze sobie poradziło w życiu.

Kora Jackowska i Marek Jackowski, 1989 rok (Piotr Wójcik / Agencja Wyborcza.pl)

Jak się ma mamę hipiskę i tatę hipisa, można legalnie w domu palić trawę?

Tak. Zdelegalizowanie narkotyków zostało wprowadzone dość późno, bo dopiero pod koniec lat 90. Ktoś próbował zrobić karierę najbardziej debilną ustawą, czyli penalizacją narkotyków. Ale zanim to się stało, w Krakowie prawie wszyscy palili trawę albo haszysz, a przynajmniej ludzie z grona, w którym się obracałem. To było normalne. Mama też paliła. I mi nie zabraniała. Chciała jednak, żebym wiedział, co to jest jakość.

Kiedy widziała, że z czymś eksperymentowałem, dawała spróbować najlepsze. Czyli jak zacząłem palić trawę, dała mi najlepszą. Podobnie było z haszyszem, grzybami czy LSD. Rodzic świadomy powinien z dzieckiem współpracować. Myśmy się z mamą przyjaźnili, z ojcem też, choć z nim byliśmy trochę na dystans, chyba bardziej się kumplowaliśmy, niż przyjaźniliśmy.

Mama była od przytulania, a ojciec od czego?

Ojca praktycznie nie było. Rozwiedli się, gdy miałem dziesięć lat. To nie było tak, że ojciec nagle zniknął, przeciwnie – dalej przez te wszystkie lata regularnie się widywaliśmy. Byli przecież związani ze sobą zawodowo. Myślę, że nieźle przez to przeszliśmy. Mama zawsze twierdziła, że ojciec jest jeden i że nie ma innego. Ale mimo że ciągle był, nie było go już w domu. Zbliżyliśmy się do siebie dosyć późno, miałem może trzydzieści lat.

W pewnym momencie dla chłopca ważniejszy staje się ojciec. To on uczy go, jak być mężczyzną.

Nie mam jednolitego wzorca męskiego. Miałem z tym spory problem, pod tym względem chyba jestem trochę pół ojciec, pół Kamil. Kamil był blisko matki i Szymona, więc także mnie przy okazji, a on i ojciec mają kompletnie różne charaktery.

Czy trudny był moment, kiedy Kora powiedziała, że Szymon jest dzieckiem Kamila?

Mama miała z tym problem, wpadała nawet w stany depresyjne. Kiedy powiedziała mi, że Szymon jest dzieckiem Kamila, odpowiedziałem tylko, że domyślałem się tego i dla mnie luz, nic się nie zmienia. Miałem wtedy dziesięć lat, ale to wyznanie nie było dla mnie zaskoczeniem. Ani problemem. Dla mnie mój brat jest moim bratem. Myślę, że rzeczywistym problemem było to dla Szymona i mojego ojca. Do czasów, w których możliwe stały się badania genetyczne, ojciec uważał, że Szymon jest jego synem. Choć z perspektywy czasu chyba tylko ślepy by się nie zorientował, co jest grane.

Kielce 2004 rok, wernisaż prac Kamila Sipowicza (Jarosław Kubalski / Agencja Wyborcza.pl)

Nie wiem, jak to wszystko mogło uchować się w tajemnicy przez tyle lat. Bo przecież Szymon to wykapany Kamil, są jak dwie krople wody. Podobno pocieszałem go: "Co się martwisz, teraz będziesz miał dwóch ojców, którzy cię kochają".

Co się zmieniło, gdy mama powiedziała prawdę?

U mnie było tak samo. Ale związek z Kamilem stał się już bardziej oficjalny. Jak miałem szesnaście lat, przeprowadzili się do Warszawy i właściwie nasze drogi się rozeszły.

Zostałeś sam w Krakowie?!

No, to była długa dobra impreza. Jak już mówimy o brakach w edukacji, na pewno miało to niebagatelny wpływ.

Kora, 1997 rok (Eliza Oleksy / Agencja Wyborcza.pl)

"Mama mnie nauczyła…" Jak dokończyłbyś to zdanie?

Mama nauczyła mnie dobrze sprzątać i tego, że talerze myje się z dwóch stron. U nas w domu zawsze było czysto. Tata też lubił porządek. A tak na poważnie mama nauczyła mnie życia.

Nauczyła, żeby nie wartościować ludzi – dla niej równie ważny był prezes banku jak sprzątaczka. I nauczyła mnie odróżniać fajnych ludzi od buców, nigdy nie było u nas tolerancji na chamstwo i ściemnianie. Nauczyła mnie też jakościowego patrzenia na rzeczy i etosu pracy. U nas w domu nigdy się nie kłamało, z wyjątkiem tej historii z Szymonem. (…)

A jakiej muzyki słuchało się w waszym domu?

Dobrej. (…) Choć rzadko słuchaliśmy Maanamu. Mama najbardziej lubiła ciszę albo delikatną muzykę sączącą się z małego radia w drugim pokoju, dochodzącą z oddali. (…)

Mama opowiadała o dzieciństwie?

Babci i dziadka ze strony mamy nie znałem. Urodziłem się rok po śmierci babci, a dziadek umarł parę lat wcześniej. Znam ich ze zdjęć i opowieści mamy. Rzadko opowiadała o traumatycznym pobycie w domu dziecka, prowadzonym przez siostry zakonne, czy wczesnej śmierci mamy i taty, choć widać było, że są to bardzo bolesne wspomnienia. W ogóle mało rozmawialiśmy na intymne tematy.

Kora, Kraków, 1971 (archiwum Mateusza Jackowskiego)

Nie wiem do dzisiaj, co było powodem kilku prób samobójczych, nie wiem, co było powodem wieloletniej depresji, mogę się tylko domyślać. Nigdy się nie skarżyła, nawet gdy już była w ciężkich stadiach raka i po ciężkich operacjach, nie było litowania się nad sobą, użalania: "cierpię".

Kiedy dowiedziałeś się o chorobie mamy?

W 2013 roku, niedługo po śmierci ojca. Zadzwoniła do mnie po pierwszych badaniach, zanim wszystko się potwierdziło. To był zimowy wieczór, było już ciemno, i powiedziała mi, że jest chora. Oboje czuliśmy, że będzie ciężko. Płakaliśmy tylko raz, właśnie wtedy. Potem już była walka. Potraktowaliśmy to zadaniowo. Staraliśmy się zyskać jak najwięcej czasu. Mama niesłychanie dzielnie radziła sobie z tym wszystkim, były trzy ciężkie operacje, chemia za chemią, radioterapia. Walczyła do samego końca, nie odpuściła ani na minutę. Nie było pójścia na łatwiznę. To trwało ponad pięć lat. W pomoc zaangażowali się przyjaciele i rodzina, na różnych etapach, w różny sposób, w zależności od sytuacji. Każdy robił, co miał zrobić.

Kora podczas koncertu (Daniel Adamski / Agencja Wyborcza.pl)

Skąd miała siłę walczyć o lek, i to lek nie tylko dla siebie?

Gdy chorujesz, jesteś w pewnego rodzaju klubie. Podam przykład: jeżeli ktoś się do mnie zgłasza, że ma przypadek raka w rodzinie, automatycznie jestem w stanie gotowości. Robię wszystko, co mogę, żeby pomóc – daję informacje, kontakty, pomagam, na ile mogę.

Wcześniej tego nie miałem. Dopóki ktoś ci nie zachoruje w rodzinie albo ty nie zachorujesz, omijasz temat. Natomiast potem stajesz się częścią społeczności. To bardzo szeroki krąg i każdy, co może, to robi.

Pewnie była dumna, kiedy ministerstwo zdecydowało, że lek będzie refundowany.

Mama zrobiła to co zwykle. Co to za państwo, które nie zapewnia normalnego dostępu do lekarstwa swoim obywatelom płacącym całe życie składki ZUS i podatki? Moim zdaniem w ogóle nie powinno być dyskusji, takie lekarstwo powinno być automatycznie refundowane. Wszystkie lekarstwa w ciężkich chorobach powinny być refundowane, bo jesteśmy obywatelami tego kraju i powinien on o nas dbać.

Nie tyle mama robiła coś niezwykłego, ile państwo było nieprzygotowane. Bo upomnienie się o to, co ci się należy, nie jest niczym niezwykłym. W podatkach zostawiła miliony. Dostała emeryturę 1300 złotych. Żyjemy w absurdalnym kraju. (…) Powiem ci, że byłem bardzo rozczarowany tym, jak ludzie potrafią głupio gadać, jak są bez serca. Na mamę spadła fala negatywnych komentarzy: Ma kasę, a każe sobie refundować? Byłem rozczarowany reakcją ludzi, pewnie wielu z nich było jej fanami. Ale cieszyła się na swój sposób, że choć jej już nie pomogło, może uratuje przed śmiercią inne kobiety.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Co najbardziej boli? Jej cierpienie, wasza bezsilność?

Cierpienie osoby, którą kochasz. To jest najbardziej bolesne, nic innego nie boli. Godność chowa się do kieszeni.

Mateusz Jackowski w 'brązowym ubranku' z wełny, zrobionym przez Korę na drutach. Plac zabaw w Krakowie, 1975 (archiwum Mateusza Jackowskiego)

*Rozmowa pochodzi z książki Beaty Biały „Słońca bez końca. Biografia Kory", która ukazała się nakładem Domu Wydawniczego REBIS.

Mateusz Jackowski. Jest synem Kory i Marka Jackowskiego. Jako grafik komputerowy wielokrotnie tworzył projekty okładek do albumów zespołu Maanam. Skończył studia w Krakowskiej Wyższej Szkole Promocji Zdrowia. Jest dietetykiem klinicznym.

Beata Biały. Psycholożka, pisarka, tłumaczka, dziennikarka miesięcznika "Twój Styl". Specjalizuje się w wywiadach ze słynnymi osobami. Wraz z żeglarzem Krzysztofem Baranowskim napisała "Spowiedź kapitana". Jest też autorką książki "Osiecka. Tego o mnie nie wiecie" oraz "Słońca bez końca. Biografia Kory".