Rozmowa
Zbigniew Wodecki, 2016 rok (Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)
Zbigniew Wodecki, 2016 rok (Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

6 maja były urodziny twojego taty. Jak je zwykle celebrowaliście?

U nas w domu zawsze było tłoczno i głośno. Rodzice przyjmowali wielu gości, goście śpiewali, nawet arie operowe, wieczorami panowie grali w karty albo w kości. Mama robiła zupę ze wszystkiego, co akurat znalazła w lodówce, jadło się i rozmawiało. Tak wyglądały nasze kolacje. Urodzinowe też. Tłum ludzi, głośno, dobre jedzenie. Tata bardzo lubił życie towarzyskie.

A w tym roku w urodziny taty otworzyliśmy skwer jego imienia na Plantach w Krakowie. To też będzie miejsce spotkań.

Co jeszcze lubił?

Może dziwnie to zabrzmi, ale taki domowy gwar. Wracał z koncertu, kładł się na sofie, przymykał oczy i… odpoczywał. Mawiał, że najlepiej się czuje w zgiełku domowym. Kiedy wokół biegały dzieci, a potem wnuki.

Lubił prezenty?

Musisz wiedzieć, że kupienie mu prezentu było chyba najtrudniejszym zadaniem. Bo tata niczego nie chciał. Więc zaczęliśmy się ograniczać do ściereczek do okularów. Ich naprawdę potrzebował.

Tata kolekcjonował okulary wręcz obsesyjnie. Kamil, jeden z jego fanów, z którym tata zresztą się spotykał, przez dwa lata szukał modelu okularów, które tata nosił w latach 90. Były to nietypowe, duże pilotki, które tata kupił w Berlinie. I wyobraź sobie, że Kamil znalazł takie gdzieś we Włoszech i teraz je nosi.

Chodzi o te duże, niemal kwadratowe?

Raczej te późniejsze, w cienkich oprawkach. Ja z kolei wolę te ciemne, bardziej klasyczne, jak je nazwałaś – kwadratowe, choć tatę zaczęły w pewnym momencie dręczyć. Narzekał, że przylgnęły do niego. W końcu je zmienił. Z czasem zgromadził niezliczone ilości okularów. Kupowanie ich to był słynny w całym Krakowie rytuał. Chodziliśmy z nim po sklepach wymęczeni okropnie. Tata przymierzał kilka oprawek i pytał nas, które są lepsze. A one wszystkie były identyczne!

Zbigniew Wodecki był szalenie otwarty (Michał Lepecki / Agencja Gazeta)

Jakbym siebie widziała! Poza okularami jego znak rozpoznawczy to bujne, falujące włosy.

Grzywa à la Wodecki jest w naszej rodzinie uwarunkowana genetycznie. Ja też ją mam, dlatego ścinam włosy na krótko. Tata się z nią bardzo męczył i próbował nawet kilka razy zmienić fryzurę. Raz przyciął grzywę, innym razem, w latach 80., zafarbował na blond. Wyglądał wtedy jak Robert Redford! Szałowo. A w pewnym momencie zaczął tę swoją grzywę przylizywać. No cóż, ujarzmiał ją, jak potrafił.

Był fajnym tatą?

Mam dwójkę rodzeństwa. Jak byliśmy mali, czuliśmy przed tatą duży respekt. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest artystą. Kiedy wracał z koncertu, mama czekała na niego ze świeżo przygotowaną kolacją, a my, dzieci, grzecznie staliśmy w rządku w szlafroczkach. Nie mogliśmy wcześniej skubnąć szynki czy sera, bo wszystko było najpierw dla taty.

Jasne, że mama nas rozpieszczała i dawała nam różne smakołyki, ale na początku kolacji najważniejszy był tata, zmęczony po koncercie. Miał w domu piedestał, więc nie do końca był dla nas takim typowym tatą, który czyta bajki na dobranoc. Choć nosił nas na barana, uwielbiał to. Wnuki później też nosił. Zresztą wnukom oddałby kompletnie wszystko.

Mieliśmy malucha, którym jeździliśmy do naszego domku na wsi. Rodzice, my – trójka dzieci – i wielki pies. Potem tata kupił golfa i zabierał nas na koncerty do Warszawy. W sumie nie wiem po co, bo byliśmy mali. Nie, jednak wiem – tata po prostu lubił, jak byliśmy wszyscy razem. Gdy dorośliśmy i wyprowadziliśmy się z domu, a on wracał z występów, dzwonił po nas, żebyśmy wszyscy się u niego stawili.

Do dziś pamiętam nasze wyjazdy. I scenki rodzajowe ze wspólnych wyjazdów na narty z przyjaciółmi. Panowie grali w pokera, wędzili ryby. A panie zajmowały się dziećmi. Zwyczajne życie.

Rozpieszczał was?

Nigdy nam niczego nie brakowało, ale w domu panowała staroświecka kindersztuba.

Z dzieciństwa mam takie wspomnienie bycia jednocześnie z tatą i bycia bez taty. Jak dorośliśmy, zaczęliśmy się z nim przyjaźnić. Wolał być kumplem, przyjacielem niż tatą.

Zbigniew Wodecki kochał wnuki i je rozpieszczał (archiwum rodzinne)

Rozmawialiście o wszystkim?

Nie wiem, jak moje rodzeństwo, ale ja naprawdę rozmawiałam z nim o swoich problemach, ważnych dylematach czy o miłościach. Pytałam go, co mam zrobić.

I co wtedy odpowiadał?

Był bardzo krytyczny wobec mężczyzn. „Jesteście królewnami” – mówił do mnie i do siostry. „Jak facet zostawi skarpetki w pokoju, to powinien być koniec!”.

Święty nie był. Darzył kobiety ogromną estymą, a życie artysty jest, jakie jest. Koncerty, spotkania, zauroczenia, imprezy. Czasem rano wracał do domu śmieciarką – to taka legenda artystycznego światka w Krakowie. A jak w domu pojawił się mój pierwszy chłopak, tata wziął go na bok i jak w starej komedii powiedział, że jak złamie mi serce, to zobaczy.

Mówił, że kocha?

Raczej pytał, czy my go kochamy, ale oczywiście mówił. Nawet jak już założyłam własną rodzinę i stałam się bardzo dorosłą kobietą, lubił zapytać „A kochasz tatusia?”. „A kocham tatusia” – odpowiadałam. Ten rytuał przeniosłam na swoje dzieci. I bardzo polecam ci taki telefon do bliskich, przynajmniej raz dziennie.

Nigdy się na niego nie wkurzyłaś?

Mój tata, oprócz tego, że był szalenie pozytywny i miał ogromny dystans do życia, w młodości był dość choleryczny. Zdarzało się nam mieć różne zdania, delikatnie mówiąc. Odbywało się to szybko, gwałtownie i głośno. I się godziliśmy. Był cholerykiem po swoim ojcu. Choć wszyscy wspominają go ciepło, to przypuszczam, że niejeden na przykład akustyk usłyszał czasem niemiłe słowa. Bo tatę charakteryzował brak cierpliwości. Jak piąty raz trafił na salę, w której był jakiś problem z nagłośnieniem, to potrafił się zdenerwować. Z wiekiem bardzo się wytonował. Potrafił zresztą od razu przeprosić.

Za co na przykład?

Jak gdzieś nie dojechał, co mu się zdarzało. Albo jak zrobił aferę w szkole – nie znosił wywiadówek. Bo jak już przychodził do szkoły, czego bardzo nie lubiliśmy, to nigdy nie było pewne, czy tam czegoś niepolitycznie nie chlapnie. Zawsze podkreślał, że najważniejsze są zdrowie i szczęście, w kółko to powtarzał, a nauka na drugim miejscu. No, dziś to bardzo niepopularne zdanie.

Mural Zbigniewa Wodeckiego w Gdańsku (Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)

Chodziliśmy do szkoły muzycznej – ja grałam na fortepianie i oboju – ale tata nas prosił, żebyśmy nie zostawali muzykami. On koncertował od 16. roku życia, między innymi z Ewą Demarczyk i Markiem Grechutą, i powtarzał, że miał dużo szczęścia. Ale spotkał wielu muzyków, którym się nie udało i nie odnieśli sukcesu albo sobie z nim nie poradzili.

Nie zmuszał nas do grania, choć zawsze podkreślał, że dobry muzyk musi dużo ćwiczyć. A nam się bez pilnowania nie chciało i nie zostaliśmy muzykami. Za to nasza szkoła muzyczna przy ul. Basztowej to był zawsze wspaniały spacer przez Rynek do domu, a tata lubił odbierać nas, a potem wnuki ze szkoły. Trasa piękna, bo przez Rynek i ul. Grodzką, po drodze lody i do domu pod Wawel. Szedł obwieszony plecakami wnuków i ich przyjaciół. Czasem nawet miał tych plecaków na sobie sześć, w różnych kolorach.

Uroczy obrazek.

Tak, uroczy. Tata miał prostą metodę na szczęście: trzeba się uśmiechać. I nie rozpamiętywać przeszłości. Jeść dużo kiszonej kapusty, bo zawiera dużo witaminy C. I nie robić nikomu, co tobie nie miłe, bo to wraca. To oczywiście bardzo skrócona wersja wspomnianej metody.

Sam nie otaczał się specjalnie dobrami materialnymi ani nie kolekcjonował nagród. Gubił partytury lub owijał nimi wędzonego pstrąga z ulubionego sklepu na trasie Warszawa– Kraków. Nie czytał umów, które podpisywał. Po części dlatego, że ufał ludziom, a po części z lenistwa – nie czarujmy. A potem od razu je wyrzucał, podobnie jak listy czy rachunki. Mama miała piekło, bo nic nie mogła znaleźć.

Nie lubił gromadzić rzeczy, dyplomów. Ale był dumny z naszych sukcesów i ze swoich osiągnięć. Jak w telewizji szedł program z jego udziałem, to wszyscy musieliśmy go oglądać.

Chcesz powiedzieć, że bywał próżny?

Na pewno trochę tak, ale też skromny. Jak już wspomniałam, wyznawał zasadę „co dajesz, to do ciebie wraca”. Dlatego starał się nie zrobić nikomu żadnego świństwa.

Błyskawicznie skracał dystans, a z drugiej strony nie dopuszczał nikogo do stuprocentowego Zbyszka. Ta bariera była jednak dla wielu niewidoczna.

Zbigniew Wodecki na próbie, Opole 2006 rok (Rafał Mielnik / AG)

Na koncertach często powtarzał te same anegdoty. A mimo to ludzie i tak się śmiali, w ogóle im to nie przeszkadzało. Nie znosił bufonów. Szybko kończył rozmowę, jak ktoś był zbyt pretensjonalny. Miał do siebie dystans – jeśli 60-letni facet potrafi zatańczyć na scenie układ  Michaela Jacksona zakończony padnięciem na kolana i wywijaniem mikrofonem, to chyba nie ma lepszego dowodu na dystans. Wielu na jego miejscu umarłoby ze wstydu. A on nie, on lubił bawić innych.

I to niezmiennie przez lata.

Paradoksalnie z jednej strony był znakomitym muzykiem, bo dużo ćwiczył, a z drugiej – strasznym leniem. Czasem podchodził do pracy lekko i nonszalancko, choć do komponowania zawsze niezwykle profesjonalnie i z koncentracją. Teraz, gdy dbam o twórczość taty, mam straszny problem, bo jego utwory mają różne wersje muzyczne czy różne wersje tekstu. Tata, z czego jest w środowisku znany, często zapominał tekstu i śpiewał inaczej – i tak się w programach radiowych czy telewizyjnych zachowało. Do studia po prostu wchodził, nagrywał i wychodził. No ale to już talent.

Widziałam go na scenie podczas jubileuszowego koncertu w Sopocie. Rewelacyjnie śpiewał i rewelacyjnie wyglądał.

Przez długi czas nie chciał wracać do swoich dawnych kompozycji. Myślę, że pogodził się, że nie doceniono jego muzyki z lat 70. I przestał o nią walczyć. Więc najbardziej spieraliśmy się o jego twórczość, a właściwie o jego potencjał. O to, że w pewnym momencie przysiadł i mu się nie chciało.

I nagle Mitch & Mitch wyciągnęli jego pierwszą płytę. To była fajna niespodzianka, na dodatek tacie przybyło nowe pokolenie fanów. Ale na pewno było to dla niego w jakimś stopniu również bolesne, że dopiero po 40 latach ktoś zauważył tę muzykę. Choć dzięki temu tata zaczął komponować nowe utwory. Mogło powstać wiele fajnych piosenek. Niestety, nie zdążył.

W latach 90. przeszedł lekki kryzys. Jak sobie z nim poradził?

Nigdy nie było tak, że nie koncertował. Ale na pewno miał poczucie, że znika, że jest go coraz mniej, że młode pokolenie już go nie słucha. Grane są tylko jego najbardziej popularne szlagiery. Może dlatego zaczął występować w talent show? Świadomie chyba wybrał rolę seniora.

Zbigniew Wodecki w 2011 roku (Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

Powiedziałabym, że raczej mentora.

To też. Złapał pewien rodzaj luzu. Bardziej cieszył się byciem z ludźmi niż komponowaniem nowych piosenek. Ale płyta „Odyseja” z 2014 roku dodała mu skrzydeł. Wręcz odmłodniał, znów zaświecił tym blaskiem, który przygasł w nim w latach 90. Znów był zadowolony i szczęśliwy.

Kochał brawa. A ludzie kochali go za to wewnętrzne światło. I niezwykłą charyzmę. Mógłby recytować książkę telefoniczną i wszyscy byliby zasłuchani. Na spotkaniach z przyjaciółmi był wodzirejem. Ale potrafił też nagle o pierwszej w nocy wstać i zostawić towarzystwo.

Co nie zmienia faktu, że jak sama powiedziałaś, był zwierzęciem wybitnie towarzyskim.

Wracałam kiedyś do Krakowa pociągiem z Warszawy. Niedługo po odejściu taty. Miałam ze sobą do przesłuchania nagrania jego utworów, które znalazłam w archiwum Polskiego Radia. Siedziałam w warsie. Tata zawsze mawiał: „Pamiętaj, jak wsiadasz do pociągu, to od razu idziesz do warsu”. I tak robię.

W słuchawkach leciały piosenki taty. Ktoś zajrzał mi przez ramię, zobaczył, że słucham Wodeckiego, i zaczęła się rozmowa o tacie. Początkowo się w nią nie włączyłam, ale w końcu nie wytrzymałam, gdy jeden z pasażerów wyciągnął komórkę i swoje zdjęcie z tatą pokazał drugiemu. A ten zrewanżował się fotografią taty z wnuczkiem.

Pewnie się wzruszyłaś?

Bardzo. Miałam ochotę wstać i zapytać: Czy ktoś z państwa jeszcze ma zdjęcie ze Zbigniewem Wodeckim? Tata nie unikał ludzi. Uwielbiał spacerować po krakowskim Rynku, zresztą po rynku w każdym polskim mieście, i rozmawiać, gdy ktoś do niego podszedł. Czasem tylko prosił, żeby zanim da autograf, pozwolono mu zjeść rosół. Mawiał: „Dzień bez autografu dniem straconym”. Jestem przekonana, że tysiące ludzi mają zdjęcie z moim tatą.

Zbigniew Wodecki w Opolu, 2011 rok (Rafał Mielnik / Agencja Gazeta)

Może zrobisz taką galerię?

Myślałam o tym. Ale nie wiem, czy bym uniosła tak silny materiał emocjonalny. Na razie powstają kolejne murale taty – jest ich już pięć w całej Polsce, co mnie bardzo cieszy. Wczoraj zadzwonił do mnie przemiły pan z propozycją nadania imienia Zbigniewa Wodeckiego trzeciej szkole, a jeszcze są dwa przedszkola, którym patronuje.

Tata pozostał we wspomnieniach innych taki człowieczy, taki normalny. Jak ktoś mi o nim opowiada, to zawsze jako o fajnym facecie, a nie wielkiej gwieździe.

Mówił o śmierci?

Sporo o niej żartował. Ale tego wątku wolałabym nie rozwijać. Zamierzał wyjść ze szpitala tydzień po operacji. Mówił, że da radę i że planowo zagra koncert, dlatego niczego nie odwoływał. Wiedzieliśmy, że raczej nie będzie to możliwe, bo przecież musi się zregenerować po zabiegu. Ale nic mu nie mówiliśmy.

Tata nie lubił być chory. Zresztą wcześniej prawie w ogóle nie chorował. Nie wiedział, co to znaczy odwołać koncert. On grał, nawet jak był zmęczony. Bardzo nie chciał zawieść swojej publiczności.

Jak wyglądały wasze ostatnie wspólne chwile?

Przed zabiegiem, który przeszedł w szpitalu w Warszawie, przyjechał do Krakowa na cały tydzień. Codziennie biesiadowaliśmy na wspólnych obiadach i kolacjach. Te spotkania były dla nas zwyczajne i tradycyjne, a okazały się nieświadomym pożegnaniem. 4 maja pojechał do Warszawy, ja dotarłam dzień później. Widzieliśmy się w szpitalu dosłownie każdego dnia. Zresztą byłam z tatą do końca.

Wiesz, stoję sobie na tym moim balkonie w mieszkaniu, w którym odbywały się kolacje z tatą. Widzę go w białej rozpiętej koszuli, słyszę ten nasz rodzinny harmider.

Kasia Wodecka-Stubbs (Adam Golec)

Poczekaj chwilę, bo właśnie sójka przyleciała na mój balkon! Jaka piękna! Muszę jej zdjęcie zrobić.

No dobrze, już jestem. 

Ktoś przesądny mógłby powiedzieć, że ta sójka to może jakiś znak…

Ja wierzę w znaki.

Mam tak samo.

A wiesz, że tata też lubił znaki?

Z kolei my przed każdym festiwalem zastanawiamy się, czy na nasze sceny plenerowe spadnie deszcz, czy nie. Kiedyś zdarzyło się tak, że słońce wyszło tylko na trzy godziny, kiedy artyści śpiewali piosenki taty. Wszystkie koncerty czy nagrania, które organizujemy, się udają. Nikt nie nawala, nikt nie choruje, nic się znienacka nie wyłącza. Wierzę, że wciąż jesteśmy pod jego opieką.

Mam silne poczucie jego obecności, zresztą wiem, że nie tylko ja. Czasem myślę, że po prostu wyjechał na koncert do Warszawy czy Katowic. Gdybym mogła, powiedziałabym mu dziś: „Jak dobrze, że jesteś”.

Kasia Wodecka-Stubbs. Córka Zbigniewa Wodeckiego. Założycielka rodzinnej Fundacji im. Zbigniewa Wodeckiego, dyrektorka festiwalu dedykowanego artyście Wodecki Twist Festiwal w Krakowie. Ma młodszego brata Pawła i starszą siostrę Joannę. Mieszka w Krakowie.