Rozmowa
'Najczęstszą motywacją jest znalezienie kogoś na stałe' (Fot. Shutterstock.com)
'Najczęstszą motywacją jest znalezienie kogoś na stałe' (Fot. Shutterstock.com)

Jeden z portali randkowych – konkretnie Badoo – przeprowadził wśród singli ankietę i okazało się, że trzy czwarte odczuwa "wypalenie randkowe". Ankietowani nawiązywali średnio cztery relacje rocznie, ale oceniali je jako nieudane. A to bywało źródłem rozczarowania i stresu. Powie pan na pewno, że wypalenie randkowe to nie jest naukowy termin… 

(śmiech) Miałem od tego zacząć. Bywa jednak, że specjalistyczną terminologię przynosi życie, więc nie można wykluczyć, że za jakiś czas o syndromie randkowego wypalenia przeczytamy w naukowych pismach.

Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłbym uwagę, jest to, że badania były prowadzone w okresie pandemii. A wtedy na portale randkowe trafili również ludzie, którzy w normalnych okolicznościach by się na to nie zdobyli. Być może część z nich miała nie do końca realistyczne podejście i spodziewała się, że po kilku szybkich kontaktach dojdzie do bezpośredniego spotkania czy nawet do związku. Być może to oni są głównymi frustratami. Generalnie wypalenia są czymś naturalnym, gdy ludzie mają wielkie oczekiwania, które nie są zaspokojone.  

dr Konrad Maj (Fot. Archiwum prywatne)

Tutaj oczekiwaniem może być znalezienie miłości życia. Jak z filmu! 

Na początku algorytmy aplikacji randkowych podrzucają świeżakom "atrakcyjne kąski", żeby uwierzyli, że to właśnie tutaj zrealizują te potrzeby. Nowicjusze zyskują profity: wszyscy inni w pierwszej kolejności dostrzegają ich profile. A proszę zwrócić uwagę, że efekt wow – wydzielanie hormonów, buzowanie emocji – w realu pogłębia się z każdym kolejnym spotkaniem, podczas gdy online jest odwrotnie: haj występuje często tylko na początku.  

W momencie, gdy on czy ona się sparują? 

Wtedy jest moment satysfakcji. I czasem nic więcej, ponieważ nie chce się dłużej klikać i odpowiadać na pytania, które charakter mają dosyć standardowy: "Co słychać?". Generalnie więc na początku jest szał, który z czasem maleje, aż pojawia się uczucie zawodu. W pandemii ryzyko jego doznania było jeszcze większe z tego względu, że przedtem ludzie dość szybko przechodzili z randkowania online do realu. Podczas lockdownu byli zmuszeni do klikania w nieskończoność. I nie poczuli chemii.  

Powiedzmy, że poczuli, ale rozczarowali się, kiedy doszło do spotkania. Nie ma się co dziwić, skoro – jak czytałam – nawet 80 proc. użytkowników portali randkowych kłamie. 

I co ciekawe, kłamie się bardziej tym osobom, które są atrakcyjniejsze od nas, ponieważ używa się całego repertuaru sposobów, by wywołać zainteresowanie sobą. Upiększa się swoje życie, ile wlezie. Pani wspomniała o 80 proc. użytkowników – ta liczba pojawia się w wynikach badań Cataliny L. Toma z University of Wisconsin-Madison. Sam fakt, że na portalach randkowych się kłamie, naukowcy potwierdzali nie raz. Robi to około połowy mężczyzn i 35 proc. kobiet. Różnice w wynikach badań wynikają między innymi z metodologii.  

Zastanówmy się teraz, co to znaczy kłamać w aplikacji randkowej. Jeśli ktoś umieszcza swoje zdjęcie zrobione trzy lata temu, w dodatku z wakacji, to przekłamuje rzeczywistość czy nie?  

Jak patrzę na portale społecznościowe, to tego rodzaju przekłamywanie rzeczywistości jest powszechne. 

A kiedy wchodzimy w świat elektronicznego randkowania, to tam wygląd nabiera jeszcze większego znaczenia. Dlatego korzystanie z portali randkowych prowadzi często do niezadowolenia z własnego wyglądu, odczuwania wstydu z powodu swoich niedoskonałości oraz porównywania się z innymi. Nasila również tendencję do monitorowania własnego ciała, to znaczy koncentrowania na nim uwagi znacznie bardziej niż na innych aspektach własnego ja, na przykład intelekcie.  

No więc użytkownicy wybierają zdjęcie sprzed trzech czy czterech lat, na którym wyglądają hiperatrakcyjnie.  

W dodatku można jeszcze użyć filtrów, nieco je podretuszować. Ludzie, którzy twierdzą, że nie kłamią na portalach randkowych, niekoniecznie są uczciwi. Ale często nie mają tego świadomości, bo w ich rozumieniu kłamstwo polega na tym, że nie mówi się prawdy w kwestii wykształcenia, pracy czy posiadania dzieci.  

Ustaliliśmy już, że powszechne jest ściemnianie w kwestii wyglądu. Na randce w realu sprawa musi się rypnąć, więc zawód gotowy. A jeśli taka sytuacja się powtarza, to może chodzenie na randki nie ma sensu? Słowem: jesteśmy wypaleni. A jednocześnie wiele osób ma konto w serwisie randkowym. Dokładne liczby nie są znane: część korzysta z aplikacji w tajemnicy, część zaś rejestruje się jednocześnie w kilku miejscach, natomiast przyjmuje się, że około 3,5–4 mln Polaków szuka w ten sposób związku.  

Badania z 2020 roku, które przeprowadziła dr Gina Potarca, badaczka z Instytutu Demografii i Socjoekonomiki na Uniwersytecie Genewskim w Szwajcarii, pokazały coś zaskakującego: wcześniej mówiło się, że takie aplikacje nadają się głównie do jednorazowych spotkań.  

Do seksu. 

Przede wszystkim Tinder miał taką łatkę. Tymczasem dr Potarca udowodniła, że najczęstszą motywacją jest znalezienie kogoś na stałe. Choć oczywiście nie ma pewności, że się uda.  

Dlatego przychodzę do mądrego człowieka i pytam: co zrobić, żeby się udało? 

Zacznijmy od "efektu grania w niższej lidze". Niektórzy z wypiekami na twarzy klikają profile innych osób, ale nie otrzymują od nich pozytywnych reakcji. Otóż badania pokazują, że celujemy średnio w osoby 25 proc. atrakcyjniejsze od nas samych. Dopiero kiedy to nie przynosi rezultatu, schodzimy z oczekiwań. 

Zostanę przy terminologii piłkarskiej: w rozgrywkach pucharowych dochodzi do spotkań drużyny z ekstraklasy z taką z pierwszej albo i drugiej ligi i – zdarza się to niezwykle rzadko – ten pozornie bez szans potrafi wygrać. 

Dlatego celowanie wyżej ma racjonalne uzasadnienie. Nic nie tracimy, a gramy o to, że choć 10 atrakcyjnych osób nam odmówi kontaktu, 11. się zgodzi. W realu mielibyśmy większą trudność. Kiedy mężczyzna widzi siedzącą na ławce przepiękną kobietę, a sam nie do końca o siebie dba, to pewnie do niej nie podejdzie. Wie, że naraziłby się na śmieszność. Wszyscy oceniamy się po wyglądzie i można między bajki włożyć, że jest inaczej. Wnętrze jest bardzo ważne, tyle że na pierwszy rzut oka nikt tego wnętrza nie dostrzeże.  

'Celujemy średnio w osoby 25 proc. atrakcyjniejsze od nas samych' (Fot. Shutterstock.com)

Kobieta na ławce da temu mężczyźnie kosza.  

Na 99,9 proc. Ból odrzucenia online nie jest bardzo silnym bólem, dlatego – szczególnie na początku przygody z portalami randkowymi – większość osób próbuje zdobyć "grającego w wyższej lidze" partnera. W efekcie najatrakcyjniejsze osoby są mocno sfrustrowane, ponieważ są bombardowane różnymi zaproszeniami. A ludzie wcale nie lubią mieć zbyt dużo możliwości wyboru! To jest trudne do udźwignięcia. Nie sposób się rozeznać, zdecydować.  

A zatem idziemy na pierwszą randkę w realu. Czytałam w pana opracowaniach, że ludzie szukają wtedy nawet nie tyle podobieństw, ile dyskwalifikujących różnic.  

Na zasadzie selekcji negatywnej. Dopiero później upatrują podobieństw, które – jak wynika z wielu badań – warunkują trwałość związku. Oczywiście, że do pewnego stopnia różnice nas kręcą. Jednak nie różnice fundamentalne: dotyczące systemu wartości, podejścia do rodziny, zwierząt czy polityki.  

Aplikacje randkowe pozwalają wychwycić takie rzeczy, jeszcze zanim dojdzie do randki w realu. Na swoim profilu można zaznaczyć na przykład, że jeśli jesteś fanem danej partii politycznej, to sobie daruj. Do pewnego stopnia to jest oszczędność czasu, ale z drugiej strony  dla społeczeństwa to nie jest korzystne. Wszyscy coraz bardziej zamykamy się w bańkach. Żyjemy wśród ludzi o podobnym systemie wartości. A co robią portale randkowe? Tylko nas w tym utwierdzają. A więc szanse na to, że będzie dochodzić do związków nietypowych, związków osób z innych światów, są małe. 

Czyli znakiem czasu jest kastowość w randkowaniu. 

Trochę tak. To jest jak z rozmową kwalifikacyjną, podczas której próbujemy już w pierwszym etapie odrzucić tych, którzy nie do końca spełniają kryteria. 

Zabrzmiało ostro. Studenci bardzo lubią pana wykłady, na których omawia pan na przykład psychologię randkowania. Kiedy – już tak półprywatnie – proszą pana o rady, jak znaleźć miłość w sieci, to co pan mówi? 

Żeby się angażować w poszukiwanie partnerów! Żeby nie siedzieć i nie czekać, aż samo przyjdzie. Ludzie bardzo intensywnie się angażują w poszukiwanie pracy, ale w poszukiwanie bliskiej osoby do wspólnego życia już niekoniecznie. Bo żyją w przekonaniu, że… 

…jak ma przyjść, to przyjdzie? Jak ktoś jest przeznaczony, to się pojawi? No i że to musi być rażenie piorunem. 

Oczywiście. Oto nagle ona czy on wkroczą w to ich życie cali na biało i jeszcze na białym koniu. Raczej na pewno tak się nie stanie. Większość ludzi, żeby znaleźć partnera, musi szukać. A zatem pierwsza rzecz to aktywność. Druga: uczciwość. Głębszej relacji na kłamstwie nie zbudujemy. 

Używa pan dosyć dosadnego języka, więc również zapytam bardzo wprost: na ile pełna otwartość się opłaca? Wszystkie swoje wady należy opisać w profilu czy jednak rozsądniej jest się najpierw spotkać, zaprzyjaźnić i liczyć na to, że wtedy ona czy on zaakceptują również nasze słabe strony? 

Jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie nie udzielę, natomiast odwołam się do sytuacji sprzed kilku lat, kiedy na Allegro został wystawiony samochód na sprzedaż i myk polegał na tym, że facet bardzo szczegółowo opisał, co było klepane, jakie są wgniecenia, co szwankuje. Licytacja sięgnęła ogromnych kwot! Ludzie bardzo mocno docenili tę jego fascynującą totalną szczerość.  

Wracając do strategii mówić czy nie mówić o sobie wszystko na portalu randkowym – znam osoby, które idąc na spotkanie, na dzień dobry oświadczają: "Nie pytaj mnie o przeszłość, bo ja nie chcę o niej myśleć i rozmawiać. Bądźmy tu i teraz". Takim osobom nie spodoba się partner czy partnerka, którzy zaczną opowiadać historię swojego życia. Co więcej, mogą pomyśleć, że tej przeszłości nie zamknęli, że nie są gotowi na nowe. Ale inni ludzie chcą gdzieś swoje bóle, żale wypłakać i szukają osoby, która im pomoże. 

Z taką potrzebą chyba lepiej na początek udać się na terapię, a dopiero potem szukać miłości? 

Typów osobowości i modeli randkowania jest tak wiele, że taki człowiek przy odrobinie szczęścia spotka kobietę, z którą razem sobie popłaczą, a ona się ucieszy, że w końcu poznała mężczyznę, który jest szczery, wrażliwy i okazuje emocje. Powtarzam: podobieństwa się przyciągają.  

W tym momencie wyskakuje czynnik, na który specjalnie wpływu nie mamy: szczęście, że się na właściwą osobę trafi. A potem, po latach wspólnego życia, ona i on upodobnią się do siebie jeszcze bardziej i nawet tak samo będą się śmiać. "Efekt kameleona" to jest coś fascynującego! 

Upodobnić się potrafią nawet ton głosu oraz mimika twarzy! Dzieje się tak dlatego, że prowadzimy taki sam styl życia, jeździmy w te same miejsca na wakacje, a nawet mamy taką samą dietę. Również emocje przeżywamy w podobnych momentach i w podobny sposób, więc nasze zmarszczki pojawiają się w tych samych miejscach. To wszystko prawda. 

Pytanie tylko, czy takie totalne podobieństwo zawsze jest świetne? 

Nie jest. Jeżeli dwie osoby są jak dwie krople wody, to zaczynają wpadać w pułapkę, że są jednym ja. Jakie to niesie niebezpieczeństwo? Wyobraźmy sobie, że para jest na imprezie i tak się stopiła w jedno ja, że kiedy jest decyzja pod tytułem wychodzimy, to jedno nie potrafi zrozumieć, że drugie chciałoby jeszcze zostać. I będzie totalna awantura. Przedawkowanie upodabniania może być groźne. 

À propos przedawkowania: terapeutka uzależnień opowiadała mi o kobiecie, która owszem, przestała pić, ale uzależniła się od aplikacji randkowej. 

To jest taki sam mechanizm jak w mediach społecznościowych, gdzie zbierając lajki, dostajemy "wypłatę" w postaci dopaminy. Co ciekawe, jedna trzecia randkujących osób nigdy się nie spotkała i nawet nie ma motywacji, żeby się spotkać. To jest dla nich forma gry. 

Czyli z tych 3,5 mln Polaków zarejestrowanych w serwisach ponad milion nigdy na randkę nie poszło, bo pójść nie chciało. 

Oni chcą testować siebie na rynku. Karmić samoocenę. Zakładają profil, dodają zdjęcia i opisują siebie po to, żeby zobaczyć, jak inni na to zareagują.  

A wracając do uzależnienia od portalu randkowego – te miejsca są tak pomyślane, żeby cały czas dostarczać użytkownikom nowych bodźców, a jeśli nas przez jakiś czas nie było i wróciliśmy, to zaraz dostaniemy coś, co ma nas skutecznie zachęcić, żebyśmy zostali.  

Zobacz wideo 48-letnia Ślązaczka jest mistrzynią bikini fitness. 'Byłam żoną u boku męża, teraz mąż stoi przy mnie'

Emocjonalny, uczuciowy haj. 

A potem przeglądam kolejne profile, na których widzę pięknych ludzi, pięknie opalonych, pięknie uśmiechniętych i szczęśliwych. I wyobrażam sobie, że moje życie z taką osobą to by były codziennie wakacje, codziennie wspaniałe doświadczenia i codziennie on czy ona byliby opaleni, zadowoleni i wyluzowani. Więc kiedy potem ludzie odkładają aplikację i się rozglądają po swoim domu, i widzą żonę we flanelowej koszuli czy męża w kalesonach, to natychmiast chcą przyjąć dawkę tamtego świata. I nawet niekoniecznie pójść na randkę. Po prostu tam pobyć.  

Dla wielu osób, które się na randki nie umawiają, fascynujące jest już samo posiadanie digitalowego ja, które jest atrakcyjne i ekscytuje innych. To jest kręcące i dlatego część ludzi wcale nie chce odkłamywania i sprawdzania. Portal randkowy jest dla nich jak powieść, w której sami są bohaterami. Jak gra, w której odgrywają jakieś postaci, a ci po drugiej stronie też grają. Części osób to wystarczy. 

Gdy zna się te reguły gry, łatwiej się nie rozczarować, kiedy się okaże, że on czy ona nigdy nie będą chcieli się spotkać. To jest fenomenalne, że na tak romantyczny temat rozmawialiśmy konkretnie i realistycznie.  

Każdy człowiek potrzebuje bliskości i chce być szczęśliwy, a portale randkowe są jednym z miejsc, gdzie można próbować te potrzeby zrealizować. Ważny jest dystans! Jeśli nie będziemy mieli ogromnych oczekiwań i przekonania, że kilka klików przyniesie nam szczęście, ale też nie poddamy się po kilku nieudanych próbach, to szanse powodzenia wzrosną. Portale randkowe mają plusy i minusy. Świadome i realistyczne podejście do nich jest chyba najsensowniejszą strategią. 

Dr Konrad Maj. Psycholog społeczny. Kierownik Centrum HumanTech Uniwersytetu SWPS. Prowadzi badania w obszarze wpływu społecznego, nowych technologii i komunikacji oraz innowacji. Trener wystąpień medialnych, komunikacji interpersonalnej oraz innowacji społecznych. Zaliczony do 25 najwybitniejszych absolwentów 25-lecia Uniwersytetu SWPS.   

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.