Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Nina pierwszy raz naćpała się w dniu czternastych urodzin. "Planowaliśmy to. Znajomi z gimnazjum gromadzili dostępne bez recepty leki z kodą, czyli kodeiną, a ja podkradałam klony mojej matce. To psychotropy działające rozluźniająco. Każdy łyknął garść" – wspomina.*

Łączenie opioidów z benzodiazepinami jest szalenie ryzykowne ze względu na duże ryzyko przedawkowania, ale przecież nie chodziło o bezpieczeństwo, a głęboki, silnie uspokajający, narkotyczny efekt. Spodobało im się, więc zaczęli brać regularnie. Różne medykamenty z kodeiną nietrudno jest dostać, wystarczy wiedzieć, w której aptece sprzedają bez pytań i bez limitów. Klony podbierała mamie, a gdy się nie dało, bez większego problemu kupowała je w internecie. Są strony, gdzie można zamówić różne leki, normalnie sprzedawane na receptę. Nawet się nie kryją, wyglądają jak strona każdej innej hurtowni medycznej. Tyle że ceny wyższe niż w przypadku legalnej drogi.

Cud, że nie przytrafiła się żadna tragedia. Do tego pojawił się mefedron. "Pół szkoły to ćpa, dosłownie sypie się z plecaków i z kieszeni uczniów. Dziwi mnie, że nauczyciele tego nie widzą. A może udają, że nie widzą, bo nie mają pomysłu, jak reagować? Są oburzeni dopiero, gdy stanie się coś poważnego" – tłumaczy.


I stało się. Po imprezie w ostatniej klasie Nina i siedem innych osób przedawkowało mefedron. Stracili przytomność, ktoś znalazł ich na klatce schodowej i zadzwonił po pogotowie.

"Ocknęłam się w szpitalu. A potem zaczęło się piekło. Wyrzucono nas ze szkoły, w domu awantura. Ojciec mnie pobił i uciekłam. Sam był kiedyś uzależniony od hazardu i kokainy i strasznie się wkurzył, że powielam jego błędy. Co na to mama? Jej zdaniem nic wielkiego się nie stało, ale ona też jest uzależniona od leków. I od operacji plastycznych" – opowiada dziewczyna.

Nina trafiła do Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii, gdzie skończyła podstawówkę i rozpoczęła naukę w technikum. Ale w tym czasie poznała dwóch czterdziestolatków i wyprowadziła się z nimi do wynajmowanej kawalerki.

"Razem ćpaliśmy. Żeby mieć kasę, zaczęłam handlować mefedronem i opioidami: tramalem i oksykodonem. Produkty podobno dostarczała nam czeczeńska mafia. Sprzedawałam głównie na Telegramie – to taki bezpieczny komunikator, na którym możesz kupić wszystko – od paszportu covidowego, przez dowolne narkotyki po nową tożsamość". Pewnego dnia do mieszkania wpadła policja. Nie cały towar udało się spuścić w toalecie, więc Nina czeka na sprawę w sądzie o posiadanie znacznej ilości nielegalnych substancji i udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Grozi jej nawet dziesięć lat pozbawienia wolności.

"Nie zamknęli mnie w areszcie, ale właściciel mieszkania wypowiedział nam wynajem. Trafiłam na ulicę i przez trzy tygodnie spałam z kolegą w parkach i pustostanach. Pewnie tę sytuację dałoby się rozwiązać, gdybyśmy byli trzeźwi. Ale nie byliśmy. Dostałam psychozy. Miałam głębokie stany lękowe, bałam się, że jestem obserwowana. Często traciłam przytomność. Raz ktoś na squacie przestraszył się, że nie żyję, tak bardzo zwolniły mi tętno i oddech. Zadzwonił po pogotowie i znowu obudziłam się w szpitalu psychiatrycznym" – opowiada.

To tam od innych pacjentów dowiedziała się o ośrodku leczenia uzależnień dla dorosłych, a że właśnie skończyła osiemnaście lat, mogła ubiegać się o przyjęcie.

"Na początku było ciężko, bo całe ciało krzyczało, że chce ćpać i wcale nie chce tu zostać. Teraz staję na nogi, już cztery miesiące jestem w terapii. Tylko czasem mam jeszcze surrealistyczne sny i wracają obrazy z przeszłości. Odpycham myśli o narkotykach, ale gdy zdarza mi się gorszy nastrój, wraca destrukcyjne myślenie. Tak niewiele trzeba, żeby okazyjne zażywanie dla zabawy zaprowadziło kogoś na ulicę.

Marzenia? Mam. Gdy wyzdrowieję, chciałabym mieć zwierzę. Moje życie niewiele różni się od życia psa ze schroniska, więc myślę, że pokochalibyśmy się wzajemnie".

Jak ćpają kobiety?

Tak jak żyją, czyli "elegancko", dbając o dobre wrażenie. Udając, że wszystko znajduje się pod kontrolą. Długo ukrywają przed całym światem, a zwłaszcza przed samymi sobą, że mają problem. Nałóg jest tuszowany i pudrowany. Porównałabym to do scenki, którą wszyscy możemy zauważyć, gdy leżymy na plaży. Nad brzegiem morza stoi mężczyzna z dużym brzuchem. Nie wstydzi się nadwagi, masuje się po brzuszysku albo opiera na nim puszkę piwa. W drugim rzędzie leży na kocyku jego partnerka. Biodra zakryte woalką pareo, żeby zamaskować fałdkę na brzuchu, ciało ułożone bokiem, żeby wyglądać szczuplej, dekolt wyeksponowany, żeby pochwalić się nowym bikini. I tak też jest z kobiecymi nałogami. Panowie wyrzucają na wierzch swoje problemy, a panie wkładają dużo pracy w to, żeby je zatuszować. Z jakiegoś powodu, jadąc przez polskie wsie i mijając wolno stojące sklepiki, widzimy na ławeczkach mężczyzn popijających trunki. Kobiet tam nie ma, a przecież to nie znaczy, że nie piją.

To brzmi seksistowsko.

Bo właśnie w seksizmie poniekąd problem ma swoje źródło. Od najmłodszych lat uczymy dziewczynki, że kobiecość to przede wszystkim gra pozorów. Mówimy im, co wypada, a czego nie wypada robić, co jest dla nich, a do czego nie mają dostępu. No i jak powinny wyglądać, poruszać się, ubierać. Jeśli dodamy do tego media społecznościowe, w których popularność zależy właśnie od tego, jak dobra jesteś w udawaniu, to nie powinno nas dziwić, że kobiety, gdy wpadną w tarapaty, nie przyznają się, że mają problem. Nie poproszą o pomoc, tylko zacisną zęby i będą trzymać fason, aby tylko się nie wydało, że nie radzą sobie w jakiejś dziedzinie życia. Mężczyźni popadają w uzależnienie z powodu trudności emocjonalnych, ukrytych lęków czy poczucia niskiej wartości. Kobiety uginają się pod presją świata, społeczeństwa i samych siebie. Bo o ile dziewczynkom dorośli mówią, jakie powinny być, o tyle dorosłe kobiety same sobie narzucają dyscyplinę, wieszają poprzeczki zbyt wysoko, a potem nie dają rady sprostać własnym wygórowanym oczekiwaniom.

Ten trend wychowawczy chyba już się zmienia. Wprawdzie mam dwóch synów, ale wciąż słyszę równościowe, feministyczne manifesty kierowane do dziewczynek. Są książki i gazety dla dzieci uczące kobiecości bez barier i konwenansów. To nie pomaga?

Po pierwsze: dostęp do takich treści mają dzieciaki świadomych rodziców, najczęściej mieszkających w metropoliach. Patrząc na tendencje wyborcze i preferencje polityczne w naszym kraju, nie łudziłabym się, że garść lewicowych haseł odmieni los młodego pokolenia polskich kobiet. Druga sprawa to pytanie, czy my naprawdę feminizujemy dziewczynki. Mam wrażenie, że trendy parentingowe zakładające obyczajowe obalenie patriarchatu nierzadko działają na ich szkodę.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Jak to rozumieć?

Ucząc dziewczynki, że mogą, a właściwie powinny być inne, znowu wysyłamy sygnał, że nie mogą być sobą. W teorii opowiadamy córce, że nie powinna bać się świata, że może być odważna i zaradna, ale jednocześnie wozimy ją samochodem na wszystkie zajęcia i nie pozwalamy biegać w nowych butach, bo je zniszczy. Czytamy nastolatkom o tym, że powinny być przebojowe, pewne siebie, ale przewracamy oczami, gdy wracają w nocy z imprezy, a na drugi dzień się nie wykąpią i chcą jeść pizzę przed telewizorem. Niby jesteśmy liberalni i otwarci, ale kiedy córka wymyka się naszym planom, dajemy jej do zrozumienia, że nie tego się po niej spodziewaliśmy. No bo jeśli mama w kółko powtarza: "Możesz być buntowniczką i nie musisz się stroić. Możesz chodzić na judo i nie musisz ładnie tańczyć", dziecko te komunikaty z reguły czyta opacznie: "Muszę być buntowniczką i nie mogę się stroić. Muszę chodzić na judo i mama nie lubi, gdy tańczę". Wiem, że rodzice chcą jak najlepiej i wielu oczywiście to doskonale wychodzi, ale często nadal nie pozwalamy dziewczynom samodzielnie odkrywać siebie. Wolny wybór ma być wolny. Nie popychajmy dziecka, tylko poczekajmy, aż samo pójdzie swoją drogą.

Ostatnio dużo się mówi o ciałoneutralności, co moim zdaniem w przypadku dziewczynek ma wielkie znaczenie. Chyba najwyższy czas, żebyśmy zdjęli z kobiet "obowiązek" bycia piękną, a z kobiecego ciała usunęli skojarzenia z seksualnością.

A ja znowu widzę tu tendencję do przesady. Dlaczego dziewczynkom, dziewczynom czy kobietom nie można dać wyboru? Naciskając: "nie musisz być najpiękniejsza, nie musisz być seksowna", zaczynamy iść w stronę "nie wypada być piękną", "bycie piękną jest puste". A może ona chce mieć piękne ciało, duże cycki, głęboki dekolt i czerwone usta? Przekładając ciężar na przeciwną szalę, wciąż tworzymy nierówności. Bardziej podoba mi się hasło promowane przez Martynę Wojciechowską "I’m enough". Jestem wystarczająca taka, jaka jestem. Bo jestem sobą.

Ale chyba możemy opowiedzieć dziecku o naszych życiowych doświadczeniach i doradzić, jak postępować, żeby żyło się łatwiej?

Ale komu ma się żyć łatwiej? Córce czy może jednak matce? Większość naszych najmłodszych pacjentek ma jeden wspólny problem: czują na barkach ciężar odpowiedzialności za samopoczucie własnych matek. Padają ofiarami ich pasywnej agresji, a co gorsza, poczucie winy nie pozwala im tego zauważyć. To trawi kolejne pokolenie kobiet, można powiedzieć, że jest w pewnym sensie dziedziczone. Babka obarczyła nim naszą matkę, matka nas, a my nasze córki. I od pokoleń pielęgnujemy kompleksy, które niesiemy przez całe życie – złej córki, złej pracownicy, złej żony. Żeby to przerwać, nie wystarczy przeczytać historii życia Marii Skłodowskiej-Curie i wysłać córkę na obóz survivalowy.

Chcesz powiedzieć, że dziś dziewczynkom żyje się trudniej? Mimo że mogą więcej i mają więcej?

I muszą więcej, albo przynajmniej powinny. Ja mogę się mylić, ale statystyki są bezlitosne. Problem ryzykownego zażywania narkotyków i alkoholu od lat rośnie tylko w jednej grupie społecznej – wśród dziewczynek od piętnastego do siedemnastego roku życia. I to jest wynikiem kryzysu, w jakim znalazły się, a może tkwią, kobiety. Tymczasem system bezpłatnej opieki psychiatrycznej i psychoterapeutycznej w Polsce więcej niż kuleje. A w wielu mniejszych miejscowościach właściwie nie istnieje. W dodatku nawet jeśli jest do niego jakiś dostęp, to kobiety boją się korzystać z pomocy w obawie przed plotkami i sąsiedzkim ostracyzmem. Często zdarza się, że nawet majętne rodziny z dużych miast, które bez problemu mogłyby umówić się na wizytę do doświadczonego psychoterapeuty, choćby prywatnie, jednak tego nie robią.

Dlaczego?

Właśnie dlatego, że się boją, choć może niekoniecznie już tego, co ludzie powiedzą.

A czego?

Że terapia wywróci do góry nogami cały system rodzinny. Że będą musiały włożyć trud, aby pewne kwestie przepracować, i dowiedzą się, że to nie dziecko, ale cała rodzina ma problem. Boją się niewygodnych informacji i wysiłku związanego ze zmianą lub nie wierzą w psychoterapię i psychoterapeutów. Nie mówiąc o tym, że niektórym rodzicom jest po prostu na rękę, że dziecko bierze leki. Wtedy jest stabilne, spokojne, żeby nie powiedzieć: przymulone, i nie wymaga zbyt dużej uwagi. A przede wszystkim nie trzeba się martwić, że coś mu się stanie.

Znam historię Agnieszki, która w trzeciej klasie liceum, razem ze starszymi kolegami, podkradła matce kluczyki do nowego nissana. Pojechali do lasu za miastem, upalili się jointami, a wracając, wjechali w ogrodzenie i rozwalili auto. Zgadzam się, że dziewczyna ostro przesadziła, i nie dziwi mnie, że starzy się wściekli. Ale z mojej perspektywy to był głupi, szczeniacki wybryk, próba przekroczenia barier, a nie dowód na zaburzenie psychiczne. Tymczasem rodzice, zamiast zaopiekować się niespełnionymi potrzebami i wewnętrznymi konfliktami, jakie prawdopodobnie pchnęły ich córkę do tego czynu, poszli z nią do psychiatry. Przekonali lekarza, że jest agresywna i nieobliczalna. "Uspokoili" ją lekami.

Po kilku miesiącach dziewczyna bardzo przytyła, przestała wychodzić z domu, całe dnie spędzała przed komputerem, ale za to bezpiecznie, w swoim pokoju. Rodzice wolą to, niż przejmować się, co następnym razem strzeli jej do głowy. Teraz nie obawiają się wyjść z domu, bo wiedzą, że za kilka godzin zastaną córkę w podobnej pozycji. Nie przewidzieli, że po dwóch latach takiego wegetowania zacznie szukać coraz silniejszych substancji, łączyć leki z alkoholem, a do tego zażywać mefedron. Rzadziej amfetaminę lub kokainę – ale to przecież po to, żeby się dobrze uczyć. Bo tylko wtedy, gdy ma dobre stopnie, mama jest z niej naprawdę dumna. Na pewno nie przypuszczali, że ich córka wkrótce zostanie pacjentką Monaru.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Myślisz, że do tego doprowadziła decyzja rodziców? To nie jest uproszczenie?

Oczywiście, że jest to uproszczenie. Opowiedziałam tylko jedną z wielu traum tej dziewczyny. Jej przykład pokazuje jednak, że załatwianie wszystkich kłopotów wychowawczych lekami psychotropowymi może się skończyć naprawdę poważnymi problemami. Ten scenariusz uwidacznia też ogólne tendencje w zakresie motywacji kierującej postępowaniem tych, którzy eksperymentują z narkotykami. Chłopcy biorą, żeby się popisać i zaznaczyć miejsce w grupie, poczuć się pewnie. A dziewczyny po to, żeby uporać się z presją i wytrzymać naciski. Natomiast osoby nieheteroseksualne i niecispłciowe po to, żeby zapomnieć o lęku przed odrzuceniem.

Na chłopców rodzice też wywierają presję.

Tak, ale chłopcy odreagują to częściej złością i agresją. Dziewczynkom przecież "nie wypada" trzasnąć drzwiami albo wybić pięścią szybę. Zresztą czy jesteś pewna, że w klasycznym, wciąż popularnym modelu wychowawczym od chłopców wymaga się tyle samo co od dziewczyn?

Myślę, że nie. Od dziewczyn wymaga się więcej, i to na każdym polu: w szkole, w domu, w społeczeństwie. Skądinąd są pod ciągłym wpływem sprzecznych komunikatów, bo mam wrażenie, że dziewczynki są częściej chowane pod kloszem. Chucha się na nie i dmucha.

Często to tylko iluzoryczna troska. Tworzenie bańki z pozoru jest bezpieczne, ale dzieci zapłacą za to wysoką cenę. "Ja dla ciebie robię to, to i tamto, a ty tak mi się odwdzięczasz?" – brzmi znajomo? Jest różnica między wspieraniem a dyktowaniem, jak dziecko ma się czuć. Ile uczennic, gdy na przykład boją się sprawdzianu czy egzaminu, usłyszy: "Nie przejmuj się. Na pewno sobie poradzisz. Przecież zawsze sobie radzisz"?

*Fragmenty książki "Hajland. Jak ćpają nasze dzieci". Książka do kupienia w Publio >>>

Dr Maria Banaszak. Certyfikowana specjalistka psychoterapii uzależnień, psychoterapeutka poznawczo-behawioralna i badaczka społeczna. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego oraz Freie Universität Berlin. Pracuje w Ośrodku Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień Monar w Głoskowie. Dyrektor Hostelu dla Osób z Zaburzeniami Psychicznymi, pełnomocnik Zarządu Głównego Stowarzyszenia Monar ds. badań i rozwoju oraz doradca naukowy przy projektach aplikacji mobilnych służących predykcji i zapobieganiu nawrotom w uzależnieniach.

Agata Jankowska. Dziennikarka i reportażystka. Pisze dla magazynów "Forbes Woman" i "ELLE Polska", wcześniej dla tygodnika "Wprost" i "Przekrój". Nominowana do nagrody Grand Press. Współautorka książki "Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta".