Pomocnik
W małych miastach i na wsiach wciąż jest mało psychologów (Jakub Orzechowski/ Agencja Wyborcza.pl)
W małych miastach i na wsiach wciąż jest mało psychologów (Jakub Orzechowski/ Agencja Wyborcza.pl)

*Weekend.gazeta.pl wspólnie z Polską Akcją Humanitarną uruchamiają akcję "Pomocnik". W jej ramach przygotowaliśmy darmowy e-book dla rodziców i opiekunów dzieci i nastolatków, które przechodzą trudny czas, zmagają się z kryzysem psychicznym.

Monika Chrapińska-Krupa od prawie sześciu lat prowadzi prywatną poradnię psychologiczną w Wołominie, 20 km od Warszawy.

Maria Suchodolska-Wójcicka ma prywatny gabinet psychoterapeutyczny oraz pracuje w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Wolbromiu, 40 km od Krakowa.

Mariusz Wielgus od ponad 10 lat pracuje jako psycholog w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Dąbrowie Tarnowskiej, 20 km od Tarnowa. Od trzech lat prowadzi tam także prywatny gabinet.

Nisza

Monika Chrapińska-Krupa nie spodziewała się, że zapotrzebowanie na pomoc psychologiczną pod Warszawą będzie aż tak duże. – Zaczynałam od jednego gabinetu w Kobyłce, potem, gdy zespół się powiększył, otworzyłam drugi, potem trzeci, od marca 2021 roku mamy już dziewięć gabinetów. I nie narzekamy na brak pracy. Gdy we wrześniu 2021 dwie 13-latki popełniły samobójstwo, wielu rodziców zaczęło się zgłaszać w sprawie swoich dzieci i upewniać się, czy czegoś nie przegapili – opowiada.

W małych miastach i na wsiach jest nisza. – Klienci doceniają, że mają psychologa blisko i nie muszą kombinować, jak tu znaleźć czas, żeby zawieźć dziecko do specjalisty w Warszawie. Coraz więcej osób wyjeżdża ze stolicy, chcą z niej uciec. I tu szukają dostępu do usług, także psychologicznych. Jednocześnie wciąż walczymy ze stereotypem, że tylko w dużych ośrodkach miejskich pracują najlepsi specjaliści – podkreśla psycholożka.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Psychologowie nie spodziewali się, że zapotrzebowanie na pomoc psychologiczną w małych miastach i na wsiach jest aż tak duże (Przemysław Skrzydło/ Agencja Gazeta)

Maria Suchodolska-Wójcicka przez kilka lat pracowała w poradniach publicznych w Wolbromiu jako psycholog - pracowała z dziećmi i dorosłymi. – Ograniczenia nakładane przez Narodowy Fundusz Zdrowia nie pozwalały na zapewnienie odpowiedniej częstotliwości i długości terapii – mówi. Postanowiła otworzyć prywatny gabinet na samym rynku. – Jak wieszałam tabliczkę na budynku, to przechodzący ulicą ludzie z zaciekawieniem reagowali: O, będzie psycholog! – opowiada.

Na początku bała się, że zabraknie pacjentów, ale szybko zaczęli się pojawiać. Dziś myśli, że cieszą się, że mają na miejscu specjalistę.

Mariusz Wielgus, który pracuje zarówno z młodzieżą, jak i dorosłymi, prowadzi listę rezerwową pacjentów – tak duże jest w Dąbrowie Tarnowskiej zapotrzebowanie. Z jego perspektywy małe miasta mają ciągle problem z dostępem do specjalistów. – W wielu poradniach nie ma podziału na psychologów zajmujących się diagnozą i psychoterapią, a brakuje i jednych, i drugich – mówi.

Sam głównie prowadzi terapię, ale zdarza się, że musi zajmować się diagnozą. A to sprawia, że jego pacjentom przepadają terminy na spotkania psychoterapeutyczne. Psychiatra dziecięcy? Najbliższy pracuje w odległym o 20 km Tarnowie. Czas oczekiwania na wizytę na NFZ wynosi kilka miesięcy.

Brak anonimowości

Mariusz Wielgus mówi, że bycie jednym z niewielu psychoterapeutów w powiecie sprawia, że czasami trafiają do niego dzieciaki z jednej szkoły, klasy, a nawet z tej samej rodziny. – Niektórym to nie przeszkadza, że mają wspólnego terapeutę, ale innym tak. W tej chwili mam na terapii trzy kuzynki. Każda z nich powinna teoretycznie być u innego terapeuty, ale nie mam ich za bardzo komu przekazać. Zresztą wszystkie chcą chodzić do mnie. Rodzeństwa staram się rozdzielać, bo to zbyt bliska relacja i nie byłoby to dobre dla ich terapii – tłumaczy.

Gabinet psychologiczny 'Spokój w głowie' prowadzony przez Monikę Chrapińską-Krupę (materiały archiwalne) , Monika Chrapińska-Krupa (materiały archiwalne)

W małym mieście, tym bardziej na wsi, nie ma anonimowości. – Dzieci chodzą do tej samej szkoły, a potem spotykają się w tej samej poradni – opowiada Monika Chrapińska-Krupa. – Nawet jeżeli nie są z jednej klasy, to rozpoznają koleżanki i kolegów ze szkolnego korytarza albo widzą, że do psychologa chodzi dziecko z sąsiedztwa. Gdy o kimś opowiadają, posługują się imionami i nazwiskami. I my wiemy, że to wymienione dziecko też chodzi do poradni. Nigdy nie zdradzamy tej wiedzy dzieciom czy rodzicom – opowiada.

Stykanie się ze sobą kolegów i koleżanek w poradni sprawia, że chodzenie do psychologa staje się czymś normalnym. Najwięcej klientów dowiaduje się o psychologach tzw. pocztą pantoflową. – Sąsiad wie, że sąsiadka poszła do psychologa i ten jej pomógł, więc zaczyna myśleć: chyba nie ma nic w tym złego, żeby "pogadać", i sam wkrótce pojawia się w gabinecie. Tak rośnie świadomość i akceptacja dla pomocy psychologicznej – dodaje Chrapińska-Krupa.

- Ma też wrażenie, że zwłaszcza wśród nastolatek jest to jakiś trend: fajnie mieć swojego terapeutę. Dzieci między sobą rozmawiają, polecają sobie psychologów – opowiada. I najczęściej to nastolatki proszą swoich rodziców, żeby poszli z nimi do psychologa. – Bo rodzice nie widzą powodu, żeby zwracać się po taką pomoc, albo nastolatkowie nie chcą się zwierzać rodzicom ze swoich problemów – dodaje.

Zobacz wideo Uratować choć jedno

Przy pieczywie

Brak anonimowości, jak mówi Maria Suchodolska-Wójcicka, jest prawdopodobnie bardziej kłopotliwy dla niej niż dla jej pacjentów. – Fakt, że moimi pacjentami są mieszkańcy miasteczka, w pewnym sensie ogranicza mnie samą. Jeśli przyjdzie do mnie, załóżmy, kosmetyczka, to ja już nie będę mogła skorzystać z jej usług. To byłoby nieprofesjonalne i wbrew kodeksowi etycznemu.

Monikę Chrapińską-Krupę wiele osób w Wołominie rozpoznaje. – Na początku to było miłe, ale teraz czasami mi przeszkadza. Mam nastoletniego syna, więc sporo osób wie, że "ten chłopiec to syn tej pani psycholog". Jeśli w jego klasie proponują mi poprowadzenie warsztatów psychologicznych – odmawiam. Staram się nie udzielać darmowych porad w kolejce do warzywniaka czy u kosmetyczki. Ważnych tematów nie będę przecież omawiać przy pieczywie! Rozmowa terapeutyczna powinna przebiegać w odpowiednich warunkach: w atmosferze dyskrecji, zaufania i zaangażowania, zarówno psychologa, jak i klienta. Poza gabinetem chcę być normalnym człowiekiem.

Mariusz Wielgus przyznaje, że w sklepie czy na ulicy pacjenci czasem go zaczepiają. – Zazwyczaj ci, którzy skończyli już u mnie terapię i chcą podzielić się spostrzeżeniami, coś szybko omówić. Jak tylko mam czas, poświęcam im chwilę, dla mnie najważniejsze jest, żeby czuli się zaopiekowani. Ludzie mnie w powiecie kojarzą, ale na szczęście nie jestem jeszcze Cristiano Ronaldo wśród psychologów! Doby by mi chyba wtedy nie starczyło, żeby z każdym porozmawiać! – żartuje.

"Bo co ludzie powiedzą"

Największy opór przed chodzeniem do psychologa? – Dostrzegam go w najstarszym pokoleniu – mówi Monika Chrapińska-Krupa. – Na wsi jest sporo rodzin wielopokoleniowych. Trafiają do mnie czasem rodzice z dziećmi i zaznaczają, że dziadkowie nie mogą o niczym wiedzieć. Starsi ludzie uważają, że "ich wnuczek to nie wariat", a z pomocy psychologa korzysta się, gdy problemy są już naprawdę poważne. Z drugiej strony spotykam też babcie i dziadków, którzy bardzo wspierają swoich wnuczków i cieszą się, że dzieci mają dostęp do psychologa, bo oni sami w młodości nie mieli takich możliwości.

Mariusz Wielgus: – Pamiętam takie sytuacje: jest ryzyko, że uczeń popełni samobójstwo, konieczne jest wezwanie karetki, ale szkoła postanawia powiadomić najpierw rodzica. A rodzic podchodzi do tego sceptycznie, z obawy przed tym, co powiedzą sąsiedzi.

Bardziej otwarte na pomoc psychologiczną są kobiety. – Jeżeli w centrum zainteresowania mamy dziecko, to udział obojga rodziców jest konieczny – zastrzega Mariusz Wielgus. – Jedna osoba nie udźwignie wszystkiego, musi też mieć wsparcie od partnera, a nie u boku kogoś, kto będzie podważać jej metody.

Maria Suchodolska- Wójcicka (materiały archiwalne) , Gabinet Marii Suchodolskiej-Wójcickiej (materiały archiwalne)

Maria Suchodolska-Wójcicka czasem słyszy od matek, że ojciec na pewno się nie pojawi, bo dużo pracuje, często wyjeżdża. – Albo ona mówi wprost, że próbowała go przekonywać, ale po kolejnym "przesadzasz", "wyolbrzymiasz" się poddała – opowiada. W skrajnych przypadkach zdarza się, że matki w ogóle nie informują ojców, że dziecko poszło do psychologa. – Kobietom wydaje się, że nie ma takiej potrzeby. A czasem lękają się reakcji mężów. Bywa, że mężczyzna ma problemy z alkoholem i boją się, że u psychologa wszystko wyszłoby na jaw.

Dziś Maria inaczej reaguje na takie uniki: – Kiedyś nie naciskałam na obecność ojca, ale zmieniłam podejście – nie dopuszczam do tego, żeby nie wiedział o sytuacji dziecka. Zdarza się, że sama do niego telefonuję i zapraszam go na spotkanie.

Monika Chrapińska-Krupa ma nieco inne podejście: – Ważne, że przynajmniej jeden rodzic jest zaangażowany. Chociaż są też przypadki – zwłaszcza wśród nastolatków – że ani mama, ani tata nie interesują się terapią dziecka, po prostu dają mu pieniądze na wizyty. Nasz wpływ na rodzica jest ograniczony.

Suchodolska-Wójcicka stawia hipotezę, że w małym mieście jest niższa świadomość tego, jaką funkcję pełni psycholog i na czym polega terapia. Część osób, które trafiają do jej gabinetu, pierwszy raz w życiu zwróciła uwagę na swoje zdrowie psychiczne. – Wydaje im się, że terapia to wysłuchanie czegoś w rodzaju wykładu albo otrzymanie garści porad i problem zostanie rozwiązany. Zmorą psychologów dziecięcych jest często to, że rodzice, gdy tylko zobaczą poprawę u dziecka, przedwcześnie zabierają je z terapii, kiedy zmiany jeszcze się nie ugruntowały – dodaje.

Mariusz Wielgus: – Przyszedł do mnie ojciec z nastolatkiem. I mówi, że syn go nie słucha. Był przekonany, że zajmę się jego dzieckiem, powiem kilka magicznych słów i problem naprawię. W jakim był szoku, gdy okazało się, że na pierwszej wizycie cały czas rozmawiam nie z synem, ale z nim. Rodzice często nie rozumieją, że aby sytuacja w domu się poprawiła, musimy najpierw dowiedzieć się, w jakim systemie rodzina funkcjonuje. I jeśli okaże się, że ten system nie działa sprawnie, to zaczynamy go powoli modyfikować.

Pytam Mariusza Wielgusa, co działo się w tej konkretnej rodzinie. – Rodzice nie stawiali żadnych granic. Dopóki dziecko było małe, nie było większych problemów, ale kiedy syn wszedł w fazę buntu, to wszystko się zmieniło – mówi.

'Mam do czynienia z nastolatkami, które zamykają się w domach, boją się zmierzyć z wyzwaniami życia nastoletniego, wchodzić w związki, samookaleczają się' (Jakub Orzechowski/ Agencja Gazeta) , (Tomasz Pietrzyk/ Agencja Gazeta)

Problemy

Gdy pytam o problemy dzieci w miasteczkach i na wsiach, psychologowie nie potrafią odpowiedzieć, czy różnią się one czymś od tych, które mają młodzi w dużych miastach. Jeśli już coś się zmienia, to w czasie, a nie w miejscu.

Gdy zaczynałam pracę te kilka lat temu, rodzice zjawiali się u mnie przede wszystkim z problemami wychowawczymi - lękiem separacyjnym w procesie adaptacji do przedszkola, szkoły, zaburzeniami koncentracji. W tej chwili mam do czynienia z nastolatkami, które zamykają się w domach, boją się zmierzyć z wyzwaniami życia nastoletniego, wchodzić w związki, samookaleczają się, mają myśli samobójcze. Wiele z nich pada ofiarą przemocy rówieśniczej. Dzieci obecnie mają znacząco mniej okazji do ćwiczenia swoich umiejętności społecznych. Znają dobrze nowe technologie, ale świat skomplikowanych relacji międzyludzkich, który dawniej poznawały "na podwórku", jest im coraz bardziej odległy – opowiada Maria Suchodolska-Wójcicka.

Zdarza się, że do jednego psychologa przychodzą i sprawca, i ofiara szkolnej przemocy. Ma to wbrew pozorom swoje plusy. – Znając wersję obu stron, możemy próbować załagodzić konflikt – przekonuje Monika Chrapińska-Krupa.

Ale czasem załagodzić się nie da. Dla dobra dziecka podejmowana jest decyzja o jego przeniesieniu do innej szkoły. Tyle że w naprawdę małych miejscowościach placówka jest jedna. W Wołominie, gdzie pracuje Monika, na szczęście mają kilka szkół. – Chodziła do mnie przez jakiś czas dziewczynka, z której dzieci się wyśmiewały, wyzywały od grubych, dokuczały, bo miała rozwiedzionych rodziców. Udało się ją przenieść do innej szkoły, kilkanaście ulic dalej. Tam miała czystą kartę. Trafiła do klasy sportowej, okazało się, że świetnie gra w siatkówkę, od razu znalazła koleżanki.

Chrapińska-Krupa zaznacza, że wiele dzieci trafia do gabinetów psychologicznych z lękami, depresją. Mariusz Wielgus mówi: – To się zaczęło już przed pandemią. Dzieciaki przychodzą i mówią, że nie czują satysfakcji z życia, że aktywności, które kiedyś sprawiały im przyjemność, dawały im poczucie sensu, dziś im tego nie dają. Że życie jest beznadziejne, nic im nie wychodzi. Więc muszą się ukarać i na przykład się okaleczają.

'Młodzi ludzie są przytłoczeni ilością nauki, ale nie potrafią odpuścić, bo od wczesnego dzieciństwa czuli presję rodziców i otoczenia, że mają osiągać dobre wyniki' (Jakub Orzechowski/ Agencja Gazeta) , Dzieci bardzo dużo czasu poświęcają na naukę (Tomasz Stańczak/ Agencja Gazeta)

Mariusz upatruje przyczyn tego stanu w braku wsparcia ze strony rodziców i dojmującej samotności. – Młodzi ludzie nie czują się zrozumiani. Są przytłoczeni ilością nauki, ale nie potrafią odpuścić, bo od wczesnego dzieciństwa czuli presję rodziców i otoczenia, że mają osiągać dobre wyniki, że to jest najważniejsze. Czasem trudno jest przekonać nastolatka, że nie musi zawsze dawać z siebie 100 proc., że czasem wystarczy 80 – mówi i dodaje: – Izolują się w domach, grają w gry, siedzą w internecie. A potem mają ogromny problem z budowaniem relacji. Każde odrzucenie odbierają jako ogromną porażkę.

Monika zauważa pewną specyfikę małych miast i wsi. – Dzieciaki mają tu paradoksalnie mniej możliwości, żeby się ze sobą spotykać po szkole. Często mówią, że w ich okolicy nikt ze znajomych nie mieszka. Nie mają jak dojechać do koleżanki czy kolegi, bo autobusy nie kursują, a rodzicom brak czasu, żeby dzieci zawieźć do znajomych, a potem odebrać.

Międzypokoleniowe traumy

Maria Suchodolska-Wójcicka podkreśla, że dorosłym się wydaje, że dziecko niewiele rozumie i widzi. – Ostatnio do punktu dla ofiar przemocy trafiła kobieta, której 7-letnie dziecko było świadkiem próby samobójczej ojca, który od lat nadużywał alkoholu. Matka wierzyła, że dziecko i tak niewiele rozumiało. A to nie była prawda. Przekierowałam ją do poradni psychologicznej. Na terapię poszła i ona, i dziecko – opowiada.

Jej zdaniem na najmłodszych członków rodzin wpływ mają nieprzepracowane problemy dorosłych, także te z przeszłości. – Jeżeli w rodzinie był problem alkoholowy, nawet dwa pokolenia wstecz, i dziadkowie lub rodzic sobie z nim nie poradzili, to bardzo możliwe, że odbije się to na dziecku. Rodziny mogą być zatruwane przez różne tajemnice, które sprawiają, że dorośli nie są gotowi na przyjęcie trudnych emocji dzieci, bo nigdy dotąd nie mierzyli się ze swoimi – tłumaczy Suchodolska-Wójcicka.

Na najmłodszych członków rodzin wpływ mają nieprzepracowane problemy dorosłych, także te z przeszłości (Adrianna Bochenek/ Agencja Gazeta)

Trafił do niej na terapię 6-letni chłopiec, który miał ogromny lęk separacyjny. Nie był w stanie ani na chwilę rozstać się z rodzicami. – Kontakt z dzieckiem był trudny – chłopiec przeżywał przytłaczający lęk, kiedy matka próbowała wyjść z pokoju. Prowadziłam więc jego terapię w obecności mamy lub przy otwartych drzwiach, żeby dziecko miało cały czas z nią kontakt wzrokowy – opowiada.

Dowiedziała się od kobiety, że jako dziecko z jakichś powodów została oddana przez rodziców na wychowanie babci. – Mieli jeszcze syna, być może uznali, że sami nie dadzą rady z dwójką, że córce będzie lepiej u babci. Gdy ta kobieta, teraz mama, mi o tym opowiedziała, doświadczyła uczuć dziecka, którym wtedy była. To był ważny moment, prawdopodobnie po raz pierwszy przyznała się przed sobą, jak trudne to dla niej było. Po naszej rozmowie z sesji na sesję stan jej syna zaczął się poprawiać. Prawdopodobnie matka przeniosła na syna swój stłumiony lęk przed rozstaniem.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Gdy psychologowie pracują z dziećmi, to często właśnie nad nieprzepracowanymi traumami ich rodziców. – Słyszę od rodziców: ja to dopiero miałem źle, byłem bity, mój ojciec ciągle pił. Moje dziecko ma wszystko, więc dlaczego cierpi? Nie rozumieją, że dzieci częściowo cierpią za nich – podsumowuje Suchodolska-Wójcicka.

Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. W mediach od 2011 roku. W redakcji magazynu Weekend od 2019 roku. Współautorka zbioru reportaży "Przewiew". Jedna z laureatek konkursu "Uzależnienia XXI wieku" organizowanego przez Fundację Inspiratornia. Jeśli chcesz się podzielić ze mną swoją historią, napisz do mnie: ewa.jankowska@agora.pl.

"Pomocnik" jest dla Was, nie jesteście sami

Gazeta.pl wspólnie z Polską Akcją Humanitarną uruchamiają akcję "Pomocnik". W jej ramach przygotowaliśmy ebook dla rodziców i opiekunów dzieci i nastolatków, które przechodzą trudny czas, zmagają się z kryzysem psychicznym. "Pomocnik" jest dostępny do ściągnięcia za darmo. Na stronie "Pomocnika" czekają też materiały wideo stworzone we współpracy z dr Anetą Górską-Kot oraz liczne artykuły, reportaże i wywiady z ekspertami i ekspertkami. I będzie ich stale przybywać. Bo kryzys polskiej psychiatrii dziecięcej i oficjalne statystyki samobójstw to jedynie wierzchołek góry lodowej. Nie chodzi tylko o próby i śmierci samobójcze, depresje i inne poważne rozpoznania. Pod nimi są setki tysięcy codziennych, samotnych dramatów dzieci i nastolatków, a pandemia tylko te cierpienia spotęgowała. Ich rodzice i opiekunowie też cierpią. "Pomocnik" jest dla Was, nie jesteście sami.

POBIERZ POMOCNIK