Społeczeństwo
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)
Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Konserwatywni politycy, zwłaszcza amerykańscy, mają to do siebie, że wszystko im się w głowach łączy z nieczystością i zagrożeniem moralnym, ale "szwedzki grzech" przynosił światu przede wszystkim dużo ekscytacji w postaci zmysłowej nagości w głośnych szwedzkich filmach takich jak "Wakacje z Moniką" Bergmana czy "Jestem ciekawa w kolorze żółtym" Vilgota Sjömana. Premierze "Wakacji z Moniką" w Stanach Zjednoczonych towarzyszyły hasła reklamowe niemające wiele wspólnego z koncepcją kina artystycznego, której hołdował Bergman.*

"Do you believe in Swedish sin?" – pytały plakaty. Czy wierzysz w szwedzki grzech? Inne wyjaśniały, że bohaterka szwedzkiego reżysera do grzecznych nie należy: "Monika. The story of a bad girl!". Z kolei "Jestem ciekawa w kolorze żółtym" Sjömana z 1967 roku to do dziś największy szwedzki hit eksportowy.

Szwedzkie "zepsucie", którym się gorszył i które podziwiał świat, miało być efektem wczesnego (już w 1955 roku) wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej w tutejszych szkołach i wczesnej legalizacji środków antykoncepcyjnych.

Inna rzecz, że pierwszy szwedzki podręcznik wiedzy o seksie dla szkół autorstwa Lis Askund i Torstena Wickboma nie miał w sobie wiele wyzwolenia. Podkreślano w nim znaczenie powściągliwości seksualnej oraz doradzano wczesne wchodzenie w związki małżeńskie. Z książką tą, zwłaszcza z jej hipokryzją, rozprawiła się bezlitośnie w roku 1962 Kristina Ahlmark-Michanek, o której opowiadała Agneta Pleijel. Jej cieniutka książeczka "Jungfrutro och dubbelmoral" ("Kult dziewictwa i podwójna moralność") wywołała w Szwecji wielkie poruszenie i na zawsze zmieniła sposób myślenia. Dziś mówi się o niej jako właściwym początku rewolucji seksualnej po drugiej stronie Bałtyku.

W książce Ahlmark-Michanek niektórych oburzyło, a innych zachwyciło radykalne odrzucenie ideału "wielkiej miłości" jako jedynego powodu do uprawiania seksu. Autorka proponowała, by dać wszystkim, także kobietom, prawo do swobodnego odkrywania seksualności i proklamowała seks przyjacielski. Jednocześnie oskarżała społeczeństwo szwedzkie o podwójną moralność i uprawianie kultu dziewictwa, które bardziej pasuje do katolickiej Sycylii i generalnie do krajów Europy Południowej, gdzie "dzieli się kobiety na dziewice Maryje i dziwki".

Kolejne wydania książki reklamowano cytatem z potępiającej ją recenzji autorstwa pastora Gunnara Anselma: "To działalność dywersyjna przeciw naszemu narodowi, zwłaszcza przeciw młodzieży" – pisał duchowny. Mam wrażenie, że polscy wydawcy nie wpadli jeszcze na pomysł reklamowania w podobny sposób odważnych książek, może czas to zmienić.

Szwecja ma czasem tendencję do przeceniania swojego wpływu na świat, więc trudno powiedzieć, czy rację mają publicyści, którzy uważają, że to właśnie szwedzki otwarty stosunek do seksualności zainicjował rewolucję seksualną na Zachodzie. Nie ma jednak wątpliwości, że miał on wpływ na wielu ludzi poza granicami kraju.

Cieniutka książeczka 'Jungfrutro och dubbelmoral' ('Kult dziewictwa i podwójna moralność') wywołała w Szwecji wielkie poruszenie i na zawsze zmieniła sposób myślenia (fot. Shutterstock)

Krytyk filmowy Jan Holmberg wspomina festiwal filmowy w Meksyku, który odwiedził parę lat temu, by wygłosić wykład o fali szwedzkich filmów z dużą dozą zmysłowości. Opowiadając o tym, żartował, że w latach 60. i 70. ubiegłego wieku nawet ambitne kino ze Szwecji reklamowane było jako pornografia. Po wykładzie podszedł do niego starszy pan, który pamiętał czasy masakry w stolicy Meksyku w 1968 roku.

"Szwedzkie filmy, z których sobie żartowałeś, pokazały mi po tym, co się stało, że możliwy jest inny świat. W nich nie chodziło tylko o nagość! Chodziło o to, że może istnieć coś takiego, jak wolność!" – pouczył Holmberga ze łzami w oczach.

Dzisiejszą Szwecję charakteryzuje duża tolerancja dla indywidualnych wyborów zarówno tych miłosnych, jak i czysto seksualnych. Nie oznacza to jednak powrotu hippisowskich klimatów. Pod pewnymi względami Szwecja jest nawet bardziej rygorystyczna i purytańska od wielu krajów europejskich – przykładowo penalizuje prostytucję.

Szwedów trudno zgorszyć, a ich stosunek do erotyki i do związków jest wolnościowy. Być może łączy się to ze "szwedzką teorią miłości", o której wspominałam w mojej książce o samotności, a którą opisali w książce "Är svensken människa?" ("Czy Szwed jest człowiekiem?") Henrik Berggren i Lars Trägårdh.

Autorzy ci twierdzą, że dążenie do niezależności jest podstawową cechą społeczeństwa szwedzkiego, co z kolei silnie wpłynęło na daleko idącą dobrowolność wszelkich relacji międzyludzkich:

"W Szwecji istnieje wyobrażenie o czystej miłości, o uczuciu, które nie jest zbudowane na wzajemnej zależności, ale którego podstawą jest autonomia jednostek". Być może właśnie te słowa, a nie mit o "szwedzkim grzechu", są kluczem do zrozumienia szwedzkich serc.

***

To będzie krótka opowieść o miłości, bo w związku Jonasa i Nilsa nie ma nic nadzwyczajnego. Zwykłość nad zwykłościami. Jonas, przystojny mężczyzna po czterdziestce, ceniony architekt, świetnie ubrany i z dużą dozą osobistego uroku, kilkakrotnie uśmiecha się przepraszająco podczas naszej rozmowy:

– Wybacz, ale jesteśmy trochę nudni – powtarza. – Nie ma w nas nic specjalnego.

W ogóle jest zdziwiony, że chcę z nimi zrobić wywiad. Naprawdę? Przecież są zwykłymi facetami po czterdziestce, mieszkającymi w willi na przedmieściach. Pochłania ich praca i życie rodzinne. No mają bliźniaczki, to fakt, to jest rzeczywiście wyzwanie.

Kiedy przyjechali z maleństwami do domu, znajomy, który miał już odchowane, niemal dorosłe bliźniaki, powiedział im, że nie chciałby znaleźć się ponownie na ich miejscu. I rzeczywiście w pierwszych latach było tak, że nie mogli nadążyć, ciągły stres. Ale teraz dziewczynki mają po dziewięć lat. Jest łatwiej. Jonas i Nils są małżeństwem od 2012 roku.

Ale nie pamiętam dokładnie, kiedy się spotkaliśmy – stwierdza Jonas, sam tym zdziwiony. – To chyba wskazuje na mój brak romantyzmu. To musiał być rok 2009. Byliśmy obaj tuż przed trzydziestką. Po paru latach wzięliśmy ślub, bo chcieliśmy mieć taką zwykłą, tradycyjną rodzinę.

Na dzieci zdecydowali się mniej więcej wtedy, kiedy wszyscy inni wokół.

– Coraz więcej przyjaciół miało dzieci, więc po prostu poczuliśmy, że to ten moment. Poza tym chcieliśmy też mieć jakieś życie po odchowaniu dzieci, więc nie czekaliśmy za długo.

Jonas martwi się, że mnie zanudza tą swoją przewidywalnością i robieniem wszystkiego jak inni, a ja myślę, jak przedziwna jest ludzkość. To, co w moim pierwszym kraju uchodzi za szczyt kontrowersji i budzi wściekłość oraz stanowczy protest licznych polityków i dużej części społeczeństwa, w Szwecji jest czymś tak normalnym, że aż nudnym. Tęczowa rodzina? No i co z tego?

Zwykła rzecz. Jonas i Nils nie chodzili nawet z dziewczynkami do przychodni dla maluchów z tęczowych rodzin ani nie uczęszczali z nimi na zajęcia dla tęczowych rodziców na urlopach wychowawczych.



Nie robili tego, bo nie czuli potrzeby, a poza tym nie mieszkają w takiej części miasta, gdzie jest szczególnie dużo rodzin LGBT. Gdyby mieszkali na artystycznym Södermalm, byłoby inaczej. Ale oni chcieli mieć dom z ogrodem.

Zdjęcie ilustracyjne (fot. Shutterstock)

Wiesz – mówi Jonas – ja tak naprawdę nigdy nie czułem, że to, iż jestem gejem, jest szczególnie ważne. Dorastałem w świecie, w którym najważniejsze było, aby być tym, kim się jest naprawdę. A ja naprawdę kocham mężczyzn. Konkretnie Nilsa. I już. Oczywiście coming out był związany z jakimś stresem, ale nie był to szczególnie dramatyczny proces. Kiedy spotkałem Nilsa, szybko poczuliśmy, że chcemy mieć w przyszłości dzieci. Dla mnie fakt, że żyję z mężczyzną, nie był nigdy powodem, dla którego miałbym nie móc wybrać tego, jak ma wyglądać moja rodzina i jak chcę żyć. A chciałem żyć życiem dość zwykłym, jak przeciętny Svensson. Mówisz, że po polsku Svensson to Ko-wal-ski? No właśnie, chciałem nim być. Oczywiście, jeśli człowiek nie jest osobą w pełni normatywną, to wybranie życia zwykłego Svenssona też jest swego rodzaju wyborem politycznym. Jestem tego świadomy. Ale nie zgadzam się z koncepcjami, że miałoby to być naśladowanie heteronormatywnych wzorców. Kiedy tak z tobą rozmawiam, dochodzę do wniosku, że może nie do końca zdaję sobie dziś sprawę z tego, że Szwecja jest krajem, który zaszedł w temacie tolerancji dość daleko. Człowiek łatwo się przyzwyczaja do tego, co ma.

Szwecja zaszła w tolerancji na tyle daleko, że kiedy dwaj mężczyźni żyją w związku małżeńskim i mają córki, to nie jest to niczym dziwnym dla sąsiadów, otoczenia, szkoły. Choć oczywiście, jeśli jest się parą mężczyzn pragnących dziecka, to nie jest to takie proste do przeprowadzenia. W Szwecji bardzo popularne jest adoptowanie dzieci z innych krajów, ale większość z nich nie wyraża zgody na to, by dzieci kierowane do adopcji trafiały do rodzin LGBT. Dlatego córki Jonasa i Nilsa urodziły się w Indiach z matki surogatki. To rozwiązanie jest w niektórych kręgach uważane za kontrowersyjne, ale zarazem sankcjonowane przez prawo.

Mieliśmy trochę problemów organizacyjnych, ale otrzymaliśmy spore wsparcie od różnych instytucji i organizacji. Kobieta, która nam pomogła w Indiach, nie chciała utrzymywać z dziewczynkami kontaktu. Miała już swoje dzieci, inne życie. Nasze córki oczywiście wiedzą, jak się pojawiły na świecie, choć są na tyle małe, że nie opowiadaliśmy im wiele o szczegółach. Wiedzą, że pomogła nam wspaniała kobieta w Indiach i że dzięki niej mogły się urodzić i trafić do nas. Urodziły się przez nieplanowane cesarskie cięcie i były wcześniakami, więc spotkaliśmy je dopiero po dwudziestu czterech godzinach od narodzin. Ale potem byliśmy już cały czas razem. Zanim się pojawiły, najbardziej martwiłem się o to, czy może nie będzie tak, że przymusowo wciśniemy dzieci w rolę swego rodzaju ambasadorek naszego stylu życia, naszego typu rodziny. Rozumiesz, że będą musiały jakoś bronić tego, że ich rodzice nie są tacy jak większość par, że nie mają mamy, lecz dwóch ojców. Bałem się nawet tego, że będą miały przez to przykrości w szkole, wśród rówieśników.

– A jak było? Jak jest? – pytam.

Ku mojemu zdumieniu okazało się, że naprawdę nie mieliśmy żadnych takich problemów. Mimo że, jak już wiesz, nie mieszkamy w dzielnicy artystycznej, w której wszyscy głosują na lewicę, tylko w okolicy uchodzącej za dość konserwatywną. W przedszkolu dziewczynek i w podstawówce była tylko jeszcze jedna rodzina tęczowa składająca się z dwóch mam i dzieci. Ale nie doświadczyliśmy uprzedzeń.

Owszem, zdarzały się sytuacje, kiedy na przykład w podręczniku szkolnym było zadanie dla uczniów, żeby opisali święta Bożego Narodzenia, gdy mama była mała. Albo przychodziły papiery ze szkoły, w których trzeba było wpisać numery telefonów mamy i taty. Na szczęście nie jesteśmy z mężem osobami przewrażliwionymi, reagującymi na takie rzeczy złością. Należymy do tych, którzy zawsze widzą szklankę do połowy pełną. Rozmawialiśmy więc ze szkołą o tym, że są dzieci, które nie mają mamy, nie tylko takie dzieci jak nasze, są w końcu także dzieci, których mama umarła, że należy to brać pod uwagę.

Na początku myśleliśmy, że bardzo ważne jest, żeby dziewczynki miały blisko siebie jakieś kobiety, które będą dla nich wzorcami, wsparciem. Szalenie istotny był wybór ich matek chrzestnych. Jest dziś w naszym otoczeniu, w rodzinie kilka kobiet, które mogłyby wziąć na siebie rolę starszych powierniczek, wsparcia, no wiesz, na przykład, kiedy dziewczynki dostaną miesiączkę, żeby mogły o tym porozmawiać z kobietą, ale na razie za bardzo nie było takich sytuacji. Powtarzamy dziewczynkom, że gdyby chciały porozmawiać o czymś bardzo kobiecym tylko z kobietą, to mogą się zwrócić do babci i do cioci, i do przyjaciółki. Zapytałem je kiedyś, czy nie brakuje im mamy, odpowiedziały: – A dlaczego miałoby nam jej brakować? Być może zmieni się to z czasem, ale na razie jest tak. Kiedy były młodsze, w przedszkolu, i ktoś powiedział do nich coś o ich mamie i tacie, wołały: – Ale my mamy dwóch tatusiów! Rodzicielstwo wpłynęło na naszą relację z Nilsem, odebrało nam czas na nasze sprawy, ale jednocześnie bardzo nas wzmocniło.

A bywacie na sztokholmskim marszu równości Pride? – pytam.

Zobacz wideo "Trzymają nas cały czas w ryzach". Kobiety dopiero uczą się rzeczy, które są w standardach wiedzy o seksualności

Wiesz, że nie. Bywaliśmy, zanim urodziły się dziewczynki, ale potem już nie. Myślę, że akurat my nie jesteśmy takimi ludźmi, którzy mają potrzebę stania na barykadach, choć wiem, że te parady są bardzo ważne. W Szwecji już nie po to, by walczyć o nasze prawa, bo je mamy, ale żeby je zachować. Jednak sytuacja wygląda tak, że moje dzieci, które mają dwóch ojców, nie czują się inne od swoich rówieśników. Z tego powodu nie mam ochoty mówić im: słuchajcie, teraz będziemy szli w paradzie, żebyście pokazały, że jesteście dumne z tego, że jesteście inne.

Sztokholmski marsz równości (fot. Shutterstock)

Nie chcę im tego narzucać, jeśli kiedyś poczują taką potrzebę, to pójdziemy razem, oczywiście. Jednak, dopóki dla dziewczynek to najbardziej naturalna z naturalnych rzeczy, że mają dwóch tatusiów, nie chcę narzucać im poczucia, że tak nie jest.

– A co to jest miłość? – pytam na koniec tej rozmowy, w której nie ma kontrowersji, choć w moim pierwszym kraju są ludzie, którzy rwą włosy z głowy i plują na samo hasło "tęczowe rodzicielstwo".

– Och, to nie jest łatwe pytanie – wzdycha Jonas i przez jakiś czas myśli. – Dla mnie miłość jest bardzo silnie związana z poczuciem absolutnego zaufania do drugiego człowieka i absolutnego bezpieczeństwa. Miłość to przekonanie, że jest ktoś, kto zawsze będzie cię wspierał, we wszystkim i w każdej sytuacji, i ty też zrobisz dla niego wszystko. To niesamowite uczucie.

– Czy namiętność i seks są ważną częścią miłości?

– Myślę, że istnieje miłość bez namiętności, bo istnieje też przecież namiętność bez miłości. Tak, sądzę, że można mieć bardzo głęboką miłość bez seksu. Choć miłość i namiętność mogą też ze sobą współistnieć – mówi Jonas. – Boże – dodaje – wyobrażam sobie teraz, jaki muszę być w twoich oczach nudny…

*Fragmenty książki "Szwedzka sztuka kochania" Katarzyny Tubylewicz. Książka do kupienia w Publio >>>