Rozmowa
Po raz przebytym ataku paniki człowiek zaczyna się bać lęku, który nie tylko nie mija, ale eskaluje (Fot. Shutterstock.com)
Po raz przebytym ataku paniki człowiek zaczyna się bać lęku, który nie tylko nie mija, ale eskaluje (Fot. Shutterstock.com)

Byłam świadkiem ataku paniki: osoba powtarzała, że umiera, a ja widziałam, że nic niepokojącego się z nią nie dzieje. Przerażające. 

W takiej chwili do człowieka kompletnie nie przemawiają racjonalne argumenty. Po raz przebytym ataku paniki człowiek zaczyna się bać lęku, który nie tylko nie mija, ale eskaluje. 

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Kiedy powiedziałam znajomym, że będę z panią rozmawiać, od jednej z osób usłyszałam: "A może ja też kiedyś miałam atak paniki? A może to był stan przedzawałowy? Sama nie wiem".

Część objawów jest do zawału podobna: szybka akcja serca, pocące się ręce, przyspieszony oddech. Może pojawić się uczucie pustki w głowie i wrażenie "zaraz omdleję". Najczęściej za pierwszym razem wzywane jest pogotowie i człowiek trafia na SOR, gdzie dowiaduje się, że wszystko jest w porządku. Kiedy pojawiają się kolejne ataki, nie dzwoni więc już po karetkę, jednak pozostaje w nim ogromny lęk. Przede wszystkim przed rychłą śmiercią, ale też przed ryzykiem publicznego skompromitowania się.

(Fot. Shutterstock.com)

Taka osoba boi się, że nie będzie poważnie traktowana, bo czuje, że umiera, a lekarz mówi: "Wszystko jest w porządku". Jak długo trwa taki atak? 

Do pół godziny. Ale to może być moment, kilka minut. Stan uniesienia emocjonalnego będzie paradoksalnie przedłużany, kiedy osoba skupia się na tym, żeby się uspokoić. Najlepsze, co można zrobić, to przeczekać i pozwolić, by atak paniki samoistnie minął.

Brać głębokie oddechy? 

Mocne wdechy mogą zaszkodzić. Zalecane jest raczej oddychanie do torebki lub zatkanie jednej dziurki w nosie, żeby nie doszło do hiperwentylacji, ponieważ wtedy dochodzą kolejne niepokojące objawy, czyli zawroty głowy, wrażenie odrealnienia otaczającego świata.  

Pani pracuje głównie z ludźmi doświadczającymi lęków. W czasie pandemii i teraz, w obliczu wojny na Wschodzie - czy ma pani znacząco więcej pacjentów?

Nie. Epidemia bądź wydarzenia na świecie to nie są dominujące czynniki determinujące pojawienie się zaburzeń lękowych. Ale mogą być czynnikami spustowymi. Za ich sprawą coś, co się zbierało w człowieku na długo wcześniej, często przez lata, wyzwala się pod postacią na przykład ataku paniki. Jak kropla, która przelała już i tak wypełnione po brzegi naczynie.

Najczęściej, kiedy pytam o specjalistów o normę, zżymają się, a jednak wydaje mi się konieczne uściślenie: lęk jest nieodłącznie wpisany w życie człowieka, ale w którym momencie powinna się zapalić lampka?

Jak ja nie lubię wyznaczania "obiektywnych granic"! Lampka zapala się wtedy, kiedy człowiek sam uzna, że mu to przeszkadza w funkcjonowaniu. Często takim sygnałem alarmowym jest właśnie wystąpienie ataku paniki. 

To mocny sygnał. 

Niestety, czasem niewystarczająco mocny, aby zatrzymać się, przyjrzeć się sobie i dokonać w życiu zmian. Ludzie skupiają się na walce z atakami paniki, chcą usunąć nieprzyjemne objawy, nie dostrzegając, że kryje się za tym coś o wiele ważniejszego. Nie chodzi tu o to, by tylko usunąć lęk, bo on jest objawem wskazującym, że w życiu dzieje się coś niepokojącego.

Zależy mi na tym, żeby pokazać ludziom w terapii, że lęk jest czymś naturalnym. A fakt, że się zdarzył atak paniki, oznacza, że poziom lęku się podniósł. Organizm w ten sposób daje znać, że styl życia, który prowadzimy, nie jest dla nas wystarczająco korzystny. Równowaga w życiu jest zachwiana. I tym właśnie jest terapia: poszukiwaniem równowagi. 

Nie mam pewności, czy każdy instynktownie wie, jaki poziom lęku jest zbyt duży. Znam matki, które dzień i noc drżą o swoje dzieci i mówią: "Taką mam naturę. Moja matka też taka była".

Zgubne myślenie, bo jak ktoś uwierzy, że ma taką naturę, to z tego nie wyjdzie. Kluczowe jest uznanie, że lęk jest chwilowy. Tak jak atak paniki, który się wydarzył w jakimś momencie naszego życia i świadczy o tym, że jesteśmy w kryzysie. Tylko o tym! A kryzysy są nieodłączną częścią ludzkiego życia. Nie ma człowieka, który by kryzysu nigdy nie doświadczył. I tym też trzeba się zająć, gdy organizm daje nam sygnał w postaci lęku. Rozwiązywaniem tego kryzysu. 

(Fot. Shutterstock.com)

To, co pani mówi, jest bardzo pokrzepiające. A jeśli atak paniki się wydarzył, gdzie szukać pomocy? U psychiatry, psychologa?

Konsultacja z lekarzem jest na pewno w takiej sytuacji konieczna. Może się zdarzyć, że psychiatra włączy farmakoterapię. Jednak jeśli ktoś liczy, że dostanie pigułkę szczęścia, to tak to nie działa. Człowiek bierze leki i lęk na poziomie fizjologicznym jest tłumiony, a jednak - jak to mówią pacjenci - z tyłu głowy ciągle go mają. Tli się. A więc przychodzą na terapię. W większości po to, żeby się pozbyć lęku, a niekoniecznie, żeby dokonywać w życiu zmian. A to tak nie działa. Podobnie jak magiczne myślenie - w co część pacjentów pragnie wierzyć - że jak sobie znajdą niesamowite relaksacje, to przestaną odczuwać strach.  

Segment usług pod tytułem "relaks" jest imponujący: można iść na relaksacyjny masaż, pić relaksacyjną herbatę, pójść na tańce, jogę, pojechać do spa itd.

W przypadku pacjentów z lękiem to jak pudrowanie pryszczy. Owszem, można się na chwilę wyciszyć. Ale poziomu lęku nie zdołam na stałe obniżyć dzięki temu, że się nauczę lepiej oddychać albo lepiej relaksować. Trzeba się uczciwie przyjrzeć, jaki jest mój styl życia. Jak funkcjonuje moja osobowość? Z częścią osób już na pierwszej sesji udaje się złapać punkt zaczepienia, ale bywają pacjenci, którzy zaczynają terapię, mówiąc: "U mnie się nic nie dzieje. Ja nie wiem, skąd jest ten lęk". I to są najczęściej osoby, które tłumią złość. One nie mają kontaktu ze swoimi emocjami. Tłumiona złość przeradza się w lęk. W drugą stronę też to działa. 

Proszę wybaczyć naiwne pytanie, ale czy to są zachowania wynikające z socjalizacji? Ludzie zachowują się w pracy w określony sposób - starają się być uprzejmi, starają się współpracować. Przecież rozwiązaniem nie jest to, że się zacznie nagle wrzeszczeć na współpracowników.

Wrzask to agresja. Ludzie często ją mylą ze złością, natomiast w terapii chodzi o uświadomienie sobie swoich uczuć i przyjęcie emocji. Jeśli przestanę wypierać złość, mogę wykorzystać energię z niej płynącą, żeby zawalczyć o swoje potrzeby. One się kryją tak za złością, jak za lękiem, a gdy dochodzi do konfliktu potrzeb, często powstają zaburzenia lękowe. W poszukiwaniu balansu między pracą a relaksem lęk będzie się pojawiał wtedy, kiedy tempo życia będzie zbyt szybkie, będzie się ignorować oznaki zmęczenia, ale również wtedy, kiedy nie będzie rozwoju, a tylko nuda i bezruch. Nie zawsze udaje się znaleźć złoty środek. 

'U niektórych odpoczynek to kolejna pozycja w grafiku' (Fot. Shutterstock.com)

W tym chyba tkwi dramat większości współczesnych ludzi.

Niby to takie oczywiste, że balans jest ważny, ale co innego teoria, a co innego życie. U niektórych odpoczynek to kolejna pozycja w grafiku. 

W rubryce "odpoczynek" są książki noblistów i kino moralnego niepokoju lub sport, ale nie dla przyjemności, tylko wręcz wyczynowy?

No właśnie. Ktoś jeździ rowerem, ale nie ot tak, tylko bijąc kolejne rekordy – 50 km, 100 km. Kiedy taki człowiek dostanie ataku paniki, zamiast pomyśleć, że może trzeba zwolnić, będzie cisnąć jeszcze bardziej. Wie, że potrzebuje relaksu, więc ten relaks staje się obowiązkiem, a ten ktoś zaczyna się bać, że nie zdoła się wystarczająco zrelaksować. 

Mówiła pani, że kroplą, która przelała czarę goryczy, mogła być pandemia lub wojna. Czy osoby, które się do pani zgłaszają, mają wręcz pretensje do świata, że tyle w nim zła i przemocy?

Moment wybuchu wojny to było podważenie wiary w sprawiedliwość świata, natomiast powtórzę, że te wydarzenia były zapalnikiem. One wyzwoliły coś, co się w człowieku tliło.

W pracy z pacjentami skupiamy się nie na czynnikach zewnętrznych, ale wewnętrznych. Na osobowości. Młoda kobieta wyjechała na studia i tam zaczęła doświadczać ataków paniki. Kiedy z nią pracuję, skupiam się wyłącznie na tym, co się dzieje w niej. I okazuje się, że ona się bardzo bała tego wyjazdu. A ponieważ obserwowała, że inni się nie boją, to potęgowało napięcie. To, że do ataków paniki doszło w akademiku, nie wynika ani z zachowania osób wokół, ani z faktu wyprowadzki z domu rodzinnego, ale z niej samej. Z jej właściwości osobowościowych. Z jej zmagań z samą sobą. 

Została w mieście akademickim czy wróciła do rodzinnego domu?

Została i ma się bardzo dobrze. Gdy powiedziała sobie uczciwie, że się boi, to otworzyła się, poznała fajnych ludzi, zajęła się ciekawymi sprawami i to wszystko ją tak wciągnęło, że o lęku zapomniała. Co nie oznacza, że on zniknął. Nie można żyć bez lęku. On jest sposobem komunikacji organizmu z nami. Wyznacza granice.

Wiele osób zapiera się przed terapią i zmianą rękami i nogami, między innymi dlatego, że zmiana bywa trudna. Założę się, że trafiają do pani ludzie, którzy by chcieli, żeby pani ich szybciutko naprawiła, ale tak, żeby za bardzo nie trzeba było w tym wszystkim grzebać.

To są właśnie ci, którzy tłumią emocje. Choć najczęściej decyzja o pójściu na terapię oznacza gotowość do zmiany. Często taki człowiek już wcześniej był u psychiatry, co nieco się o lęku dowiedział i zdaje sobie sprawę, że coś zmienić będzie musiał.

Oczywiście źródłem zaburzeń lękowych mogą być również przeżyte traumy i jeżeli ataki paniki wystąpiły po latach, bo dotąd bolesne wydarzenia były gdzieś w człowieku schowane, to też jest pytanie, co takiego się zadziało, że teraz mamy do czynienia z ich emanacją. Wówczas konieczna jest terapia traumy. Natomiast jedno jest tu wspólne i konieczne: terapia i zmiana.  

A "żeby coś się zmieniło w twoim życiu - musisz coś zmienić w swoim życiu". Był czas, kiedy - bardzo upraszczam, za co przepraszam - o wszystkie nieszczęścia dorosłych obwiniano ostatecznie mamę czy tatę. Od razu mi przychodzi do głowy, że pewnie mówili delikwentowi: "Bądź twardy i nie płacz!", dlatego teraz jest pozamykany, tłumi złość i jest lękowy.

Wiele osób nie chce wracać w terapii do dzieciństwa, ale rozwiązywać problemy tu i teraz. To, o co pani pyta, to wielki temat, w którym mieści się między innymi kwestia brania odpowiedzialności za siebie i swoje życie. Ja pracuję z dorosłymi osobami, nie z dziećmi. Ważne jest poczucie, że to my możemy mieć na swoje życie wpływ. I to niezależnie od warunków, w których się znajdujemy - również epidemii i wojny za wschodnią granicą. Wiarę w taką sprawczość można uzyskać podczas terapii. Żeby nie przerzucać odpowiedzialności na rodzinę, wojnę i epidemię.

'Nawet gdyby rzeczywiście rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady, założyć tam agroturystykę i hodować kozy, to może się okazać, że człowiek ciągle się będzie bał, że mu te kozy uciekną' (Fot. Shutterstock.com)

A czy aby dojść do momentu komfortu, musi się dokonać rewolucja? Że jednak pracę w korporacji trzeba zostawić?

Nie o to chodzi, żeby rzucać pracę, ale zmienić do niej podejście. Zadbać o to, żeby życie nie było zawężane tylko do jednego obszaru. Nie chodzi o to, żeby podejmować radykalne działania. 

Rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady? 

(śmiech) Nawet gdyby rzeczywiście rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady, założyć tam agroturystykę i hodować kozy, to może się okazać, że człowiek ciągle się będzie bał, że mu te kozy uciekną. Kluczem jest uczciwe spojrzenie na siebie, swoje życie i potrzeby. Jeśli się będę realizowała w prowadzeniu agroturystyki, to w porządku. Ale jeśli poczuję, że się nie rozwijam, to się zacznę tam dusić i znowu dostarczać sobie lęku, który tym razem poinformuje, że rozwoju jest zbyt mało.

Od razu dopowiem bardzo ważną rzecz: dla każdego proporcja między aktywnością zawodową a relaksem jest inna. Trzeba znaleźć własny balans. 

Zobacz wideo Mirosława Kątna: Nie ma powodu, żebyśmy się wpędzali w źle pojętą solidarność

Ile czasu na to potrzeba? Ile trwa terapia lęku?

W nurcie, w którym ja pracuję, to może być rok, ale równie dobrze jedna sesja. Ktoś może przyjść po to, żeby sobie pewne rzeczy uporządkować, upewnić się, że obrał dobry kierunek, rozwiać wątpliwości. A ktoś inny będzie całkiem pogubiony i będzie chciał z terapii korzystać dłużej.

Wracając jeszcze do pytania o te Bieszczady - w trakcie terapii zalecamy, by spektakularnych zmian właśnie nie robić, ale wszystkiemu uczciwie się przyjrzeć. Zobaczyć, że nie tylko czynniki zewnętrzne mają wpływ na nasze życie, ale także to, jak my do czegoś podchodzimy, jak sobie radzimy z problemami. Mogę zostać w korporacji, ale inaczej dysponować swoim czasem, inaczej rozmawiać z szefem, wyznaczać granice w kontakcie z innymi. Dostrzeganie swoich potrzeb jest absolutnie kluczowe.

Oliwia Mazelewska - Sokołowska (Fot. Archiwum prywatne)

Czy pacjent po terapii może mieć nadzieję, że pożegna się z atakami paniki na zawsze?

Jak najbardziej!

Na koniec zamierzałam zapytać, czy współczesne czasy i kapitalizm - niektórzy mówią turbokapitalizm - stworzyły lękowych ludzi, a czasy naszych dziadków i pradziadków były dla człowieka bardziej przyjazne, ale już wiem, że pani zaprzeczy. A swoją drogą, nasi rodzice to było pokolenie powojenne, dziadkowie - wojenne, wcześniej były zabory, a generalnie to zdecydowana większość społeczeństwa żyła w nędzy. Powodów do stresu zawsze było w bród.

Dokładnie tak! Każdy czas ma swoją specyfikę i dostarcza innych stresorów. Znaczenie ma to, na ile bierzemy odpowiedzialność za siebie i mamy poczucie wpływu na swoje życie. Bierność, przerzucanie winy i odpowiedzialności na czasy czy rodziców to prosta droga do tego, by zawsze czuć się pokrzywdzonym i nic ze sobą nie robić.

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Oliwia Mazelewska-Sokołowska. Psycholożka, psychoterapeutka. Z osobami borykającymi się z problemem zaburzeń lękowych pracuje od kilkunastu lat. Ukończyła psychologię na Uniwersytecie Wrocławskim oraz pięcioletnie podyplomowe szkolenie w zakresie psychoterapii systemowej w Wielkopolskim Towarzystwie Terapii Systemowej w Poznaniu. Założyła i prowadzi blog oraz poradnię psychologiczną totylkostrach.pl wspierającą osoby doświadczające lęku.

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Dziennikarka. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za wyemitowany w programie TVN "UWAGA!" materiał "Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL, które ukazały się w Weekend.gazeta.pl. Fascynują ją ludzie i ich historie oraz praca, która pozwala jej te historie opowiadać. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.