Czy wiadomo coś o okolicznościach powstania domu doktora Stanisława Książka według projektu architekta Wojciecha Pietrzyka? Lekarz z Tarnowa, rentgenolog, stał się w PRL na 10 lat inwestorem budowy prywatnego domu, do którego sprowadzano marmury i aluminiowe okna z zagranicy.
Maciej M. Czarnecki: Ze względu na czasy, w których powstawał dom Książków, czyli lata 1967–1977, jest to drażliwy temat. Nie jest to jednak odosobniony przypadek, bo takie inwestycje się zdarzały. Dom Grzybek we Wrocławiu, autorstwa Witolda Lipińskiego, powstał dla inżyniera elektryka Bolesława Jahna, a otrzymał zgodę na budowę tylko pod warunkiem, że będzie obiektem ikonicznym.
Domyślam się, że niektórzy mogą sugerować, że za budynkiem stoją znajomości. Ale prawda też jest taka, że były w PRL zawody, które pozwalały na dobre życie. Lekarz był jednym z nich.
Julia Dragović: Kwestie finansowe są zawsze ciekawe, ale nie za bardzo wypadało nam o nie dopytywać podczas oglądania domu udostępnionego przez właścicieli. Może jeśli kiedyś – o czym marzę – powstanie w tym miejscu muzeum, to w końcu z pomocą badaczy poznamy również tę część historii willi. Dowiemy się, jak to możliwe, że w PRL kogoś było stać na postawienie i wykończenie takiego domu, jak w dobie normatywów i ograniczeń co do metrażu powstała willa tej wielkości.
Ciekawą kwestią jest dynamika inwestor-architekt. Pietrzyk-Książek – to brzmi jak zapowiedź gali bokserskiej. Ta współpraca nie należała do najprostszych, prawda?
J.D.: Nie, to były dwa bardzo silne charaktery. Fakt, że oni się w ogóle dogadali, to był cud. Doktor Książek – z tego, co mi wiadomo – nie miał łatwego charakteru.
M.M.C.: A jakim był perfekcjonistą, widać po ułożeniu narzędzi w wiszącej na ścianie szafce w garażu.
J.D.: Z wywiadu przeprowadzonego z doktorem przez Ewę Łączyńską-Widz, dyrektorkę Biura Wystaw Artystycznych w Tarnowie, wynika, że Książek nie wchodził w dialog, on doskonale wiedział, jaki ma być efekt, i nie pytał nikogo, czy mu się podoba. Wystarczyło, że jemu się podobało. A architekt Wojciech Pietrzyk nie był osobą skorą do kompromisów, właściwie w ogóle nie szedł na nie. Jeżeli coś sobie zaplanował, musiał to zrealizować. Musiało między nimi iskrzyć.
M.M.C.: W dynamice między panami zadziałał chyba jednak obustronny respekt i wzajemny szacunek dla silnej osobowości. Być może w powstaniu domu pomogła integrująca atmosfera wielkiego projektu, która ostatecznie dała większą elastyczność i ostateczną zgodność w wielu kwestiach. Doskonały architekt zrobił projekt, wybitni ceramicy i rzeźbiarze Helena i Roman Husarscy zdecydowali się ręcznie wykonać płytki na fartuch w kuchni, elementy elewacji, kominek prawdopodobnie zaprojektowany został przez rzeźbiarza Bronisława Chromego.
Tarnowska willa to dzieło spektakularne, skończone, zaprojektowane do A do Z.
J.D.: Doktor Książek prawdopodobnie dużo czytał o architekturze, a przynajmniej posiadał spory księgozbiór na ten temat, i wiedział, czego chce. A chciał mieć wystawny, ładny, nowoczesny dom. I go sobie wybudował. W wywiadzie, którego udzielił Ewie Łączyńskiej-Widz, Książek mówił, że widział, co projektował wcześniej Pietrzyk, i mu się te realizacje spodobały.
To jest w ogóle niezwykłe, że oni się spotkali, współpracowali, mieli pieniądze, kontakty i udało się zrealizować tak wybitny modernistyczny projekt, nawet jeżeli zajęło to 10 lat.
M.M.C.: Z perspektywy Wojciecha Pietrzyka koniec lat 60. i początek lat 70. musiał być ciężkim czasem dla architektów, którzy nie za bardzo mieli możliwości, żeby się kreatywnie wyżyć. Być może Pietrzyk zorientował się, że z pomocą i udziałem Książka ma szansę zrealizować coś wielkiego.
Co zrobiło na was największe wrażenie podczas oglądania wnętrza willi?
J.D.: Wszystko. To jest dzieło totalne – przemyślane i zaprojektowane w najmniejszym detalu.
Jeżeli miałabym wybierać konkretną rzecz, to sposób ukrywania wejść.
Po wejściu za bramkę, na podjazd stajemy przed drewnianymi płaszczyznami i dopiero po chwili dostrzegamy dwie gałeczki prowadzące dalej – jedna do środka domu, a druga do garażu. Na piętrze, w części prywatnej, powtórzono ten zabieg. Za ukrytymi drzwiami znajdują się z jednej strony pokoje, a z drugiej szafy. Nie mówimy tu o sosnowej boazerii, tylko o panelach na wysoki połysk, wykonanych z kilku rodzajów drewna, z elementami dekoracyjnymi w kształcie listków.
M.M.C.: Na początku cały dom robi wrażenie, a potem detal za detalem. Bo okazuje się, że haczyki na ubrania w korytarzu są ręcznie odlane, jest mała lodówka ukryta w salonie, kafelki są ręcznie wykonane, meble, jak łóżka czy regały, zaprojektowane i wykonane specjalnie do tego domu.
Przyznam, że wchodząc do środka, spodziewałem się bardzo modernistycznego wnętrza, a okazało się, że ono jest – zwłaszcza w salonie – nieco jak zamczysko. Może przez te żyrandole. Podobnie mam ze wzorami na posadzkach, które sprawiają, że w środku dom jest nieco eklektyczny, ale w sumie bardzo spójny.
Z salonem, żyrandolami i gałązkami na kominku też mam zgrzyt, ale już marmurowa łazienka jest doskonale ponadczasowa i przepiękna.
M.M.C.: Potrzebowałem czasu, żeby przywyknąć do wnętrza i żeby przestało mi to zgrzytać. Myślę, że kiedy Książek budował i wykańczał dom, był już dojrzałym mężczyzną, wykształconym, ale wyrosłym z Małopolski – najbardziej konserwatywnego architektonicznie regionu. W tym kontekście przestają mnie dziwić bardziej klasycyzujące detale. Gdybyśmy wybudowali supermodernistyczny dom dla babci, to ona i tak położyłaby serwetkę pod telewizorem.
J.D.: Widziałam zdjęcia willi z czasów, kiedy była jeszcze zamieszkana. Po śmierci Stanisława Książka w marcu 2024 roku i przed wystawieniem na sprzedaż została pozbawiona prywatnych elementów wyposażenia. Wcześniej w gablotach były kieliszki, pamiątki, na podłodze leżały wzorzyste dywany. Przyznam, że średnio pasują mi te czerwone zasłony w oknach i klasyczne dodatki.
Kiedy wchodzimy do domu, który jest uznany za ikonę, to oczekujemy idealnego wnętrza, a to jest wnętrze, w którym przez kilkadziesiąt lat żyli prawdziwi ludzie. Nie zapominajmy, że mamy do czynienia z przestrzenią domową, w której każdy może mieszkać, jak mu się podoba. Nam się nie musi wszystko w tym wnętrzu podobać. Nie zmienia to faktu, że realizacja jest bezcenna, bo idealnie zachowana.
Kominek może się nie podobać, ale potem sobie człowiek pomyśli, że być może jest to projekt Bronisława Chromego. Albo że kafelki kuchenne oraz mozaiki na elewacji i w ogrodzie wykonali Husarscy.
Salon, który ma sześć metrów wysokości, ogromne przeszklenia – czy ta skala jest do życia?
M.M.C.: W środku w ogóle tego nie czuć. Gdybym był nowym właścicielem tego domu, pewnie inaczej bym na to patrzył, bo taki dom trzeba ogrzać. Gdybym miał myśleć o tej realizacji jako o szytej na współczesną miarę, to obniżyłbym projekt o jedno piętro, część funkcjonującą jako gabinet zamieniając na garaż. Ale projektowa piętrowość wynikła ze specyfiki działki – ona jest typowo miejska, więc trzeba było iść w górę.
Sześć metrów salonu dało się nam we znaki, kiedy chcieliśmy rozsunąć zasłony.
J.D.: Pani Książek, żona doktora, narzekała na uciążliwość mycia okien. Część z nich znajduje się pod samym sufitem.
M.M.C.: Salon jest wysoki, ale stosunkowo wąski, bo jego część zajmowały schody na antresolę. Ale część mieszkalna nie jest bardzo duża.
J.D.: Najwięcej czasu właściciele spędzali właśnie w tym wysokim, przestrzennym salonie.
Cały dom nie jest przesadnie rozbudowany. Tam są trzy sypialnie, pokój myśliwski, salon, kuchnia, służbówka, nawiasem mówiąc, nieużywana, łazienka. W osobnej części był gabinet lekarski z pracownią z rentgenem.
M.M.C.: Poza tym piwnica, garaż na dwa auta.
Czy wiecie, jakie emocje willa Książków wzbudzała wśród tarnowian?
M.M.C.: Niektórzy mówią, że całe życie przechodzili koło tej willi i zastanawiali się, jaka jest w środku. Ale moja teoria jest taka, że architektura nie cieszy się specjalnym zainteresowaniem społeczeństwa, podejrzewam więc, że większość tarnowian niewiele willa obchodziła, ten dom wrósł w krajobraz.
J.D.: Ewa Łączyńska-Widz mówiła mi, że mieszkańcy bardzo ten dom lubili, choć trudno powiedzieć, czy architektonicznie go doceniali. Raczej ciekawił ich, bo był zupełnie inny: kolorowy, odważny. Podobno kiedy go budowano, ludzie myśleli, że tam powstaje ambasada, bo w tamtych czasach nikt nie tworzył tak odważnie i z takim rozmachem. Wielu tarnowian przychodziło do gabinetu ulokowanego w domu Książków leczyć się, więc miejsce to kojarzy im się pozytywnie.
Co sprawiło, że dom trafił na sprzedaż?
M.M.C.: W marcu 2024 roku zmarł doktor Książek. Spadkobiercy zgłosili się do agencji nieruchomości. Agentka jest zresztą bardzo z domem zżyta, zrobiono zdjęcia i wystawiono ogłoszenie na portalu. Zastanawiam się, czy spadkobiercy w ogóle przypuszczali, że ta oferta może się odbić aż takim echem. Za rozgłosem stoimy także my z Julią, bo publikacje w "Architekturze-Murator" i w mediach społecznościowych oraz zdjęcia i rolki o willi to nasza sprawka.
Ale trudno liczyć, że dom kupi prywatny inwestor.
J.D.: Gdyby on stał w Warszawie…
M.M.C.: Idealnie by było, gdyby dom w ogóle nie trafił na rynek. Od początku powinien być przygotowany pod poszukiwania inwestora instytucjonalnego, należało nim zainteresować Ministerstwo Kultury.
J.D.: Dom trafił na sprzedaż dlatego, że rodzina nie chce w nim mieszkać. Jej członkowie mają swoje miejsca na ziemi. Tak duży dom trzeba utrzymywać, ogrzewać, idzie zima, a on ma dużo przeszkleń.
Właściciele mówią, że nie chcą, żeby dom został zniszczony, wyremontowany bez szacunku ani całkowicie wyburzony. Zależy im, żeby dom uratować i zachować. Liczą na to, że willa znajdzie świadomego, odpowiedzialnego inwestora.
M.M.C.: I jest 5,5 mln zł do wzięcia – w czym nie ma oczywiście niczego zdrożnego.
Skoro willa jest takim dziedzictwem i skarbem, to czy jest chroniona jako zabytek?
J.D.: Nie było sensu wpisywać jej na taką listę, bo póki żył doktor Książek, to on był konserwatorem i gwarantem ciągłości tradycji.
Ta ciągłość tradycji jest frapująca. Przez tyle lat nic się w tym domu nie zmieniło. Właściciele nie chcieli go zmienić, zmodernizować? Nie zmienił im się gust, nie ulegli żadnym modom?
J.D.: Być może doktor Książek nie do końca przepadał za zmianami. To by zresztą do niego pasowało. Jakieś zmiany wprowadzono po drodze: zdemontowano lampy nad stołem, ale są zabezpieczone i składowane w piwnicy, w oknach zamontowano rolety zewnętrzne.
Ten dom był stale konserwowany i remontowany – ale w ramach zachowania oryginału. Wszystko jest zadbane. Od stołów, przez haczyki, klamki – wszystko jest w świetnym stanie. Do tej pory kolorowe elementy zewnętrzne są malowane na czerwono i fioletowo tymi samymi mieszankami farb, które zapisał oryginalnie Pietrzyk. Cała rodzina wie, że to tak ma być. I nic po śmierci inwestora się nie zmieniło.
M.M.C.: Przypadek tej willi przypomina relikt kultury mieszczańskiej tak bardzo typowy dla czeskiej Pragi, która ma rekordową liczbę doskonale zachowanych obiektów na liście Iconic Houses. Wynika to z ciągłości mieszczańskich rodów, które od wielu pokoleń mieszkają w Pradze. Pozostając właścicielami tych majątków, tworząc fundacje, udostępniają je do zwiedzania. Gdyby w Polsce doszło do podobnej sytuacji, to byłby precedens.
To chyba naturalne, że domy żyją i dostosowujemy je do potrzeb mieszkającej w nim rodziny?
J.D.: Ja bym tarnowskiej willi w ogóle nie odbierała już jako domu do mieszkania. To był dom doktora Książka, stworzony dla jego rodziny i pod jej potrzeby i nie wiem, czy ktokolwiek inny mógłby tam żyć w obecnej, niezmienionej formie.
Nie wyobrażam sobie, żeby nowy właściciel przebudował wysoki na sześć metrów salon, żeby zwiększyć sobie powierzchnię życiową na górze, albo przebił ścianę do kuchni czy powiększył sypialnię. Nie w tym wypadku. Jeżeli cokolwiek w tym domu zostanie zmienione, to przestanie być projekt Pietrzyka.
M.M.C.: Kupowanie willi za 5,5 mln z intencją zmian jest fundamentalnie bezsensowne.
J.D.: Jedna ze śniadaniówek nagrywała materiał o willi Książka i potem w social mediach przekaz był taki, że generalnie dom jest super, ale w środku to do modernizacji. I jak się go odnowi, to będzie idealny do mieszkania. OK, tylko po co taki dom w ogóle kupować?
Jeżeli ktoś chciałby ten – kupiony za 5,5 mln zł – dom w Tarnowie modernizować, to chyba lepiej wybudować nowy, w innym miejscu i zrobić sobie mozaikę inspirowaną tą z PRL.
Ten dom jest pomnikiem. I innego losu niż zrobienie z niego iconic house nie jestem w stanie sobie w ogóle dla niego wyobrazić. Jeżeli my, jako państwo mające swoje instytucje kultury, nie jesteśmy w stanie docenić takiego ewenementu – bo nie wiem, czy mamy inny taki dom w Polsce – to jakie sobie wystawiamy świadectwo?
Willa Zofii i Oskara Hansenów w Szuminie jest chyba takim ikonicznym miejscem – domem modernistycznym, który można – rzadko i po zapisaniu się na listę – zwiedzać?
M.M.C.: Po śmierci Zofii Hansen dom został przekazany pod opiekę Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Jest zresztą jedynym domem powojennego modernizmu z Polski wpisanym na listę Iconic Houses – realizacji zaprojektowanych przez najwybitniejszych światowych architektów. Są na niej tylko cztery polskie budynki.
Zgadzam się z Julią, że jako rozwinięte społeczeństwo powinniśmy dbać o swoje dziedzictwo kulturowe, a architektura jest dziedzictwem kulturowym.
Uważam, że to jest także szansa dla Tarnowa. Bo turystyka do konkretnych miejsc staje się całkowicie nowym sposobem na zwiedzanie. Ludzi nudzi tradycyjne zaliczanie zabytków. Kiedy byłem w Pradze, próbowałem dostać się do sześciu ikonicznych domów. Udało mi się dostać do jednego, najmniej ciekawego, bo na zwiedzanie pozostałych czeka się trzy–cztery miesiące w kolejce na miejsce. Na zwiedzenie willi Tugendhatów w Brnie trzeba się zapisać pół roku wcześniej.
Mamy złe podejście do PRL, że to nie dziedzictwo, a relikt, śmieszna ciekawostka: meblościanka, plakacik propagandowy, śledzik, wódeczka. W komentarzach pod naszymi postami było wiele wpisów fanów architektury prowadzących niewielkie konta z ciekawymi i eksperckimi wpisami zwracającymi uwagę na detale, jakość, spójność projektową w willi Książków.
Na ile w świadomości funkcjonuje architekt Wojciech Pietrzyk?
J.D.: Nie ma o nim wielu informacji. Osoby, które go bliżej znały, już nie żyją. Mamy tylko jego realizacje: m.in. dom Książków w Tarnowie, kościół Arka Pana oraz kościół Pana Jezusa Dobrego Pasterza w Krakowie i jeszcze jeden w Bukowinie Tatrzańskiej, Najświętszego Serca Pana Jezusa. Pozostałe obiekty przeszły już duże zmiany. Pielęgnując dom Książków, pielęgnujemy pamięć o architekcie, który Arkę Pana stworzył, korzystając z linijki, wielkiej płachty papieru i kalki, a budowali go mieszkańcy Nowej Huty, nie żadna wyspecjalizowana brygada, na podstawie rysunków technicznych, których dzisiaj by pewnie nikt nie odczytał.
M.M.C.: Pietrzyk dużo kombinował, jakby szukał ujścia swoich możliwości intelektualnych. Wewnątrz willi w Tarnowie zastosował tynk natryskowy – gruby i chropowaty, widywany na fasadach przedwojennych budynków.
J.D.: Ten tynk jest też we wnętrzach Arki Pana, która powstawała dokładnie w tym samym czasie co dom – od 1967 do 1977. Ta zbieżność dat nie może być przypadkowa. Podobieństw jest więcej, np. „ukryte" wejścia czy oświetlenie podcieni.
Bardzo zależy mi na tym, żebyśmy dbali o to, co mamy, bo mamy tego niewiele. 5,5 mln zł w świetle możliwości naszego kraju i w kontekście tego, ile możemy zyskać, a ile bezpowrotnie stracić, nie wydaje mi się wygórowaną kwotą.
M.M.C.: Jeżeli teraz nie zdamy tego egzaminu, to żadnego następnego już nie będzie. A jeśli raz się uda przeprowadzić taki proces, to będzie wiadomo, jak działać, i otworzy się droga dla kolejnych takich miejsc. Teraz płaczemy nad powojennym modernizmem, a po cichu umiera postmodernizm.
Julia Dragović. Studiowała filozofię i filologię słowiańską. Dziennikarka i redaktorka Architektury-murator. Pisze przede wszystkim o dziedzictwie powojennego modernizmu. Oswaja z blokami, popularyzuje wiedzę o polskich architektach i artystach tworzących w czasach PRL. Po godzinach robi dokładnie to samo – na instagramie, na koncie @julia_dragovic. Resztkę wolnego czasu spędza na przeglądaniu starych gazet, w pociągach i na fotografowaniu architektury, gdzie się da. Jeżeli nie polska architektura – to jugosłowiańska.
Maciej M. Czarnecki. Zajmuje się fotografią i popularyzacją architektury, w szczególności modernistycznej. Najbardziej interesuje go architektura inspirowana epoką kosmiczną, architektura powiązana z ideologią oraz architektura hoteli i domów wypoczynkowych. W swoich pracach oprócz dokumentacji znikającego dziedzictwa stara się odczytywać zamysły kompozycyjne architektów oraz następnie je reinterpretować.
Ola Długołęcka. Redaktorka. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Ciekawią ją relacje między ludźmi, a zwłaszcza różnice międzypokoleniowe, lubi pisać o trendach, modach i zjawiskach. W wolnych chwilach trenuje jeździectwo.


