Zna Pani kogoś, kto nie oczekuje od związku miłości?
Na pewno znam osoby, które w samych randkach szukają przygody, romansu, one night standu. Ale jeśli chodzi o tych, którzy szukają związków… Chyba nie znam nikogo, kto nie szukałby w nim miłości. Różnie tę miłość definiujemy – ale nie znam nikogo, kto powiedziałby, że mógłby być w związku bez czegoś, co nazywa miłością.
A czy chcemy, żeby uczucie pojawiło się od razu?
Większość moich klientów i klientek oczekuje, żeby na pierwszym spotkaniu pojawił się "efekt wow". I znów, każdy inaczej to "wow" rozumie: niektórym chodzi o tzw. chemię, w sensie pożądania, inni liczą na to, że poczują się już zauroczeni, a nawet zakochani, że nie będą mogli jeść, spać – trochę jak na filmach. Są też tacy, którzy nie mają aż takich wymagań, ale chcą poczuć rodzaj zainteresowania czy ciekawości drugą osobą połączony z pewną ekscytacją. I tak, jesteśmy rozczarowani, jeśli nic takiego się nie wydarzy praktycznie od razu.
Czy to jest racjonalne oczekiwanie?
Oczekiwanie, żeby coś między nami zaiskrzyło, jest zrozumiałe, ponieważ zauroczenie czy zakochanie jest bardzo ważnym etapem budowania związku. Ono pomaga nam chcieć wejść w coś nieznanego, ryzykownego. Dzięki zakochaniu tego chcemy i wierzymy, że się uda. Bardzo często, kiedy trafiają do mnie pary w kryzysie, odwołują się do początku ich relacji i do stanu zakochania, by przypomnieć sobie, dlaczego siebie wybrali, jak siebie widzieli.
Ale czy to jest racjonalne, żeby zakochanie czy ten "efekt wow" pojawiły się od razu?
To jest bardzo zrozumiałe pytanie. Wiele osób się waha, czy w ogóle spotkać się z kimś drugi raz, jeśli od razu nie było chemii. Nie mamy pewności, czy pojawi się na drugim, trzecim czy piątym spotkaniu. Klienci często nie wiedzą, czy robić sobie i komuś nadzieję, czy warto tracić czas... Znam wiele przypadków, w których ludzie próbowali i później żałowali, że nie zaufali pierwszej intuicji, że "nie czują tego". I znam trochę osób, u których uczucie pojawiło się na którymś spotkaniu z kolei i pozwoliło stworzyć szczęśliwy związek. Niestety, nie ma recepty.
Mamy cierpliwość, żeby sprawdzić, jak będzie?
Mam wrażenie, że dziś mamy problem z tym, żeby poczekać na cokolwiek, nie tylko na miłość. To dotyczy szczególnie młodszych osób, które mają mniej doświadczeń czekania niż osoby starsze. Ja mam 43 lata i pamiętam, jak "się czekało": na to, aż coś się pojawi w sklepie, aż będę mogła posłuchać jakiejś piosenki, aż będę mogła coś komuś opowiedzieć... Młodsi nie mają tego doświadczenia. To nie jest ich wina, ale myślę, że wynikają z tego trudności, również w budowaniu związku.
A czy młodzi ludzie nie są zawsze niecierpliwi?
Oczywiście w jakimś sensie to przywilej wieku. Ale faktem jest, że od pewnego czasu zdarza się, że piszą do mnie młodzi ludzie z pytaniem o konsultację i jeśli nie odpowiadam przez godzinę czy dwie, ponaglają mnie. Wcześniej to się prawie nie zdarzało. Więc tak, mamy problem z czekaniem.
Ten problem z cierpliwością wynika z czegoś więcej niż tylko z braku obycia z czekaniem?
Myślę, że po części wiąże się to z tym, że w relacji z innym człowiekiem nie ma gwarancji. Dostaję mnóstwo, naprawdę mnóstwo pytań, które zaczynają się od słów: "Skąd będę mieć pewność, że". Że to ta osoba, że nam się uda, że ktoś mnie nie oszuka, nie zdradzi… Słowem, skąd mieć pewność, czy w relację warto inwestować czas i wysiłek. Pewności to ja nie mogę mieć w moim 20-letnim związku. Mówię, że można tylko zwracać uwagę na przesłanki: czy ktoś znika, czy mija się z prawdą, czy jest dostępny emocjonalnie... Mamy duży kłopot, żeby się przyglądać komuś i poczekać na rozwój wydarzeń, poobserwować, jakie uczucia się pojawiają.
Jeszcze jedna rzecz sprawia, że trudno jest nam czekać w relacji na pojawienie się zakochania i głębszych uczuć. To poczucie, że nawet jeśli jest dobrze, to być może z kimś innym będzie jeszcze lepiej: uczucia pojawią się szybciej, będą mocniejsze, randkowanie będzie bardziej ekscytujące.
Nie wystarcza nam po prostu fajna relacja?
Jest taki odcinek serialu "Black Mirror", "Hang the DJ", w którym ludzie są dobierani w pary przez aplikację, która podaje im informacje na temat ich zgodności w procentach, na przykład na poziomie 80 proc. Bohaterowie się zastanawiają: Czy to jest dużo, czy mało? Czy to wystarczy? Czy nie istnieje ktoś, z kim mają poziom dopasowania na poziomie 95 proc.?
Teraz trochę tak żyjemy. Idziemy na randkę, budujemy związek i mamy poczucie, że wiele rzeczy się zgadza. Ale czy poprzestaniemy na 85 proc., czy nie? Kiedyś nie mieliśmy tego dylematu, nie w takiej skali. Teraz za pomocą aplikacji możemy codziennie zacząć rozmowę z kimś innym. To sprawia, że potencjalnych partnerów wybieramy jak w sklepie. Widzę cierpienie moich klientów, którzy chodzą na randki, są w związkach i naprawdę nie wiedzą, czy to wystarczy. Nie wiedzą, jakie mają mieć kryteria, które powiedzą: "jest wystarczająco dobrze" albo "będzie wystarczająco dobrze". To nawet nie jest brak cierpliwości, to niepokój.
Cierpliwość w randkowaniu jest cnotą?
Tutaj też muszę powiedzieć, że bywa różnie…
To może niech Pani wytłumaczy na przykładzie.
Mam taką historię. Pacjentka poznała się z mężczyzną na jakimś evencie. On się jej nie spodobał fizycznie, ale ujął ją kulturą osobistą: był bardzo szarmancki. Weszła w relację z nim, mimo że nie było "efektu wow".
Ona miała wcześniej relacje budowane według innego schematu: jej związki były bardzo intensywne, pełne pożądania i jednocześnie od początku skazane na porażkę. Dała szansę tej nowej znajomości, dlatego że była tym zmęczona. Chciała wejść w stały związek, mieć dzieci. Tu racjonalnie wszystko miało dla niej sens. Czuła, że nowo poznany mężczyzna to jest dobry facet. Że dobrze im się rozmawia i że lubi z nim spędzać czas. Że wychodzi z tego dobra relacja. Uznała, że uczucie bycia kochaną i akceptowaną jest dla niej ważniejsze od namiętnego romansu. To nie jest nawet tak, że poczekała i dostała w tej relacji to samo co w innych, jeśli chodzi o fizyczność. Po prostu z czasem pojawiło się wiele innych wartościowych rzeczy: zaufanie, zaangażowanie, poczucie bezpieczeństwa. Myślę, że miłość.
Ale czy to znaczy, że żyje w seksualnie drętwym związku? Czy udało im się zbudować satysfakcjonujące życie erotyczne?
I to jest bardzo ciekawe pytanie. Owszem, udało się – jest jednak "ale". Moja pacjentka potrzebowała przewartościować sobie słowo "satysfakcjonujący". Na początku jej seks z tym mężczyzną nie był taki, jak by chciała, bo nie był tak pełen ognia jak jej seks w przeszłości. Ale ona wiedziała, że ten ogień był też dla niej złudny, spalający.
Podjęła decyzję, żeby spróbować zacząć czerpać satysfakcję z czegoś innego: z seksu, który jest bardziej czuły. I to się udało. Czy to oznacza, że czasem nie tęskni za tą żarliwością? Tęskni, ale to, jaką relację mają, jest dla niej więcej warte.
Skąd ktoś ma wiedzieć, czy marnuje czas, czy daje szansę?
Lubię zadawać pacjentom pytanie o to, czemu właściwie szukają związku. Dlatego że chcą mieć relację czy z lęku przed samotnością? Może tak naprawdę chodzi o udowodnienie sobie czegoś? Te powody bywają naprawdę bardzo różne. Na przykład jedna z moich pacjentek uświadomiła sobie, że chodzi na randki z zemsty na mężczyznach.
Jak to?
W poprzednim związku została bardzo skrzywdzona. Tak naprawdę nie zamierzała wchodzić w kolejną relację. Ale wiedziała, że się spodoba, bo była bardzo atrakcyjną kobietą. I miała rację – podobała się i mężczyźni liczyli, że coś z tego będzie. Ona z kolei zawsze mówiła, że ten mężczyzna się jej nie spodobał. Kiedy zaczęłyśmy o tym rozmawiać, to powiedziała: "No, tak, mnie chyba chodzi o to, żeby ich zanęcić, a później zostawić". W ogóle nie chodziło o cierpliwość czy jej brak i o dawanie komuś drugiej szansy – chociaż tak pozornie mogło się wydawać.
Ciekawe! Czyli pytanie o to, czy warto czekać, czasem jest źle postawionym pytaniem?
Czasem tak. Miałam pacjentkę, która chodziła na randki i bardzo chciała być w związku, ale była – jak sama o sobie mówiła – w najgorszej formie w swoim życiu. Bardzo źle się czuła ze swoim ciałem, nie podobała się sobie, była przytłoczona pracą. Była tak zamknięta na ekspresję swojego ciała, na kontakt choćby na poziomie flirtu, że to było w zasadzie niemożliwe. Dopóki nie przepracowała kilku kwestii, m.in. niskiego poczucia własnej wartości, myślę, że miała małą szansę na zbudowanie relacji. Nawet gdyby była gotowa czekać w relacji miesiącami. Często jest tak, że część nas na te randki pcha, ale jakiś kawałek wcale nie chce albo nie jest gotowy, żeby coś z tego wyszło. Wtedy oczekiwanie na "efekt wow" nie ma dużego sensu.
Załóżmy, że mówimy o osobie, która rzeczywiście jest gotowa na związek. Zaczyna się spotykać, wszystko niby gra – jaki błąd najczęściej popełniamy?
Często nie umiemy nazwać tego, co jest dla nas w relacji najważniejsze. Albo nie mamy tego świadomości, jesteśmy zagubieni. Wiele osób ma w głowie całą listę oczekiwań wobec partnera. Jaką ma mieć pracę, czy może palić, jakie ma mieć zainteresowania, ma dzieci czy nie i tak dalej. Kiedy te listy stają się zbyt rozbudowane, zaczynają nam przeszkadzać – próbujemy z zakochania i miłości, które zawsze są w jakimś sensie tajemnicą, zrobić matematykę. W social mediach kryteriów do oceny relacji, zielonych flag, czerwonych flag jest tyle, że sami już nie wiemy, na co naprawdę zwrócić uwagę.
I co z tym zrobić?
Jeśli ktoś szuka odpowiedzi na pytanie o to, czy jest wystarczająco dobrze albo czy warto czekać, powiedziałabym, że mamy kilka obszarów, z których mogą iść do nas podpowiedzi.
Głowa pyta: Jak ty definiujesz dobry związek? Jakie ty masz kryteria? Co dla ciebie jest ważne? Jakie masz potrzeby? I rozejrzyj się, co mówią fakty. Czy jeśli dobry związek polega według ciebie na dobrej komunikacji, to jak jest u was?
Ciało podpowie, jak ono się czuje w kontakcie z partnerem. Jesteś napięty czy rozluźniony? Masz ochotę się przysunąć czy zrobić krok w tył? Co ci szepcze intuicja? O czym śnisz?
Cenną podpowiedź mogą nam dać życzliwi i bliscy ludzie. Co mówią? Nie chodzi o to, aby kierować się tym, co mówią inni, ale wziąć to pod uwagę i przefiltrować przez siebie. Może jeśli wszyscy wokół mówią ci: "Źle wyglądasz, za dużo płaczesz, martwię się", to warto się nad związkiem zastanowić.
A jak to jest z parami z dłuższym stażem? W wieloletnich związkach dajemy sobie przestrzeń, żeby poczekać na to, aż zakochanie wróci?
Często nie – i często ze szkodą dla siebie. To, że uczucia się zmieniają w długotrwałym związku, jest czymś oczywistym. Jeśli chce się tworzyć długotrwałą relację, trzeba się na to zgodzić. Miłość się zmienia, chemia i zakochanie pojawiają się i znikają. Emocje przechodzą z jednych w drugie. Wiele osób nie ma na to zgody i przy zmianie emocji uważa, że skoro tak się dzieje, to się mylili, nie pasują do siebie. A w długotrwałej relacji możemy wywoływać takie uczucie jak zakochanie, możemy prowadzić do tego, żeby uczucie miłości pogłębiać… żeby je odkopywać. Jak można to robić, to już temat na inną rozmowę. Co do zasady: myślę, że czekanie na to, aż we mnie pojawi się jakieś uczucie, aż druga osoba na nie odpowie, z reguły będzie mieć sens pod warunkiem, że będziemy wiedzieli, dlaczego właściwie czekamy.
A dlaczego?
Na przykład "żeby nie zmarnować czegoś, co mogło być udanym związkiem", "żeby nie zniszczyć relacji, którą budowałam przez lata". Ale też "żeby nie zmarnować sobie czasu", "żeby już się nie męczyć", "żeby się nie nudzić"… i tak dalej. Jeśli uda nam się szczerze zważyć, które "po co" jest dla nas ważniejsze, będziemy wiedzieć, czy czekanie ma sens.
Kiedy częściej się mylimy? Kiedy decydujemy się czekać czy kiedy szybko ucinamy coś, co wydaje się nie spełniać oczekiwań?
Mylimy się na oba sposoby, ale myślę, że moi pacjenci częściej żałują tego, że zabrakło im spokoju albo cierpliwości. Proszę tego nie rozumieć jako zachęty, by czekać, ponieważ możemy się równie dobrze rozczarować. Czy było warto, naprawdę będziemy wiedzieć często dopiero po fakcie. Albo i nie. Życie niektóre odpowiedzi przynosi, innych nie. Kiedy na tę niepewność się zgodzimy, myślę, że uda nam się żyć w mniejszym napięciu.
Agata Wilska. Psycholożka, psychoterapeutka, edukatorka Pozytywnej Dyscypliny i współtwórczyni projektu Seans Psychologiczny. Pracuje indywidulanie, z parami i rodzinami. Więcej na www.agatawilska.pl
Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu "Polska Stories", obecnie na stałe w weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Lubi słuchać, jak ludzie mówią.

