Rozmowa
Dziś bardzo częstym problemem jest mylenie miłości z potrzebą zagarnięcia drugiego człowieka dla siebie (fot. Shutterstock)
Dziś bardzo częstym problemem jest mylenie miłości z potrzebą zagarnięcia drugiego człowieka dla siebie (fot. Shutterstock)

Wyobrażam sobie, że kiedy człowiek udaje się do filozofa, to po to, by rozmawiać o – jakkolwiek górnolotnie by to zabrzmiało – sensie życia. A skoro tak, to chyba głównie o miłości? 

Większość rozmów zmierza ostatecznie do miłości, w różnych jej formach, oraz do samotności czy braku miłości. Samotność jest dziś ogromnym problemem i nawet niewyrażana wprost, bije z pytań, które są mi stawiane.

Czego oczekują osoby, które przychodzą nie do psychologa, lecz do filozofa z tak fundamentalnymi zagadnieniami?

Psychologia jako dziedzina nauki wyodrębniła się w drugiej połowie XIX w. właśnie z filozofii, kiedy wśród części filozofów powstało większe zainteresowanie procesami psychicznymi i emocjami. Oni poszli w tę stronę, a my zostaliśmy przy tym, co jest jądrem filozofii, czyli przy poszukiwaniu mądrości i zrozumieniu istoty rzeczy. Dlatego osobę, która do mnie się zgłasza, niezależnie od tego, jaki ma problem, uprzedzam, że ja jej nie przedstawię narzędzi psychologicznych, za pomocą których z czymś się upora. Proponuję natomiast, żebyśmy wspólnie rozważyli, w czym leży istota problemu. Nie zawsze jest to od razu oczywiste. 

Taką miałam właśnie nadzieję, że rozważymy dziś wspólnie, czym jest miłość. Chcę zapytać na początek o romantyczną koncepcję Platona. Na samym początku na świecie żyli ludzie obupłciowi, posiadający po cztery kończyny i dwie głowy. Wszechmogący. Widząc to, Zeus zesłał piorun, który przepołowił te istoty, i tak błąkają się dziś, szukając swojej drugiej połówki. „A jeśli kiedy taki czy jakikolwiek inny człowiek przypadkiem znajdzie swą drugą połowę, wtedy nagle dziwny jakiś czar na nich pada” – pisze Platon. Ideał, przy którym wszystko inne to marność. 

To jest piękna wizja, ale koncepcja Platona, która faktycznie jest pewną podstawą do rozważań o miłości, ma szerszy kontekst. W Platońskim dialogu „Uczta” Sokrates zapytany o Erosa odpowiada, że został on zrodzony z ubóstwa i dostatku. Przeciwnych sobie kondycji: pragnienia i tego, co je potrafi zaspokoić.

Pragnienie znalezienia drugiej połówki nie jest w tym przypadku istotą miłości, co nie oznacza, że jeśli to się faktycznie zdarzy, to – jak dobrze pani zacytowała – dzieją się wtedy czary. Ja zgadzam się z tym, co na studiach wykładał mi jeszcze jako studentce prof. Mieczysław Gogacz, wybitny specjalista w dziedzinie metafizyki, który głosił pogląd, że ascetycznie rozważana miłość jest jedna. Różne są tylko jej rodzaje. 

Dr filozofii Justyna Smoleń-Starowieyska (fot. Marzena Stokłosa)

Dziś bardzo częstym problemem jest mylenie miłości z potrzebą zagarnięcia drugiego człowieka dla siebie. Uświadomienie sobie tego i zawalczenie o wypracowanie innej postawy niż posiadanie, władanie osobą może uratować relację lub też zbudować ją na nowo. Osobom, które szukają u mnie doradztwa, polecam na sam początek przeczytanie kilku lektur, które pomagają zrozumieć istotę rzeczy. Często jest to Erich Fromm, który był nie tylko filozofem, ale i psychoanalitykiem. Napisał tak: Miłość dziecięca trzyma się zasady: „Kocham, ponieważ jestem kochany”, natomiast miłość dojrzała twierdzi: „Jestem kochany, ponieważ kocham”. Niedojrzała miłość mówi: „Kocham cię, ponieważ cię potrzebuję”. Dojrzała miłość powiada: „Potrzebuję cię, ponieważ cię kocham”.

To jest baza, na której rozpoczyna pani rozważania o istocie miłości? 

Tak, ponieważ to, z czym się w ostatnich dziesięcioleciach zmagamy w relacjach międzyludzkich, to tak naprawdę odwrócenie istoty miłości. Konsumpcyjna kultura masowa spowodowała, że również człowiek stał się przedmiotem pragnienia. Pragnienia, by go posiadać. To jest kwintesencja niedojrzałej miłości w rozumieniu frommowskim.

Miłość jest też powszechnie mylona z zakochaniem, czyli pierwszą fazą relacji, która porusza uczucia i kieruje ku drugiej osobie. A miłość dojrzała nie jest jedynie poruszeniem ani pragnieniem! Ona jest decyzją opartą na woli, a nie afekcie.

Obserwuję dziś, że ludzie co prawda wchodzą w fazę decyzji, że „tak, to z tobą chcę iść przez życie”, ale po kilku latach, kiedy kończy się namiętność, związana ściśle ze zmysłowością, widać wypalenie. A dzieje się tak, kiedy przez te lata nie wypracowało się wspólnie tego, co Arystoteles nazywa istotą miłości, czyli przyjaźni. Mówię o takiej przyjaźni między dwojgiem dorosłych ludzi, która daje im intymność na poziomie duchowym, gdzie jest zarówno wzajemne zaufanie, jak i powierzenie się sobie, oddanie. I to wszystko jest niezależne od namiętności czy pragnienia fizycznego.

Bliskie mi są takie właśnie koncepcje, które wyrażają miłość jako postawę woli. Nie tylko jako uczucie, które się pojawia, ale jako uczucie, które trzeba podeprzeć decyzją. Martin Buber mówi o tym, że człowiek staje się „ja” dopiero w zetknięciu z „ty”. Dopiero kiedy jest „my”, wtedy życie jest pełne i człowiek staje się tym, kim powinien być.

Czyli miłość jest wpisana w istotę człowieczeństwa? 

Jest.

To, o czym teraz mówimy, jest wzniosłe, duchowe, a ja bym chciała zatrzymać się na chwilę przy cielesności, zmysłowości. W „Psychologii miłości” Schopenhauer napisał: „Miłość, jakkolwiek wzniosłą wydawać się może, spoczywa cała w instynkcie płciowym. Jest ona tylko bardziej określonem, specyalnem i ściśle osobniczem dążeniem płciowem”.

Zgadza się, tyle że koncepcja Schopenhauera, która sprowadza miłość do aktu płciowego, do więzi wyłącznie cielesnej, może być uznana za koncepcję antymiłości…

Antymiłość to brzmi bardzo smutno, ale czy współczesność, z Tinderem na czele, nie wydaje się koncepcji Schopenhauera idealnie potwierdzać? 

Jedno kliknięcie, które pozwala na szybkie zejście się i rozejście dwóch osób bez żadnych zobowiązań – to faktycznie w pewien sposób obrazuje koncepcję Schopenhauera i mnie, jako osobę i jako filozofa, zasmuca. Wolałabym, żeby w świecie ludzkim nie działy się tego rodzaju… nawet nie wiem, jak to nazwać? To nie są relacje, więc może zdarzenia, które polegają na zaspokojeniu wyłącznie cielesnych pragnień?

Zakładam, że nie łączy się to z brakiem poszanowania pragnień drugiej osoby, że chodzi o wybór dorosłych ludzi, którzy chcą dokonywać spotkań o naturze erotycznej i nie budować jednocześnie pogłębionej relacji. Często to się bierze tak naprawdę z niemożności zbudowania relacji, ale ja nie jestem aż taką pesymistką, żeby twierdzić, że społeczeństwa cywilizacji zachodniej weszły oto w wiek antymiłości i taki już człowieczy los. Wiele osób kocha w sposób, który jest zaprzeczeniem tej tezy. Mam na myśli miłość w szerokim tego słowa znaczeniu. Można powiedzieć, że podstawą miłości jest odpowiedniość natur. To, że jesteśmy ludźmi. Kocham cię, bo jesteś jak ja, bo jesteś człowiekiem, mamy tę samą naturę, istotę.

Jedno kliknięcie, które pozwala na szybkie zejście się i rozejście dwóch osób bez żadnych zobowiązań - to faktycznie w pewien sposób obrazuje koncepcję Schopenhauera i mnie, jako osobę i jako filozofa, zasmuca (fot. Shutterstock)

Czyli jeśli słyszy pani, jak ktoś deklaruje, że kocha swojego psa czy kota, to uznaje pani, że nadużywa tego wielkiego słowa? 

Absolutnie nie! Spójrzmy na źródło słowa miłość. Miłość, etymologicznie rzecz biorąc, oznaczała miłosierdzie, czyli pochylenie się z uwagą i troską nad drugą istotą. Możemy mówić o miłości w rozumieniu ‘amicitia’, czyli o przyjaźni, wierności, zaufaniu, i wtedy miłość cechuje wzajemność. Ale jest również miłość w rozumieniu ‘caritas’, czyli miłość, w której udzielamy innym bytom naszej troski. Caritas jest bezinteresowna, ona dąży do ochrony drugiej istoty, jest miłością opiekuńczą, wybaczającą. Nieoczekującą wzajemności. Taką miłość odczuwamy w stosunku do dzieci, właśnie naszych ukochanych zwierząt i może nawet niekiedy szerzej – do otaczającego nas świata.

Człowiek może się spełniać w różnych rodzajach miłości, nie tylko w tej, którą nazywamy ‘eros’ czy ‘amor’, czyli w miłości tęskniącej i pożądliwej.

Miłość musi się łączyć z odpowiedzialnością, prawda? 

Oczywiście. I to jest właśnie zagadnienie, które bardzo często się pojawia w rozmowach, które odbywam. Często samo zdefiniowanie, jakie zachowanie będzie odpowiedzialne w danej relacji, jest palącym problemem. 

Czym zatem jest odpowiedzialność?

Świadomą postawą, która zakłada zdawanie sobie sprawy z konsekwencji czynów oraz zakłada szacunek wobec osoby, wobec której coś czynimy bądź czynienia czegoś sobie odmawiamy. Odpowiedzialne postępowanie to takie, które prowadzi do chronienia osoby, z którą jesteśmy w relacji miłości. Jest pewnym zobowiązaniem wobec drugiej osoby.

Połączmy to, proszę, z wiernością i przywołajmy Nietzschego, który napisał: „Kobieta z natury swojej jest wierną. Mężczyzna jest wierny przypadkowo”. Czy odpowiedzialnie jest przyznać się do zdrady i odejść, czy właśnie wprost przeciwnie?

Tego typu dylematy są dziś dosyć powszechne, zwłaszcza w sytuacji długotrwałych związków, kiedy dzieci już dorosły, a para nie zbudowała intymności duchowej. Do mnie zgłaszają się najczęściej osoby po czterdziestce. W ich małżeństwach czy długotrwałych relacjach partnerskich następuje faktycznie pustka, z którą nie potrafią sobie poradzić. Wówczas pojawia się wypalenie, o którym już wspominałyśmy, i czasem szukanie uczucia w innych osobach.

Ja nie odpowiadam na pytanie, czy odejść od żony lub męża. Nie mogę rozstrzygać o czyimś życiu. Ale zawsze mówię, że trzeba się zastanowić, co będzie odpowiedzialne, czyli co będzie mądrym postępowaniem, które się przyczyni do dobra nie tylko mojego, ale też drugiej osoby. Z reguły wnioski z tych rozmów są takie, żeby jednak starać się z osobą, z którą pozostaje się w długoletnim związku, porozmawiać, dlaczego stało się to, co się stało. To oczywiście zależy od konkretnej osoby, ale decyzja jest najczęściej jednak taka, żeby powiedzieć prawdę. Nie po to jednak, żeby zerwać relację, ale by spróbować ją naprawić.

Już na terapii małżeńskiej?

Tak. Nieuleganie chwilowym afektom i niezaspokajanie jedynie swoich egoistycznych pragnień, ale próba postawienia mostu między mną a drugą sobą i odbudowy więzi, która się zerwała, to jest na pewno odpowiedzialna postawa. Warto spróbować wspomóc ten proces poprzez terapię.

Do mnie zgłaszają się najczęściej osoby po czterdziestce. W ich małżeństwach czy długotrwałych relacjach partnerskich następuje faktycznie pustka, z którą nie potrafią sobie poradzić (fot. Shutterstock)

Być może jednak z natury nie jesteśmy odpowiedzialni? Mnóstwo związków się rozpada. 

Kiedy na człowieka nieoczekiwanie spada porzucenie, ponieważ ktoś nagle postanowił iść za pożądaniem, to jest to sytuacja, z którą bardzo trudno sobie poradzić. Odczuwane wówczas cierpienie jest porównywalne do tego, które przeżywamy, gdy najbliższy nam człowiek umiera.

Bardzo wiele osób jest dziś porzucanych i tak się dzieje głównie dlatego, że ich partnerzy pomylili miłość dojrzałą z niedojrzałą, miłość właściwą z namiętnością. Ale ja się spotykam również z osobami, które są samotne nie dlatego, że zostały porzucone. One nigdy nie weszły w trwalszą relację. Te osoby często nie potrafią nawiązać nawet głębszych przyjaźni czy wejść w stosunki chociażby koleżeńskie. Uczestniczą w życiu społecznym poprzez portale społecznościowe, tam mają łatwość interakcji, natomiast brakuje im predyspozycji, by zawiązać i utrzymać realne, pogłębione relacje z drugim człowiekiem. Samotność jest czymś, co w dzisiejszym świecie bardzo doskwiera ludziom.

Od czego zaczyna pani rozmowę z człowiekiem, w którego życiu nie ma miłości? 

Zdarza się, że się zastanawiamy, kim w ogóle jest człowiek, czym są relacje międzyludzkie. Szczególnie osoby, które mają łatwość nawiązywania ich wyłącznie w Internecie, często okazują się introwertykami, są nieśmiałe. Kiedy zaczynamy rozmawiać o naturze relacji międzyludzkiej w prawdziwym życiu, to okazuje się, że te relacje często są przez nie zbyt idealizowane, odbierane w sposób przesadny i w związku z tym zawieranie takich relacji jawi się jako ogromna trudność.

Czyli miłość wydaje nam się czymś trudnym? 

Tak! Może bierze się to stąd, że wszyscy jesteśmy wychowani na literaturze romantycznej.

Kto by nie chciał tych gromów z jasnego nieba, które człowieka trafiają, kiedy odnajduje swoją drugą platońską połówkę?!

Otóż to. Już Platon zauważył, że kiedy dwie połówki się odnajdują, dzieją się czary, ponieważ to jest bardzo rzadkie! Przekonanie, że muszę znaleźć tę idealną drugą połowę, bo inaczej związek będzie nieudany, powoduje, że ludzie porzucają kolejnych partnerów, ponieważ ci nie okazują się tą mityczną drugą połówką i czary się nie zadziały. Dlatego rozmawiam o tym, że drugi człowiek nie tylko nie musi być ideałem, który spadnie z nieba jak grom, ale że dojrzała miłość, dojrzała relacja dwóch osób jest decyzją. Decyzją rozumianą nie wyłącznie jako złożenie przysięgi małżeńskiej, wypowiedzenie pewnej formuły, która zakłada powinność i obowiązek, ale jako emanacja całej mojej woli, że niezależnie, co się będzie działo, będę działał tak, by druga osoba nie cierpiała. Żeby jej było dobrze. Że będę tym kochającym dojrzale, jak u Fromma: „Jestem kochany, ponieważ kocham”. Żyjemy w epoce idealnej miłości kochanków, która nieustannie pragnie, tęskni i pożąda. A przecież to jest tylko jeden z rodzajów miłości. 

Taka konstatacja to pewnie jest czasem wielka ulga? 

Oczywiście! Wąskie patrzenie na miłość, przez pryzmat wyłącznie pożądliwości, utrudnia ludziom wchodzenie w relacje nie tylko oparte na cielesności, ale nawet w relacje przyjacielskie czy koleżeńskie. Ludzie mylnie zakładają, że muszą być kimś, kto ma coś – jakąś cechę, przymiot – czego inni mogliby pożądać. Że muszą być atrakcyjni, muszą być superfajnymi kumplami, do których warto wpaść, bo zaoferują coś ekstra. Boimy się bardzo być zwyczajnymi ludźmi. Boimy się być nudni. To jest dziś wielki problem: kwestia znudzenia drugim człowiekiem, ponieważ konsumpcyjny model życia zakłada, że my ciągle potrzebujemy bodźców. Nieustanne bodźcowanie rodzi problemy związane z miłością i samotnością we współczesnym świecie. 

Ludzie mylnie zakładają, że muszą być kimś, kto ma coś - jakąś cechę, przymiot - czego inni mogliby pożądać (fot. Shutterstock)

I każdy z nas gdzieś tam w środku boi się, że nie jest dość dobry, ciekawy, atrakcyjny, by zasługiwać na miłość.

Zgadzam się z panią absolutnie. A przecież podstawą tego wszystkiego jest potrzeba miłości własnej rozumianej nie jako egoizm czy narcyzm, ale jako ochrona siebie i swojego dobra. Miłość własna jest naturalną postawą człowieka, ponieważ bez niej nie jesteśmy w stanie przetrwać.

Nie chciałabym, żeby konstatacja naszej rozmowy była pesymistyczna. Faktycznie, biorąc pod uwagę to, jak wiele osób nie potrafi utrzymać dłuższych relacji, wypala się i porzuca swoich partnerów po to, by szukać potwierdzenia siebie w kolejnej osobie, można dojść do wniosku, że jako społeczeństwo idziemy w tak złym kierunku, jak pisali Schopenhauer czy Nietzsche.

Ale kiedy patrzę na pokolenie mojej córki, która jest nastolatką, i kiedy myślę o tym, jak wykładałam na uczelni i toczyłam niekończące się dyskusje ze studentami, to odnoszę wrażenie, że to młode pokolenie uczy się budować relacje mądrzej. Być może nadszedł moment przesycenia łatwością „zahaczenia” drugiego człowieka i „skorzystania” z niego, które dają serwisy randkowe, i następuje skierowanie w stronę budowania przyjaźni i dbałości o siebie nawzajem? I to nawet nie tylko o innych ludzi, ale też o zwierzęta, ziemię, planetę. W końcu to młodzi walczą teraz z rządami państw o odpowiedzialną politykę klimatyczną. Mają inną optykę niż ich rodzice i dziadkowie, którzy przez dziesięciolecia wyniszczali środowisko naturalne. Ci sami młodzi ludzie wychowywali się często w rodzinach rozbitych, gdzie zostawali z samotną matką czy ojcem, lub w rodzinach patchworkowych, i mam nadzieję, że wyciągną wnioski również z tego, jak ich rodzice podchodzą do miłości. Że uświadomią sobie, czym jest dojrzała miłość, i zechcą budować takie relacje. 

Miłość, którą pani opisuje, przypomina mi tę z Listu do Koryntian, który jest często odczytywany podczas ślubów: „wszystko przetrzyma”, „nigdy nie ustaje”. A ja przecież znam dojrzałych, mądrych ludzi, którzy zdecydowali się rozstać, nawet nie dlatego, że jedno z nich się zakochało, tylko dlatego, że uznali, że przestali się kochać. Może miłość nie zawsze jest na zawsze?

To pytanie już bardziej do psychologa niż do filozofa, ponieważ ono dotyczy dynamiki uczuć, dynamiki miłości, która zaczyna się od romantycznej, ale potem przechodzi przez różne fazy. Odwołam się do koncepcji psychologicznej prof. Bogdana Wojciszke, który mówi, że po fazie romantycznych początków następuje faza związku kompletnego i przyjacielskiego, o ile poza namiętnością pielęgnuje się bliskość i zaangażowanie, które jest kluczowe, bo to jest właśnie ta postawa decyzji, postawa woli, o której mówiłyśmy. Jeśli ludzie dochodzą do wniosku, że ich miłość się wypaliła, to chyba właśnie oznacza, że zabrakło głębokiego zaangażowania w budowanie intymności w rozumieniu oddania sobie siebie i dbałości o dobro drugiej osoby. 

A czy bez miłości człowiek może w ogóle wieść dobre życie? 

Jeśli przyjmiemy – a ja tak przyjmuję – że miłość jest dążeniem do dobra, a zło jest brakiem dobra, to wydaje się, że życie bez miłości nie może być życiem dobrym. Natomiast ponieważ miłość, jak ustaliłyśmy, ma wiele oblicz – począwszy od miłości własnej, przez miłość erotyczną, matczyną, braterską, miłość do ojczyzny czy wreszcie do Boga w przypadku osób religijnych – to wydaje mi się, że nie ma człowieka, który by swoją życiową postawą choć jednej z form miłości nie wyrażał.  

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Rozmowy Anny Kality

Ta rozmowa jest kolejną z serii wywiadów Anny Kality o miłości.

Więcej rozmów Anny Kality