Rozmowa
Małgosia i Andrzej Pacholec (fot. Archiwum prywatne)
Małgosia i Andrzej Pacholec (fot. Archiwum prywatne)

Który okres państwa wspólnego życia był najlepszy?

MAŁGOSIA PACHOLEC: Ja nie wiem, czy my teraz nie mamy najlepszego czasu! Cała nasza rodzina jest zdrowa, mamy spokój…
ANDRZEJ PACHOLEC: I otaczają nas przyjaciele. Sielanka. Na ostatniego sylwestra przygotowaliśmy odświętną kolację, ubraliśmy się elegancko - ja w marynarkę i T-shirt z Pink Floydami, a Małgosia suknię i szpilki - i trzy godziny tańczyliśmy w naszym salonie do muzyki, przy której się poznaliśmy. To był ’76 rok, a my w Polsce się dowiedzieliśmy, że istnieje taki zespół jak Bee Gees. Ja w tamtym czasie chodziłem z najlepszą przyjaciółką Małgosi, Melą.
M.: Pierwszy raz zobaczyłam Andrzeja na domówce u wspólnych znajomych. Mieliśmy po 19 lat. Pamiętasz, miałeś na sobie taką śliską koszulę w węże? Dobrze ci w niej było.
A.: Małgosia miała wtedy najpiękniejsze, długie, kręcone blond włosy, jakie w życiu widziałem.
M.: Graliśmy w butelkę. Andziulek tak nią kręcił, że za każdym razem wypadało na mnie!

Całowaliście się na oczach pani najlepszej przyjaciółki, a jego dziewczyny?!

M.: Ale to tylko takie buziaki były (śmiech). W każdym razie ja wtedy na niego zwróciłam uwagę. Popatrzyłam, że no… nawet niczego sobie.
A.: A dwa miesiące później odwiedziliśmy z Melą Małgosię w jej domu. Przegadałem tylko z tobą tyle godzin! Wtedy się zakochałem.
M.: Byliśmy tacy młodzi! Pamiętasz, jak ci powiedziałam: „Nic z tego nie będzie. Dla mnie Mela jest najważniejsza. Chłopaków to można mieć wielu, a przyjaciółka jest jedna!”? Takie głupoty człowiek gadał! Melunia moja kochana, która potem była świadkową na naszym ślubie i z którą do tej pory się przyjaźnimy, dała nam swoje błogosławieństwo.
A.: Na pierwszą randkę umówiliśmy się 8 stycznia.  

Pamięta pan dokładną datę?

M.: Ja też pamiętam!
A.: Byliśmy na spacerze, było słychać, jak w którymś z mieszkań z radio spiker oznajmił, że jest 22.30 i wtedy się pierwszy raz pocałowaliśmy.

Pierwszy raz zobaczyłam Andrzeja na domówce u wspólnych znajomych. Mieliśmy po 19 lat (fot. Archiwum prywatne)

M.: Od samego początku to była bardzo intensywna miłość. Dla mnie to jest szok, jak słyszę, że dziś młodzi ludzie się spotykają raz na tydzień! Nie! Myśmy byli nierozłączną parą. Ale wiadomo też, że to nie były takie czasy, żeby razem zamieszkać! To dopiero po ślubie. Narzeczeństwo trwało cztery lata, i to był czas naszej rozłąki: ja studiowałam na UW, a Andrzej był w szkole kwatermistrzowskiej w Poznaniu. On wynalazł tam możliwość dzwonienia po wojskowych liniach i myśmy codziennie wieczorem godzinę gadali. Codziennie!
A.: Koledzy z wojska dali mi ksywę „Małgośka” (śmiech). W 1977 roku ustaliliśmy datę ślubu na 12 września 1981 roku i ja codziennie, przez cztery lata, skreślałem w kalendarzu dni. Pierścionek zaręczynowy dostałem od ojca. Zapytał: „Kochasz ją?”. Kocham. „Wiesz, że nie będziesz miał lekko?”. Wiem. „To w porządku”. Taka to była rozmowa.

Już wtedy miała pani problemy ze wzrokiem? 

M.: Tylko z precyzyjnym widzeniem, ale z poruszaniem się, czytaniem - nie! Gorzej bywało po ciemku, bo to jest ślepota zmierzchowa, ale w Warszawie przecież zawsze paliły się latarnie.
A.: Już przy pierwszym spotkaniu zauważyłem, że ze wzrokiem Małgosi jest coś nie tak. Później się dowiedziałem, że to retinopatia. Małgosia nie za bardzo chciała o tym mówić…
M.: W ogóle na ten temat nie rozmawiałam. W ogóle!
A.: Ale była taka prywatka u kolegi, kiedy Małgosia więcej wypiła i strasznie płakała, że będzie ślepa.
M.: Ja tego nawet nie pamiętam! Wtedy umiałam jeszcze z tym żyć.
A.: A ja sobie powiedziałem: „Życie jest życiem, najwyżej będę miał dziewczynę, która nie widzi”. I tyle.

Ale na pewno przed ślubem odbyła się między państwem poważna rozmowa na ten temat?

M.: Nie.
A.: Była taka rozmowa! Zapytała mnie, czy zdaję sobie sprawę z tego, jak może wyglądać nasze życie.
M.: Ja takiej rozmowy w ogóle sobie nie przypominam…
A.: A ja dobrze wiedziałem, jakie to może być życie, ponieważ moja mama chorowała na gościec stawowy [reumatoidalne zapalenie stawów – przyp. red.]. Strasznie cierpiała. Przez całe życie opiekował się nią ojciec.
M.: Był w Jagódce do końca życia totalnie zakochany! Pamiętam, jak kiedyś byliśmy na działce: teściowa leżała w łóżku, a teść zerwał liść łopianu i poukładał na nim maliny, po czym z nabożeństwem niósł je Jagódce. Ona była centrum jego świata. I ja w sumie mam takiego samego faceta. Mój mąż to jest najfantastyczniejszy facet na trudne czasy. 

Czy przed ślubem usłyszał pan: „Andrzej, co ty robisz”?

A.: „Ze ślepą się będziesz żenił?” Tak, ale ci, co tak mówili, dostawali w mordę i to już nie byli kumple. 

A czy pani wtedy miała nadzieję, że to się nie wydarzy…

M.: Że nie oślepnę?! No pewnie! W życiu żaden lekarz mi nie powiedział, że na pewno oślepnę.
A.: Ja też miałem nadzieję.

W 1977 roku ustaliliśmy datę ślubu na 12 września 1981 roku (fot. Archiwum prywatne) , Codziennie, przez cztery lata, skreślałem w kalendarzu dni (fot. Archiwum prywatne)

A czy kiedy braliście państwo ślub - baliście się?

A. i M.: Nie!
M.: Mówiliśmy: „Kochamy się, to jest najważniejsze, wszystko będzie dobrze”.
A.: Góry przeniesiemy!
M.: Wie pani, czym mnie tak naprawdę Andrzej ujął? To był facet, który mnie kochał całą! Czybym była potargana, brzydka, chora… Niczego nie musiałam udawać. On był zawsze przy mnie!
Tąpnięcie nastąpiło w 1984 roku, kiedy nasze pierworodne dziecko miało półtora roku. Następnego dziecka mieliśmy w ogóle nie mieć.

Rodziła pani siłami natury?

M.: Tak.  

To niedobrze, prawda?

A.: Niedobrze, ale w czasie ciąży nie było żadnej konsultacji okulistycznej. Kiedy się Paulinka urodziła, wziąłem dwa tygodnie urlopu i robiłem przy niej wszystko: kąpałem, przewijałem, robiłem zakupy, a kiedy Małgosia straciła pokarm - pojechałem szukać mleka po sklepach.
M.: Bardzo wspierający mąż. Pamiętam, jak prasowałam dziecku bluzeczkę w paseczki: widzę kawałek paseczka, przerwa, paseczek. „Boże, co się dzieje?!”. Biorę jakiś przedmiot do ręki, a tu plamy mam przed oczami. Nie widzę liter. Patrzę dziecku w oczy i nie widzę dobrze buzi!

Co powiedzieli lekarze?

M.: No co! Że choroba idzie i tyle. Wtedy już wiedziałam, że to nie są przelewki. Pojawił się lęk, co dalej. Ja przecież wcześniej byłam nauczycielką. Jak miałabym pracować?
A.: Przez chwilę mama Małgosi pomagała jej sprawdzać klasówki…
M.: Ale nie było szans tego ciągnąć. Miałam 27 lat i to był najgorszy okres mojego życia. Konsultowałam się u wielu okulistów, jeździłam do prof. Gierek, ale wzrok był nie do uratowania. W tamtym czasie nie mogłam już czytać ani z bliska, ani z daleka. Rozpacz: „Jak ja mogę być analfabetką?”. Wtedy jedna z lekarek zasugerowała, że powinnam się zapisać do Polskiego Związku Niewidomych. „Ja? Przecież ja nie jestem niewidoma!”.

Nie przyjmowała pani tego do wiadomości? 

M.: Absolutnie! Przecież na ulicy nikt by nie poznał, że nie widzę. Nie miałam centralnego, precyzyjnego widzenia, ale gdzie jest budynek, jezdnia - to jeszcze wtedy widziałam. Jednak zadzwoniłam do PZN i pokierowano mnie na naukę braille’a. Kurs zrobiłam migiem! W miesiąc!

Wtedy też na stałe związała się pani z Polskim Związkiem Niewidomych?

M.: Tak. Dyrektor się dowiedział, że jestem nauczycielką tracącą wzrok i zadzwonił do mnie, że ma pomysł stworzenia oddziału rehabilitacji dla dzieci. Zaproponowali pracę pod warunkiem, że rozpocznę podyplomowe studia. Na wszystko się zgodziłam. Chwilę wcześniej byłam przerażona, że nic mnie już w życiu nie czeka, a tu się otworzył nowy rozdział. Andziulek mi we wszystkim towarzyszył. 

Nie miałam centralnego, precyzyjnego widzenia, ale gdzie jest budynek, jezdnia - to jeszcze wtedy widziałam (fot. Archiwum prywatne) , Jednak zadzwoniłam do PZN i pokierowano mnie na naukę braille'a (fot. Archiwum prywatne)

Przestraszył się pan wtedy?

A.: Nie. Czego?
M.: Andrzej mi współczuł, ale też nie bagatelizował sytuacji. Nie jest fajnie, że żona ślepnie. 

Przecież w tamtym czasie to jeszcze nie była ślepota?

M.: Nie była, ale z oczami było coraz gorzej, tyle że - paradoksalnie - ja dzięki PZN funkcjonowałam coraz lepiej. Można powiedzieć, że utraciłam wzrok bezboleśnie.
A.: Podziwiałem ją ogromnie za to, jak sobie ze wszystkim radziła.
M.: Nie siedziałam sfrustrowana w domu. Byłam tak zajęta! Ogromnie mi się podobała praca z nauczycielami na rzecz dzieci. Przez 13 lat byłam kierowniczką działu rehabilitacji dzieci i młodzieży przy zarządzie głównym PZN. A na początku lat 90., jako jedna z 30 osób z Polski, podjęłam studia w Würzburgu z zakresu wczesnej interwencji. Chodziło o to, by pomagać dzieciom ze złożoną niepełnosprawnością. Teraz jestem dyrektorką Instytutu Tyflologicznego. 

Zrobiła pani w PZN karierę.

M.: Tak. Ewidentnie. Było światowo! Często wyjeżdżałam na delegacje. Organizowałam też kolonie dla dzieci i w Polsce, i w NRD czy Czechosłowacji. 

Pani Małgosiu, nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest pani wybitną, niezwykłą kobietą. Myślę też, że pani aktywność w PZN pozwoliła pani uniknąć dołków.

M.: Otóż to! PZN oszczędził nam frustracji. 

Nie było ani jednego momentu, kiedy pani wyła z rozpaczy?

A. i M.: Nie!
M.: Andrzej dał mi w tamtym czasie tyle wsparcia! Ja sobie myślę, że to dzięki niemu tyle osiągnęłam. Nasz związek jest od zawsze na dobre i na złe. 

Czy panu się zdarzały momenty, kiedy się pan bardzo bał? Myślę o strachu, że sytuacja może człowieka przerosnąć? 

A.: Nie. Mnie nic nie przerażało. Wiedziałem, że będzie ciężko i się z tym pogodziłem. Nigdy nie miałem myśli, żeby uciec. Nigdy! To jest dla mnie coś nie do pomyślenia. Zostałem tak wychowany, że jak się czegoś podejmuję, to do końca życia.
M.: Kolejny ogromnie trudny dla nas czas był wtedy, kiedy zaszłam w drugą ciążę.

Wspominała pani, że mieliście poprzestać na jednym dziecku.

M.: Myśmy w ogóle nie „planowali” dzieci, tak jak to dziś robią młodzi, że „wpierw mieszkanie, potem samochód, spłacimy kredyt”. To jest dla mnie jakieś dziwactwo bez romantyzmu! Dzieci są naszym największym osiągnięciem. Mamy fantastyczne dzieci i obydwoje kochamy je do granic możliwości. Jednak wtedy byłam przerażona: „Boże, jak ja sobie poradzę?!”. 

Czy wtedy jeszcze pani widziała?

M.: Tak, ale słabo i było wiadomo, że będzie gorzej. I znowu Andrzej był jak opoka. Nie żeby gadał: „O, jak ja się cieszę”, bo jak jedno jest na dnie rozpaczy, a drugie się cieszy, to jest dysonans. On był po prostu ogromnym wsparciem. Paulinka miała wtedy 11 lat. Kiedy jej mówiłam, że jestem w ciąży, beczałam. A ona powiedziała tak: „Mamusiu! Mnie się spełniają wszystkie marzenia: żebyś ty widziała, żebym miała rodzeństwo i psa! Tylko zobacz, one się spełniają od końca: psa już mam, teraz będę miała rodzeństwo, może jeszcze będziesz widziała”. Taką mam wspaniałą rodzinę. Urodził się Mikołaj i przyniósł nam samo dobro.

Wiedziałem, że będzie ciężko i się z tym pogodziłem. Nigdy nie miałem myśli, żeby uciec (fot. Archiwum prywatne)

Była pani w stanie go zobaczyć?

M.: Buźki nie. U mnie ta zasłaniająca świat chmura się rozszerzała od środka.
A.: Małgosia przekrzywiała głowę, by kątem oka móc go dojrzeć. A musi pani wiedzieć, że obiektywnie rzecz biorąc, nasze dzieci są najpiękniejsze na świecie.
M.: Andrzej zawsze mówi: „Genetycznie obciążone urodą”… (śmiech).

Skoro pani wspomina o genetyce, to czy państwo się baliście… 

M.: Tak! Był lęk, że choroba może być odziedziczona.

Ale dzieci są zdrowe?

M.: Tak! I wnuki też. Ale bałam się bardzo. Powiedziałam: „Panie Boże, ja to ja, już mogę oślepnąć, ale nie dzieci!”.

Po urodzeniu Mikołaja całkowicie straciła pani wzrok?

M.: Tak, ale mimo to był to cudny okres naszego małżeństwa! Dobiegaliśmy czterdziestki, obydwoje mieliśmy dobrą pracę - mąż został dyrektorem w banku - był spokój. Upajaliśmy się tym rodzicielstwem: jedno dziecko mamy z głębokiego socjalizmu, kiedy była ciągła nerwówka, że ser żółty czy mleko można zdobyć tylko z darów, a przy drugim już wszystko było.
A.: Wracałem z pracy, brałem synka w wózek i dumny spacerowałem po Łazienkach.

Pani była twardzielką, prawda?

M.: Myślę, że ja do dziś jestem twardzielką! 

Nigdy się pani nie kłóciła z Bogiem? Nie pytała: „dlaczego ja”?

M.: O nie! Ja się z Panem Bogiem nigdy nie kłócę. Ale jeśli zapyta pani, czy nie miewam momentów żalu, to owszem. Miewam. Kiedy córka wychodziła za mąż, opowiadano mi, jaką ma sukienkę, jak jest umalowana, ale to nie to. Zobaczyć ich razem! Tego chciałam. Albo jak się rodziły wnuki. Całowałam te główeczki, mówiłam: „To ja, twoja babcia Małgosia i kocham cię do szaleństwa”. Ale tych dziubasków nie mogłam zobaczyć. Co zrobić…Taka już natura tej choroby. 

Ile lat minęło, odkąd - w jakimkolwiek stopniu - była pani w stanie zobaczyć męża?

M.: To było… pod koniec lat 90., więc ponad 20. Wiem od koleżanek, że wciąż jest atrakcyjnym mężczyzną. 

Przez całą naszą rozmowę patrzy na panią z ogromną miłością! 

M.: Ostatnio nasza koleżanka Jolka też mi powiedziała: „Gdybyś ty wiedziała, jak on się na ciebie gapi!” (śmiech).
A.: To dlatego, że ja też coraz słabiej widzę już…
M.: (śmiech) Ty małpo!
A.: Tak na poważnie, to ja bardzo nie lubię sztuczności. Małgosia się nie maluje i ja jestem z tego powodu szczęśliwy, bo mogę ją widzieć taką, jaka jest.
M.: Mogłabym się oczywiście nauczyć malować - włosy sama przecież potrafię ufarbować - ale akurat ten temat odpuściłam.
A.: Ja sam kiedyś malowałem Małgosię!

Naprawdę?

A.: No pewnie! Wszystkiego się nauczyłem: brałem kosmetyki, pędzle i malowałem żonę, kiedy wychodziliśmy na imprezy. Ale to stare czasy były.
M.: Andrzej daje mi ogromne wsparcie. Chyba największą naszą próbą ognia to było umieranie mojej mamy. Miała raka z przerzutami. Była leżąca, miała potworne bóle, ale oczywistym było, że bierzemy ją do nas. Przychodziły osoby pomagać przy czynnościach higienicznych, ale Andrzej był cały czas! Jak on o nią dbał… sprzątał, opiekował się. Kwiaty jej przynosił! Mama miała zawsze świeże kwiaty.
A.: Co z tego…

Andrzej daje mi ogromne wsparcie (fot. Anna Kalita)

Jak to co z tego? Panie Andrzeju, pan jest niesamowitym mężczyzną!

A.: Ja po prostu jestem mężczyzną.

Który nie wymięka, gdy robi się ciężko.

A.: Mój tata był taki sam.
M.: Ja jestem osobą wierzącą i myślę sobie, że Andrzej to jest dar od Boga. Po to jesteśmy, żeby nawzajem siebie wspierać. Kiedy w 2011 roku przeszedł zapalenie mózgu i trafił na siedem tygodni do szpitala, byłam u niego każdego dnia. Od tego czasu mąż jest na rencie.
A.: Oboje dobrze trafiliśmy w życiu. Ja jestem w czepku urodzony! Gdybym nie poznał Małgosi, tobym nigdy w życiu nie wyjechał za granicę! A my bardzo dużo podróżujemy.
M.: Jeździmy dużo, ale ja bym chciała jeszcze więcej! Pięć razy byliśmy w Turcji, dwa razy na Wyspach Kanaryjskich…
A.: A nie trzy?
M.: Dwa, Andziuśka! A w ’98 przejechaliśmy osiem tysięcy kilometrów: przez Salzburg, Lichtenstein, Grenoble, Genewę, Avignon, Barcelonę, Alicante, Madryt, Toledo… 

Przepraszam, może to nietaktowne pytanie, ale czy te wyprawy są dla męża? Po to, żeby on mógł zobaczyć te wszystkie piękne miejsca?

M.: Nie! To jest być może dziwne, ale ja sama uwielbiam podróże. Korzystam z audiodeskrypcji, przewodników, słucham, jak Andrzej opowiada, ale prawdą jest, że czasem się irytuję, kiedy wszyscy się zachwycają, jakie piękne widoki, a ja nie potrafię sobie tego wyobrazić tak, jak bym chciała. Rzadko kto potrafi tak opowiedzieć, żeby mnie to zadowoliło. Jestem wymagająca, a architektura mnie fascynuje.

Wspomniała pani o Barcelonie. Jak opowiedzieć Sagradę Famílię?

M.: Mam akurat miniaturę Sagrady Famílii zrobioną z gliny. A w Madrycie jest wspaniałe muzeum najznamienitszych światowych budowli. Miniatury leżą na stole, można je poznać dotykiem. Zawsze kiedy podróżujemy, również oczywiście szukam makiet. Ostatnio byliśmy w Białymstoku i tam przed Pałacem Branickich jest cudna makieta, ale kto o tym wie, że ona tam jest? Dlatego utworzyłam w PZN pierwszą w Polsce czytelnię map i planów oraz podstronę o udogodnieniach w obiektach atrakcji turystycznych dla niewidomych. Natomiast wracając do naszych podróży - to we wrześniu będziemy mieli przecież 40. rocznicę ślubu! Kolejny pretekst, by wyjechać.
A.: Albo wybrać się w rejs! Do Casablanki!
M.: Tak? Chciałbyś?
A.: No pewnie.

Rejs do Casablanki! Jakie to romantyczne! Czyli pan jest nie tylko opiekuńczym mężczyzną, ale też romantykiem. 

A.: Jestem.
M.: I to jakim! Ile ja kwiatów dostałam w życiu!

Panie Andrzeju, czy pan słyszy od nowo poznanych osób, jaki to pan jest święty i dobry?

A.: Wśród kolegów szacunek mam.
M.: Nasza rodzina, znajomi w ogóle nie patrzą na nas przez pryzmat tego, że ja nie widzę. Tak by się nie dało żyć. A żyjemy normalnie. Jak wszyscy. I powiem pani, że ja męża kocham codziennie, ale nie każdego dnia go lubię i on pewnie też tak czasem miewa. Nasza miłość nie jest idealna. Absolutnie!

Idealna miłość chyba nie istnieje.  

M.: W idealną miłość wierzą chyba tylko młodzi ludzie. Jak miałam te 19 lat, to też sobie wyobrażałam, że to codziennie będzie sen z oczu i tylko o nim będę myślała cały czas! Z wiekiem człowiek patrzy mądrzej. Miłość tak naprawdę polega na tym, że Andrzej zawsze jest w centrum. Że jest bardzo ważną osobą w moim życiu. I jeśli przeżywam jakieś fajne rzeczy, to zawsze chcę, żeby on współdzielił to ze mną. Ale też jest tak, że jak jemu jest źle, to… Jezu … To mnie też jest źle.

Mówiła pani, że jest twardzielką, a jednak na koniec tej rozmowy to pani ma mokre oczy, a nie pan Andrzej. 

A.: To dlatego, że ja się hamuję. Ja tam nie muszę nic gadać, tylko po prostu być obok niej. Kiedy jej nie ma, jest mi źle. I tyle. 

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in z Gazetą Wyborczą Wrocław, Dziennikiem Polska Europa Świat i Dziennikiem Gazetą Prawną oraz UWAGĄ! TVN. W 2016 roku nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał "Tu nie ma sprawiedliwości" o krzywdzie chorych na Alzheimera podopiecznych domu opieki.

Rozmowy Anny Kality

Ta rozmowa jest kolejną z serii wywiadów Anny Kality o miłości.

Więcej rozmów Anny Kality