Podróże
Kurort Sankt Peter-Ording nad Morzem Północnym (Fot. GNTB / Dietmar Scherf)
Kurort Sankt Peter-Ording nad Morzem Północnym (Fot. GNTB / Dietmar Scherf)

Dlaczego warto?

Atrakcji związanych z morzem – a raczej morzami, bo od zachodu Szlezwik-Holsztyn oblewa Morze Północne, a od wschodu Bałtyk – nie brakuje. Odwiedzimy tu handlową metropolię wikingów, przespacerujemy się po dnie morza, a nasze serca podbiją dokazujące foki. Szlezwik-Holsztyn to także wsie i miasteczka o ciekawej architekturze i bajkowym uroku. Trzeba wspomnieć też o serwowanych tu owocach morza – wielbiciele krewetek, ryb, krabów będą w siódmym niebie.

Na ten wyjazd jedną rzecz trzeba zabrać obowiązkowo – porządną kurtkę przeciwwiatrową. Bo w Szlezwiku-Holsztynie, najbardziej wysuniętym na północ kraju związkowym Niemiec, wieje na potęgę. Nie jest to kierunek dla zagorzałych plażowiczów. Tutejsze, ciągnące się kilometrami, szerokie, piaszczyste plaże są urody niezwykłej, jednak leżenie na nich plackiem jest pomysłem raczej niszowym.

Tutejsze, ciągnące się kilometrami, szerokie, piaszczyste plaże są urody niezwykłej, jednak leżenie na nich plackiem jest pomysłem raczej niszowym (Fot. Anna Budyńska)

Na zwiedzanie Szlezwika-Holsztynu warto zaplanować przynajmniej tydzień i zobaczyć atrakcje zarówno z wybrzeża Morza Północnego, jak i Bałtyku, bo mają one zupełnie inny charakter. Więcej informacji tutaj >>

embed

Aktywnie. Spacerkiem po dnie morza

Kiedy dochodzimy do miejsca, gdzie zaczyna się błotnista równina, Sesle Jacobs, nasza przewodniczka, oznajmia: – Dalej pójdziemy boso, odradzam zakładanie klapek, jest bardzo ślisko. Posłusznie ściągamy buty, skarpetki, podwijamy spodnie i ostrożnie stawiając stopy, ruszamy dalej. Przed nami aż po horyzont rozciąga się płaskie, z pozoru monotonne mokradło. Wystarczy jednak chwila wnikliwej obserwacji, by zorientować się, że tętni ono życiem

Chodzimy po dnie Morza Wattowego. Watty to inaczej równiny, które odsłaniane są przez morze w czasie odpływu. Dwa razy dziennie woda cofa się o kilka kilometrów. Takie tereny są na całym świecie, ale Morze Wattowe jest największe. Rozciąga się od wybrzeża Holandii, przez północne Niemcy, do brzegów Danii. W 2009 roku zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Łącznie jego linia brzegowa ma 450 km długości, szerokość wynosi 10–30 km.

Spacer po dnie Morza Wattowego (Fot. Ann-Kathrin Meyerhof/Föhr Tourismus GmbH)

My spacerujemy po Parku Narodowym Szlezwicko-Holsztyńskim Morza Wattowego, w okolicy miejscowości Sankt Peter-Ording, która ma ponad 150-letnią historię i słynie z prozdrowotnego klimatu. Wróćmy jednak do tego, co dzieje się na odsłoniętym dnie. Żyje tu bardzo ciekawa menażeria: małże, węże, kraby. Wszystkie kolorystycznie dopasowane do podłoża, dlatego trzeba wykazać się czujnością i refleksem, by je wypatrzyć. Dodatkowo taka sercówka, czyli małża w kształcie serca, potrafi zagrzebać się w piasku w trzy sekundy!

Uwagę zwracają piaskowe formacje, które wyglądają jak niewielkie górki spaghetti. – Każda górka należy do jednej piaskówki, to robak przypominający glistę, o długości do 40 cm – wyjaśnia Sesle. – Nie ma oczu, bo do niczego nie są jej potrzebne, 99 proc. życia spędza pod warstwą błota, na głębokości 20–30 cm – dodaje.

Czym są więc górki spaghetti nad norkami piaskówek? Niczym innym jak, ekhm, ich odchodami. – Piaskówka zjada piasek i w ten sposób go oczyszcza – wyjaśnia Sesle.

Sesle Jacobs, nasza przewodniczka po Morzu Wattowym (Fot. Anna Budyńska) , Sesle prezentuje nam 20-centymetrową piaskówkę (Fot. Anna Budyńska)

Porcja mokrego piasku przechodzi przez robaka w około 30 minut. W tym czasie piaskówka "wybiera" z niego mikroorganizmy, którymi się odżywia, a oczyszczony wydala w formie nitek piaskowego makaronu. Na koniec opowieści o sprzątaniu morskiego dna Sesle sprawnie wykopuje łopatą piaskówkę i prezentuje nam w całej krasie 20-centymetrową glistę. Nie jest ona może najpiękniejsza, ale jej działalność na pewno budzi szacunek.

Morzem Wattowym powinny zainteresować się osoby obserwujące ptaki. Akwen leży na ich szlaku wędrownym. Jesienią i wiosną na odpoczynek zatrzymuje się tutaj około 12 mln ptaków wędrownych. Nic dziwnego, odsłonięte dno morskie roi się od smakowitych ptasich kąsków.

Spacerkiem po dnie Morza Wattowego (Fot. Julia Nimke) , Uwaga! Spacer po dnie Morza Wattowego możliwy jest tylko z przewodnikiem (Fot. Julia Nimke)

Uwaga! Spacer po dnie Morza Wattowego możliwy jest tylko z przewodnikiem. Na wacie bardzo łatwo się zgubić – kiedy oddalimy się od lądu, brakuje stałych punktów odniesienia. Opiekunowie gwarantują też bezpieczny powrót z wycieczki przed przypływem. Więcej informacji tutaj >>

embed

Fokarium. Juris, Snorre, Mareika i spółka

To szpital, sanatorium i dom spokojnej starości w jednym. Cała ta infrastruktura jest dla foczej klienteli – foki szarej i foki pospolitej, bo te dwa gatunki zamieszkują szlezwicko-holsztyńskie wybrzeże Morza Północnego.

Mała foczka w centrum dla fok we Friedrichskoog (Fot. materiały prasowe) , Juris (na zdjęciu), Snorre, Mareika i kilka innych fok, których popisy możemy podziwiać w największym basenie, to stałe mieszkanki (Fot. materiały prasowe)

Sabrina Kahmann, przewodniczka centrum dla fok we Friedrichskoog (niem. Seehundstation Friedrichskogg), nie ma łatwego zadania. Za jej plecami Juris, Snorre i Mareika robią wiele, by skupić na sobie uwagę grupy. Foki kręcą piruety w basenie, wychodzą na brzeg, kładą się na boku i klepią płetwami po tłustych boczkach, by potem efektownym ślizgiem wrócić do basenu. Każdy ich popis kwitowany jest głośnym "Ooooch!" obserwujących.

– Do naszego centrum trafiają małe foki, które przez sztorm nie były w stanie nadążyć za mamami i zostały same – tłumaczy nieporuszona foczymi występami Sabrina. – Tak dzieje się również wtedy, gdy ludzie zbyt blisko podpływają łodziami do brzegów, na których odpoczywają foki. Mama ucieka, małe nie daje rady i zostaje. Gdy na plaży grupa ludzi otacza małą fokę i mama nie może się do niej dostać, również zostawia małe. Jeżeli zobaczymy foki na plaży, nie zbliżajmy się do nich. To je bardzo stresuje i może spowodować rozdzielenie zwierząt – tłumaczy Sabrina.

Centrum dla fok we Friedrichskoog (Fot. materiały prasowe) , Snorre - jedna ze stałych rezydentek we Friedrichskoog (Fot. Sven-Erik Arndt)

Centrum dla fok we Friedrichskoog jest jedynym miejscem w Szlezwiku-Holsztynie, do którego mogą trafić chore i słabe foki żyjące na wolności. Zwierzęta mają tutaj profesjonalną opiekę, a celem instytucji jest jak najszybsze postawienie ich na nogi, a raczej płetwy, i wypuszczenie z powrotem na wolność. W jaki sposób foka trafia do centrum? Najpierw zaalarmowani wolontariusze oceniają, czy samotne zwierzę na plaży faktycznie nie da rady samo wrócić do morza. Jeżeli nie jest w stanie, przywożą je do Friedrichskoog. Tutaj każda foka przechodzi badania, jest mierzona, ważona, pobierana jest próbka jej krwi. Każda pacjentka dostaje czip na płetwę, żeby łatwo było rozpoznać ją w grupie i podać jej odpowiednie lekarstwa czy ilość jedzenia. Małe foki najpierw karmione są zamiennikiem foczego mleka, potem w menu pojawia się śledź. W centrum jest około stu kuracjuszek, spędzają tu dwa–trzy miesiące. Wracają na wolność, kiedy są zdrowe i potrafią same się wyżywić, czyli samodzielnie nurkować i złapać odpowiednią liczbę ryb.

W dniu, kiedy odwiedzamy centrum, do Morza Północnego powraca 12 rezydentek. – Foki mogą pływać na bardzo długie dystanse. Jedna z wypuszczonych przez nas fok została namierzona w Szkocji, wiele na duńskim wybrzeżu – mówi Sabrina.

Strefa kwarantanny i rehabilitacji małych fok nie jest dostępna dla zwiedzających. Zwierzęta mają tu jak najszybciej dochodzić do formy, obecność ludzi ograniczana jest do minimum. Juris, Snorre, Mareika i kilka innych fok, których popisy możemy podziwiać w największym basenie, to stałe mieszkanki. – To zwierzęta, które były zbyt chore lub słabe, żeby wrócić na wolność. Mareika miała bardzo złe wyniki krwi i nie wiedzieliśmy, co jest tego powodem. W największym basenie zostają też zwierzęta, które urodziły się w centrum, nie wolno nam ich wypuszczać na wolność – tłumaczy Sabrina.

W największym basenie zostają zwierzęta, które urodziły się w centrum, nie wolno ich wypuszczać na wolność (Fot. materiały prasowe)

Do centrum najlepiej przyjechać w porze karmienia dorosłych fok: o 10.30, 14.00 i 17.30. Chwytanie śledzi w locie to zaledwie podstawowa sztuczka i wstęp do rozbudowanego show z rekwizytami. Warto jednak dodać, że ten spektakl nie odbywa się wyłącznie ku uciesze ludzi – podczas karmienia i zabaw sprawdzany jest stan zdrowia podopiecznych, np. ich płetwy, fokom podawane są lekarstwa. Gry i zabawy motywują je też to niezbędnej aktywności i ćwiczeń, wszystko to odbywa się pod okiem wykwalifikowanych medyków.

Foczy trening w centrum dla fok we Friedrichskoog (Fot. materiały prasowe)

Na miejscu jest też muzeum. Dowiemy się w nim, jakie są różnice między foką szarą a pospolitą, jak działają focze zmysły i ich system termoregulacji, poznamy też historię polowań i ochrony tych zwierząt. Na muzeum warto przeznaczyć minimum 45 minut. Więcej informacji >>

Historia. Metropolia handlowa wikingów

"Haithabu to bardzo duże miasto na najdalszym krańcu oceanu" – zapisał w swoim dzienniku arabski podróżnik Ibrahim ibn Ahmed At-Tartûschi pod koniec X wieku.

W rzeczywistości osada położona była na końcu zatoki Schlei, która aż na 40 km wcina się w głąb wschodniego, czyli bałtyckiego, wybrzeża Szlezwika-Holsztynu. – Haithabu było świetnym miejscem do rozwijania handlu, z zatoki łodzie wypływały bezpośrednio na Morze Bałtyckie i ruszały do Skandynawii. Z kolei lądem wystarczyło pokonać kilkanaście kilometrów, żeby dostać się do systemu rzek, które prowadziły do Morza Północnego – tłumaczy oprowadzający nas historyk.

Muzeum Wikingów (Fot. materiały prasowe) , Ile osób mieszkało w północnej metropolii wikingów? Szacuje się, że mogło tu być do dwóch-trzech tysięcy osób. (Fot. materiały prasowe)

Przypomnijmy, że były to czasy przed wybudowaniem Kanału Kilońskiego, który dzisiaj jest najkrótszym szlakiem wodnym – przecinającym Szlezwik-Holsztyn – łączącym Bałtyk z Morzem Północnym. Dzięki niemu statki oszczędzają dzisiaj 460 km w porównaniu ze szlakiem przez cieśniny duńskie.

Kiedy kontrolę nad Haithabu przejął król duński, osada zaczęła się szybko rozwijać i od IX do XI wieku stała się jednym z ważniejszych miast w północnej Europie. Tutaj krzyżowały się szlaki handlowe, przyjeżdżali kupcy z całego świata. – To było prawdziwe multi-kulti, mieszały się tu różne religie, języki. Obok handlu rozwijało się rzemiosło – mówi przewodnik.

Ile osób mieszkało w północnej metropolii wikingów? Trudno precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie; szacuje się, że mogło tu być do dwóch–trzech tysięcy osób.

Pozostałości nordyckiej osady wraz z portem odkryto pod koniec XIX stulecia. Dzisiaj w Haithabu obejrzymy siedem zrekonstruowanych chat wikingów z IX–XI wieku. Kiedy wejdziemy do ich wnętrza, łatwiej wyobrazić sobie, jak wyglądało życie we wczesnym średniowieczu. – Tamte bardzo surowe realia nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością wikingów pokazywaną w popularnych serialach – śmieje się przewodnik.

Wystarczy spojrzeć na posłania ułożone bezpośrednio na klepisku: położenie się do snu wyżej groziło uduszeniem – dym z paleniska wypełniał górę chaty, jedynie niżej można było swobodnie oddychać.

Wnętrze wikińskiej chaty (Fot. Henrik Matzen) , W Haithabu działa muzeum. Zobaczycie w nim zrekonstruowaną królewską łódź wikingów, która tysiąc lat temu była najszybszą konstrukcją pływającą po Bałtyku (Fot. materiały prasowe)

W dzisiejszym Haithabu działa też muzeum. Zobaczycie w nim zrekonstruowaną królewską łódź wikingów, która tysiąc lat temu była najszybszą konstrukcją pływającą po Bałtyku. W muzeum jest dużo przystępnie podanych informacji o podbojach i szlakach handlowych wikingów, rzemiośle i życiu codziennym. Wśród eksponatów są m.in. piękna biżuteria, broń i monety. Więcej informacji >>

embed
embed

Przydatne linki:
https://kiel-sailing-city.de/,
https://www.bonscherhus.de/,
https://love-my.earth/pages/lme,
https://www.lagom-kiel.de/.

*Nasza autorka podróżowała na zaproszenie Niemieckiej Centrali Turystyki, która pokryła koszty jej transportu i pobytu.

Anna Budyńska. Redaktorka naczelna magazynu Weekend.gazeta.pl. Interesuje się zapachami i tym, jak na nas wpływają. Jest współautorką książki "Ach, zapach! Przewodnik po fantastycznym świecie zapachów".