SMS: Świat skończył się dzisiaj
Szymon (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)
Szymon (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

Co się nie wydarzyło

To, co się dzieje w ostatnim roku na świecie, sprawia, że mniej zajmuję się pracą nad moją kolejną książką, mimo że jest ważna i potrzebna: piszę o kryzysie wodnym i klimatycznym. Jednak uznałem, że zarówno kryzys na granicy polsko-białoruskiej, jak i wojna w Ukrainie są tematami tak ważnymi, a do tego dzieją się tu i teraz, że zwyczajnie trzeba o nich pisać.

Ale najtrudniejsze jest dla mnie to, że na pewno mniej czasu poświęcam dziecku. W pewnym momencie, będąc w Ukrainie któryś już miesiąc, z małymi przerwami, zauważyłem, jak łatwo mi się uzależnić od adrenaliny. Od bycia w ciągłym ruchu i w ciągłym pisaniu, myśleniu o Ukrainie, wojnie i o kolejnych tematach, które mam zrealizować. Przykładowa zabawa klockami Lego nie była już tak na sto procent - jak zawsze z moim 4-letnim Guciem. To nie był już czas tylko dla niego, łatwo przychodziło mi się nagle wyłączyć. Zrozumiałem, że jak nie przystopuję, mogę stracić w życiu coś, czego bardzo nie chciałbym stracić.

Więcej wiadomości i historii naszych bohaterów na stronie projektu: SMS: Świat skończył się dzisiaj >>>

24 lutego

Że jadę na wojnę, dowiedziałem się rano, odwożąc Gucia do przedszkola. Zadzwonili niemieccy dziennikarze, z którymi wcześniej pracowałem jako fixer, że chcą, żebym z nimi jechał,  był tłumaczem i ogarniał logistykę. Nie konsultowałem tego z Majką, moją partnerką, bo myślałem, że jadę z nimi tylko na granicę. Więc zawiozłem Gucia, pożegnałem się, napisałem Majce SMS-a, żeby spakowała mi kalesony, i już z rzeczami popędziłem. Na wojnę, jak się okazało.

Ja w takich sytuacjach - stresu czy jak się coś dzieje - to nie lubię siedzieć bezczynnie. A najlepiej się czuję w działaniu i pisaniu. Tu doszły jeszcze względy językowe i bliskość geograficzna.

Na granicy do północy rozmawialiśmy z osobami, które uciekały przez przejście w Hrebennem. To były bardzo poruszające spotkania i wtedy zdałem sobie sprawę, że 24 lutego będzie dla mnie już na zawsze symbolem tego, że coś bardzo ważnego przespałem. Cała Europa przespała. W zasadzie każdy uchodźca, którego pytałem o ten dzień, od samego rana, od pierwszych wybuchów mówił mi, że o co ja pytam, że przecież wojna zaczęła się osiem lat temu.

Jestem zły na siebie i samym sobą zawiedziony, jako dziennikarz i jako osoba zajmująca się sprawami międzynarodowymi, że niby śledziłem wydarzenia w Ukrainie w ostatnich latach i że niby zdawałem sobie sprawę z tego, co się wydarzyło, ale chyba nie potrafiłem urealnić sobie, że ta wojna tam trwa. Zabrakło mi wiedzy, zabrakło mi zawziętości, żeby śledzić ten temat na bieżąco, byłem skupiony na innych częściach świata, a nie na tym, co bliższe Polsce.

Wiadomości SzymonaWiadomości Szymona fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Przeszłość

Wcześniej zajmowałem się tematami związanymi ze zmianami klimatu. Ale i przestępczością zorganizowaną, na przykład pisałem o kartelach w Meksyku. Albo trudnymi społecznymi problemami Afryki. To nie były tematy, które polskiego czytelnika jakoś bardzo przyciągały. Egzotyka, odległość sprawiały, że ludzie się z tymi problemami nie identyfikowali.

Na przykład dwa lata temu zajmowałem się migracjami motyli monarchicznych, które dla mnie są metaforą tego, co się w ogóle z naszym światem wydarzy pod wpływem kryzysu klimatycznego. W czasie pandemii Meksyk był otwarty, więc mogłem pracować nad historią o motylach, które pokonują 5000 km z Kanady do Meksyku. Wyobraź sobie, że są cztery pokolenia motyli i że prawnuczkowie wracają śladami nigdy niepoznanych dziadków do swoich korzeni. Prowadziłem śledztwo w sprawie Homero Gomeza, który bronił tych motyli, a przy okazji wody. I mierzy się z wycinką lasów czy zaangażowaniem meksykańskich karteli w produkcję awokado. Zajmowały mnie te połączenia, śledzenie migracyjnych szlaków motyli.

Nie spodziewałem się, że zajmę się migracjami ludzi.

A potem była polsko-białoruska granica.

Pisanie o granicy czy wojnie w Ukrainie pokazuje, że im bliżej nas coś się wydarzy, im bliżej jest zagrożenie, tym bardziej ludzie to przeżywają i tym chętniej o tym czytają. Pisałem przecież wcześniej o ludzkiej krzywdzie i smuci mnie ten wniosek, że kiedy złe rzeczy dzieją się na innym końcu świata, to tak trudno nam się tym przejmować. Ludzie umierający w karawanie uchodźców w Meksyku, w drodze do amerykańskiej granicy, nie budzą takich emocji. Uchodźcy, którzy uciekają z krajów objętych wojnami, ale to są wojny tysiące kilometrów stąd –  nie budzą takiej litości wśród Polaków jak ci z Ukrainy.

Teraz

Pojechałem do Ukrainy, żeby pisać, ale też żeby poradzić sobie z własną bezradnością. Nie chciałbym się definiować jako dziennikarz wojenny, bo ani nim nie jestem, ani nigdy nie chciałbym być.

Przez pierwsze trzy tygodnie siedziałem z Niemcami we Lwowie, Łucku, Żytomierzu, Winnicy i zachodniej Ukrainie. Spałem po trzy-cztery godziny dziennie. Fixując dla Niemców, zdałem sobie sprawę, że jest to też dla mnie okazja do napisania czegoś ciekawego, i po pracy z nimi, jak kończyliśmy o 14 czy 15, spędzałem czas z ludźmi w piwnicach.

Chciałem napisać reportaż o strachu, bo sam sobie przecież z tym strachem średnio radziłem. W ogóle się nie zatrzymywałem, cały czas byłem w biegu, coś robiłem, nie chciałem stanąć i się nad nim zastanowić. Spotkania z Ukraińcami w ich piwnicach i schronach to był pretekst do porozmawiania o tym strachu i przeżycia go wspólnie.

Pojechałem do Ukrainy, żeby pisać, ale też żeby poradzić sobie ze swoją własną bezradnościąPojechałem do Ukrainy, żeby pisać, ale też żeby poradzić sobie ze swoją własną bezradnością fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Rozmowy były poruszające. W różnych znaczeniach tego słowa. Bo niektóre pokazywały mi, że część Ukraińców niewiele sobie z tego wszystkiego robiła. To mi znowu dało do myślenia, że ja i Europa przespaliśmy ten moment, kiedy sprawy się ważyły. Że ta obojętność, która wtedy się wkradła w nasze poczynania, dzisiaj znów może dojść do głosu. Wiesz, boję się tego, że w jakiś sposób końcem cywilizacji czy tej Europy, którą znamy, będzie właśnie to, że wszyscy staniemy się obojętni. I bardzo się boję tej obojętności, zwracam na nią uwagę i staram się o niej dużo mówić, żeby ludzie nie byli obojętni na żadnym szczeblu i w żadnym temacie.

Po pracy z Niemcami do Ukrainy jeździłem już sam, realizując własne tematy reporterskie, we współpracy z OKO.press. Dlaczego nie dotarłem na wschód? Z moją partnerką mamy taki układ, że nie jeżdżę na front. Ja zresztą wcale nie czuję się dziennikarzem frontowym, dla mnie interesujący są zwykli ludzie.

Z opisanych przeze mnie historii najważniejsza jest dla mnie opowieść pewnej pani, która przeżyła okupację we wsi na wschód od Kijowa. To, w jaki sposób ona mówi w szczegółach, jak kończyły jej się ziarna kawy w słoiku, jest kwintesencją tej wojny. Obraz kończących się ziaren kawy albo słoika ze słoniną ukrytego przed Rosjanami pod samochodem w ogrodzie - o wiele bardziej działają na wyobraźnię niż zniszczony sprzęt czy latające bomby. One oczywiście też powinny być pokazywane w mediach, ale to nie jest coś, co chcę obserwować czy opisywać, bo się na tym kompletnie nie znam. Wydaje mi się, że znam się trochę na zwykłym człowieku, a do rozmów z nim nie muszę być na froncie.

Ale nawet na nim nie będąc, miałem problemy ze spaniem. Tydzień po Buczy w zasadzie wcale nie spałem. Wcześniej to mi się raz zdarzyło po granicy polsko-białoruskiej, ale tutaj zauważyłem pewne objawy PTSD.

Fizycznie i psychicznie mnie ta Ukraina spala. A do tego w którymś momencie mój syn zaczął dzwonić i pytać mnie: tato, kiedy skończy się wojna, bo chciałbym się z tobą pobawić klockami Lego. Takich dialogów z nim przeprowadziłem bardzo dużo i to są dla mnie te najtrudniejsze momenty. Te rozmowy z nim mi pokazały, że świat, który sobie wymarzyłem i w który wierzyłem, w jakiś sposób się kończy. Moje dziecko nagle znajduje się w świecie, w którym ja nie chciałbym być.

Od pierwszego wieczora wojny mieliśmy w domu uchodźców i Gucio nie mógł zrozumieć, dlaczego ci ludzie uciekli z Ukrainy, a jego tata właśnie tam jedzie. I gdzie jest ten tata, który był klockowym tatą, a teraz tylko wpada czasem na klocki?

Zamieszkała u nas rodzina: małżeństwo z 6-letnim Tomem. Już wyjechali do Edynburga - mieli tam znajomych, dostali wsparcie finansowe od lokalnych władz, znalazła się też praca. Ale póki u nas byli, chłopcy się razem bawili - Gucio nawet myśli, że już mówi po angielsku. 

Choć oczywiście staramy się nadmiernie nie eksponować tematu wojny i śmierci i rozmawiać z nim na ten temat tylko, kiedy pyta, to widać, że na swój sposób próbował to rozkminić. Gdy wyjechałem po raz pierwszy, zmartwił się, że ludzie, których przyjęliśmy, przyjechali z Ukrainy, a ja tam właśnie pojechałem. Spytał o to mamę na placu zabaw. I w lot zapamiętał, gdzie jest wojna w Ukrainie, a gdzie jestem ja, kiedy pokazała mu to na odległość rozpiętych maksymalnie ramion.

Zapytał, czy się czegoś boję. Przeżywał emocje, które przed nim gdzieś tam skrywaliśmy, pewnie nieumiejętnie. Czytał stres: mój i Mai.

Teraz ja zwolniłem, jeżdżę mniej, wybieramy się właśnie na wspólne wakacje. Odkąd spędzamy znów razem więcej czasu, widzę przed sobą najszczęśliwszego dzieciaka na świecie.

Tydzień po Buczy w zasadzie wcale nie spałem. Wcześniej to mi się raz zdarzyło po granicy polsko-białoruskiej, ale tutaj zauważyłem pewne objawy PTSDTydzień po Buczy w zasadzie wcale nie spałem. Wcześniej to mi się raz zdarzyło po granicy polsko-białoruskiej, ale tutaj zauważyłem pewne objawy PTSD fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Przyszłość

Nie chcę, żeby ta wojna stała się memem albo tragicznym obrazkiem, który scrolluje się na Facebooku. I właśnie dlatego staram się pisać pogłębione historie, żebyśmy nie sprowadzali wojny tylko do tego jednego zdjęcia pianistki w zbombardowanym pokoju czy obrazków z Buczy. Bo to są tylko sytuacje. One oczywiście powinny się pojawiać, ale może nie tylko jako obrazy i nie w takim natężeniu.

Mnie różne osoby potrafią zapytać na imprezie urodzinowej albo przy ognisku, jak było w Buczy.  Takie pytanie doprowadza mnie do kompletnego zamknięcia się, kończę rozmowę. Rozumiem, że ludzi to ciekawi, ale to nie jest temat na small talka, nie można go sobie załatwić przy kiełbasce. Nie zgadzam się na to, by wojna stała się ciekawostką, memem na wallu – o czym niedawno pisał Filip Springer. Zupełnie się na to nie godzę.

Zamierzam wrócić do Ukrainy pod koniec sierpnia albo na początku września i będę pewnie pisać też coś o wojnie, ale chcę się głównie zająć mokradłami. Polesiem, czyli szerokorozumianym obszarem Ukrainy, Białorusi i Polski, najważniejszymi terenami zalewowymi, zwanymi Amazonią Europy. To jest bardzo metaforyczne: jak woda ratuje Ukrainę. Jak ta tama, która została otwarta i woda wylała się na czołgi rosyjskie, i rzeką Irpin spłynęła na pole. Chciałbym przez wodę opowiadać o kryzysie wodnym i o tym, co się dzieje w Ukrainie i na świecie.

Nie możemy też pozwolić, żeby mówiło się, że to jest wojna Ukraińców, nawet na poziomie języka to się nie może zdarzyć. Ta wojna oczywiście toczy się w Ukrainie, ale to jest nasza wojna: nas, wszystkich ludzi, którzy wymarzyli sobie świat oparty na prawach człowieka i na wolności. Boję się tego, że ludzie przestaną się kompletnie przejmować wojną, kiedy przyjdą kolejne podwyżki gazu i benzyny. Boję się, że zupełnie przestaniemy wspierać Ukraińców. Bo boję się, że komfort świata Zachodu zwycięży. Chciałbym słowem o to walczyć, żeby Zachód nie zobojętniał. Bo obojętność nas wszystkich wykończy.

Najgorsze w tym, że ja nie wierzę, że to się szybko skończy. W tej chwili nie umiem sobie nawet wyobrazić świata, w którym nie ma tej wojny.

Wojna to też jest walka na informacje pomiędzy dwoma państwami. Widzę tę świetną robotę, która robi Ukraina, ale widzę też, że sprzedaje mediom i światu głównie optymistyczne wiadomości. A z tego, co sam widziałem i z tego, co mówią dziennikarze, którzy są lepiej niż ja zorientowani w temacie, sytuacja nie jest aż tak optymistyczna.

Wiem, że ta wojna wywoła jeszcze wiele kryzysów, choćby kryzys żywnościowy w Afryce. I że konsekwencje tej wojny będziemy odczuwać wszyscy jeszcze bardzo długo. Będą kolejni uchodźcy, nie tylko ci zmagający się z kryzysem żywnościowym, ale i dotknięci spotęgowanymi problemami klimatycznymi. Energia będzie coraz droższa. Ten świat, który znaliśmy, już nie wróci.

Kiedy myślę o przyszłości, to widzę, że w jakiś sposób musimy się nauczyć żyć na nowo. Być może stworzyć nową wersję kapitalizmu albo kompletnie inną wersję świata. Ale taką nie tylko opartą na produkcji dóbr, coraz wyższym PKB i napawaniu się komfortem. Taką skupioną na możliwie harmonijnym współistnieniu istot, nie tylko ludzkich.

Anna Alboth. Dziennikarka i aktywistka. Media officer w Minority Rights Group, prowadzi programy dla europejskich dziennikarzy, a z wyjazdów, które organizowała na granice unijne i do obozów dla uchodźców w Europie i Afryce powstało ponad 600 tekstów i nagrań. Od 20 lat publikuje w polskich mediach, najczęściej na tematy prawoczłowiecze. Współtworzyła organizację European Youth Press, inicjowała kampanie migracyjne: od zbiórek do śpiworów do nominowanego do Pokojowej Nagrody Nobla: Civil March For Aleppo.

Karol Grygoruk. Fotograf dokumentalny. Absolwent Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz doktorant w Instytucie Twórczej Fotografii w Opavie. Wykładowca na Akademii Sztuk Pięknych w Szczecinie. Współtwórca agencji RATS. W projektach dokumentalnych i pracy naukowej, skupia się na tematyce społecznego wykluczenia, fotografii zaangażowanej, etyce oraz wpływie nowych mediów na kulturę wizualną. Mieszka i pracuje między Warszawą i Bliskim Wschodem.

Podziel się z nami swoją historią

Wybuch wojny w Ukrainie diametralnie zmienił otaczającą nas rzeczywistość. Projekt reportersko-fotograficzny "SMS: Świat skończył się dzisiaj" to próba zrozumienia tego, co dzieje się wokół nas. Teksty przygotowała Anna Alboth, zdjęcia - Karol Grygoruk. Podziel się z nami swoją historią. Opowiedz nam, co zmieniło się 24 lutego, jak wojna wpłynęła na Twoje życie. Wyślij formularz zgłoszeniowy do 31 sierpnia 2022 r. Krótko opisz swoje doświadczenia. O tym, kto dołączy do Tarasa, Oleny, Jany, Karoliny i Szymona, poinformujemy mejlowo, najpóźniej do 20 września.

Wyślij formularz