SMS: Świat skończył się dzisiaj
Olena (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)
Olena (fot. Karol Grygoruk / RATS Agency)

Co się nie wydarzyło

W Kijowie miałam dużo planów. Trudno mi o tym mówić, bo to przecież już przeszłość.

Chciałam zrobić drugą magisterkę, próbowałam otworzyć własny biznes. Ale cała moja inwestycja poszła na marne. Nie chcę o tym nawet myśleć. Choć drugą magisterkę oczywiście wciąż mam w planach.

Na świat można zawsze patrzeć z dwóch stron: negatywnej i pozytywnej. Wszystko zależy od percepcji. I ja się staram widzieć pozytywy.

Teraz nie będę planować. Teraz będzie krok po kroku. Bo planowanie nie ma już sensu. Teraz będę robić małe kroki: pracować, zyskiwać doświadczenie, wiedzę, pomagać innym. I zobaczę, gdzie mnie to poprowadzi.

Na razie nie czuję się stabilnie ani bezpiecznie. Potrzebuję czasu. Na pewno w którymś momencie pojawi się plan. Wiesz, kiedy długoterminowy plan się nie uda, człowiek jest bardzo zawiedziony. A ja nie chcę teraz dodatkowego stresu.

Czego możesz mi życzyć? Dobrego dnia dziś, może i jutro. Nic więcej.

Więcej wiadomości i historii naszych bohaterów na stronie projektu: SMS: Świat skończył się dzisiaj >>>

24 lutego

23 lutego pracowałam do bardzo późna; czasem tak mam, że pracuję do trzeciej czy czwartej nad ranem. Potem się położyłam, ale po chwili zobaczyłam przez okno jakąś błyskawicę na niebie. Pomyślałam: co to, czy mi się wydawało? A potem znów coś spadało z nieba. Byłam zmęczona, śpiąca, mogło mi się wydawać. Ale to zaświeciło jeszcze raz. Poszłam do mamy: słyszałaś coś, widziałaś? Nie, mama spała. Powiedziała, że to pewnie pociąg, dlatego nasz dom drży. Ale potem to się stało znowu i znowu. I już wiedziałam, że to coś złego. Włączyłam internet, żeby sprawdzić, co się dzieje. Zaczęła się wojna. A ja zaczęłam dzwonić do wszystkich z naszej rodziny: do siostry, do kuzynki, jej męża. Kazałam im wszystkim do nas przyjść, bo mamy duży dom, z cegły. Pomyślałam, że przynajmniej będziemy razem i nie będziemy się o siebie wzajemnie martwić. I przyszli. I byliśmy razem.

Wiesz, nawet jak teraz o tym mówię, to czuję, jakby to nie była moja własna historia, ale jak coś z książki czy filmu. Jakbym opowiadała coś, czego sama nie przeżyłam. Może wciąż jestem w szoku?

W następnych dniach sytuacja robiła się coraz gorsza. Syreny wyły bez przerwy, słyszeliśmy bomby, byłyśmy z mamą coraz bardziej przerażone, kiedy nasz dom się trząsł. W którymś momencie bałam się być w moim pokoju, bo ma okna. Spałam więc tylko w łazience. Poczułam, że naprawdę musimy wyjechać.

Powiedziałam: mamo, czas na decyzję. Wiem, że to jest twoje życie i twój dom. Wrócimy tu kiedyś na pewno, ale teraz musimy być bezpieczne. Postawiłam ultimatum: nie wyjadę, jeśli ona nie wyjedzie. Ale jak coś mi się stanie, odpowiedzialność spocznie na niej.

Wyjechałyśmy. Nie było bezpośrednich pociągów, więc najpierw wyruszyłyśmy do Lwowa, potem z przesiadkami do Warszawy. Trwało to jakieś dwa–trzy dni. I było ogromnie męczące: ci wszyscy ludzie, te wszystkie dzieci. Zmęczenie i płacz. Wszyscy przerażeni, wszyscy przytłoczeni.

Wiadomości Oleny: 'Jakie obiekty atakują? Kochana! Co się do cholery dzieje? U Ciebie OK? To jest przerażające!!!'. 'To jest obłęd. Dzisiaj Putin rozpoczął wojnę przeciw Ukrainie. Kijów był jednym z miast pod ostrzałem. Widziałam spadające bomby i pociski. Cały dom się trząsł'Wiadomości Oleny: 'Jakie obiekty atakują? Kochana! Co się do cholery dzieje? U Ciebie OK? To jest przerażające!!!'. 'To jest obłęd. Dzisiaj Putin rozpoczął wojnę przeciw Ukrainie. Kijów był jednym z miast pod ostrzałem. Widziałam spadające bomby i pociski. Cały dom się trząsł' fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Przeszłość

Kiedy miałam sześć czy siedem lat – pamiętam to bardzo dobrze – siedziałam w piaskownicy z grupką innych dzieci. Bawiliśmy się, śmialiśmy się razem. I nagle rodzice tych innych dzieci przyszli i zabrali je z naszej piaskownicy. Powiedzieli, że mają się nigdy już nie bawić z romskimi dziećmi, bo na pewno będziemy mieć na nie zły wpływ.

Wiesz, to był moment, kiedy w tej swojej małej głowie podjęłam decyzję: to ja będę zmianą na lepsze. Ja jestem silna i odpowiedzialna, ja nie mam złego wpływu na innych i będę to pokazywać. Będę dawać przykład i łączyć ludzi!

Dlatego zawsze byłam – w domu, na podwórku – tą od rozwiązywania problemów. Ktoś potrzebuje wsparcia? To jestem. Od bardzo dawna wiedziałam, że chcę być obrończynią praw człowieka, prawniczką, że będę walczyć o sytuację Romów w Ukrainie, w Europie. 

Dwa lata temu pracowałam już przez jakiś czas w Warszawie. W Biurze Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (ODIHR) – instytucji OBWE, a dokładnie w punkcie kontaktowym Romów i Sinti, na stanowisku junior experta. Dlatego od wojny postanowiłam uciec właśnie do Warszawy. Tu miałam już znajomych.

A ostatnia praca w Kijowie? W United Nations Mandatory Mission for Human Rights. Bardzo to lubiłam, wpisywało się w moją życiową misję: zajmowałam się prawami człowieka, budowaliśmy strategię, doradzaliśmy rządowi. Udało nam się zniwelować wiele napięć w romskich tematach. Mieliśmy pracowników w terenie, którzy dostarczali nam informacje, mówili o problemach, które pojawiają się między społecznością romską i nieromską. Byłam zajęta 24 godziny na dobę. Jeśli nie oficjalnie w pracy, to wciąż pod telefonem, dostępna dla innych. 

Teraz

Ja chyba długo byłam w szoku. Jak przyjechałam do Warszawy, spotykałam się ze starymi przyjaciółmi, śmiałam się. A potem, kiedy zostawałam sama w pokoju, nagle zaczynałam płakać. Zaciągałam zasłony, żeby nie widzieć światła, bo mnie irytowało. Wszystko mnie irytowało. Siedziałam na podłodze i nie mogłam się z niczym pogodzić.

Dla mojej mamy Ukraina to całe życie. Dom, biznes, wszystko, wszystko zostało tam. Dumna jestem, że sobie jakoś z tym dziś radzi. Zawsze mówiła tak: nie można dać się załamaniu na dłużej niż jeden dzień, bo człowiek się przyzwyczai. Jeden dzień jest OK: płacz sobie i bądź smutna, ale następnego ranka trzeba otrzeć łzy i iść, i podbijać świat dalej. Tego się trzymam.

Chyba pogodziłam się z tą sytuacją. Jest, jak jest. Trzeba iść do przodu. Smutek i płacz nie pomogą ani mnie, ani innym. Moja praca pomoże.

Mówi się, że kiedy jesteś w piekle, dlaczego miałbyś stać w miejscu? Trzeba się ruszyć, trzeba coś zrobić, żeby z tego piekła wyjść.

23 lutego pracowałam do bardzo późna; czasem tak mam, że pracuję do trzeciej czy czwartej nad ranem23 lutego pracowałam do bardzo późna; czasem tak mam, że pracuję do trzeciej czy czwartej nad ranem fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

I co teraz robię? Budzę się i jadę do punktów recepcyjnych pomagać uchodźcom z Ukrainy: romskim i nie tylko. Udzielam informacji i porad prawnych, wspieram w procedurach, doradzam, no i pocieszam. Poza tym monitoruję sytuację: sprawdzam i zapisuję, jak ludzie się czują, czego im potrzeba, co można by zmienić. I staram się o tym mówić – na poziomie Polski i międzynarodowym.

Mówię i po angielsku, i po ukraińsku, i po romsku. Pracuję z Fundacją W Stronę Dialogu, w której pomagamy ludziom w szukaniu mieszkania, pracy, wspieramy w tematach bezpieczeństwa. Mnóstwo romskich osób teraz potrzebuje pomocy. Jestem mediatorką: jeśli ktoś potrzebuje dokumentów czy po prostu zrozumienia w języku i kulturze, oto jestem. Poza tym wiem, że własnym przykładem daję innym nadzieję. Pokazuję, że można się nie załamać i nie poddać, że trzeba spróbować zaakceptować tę sytuację i myśleć o przyszłości. Bo na końcu jest zawsze jakieś światełko i ludzie, którzy nam pomogą. Nawet jeśli jesteś dyskryminowanym Romem. 

Sama musiałam w to uwierzyć, bo na początku było mi bardzo ciężko: szukałam pracy, nie mogłam przestać myśleć o wojnie. Czułam też odpowiedzialność za rodzinę i to wszystko było bardzo obezwładniające. Ale pomaganie innym daje siłę, też dla siebie samej.

Dopiero co byłam w Hadze, wcześniej w Austrii. W Wiedniu mówiłam o najmniej uprzywilejowanej grupie uchodźców z Ukrainy – o Romach bez dokumentów i bezpaństwowcach. Bo oni nie mają dostępu nawet do tej tymczasowej pomocy, którą się oferuje w Polsce i innych krajach Europy. Staram się informować o tym rządy i zmuszać ludzi do myślenia, co w takiej sytuacji zrobić. Przecież nie możemy po prostu odwrócić wzroku, wspierać jednych, a zignorować drugich. Inkluzywność w niesieniu pomocy jest bardzo ważna.

A przed chwilą wróciłam z treningu w Przemyślu organizowanego przez międzynarodową organizację humanitarną Oxfam dla wszystkich, którzy pracują z ludźmi przyjeżdżającymi z Ukrainy do Polski. I na tym spotkaniu ktoś zaczął mówić o negatywnych doświadczeniach z Romami. I wiesz, znów musiałam wyjść przed szereg i powiedzieć: och, chyba powinnam się przedstawić. Jestem ukraińską Romką. I nie, nie kradnę, nie żebrzę. Koniec końców oni mi podziękowali za tę interwencję, za to, że mogą poznać inną Romkę i zderzyć swoje stereotypy z kimś takim jak ja. Ale znów muszę stać się nie tylko uczestniczką treningu, lecz także aktywistką. Znów muszę rozbierać się do swojej etniczności.

Dlaczego to robię? Często Romowie, którzy mogą być pozytywnym przykładem dla innych, którzy robią karierę, nie lubią mówić o swojej etniczności. Brakuje nam w Europie tych przykładów.

Są dwie przyczyny, dla których w takich chwilach siedzimy cicho.

Po pierwsze: chcemy być traktowani jak profesjonaliści, jak prawnicy. Na takim treningu na przykład jesteśmy w przestrzeni profesjonalnej. Dlaczego mam tu mówić o moich prywatnych sprawach?

Mówi się, że kiedy jesteś w piekle, dlaczego miałbyś stać w miejscu? Trzeba się ruszyć, trzeba coś zrobić, żeby z tego piekła wyjść.Mówi się, że kiedy jesteś w piekle, dlaczego miałbyś stać w miejscu? Trzeba się ruszyć, trzeba coś zrobić, żeby z tego piekła wyjść. fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Stereotypy mogą być pozytywne i negatywne, ale wszystkie opierają się na braku głębszej wiedzy. Jeśli widzimy grupę ludzi, która na przykład jest głośna, to wrzucamy ich do worka pod tytułem "kłócą się". Potem kojarzymy ze wszystkimi innymi, którzy fizycznie wyglądają jak tamci, i już, stereotyp gotowy: Romowie są kłótliwi. Tak działa mózg. Ale przecież my, ludzie, jesteśmy mądrzejsi niż nasze uprzedzenia, przecież możemy sami sięgać po informacje, dowiadywać się, próbować zrozumieć. I wiedzieć, że nie każdy z 12 milionów Romów w Europie jest kłótliwy albo że nie każdy z nas jest muzykalny.

Czasem w tym kontakcie ze stereotypami jest mi ciężko. Kiedy w centrum recepcyjnym muszę mediować między wolontariuszami a Romami. Bo przecież też jestem jedną z nich, uchodźczynią. Ale czuję, że jestem w trochę lepszej sytuacji: mam pracę, wykształcenie, mam w Polsce przyjaciół, którzy mnie wspierają. Czasem jest niełatwo. Ale jak pomagam innym, to mnie samej jest lżej. Ta praca daje mi motywację i satysfakcję. Pozwala wyjść z moich własnych lęków czy depresji.

No tak, mało sypiam, po dwie–trzy godziny. Nie mam niestety czasu dla przyjaciół, na pójście do baru. Jestem wykończona, ale szczęśliwa.

Przyszłość

Moja mama jest tutaj ze mną, ale reszta rodziny została porozrzucana po Ukrainie i innych krajach, po Europie, po świecie. Część jest w Kopenhadze, część w Paryżu, część w Berlinie, a część w Kanadzie. Byliśmy zawsze bardzo blisko i wciąż rozmawiamy przez telefon. Oni się czasem denerwują, że nie mam tyle dla nich czasu, ale wiesz, ja nawet na tę kawę nie mam za dużo czasu. A więzy w romskich rodzinach są bardzo silne. Kiedy więc myślę o tym, że nie tylko wyjechaliśmy z naszego kraju, ale jesteśmy też wszyscy porozdzielani, wciąż jestem w szoku. I ciężko sobie nawet wyobrazić, że kiedyś się jeszcze wszyscy spotkamy.

Niektórzy z moich bliskich chcą zostać w nowych miejscach na zawsze, znaleźli nową pracę, dzieci poszły do szkół. Powoli się przyzwyczajają do nowych domów. Cieszę się, ale też bardzo martwię, bo tak trudno będzie się spotkać. Ale przecież są loty… No cóż, teraz mam rodzinę wszędzie. Może dzięki temu będę mogła odwiedzać inne kraje?

Moja mama chce wrócić do naszego domu, jak tylko będzie to możliwe. Kiedy będzie bezpiecznie, kiedy infrastruktura kraju zostanie naprawiona, benzyna będzie do kupienia.

Dla mnie to bardzo trudne, bo nie wiem, czy będę w stanie puścić ją samą. A być może dla mnie definicja bezpieczeństwa będzie inna niż dla niej. Dopóki nie będzie dobrze w Ukrainie, nie chcę, żeby tam jechała. Nie wiem też, czy ja będę chciała stąd wyjeżdżać.

Ale to nie jest zmartwienie na dziś, nie ma sensu się tym dziś przejmować.

Teraz żyję krok po kroku.

Anna Alboth. Dziennikarka i aktywistka. Media officer w Minority Rights Group, prowadzi programy dla europejskich dziennikarzy, a z wyjazdów, które organizowała na granice unijne i do obozów dla uchodźców w Europie i Afryce powstało ponad 600 tekstów i nagrań. Od 20 lat publikuje w polskich mediach, najczęściej na tematy prawoczłowiecze. Współtworzyła organizację European Youth Press, inicjowała kampanie migracyjne: od zbiórek do śpiworów do nominowanego do Pokojowej Nagrody Nobla: Civil March For Aleppo.

Karol Grygoruk. Fotograf dokumentalny. Absolwent Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz doktorant w Instytucie Twórczej Fotografii w Opavie. Wykładowca na Akademii Sztuk Pięknych w Szczecinie. Współtwórca agencji RATS. W projektach dokumentalnych i pracy naukowej, skupia się na tematyce społecznego wykluczenia, fotografii zaangażowanej, etyce oraz wpływie nowych mediów na kulturę wizualną. Mieszka i pracuje między Warszawą i Bliskim Wschodem.

Podziel się z nami swoją historią

Wybuch wojny w Ukrainie diametralnie zmienił otaczającą nas rzeczywistość. Projekt reportersko-fotograficzny "SMS: Świat skończył się dzisiaj" to próba zrozumienia tego, co dzieje się wokół nas. Teksty przygotowała Anna Alboth, zdjęcia - Karol Grygoruk. Podziel się z nami swoją historią. Opowiedz nam, co zmieniło się 24 lutego, jak wojna wpłynęła na Twoje życie. Wyślij formularz zgłoszeniowy do 31 sierpnia 2022 r. Krótko opisz swoje doświadczenia. O tym, kto dołączy do Tarasa, Oleny, Jany, Karoliny i Szymona, poinformujemy mejlowo, najpóźniej do 20 września.

Wyślij formularz