Pomocnik
Krysia Piątkowska (Fot. Archiwum prywatne)
Krysia Piątkowska (Fot. Archiwum prywatne)

*Weekend.gazeta.pl wspólnie z Polską Akcją Humanitarną uruchamiają akcję "Pomocnik". W jej ramach przygotowaliśmy darmowy e-book dla rodziców i opiekunów dzieci i nastolatków, które przechodzą trudny czas, zmagają się z kryzysem psychicznym.

Czy u ciebie w szkole rozmawiało się o fatalnej kondycji psychicznej dzieci i młodzieży na godzinie wychowawczej?

Takie tematy, jak zaburzenia odżywiania czy depresja, były na tych lekcjach poruszane. Moja wychowawczyni w liceum to bardzo empatyczna osoba. Ale byli też nauczyciele zupełnie nieoswojeni z tematem. Zdarzyło się bagatelizowanie problemu czy wręcz poniżanie przy całej klasie. 

Co ty mówisz?!

Wychowawczyni poprosiła nauczyciela, by pozwolił mi przesunąć pisanie testu, bo bardzo źle się czułam. A on w klasie powiedział: "Niektórzy nie muszą rozwiązywać dziś testu, bo mają zwolnienie od psychiatry". Niby nie po imieniu, ale wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Tak się zachowywali pojedynczy nauczyciele, ale mimo wszystko…

To jest absolutnie niedopuszczalne! 

A ja nie byłam jedyna! Zarówno w mojej, jak i w równoległych klasach bardzo wiele osób miało różnego rodzaju problemy psychiczne. Niektórzy mieli pomoc specjalisty, inni nie. Niestety, w dużej mierze to zależy od rodziców.

Ile miałaś lat, kiedy pojawiły się u ciebie pierwsze problemy z funkcjonowaniem, z samopoczuciem?

Siedem. Objawiły się wtedy zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Ciągle myłam ręce. Do krwi. Były całe w ranach. Nachodziły mnie też różne myśli, typu że muszę się natychmiast napić trzech łyków herbaty, bo inaczej cała moja rodzina zginie. Dziecko nie potrafi sobie takich objawów w żaden sposób wyjaśnić.

Myślałaś, że życie po prostu jest męczarnią?

Dokładnie! Wydawało mi się, że wszyscy czują to co ja. Po jakimś czasie mi przeszło. Ciągle jednak miałam poważne trudności z samooceną.

Później zachorowałaś na depresję.

Miałam 14 lat, ale choroba została zdiagnozowana dopiero dwa lata później. 

Czy kiedy chorowałaś, byłaś w stanie wypełniać swoje obowiązki, przede wszystkim chodzić do szkoły, uczyć się?

Oczywiście. Musiałam to robić.

Niekoniecznie. Bywa tak, że człowiek nie ma siły się przebrać z piżamy. Rodzice się orientują, że dziecko choruje, widzą po jego zachowaniu, że coś się dzieje.

Ja bardzo to ukrywałam! Nie chciałam, żeby ktokolwiek się dowiedział o moich problemach. Szczególnie rodzice. 

Ostatnio rozmawiałam z Mają Kwacz, która czekała z rozpoczęciem leczenia do pełnoletności, mimo że miała straszne objawy – czuła między innymi, że jest gwałcona. Teraz od ciebie też słyszę, że nie chciałaś porozmawiać z rodzicami. Dlaczego?

Często w okresie dojrzewania chcemy mieć oddzielne życie. Dodatkowo lęk przed oceną, przed odrzuceniem, przed tym, że ktoś to zbagatelizuje, powie "nie wymyślaj", jest ogromny. Sami próbujemy sobie wmówić, że nic nam nie jest. Stosujemy autosabotaż.

Myślałaś: inni potrafią się cieszyć życiem, a ja nie?

Dużo miałam takich myśli. To jest nieodłączna część depresji, którą przepracowujemy na terapii. A kiedy od nauczyciela czy rodzica słyszymy na przykład: "Problemy? Dziecko, to ja mam kredyt do spłacenia! Co ty możesz mieć za problemy?!", to jest ogromnie bolesne. Tego się boimy i często młodzi ludzie piszą mi, że z tym właśnie się spotykają.

O to, co nastolatki piszą ci na TikToku, jeszcze będę pytać, ale teraz chciałabym, żebyś opowiedziała, jak wyglądały te dwa lata choroby bez leczenia. 

Były bardzo ciężkie. Bardzo dużo spałam. Potrafiłam zasnąć nawet na lekcji.

Część chorych chce spać jak najwięcej, bo – to brzmi banalnie, ale tak jest – wtedy nie trzeba się mierzyć z przerażającą rzeczywistością, rozpaczą. Czy u ciebie to była ucieczka, czy byłaś po prostu zmęczona chorobą?

Świadomie uciekałam w sen, to prawda, ale byłam też strasznie zmęczona. Mama jeździła ze mną do lekarzy, jednak żaden nie wpadł na to, że to może być depresja. Ja też nie miałam zielonego pojęcia, co się ze mną dzieje, i nie mówiłam lekarzom, że ciągle jestem smutna, przygnębiona.

Krysia Piątkowska (Fot. Archiwum prywatne)

To był czas permanentnego smutku?

I permanentnej pustki. Takiego smutku, który człowieka boli. Który wyrywa ci z klatki piersiowej serce.

Czułam straszny wewnętrzny ból. Ale mimo to ja byłam w tej chorobie osobą wysoko funkcjonującą: przewodniczącą klasy i wiceprzewodniczącą szkoły, działałam w Młodzieżowej Radzie Warszawy. Miałam potrzebę, żeby wszystkim udowodnić, że jestem w stanie normalnie żyć. Potrafiłam się świetnie maskować. 

A co mówili lekarze, do których zabierała cię mama?

Że tomografia głowy i badania krwi są w porządku. "Proszę się zdrowo odżywiać, wysypiać, pić dużo wody i będzie dobrze".

A jednak nie było. Kiedy miałaś 16 lat, poszłaś do szkolnej psycholożki.

Tak, ponieważ wtedy pojawiły się u mnie myśli samobójcze, które mnie przeraziły. Psycholożka była naprawdę w porządku: wsparła mnie i powiedziała, że zawsze mogę przyjść i z nią porozmawiać. Powiedziała też, że najprawdopodobniej mam depresję i potrzebuję psychoterapii. Zaproponowała, że porozmawia o tym z moimi rodzicami. Że wtedy ich pierwsza reakcja spadnie na nią i to jej zadadzą wszystkie nasuwające się pytania. Tak się stało i uważam, że to jest bardzo dobra opcja. 

Psychoterapia była prywatna czy na NFZ?

Ja akurat miałam szczęście i nie musiałam czekać w kolejce, tylko poszłam na terapię prywatnie. Ale nie należy się do niej negatywnie nastawiać! Owszem, niektórzy mi piszą: "Czekam długo, a potem psychiatra mi poświęca pięć minut, wypisuje leki i nawet ze mną nie porozmawia". Ale inni dzielą się doświadczeniami, że na NFZ otrzymują pomoc naprawdę dobrych specjalistów.

Co było z tobą dalej?

Po dwóch miesiącach psychoterapeutka stwierdziła, że przyda mi się pomoc farmakologiczna. Poszłam do psychiatry i zaczęłam brać leki antydepresyjne i przeciwlękowe, które mi pomogły. Jednak pół roku później była konieczność hospitalizacji. 

Co się wtedy działo?

Myśli samobójcze przerodziły się w plany. Miałam też poważne problemy z samookaleczaniem. Psychiatra powiedziała, że oddział zamknięty jest jedyną opcją, którą dla mnie widzi. To było tuż przed moimi 17. urodzinami. Obchodziłam je w szpitalu psychiatrycznym.

Kiedy byłam dzieckiem, osoby z mojej rodziny były hospitalizowane psychiatrycznie, odwiedzałam je tam, więc nie miałam skrzywionego obrazu, że to są miejsca jak z horroru: krzyki, bijatyki. Ale ja jestem wyjątkiem. Ogromnie ważne jest to, co młodzi ludzie słyszą od dorosłych, a bywa, że o hospitalizowanych członkach rodziny rodzice szepczą: "Wydawał się normalny, jak z nami siedział przy stole. Nie wiedziałem, że to jest taki wariat". Jak to ma wpływać na dzieci?

Na młodzież wpływają też skierowane do niej filmy i inne treści z popkultury. Jaki to jest przekaz?

Mam wrażenie, że coraz częściej niesie się stamtąd dobra wieść o leczeniu. Coraz częściej artyści opowiadają przecież o tym, że korzystają z psychoterapii czy leczą się psychiatrycznie. To jest niezwykle ważne, że takie słowa płyną od idoli.

Ty szpital odwiedzałaś jako dziecko. To sprawiło, że nie czułaś lęku przed tym miejscem?

Szłam tam z otwartością, starałam się być dobrze nastawiona, ale nie wiedziałam, co mnie spotka na oddziale zamkniętym. Trochę się bałam. Mama dopytywała terapeutkę: "A może mógłby to być oddział dzienny? Żeby Krysia na noc wracała do domu", ale ona stwierdziła, że absolutnie. W momencie, kiedy ktoś ma plany samobójcze, to konieczny jest oddział zamknięty, gdzie jest się non stop pod kontrolą.

Do jakiego trafiłaś szpitala?

Pierwsze dwa pobyty to był szpital młodzieżowy w Konstancinie [chodzi o Oddział Psychiatryczny dla Dzieci i Młodzieży w Szpitalu Rehabilitacyjnym w Uzdrowisku Konstancin-Zdrój – przyp. aut.]. Kolejne – już na oddziale dla dorosłych: w szpitalu przy. ul Nowowiejskiej w Warszawie oraz w placówce prywatnej. 

Jak wspominasz pobyty na oddziale młodzieżowym?

One mi bardzo pomogły. Faktycznie w dziecięcych szpitalach psychiatrycznych jest przeludnienie. Do każdego pokoju dopychano maksymalną liczbę łóżek, a i tak były dzieciaki, które musiały spać na korytarzach. A mimo to ja wspominam ten szpital bardzo dobrze. Była terapia grupowa i indywidualna. I to na wysokim poziomie. 

W szpitalach dla dzieci nie ma krat w oknach, prawda?

Nie ma. Dlatego nie ma w nich też klamek. Są za to kamery. One są najważniejszym elementem, gwarantującym bezpieczeństwo.

A personel?

Pielęgniarki i pielęgniarzy wspominam bardzo dobrze. Lekarzy też, natomiast oni często są przepracowani. Zdarzały się sytuacje, że pracowali już czwartą dobę z rzędu. Jak osoba, która od tak dawna nie śpi, może być na nas skupiona w takim stopniu, w jakim by tego chciała? Ona po prostu nie jest w stanie dać z siebie stu procent. Mimo to wszyscy się bardzo starali, żebyśmy się czuli zaopiekowani.

W trakcie pierwszego pobytu w szpitalu miałam olśnienie, że jestem w stanie dostosować życie do moich potrzeb. Szkoła była dla mnie obciążająca emocjonalnie, dlatego podjęłam bardzo ważną i dobrą decyzję o przejściu na edukację domową.

Czy oddział młodzieżowy i szpital dla dorosłych to są dwa różne światy? 

Może nie aż tak, ale jest przeskok. Na oddziale młodzieżowym były osoby od 14. do 18. roku życia, a tutaj wchodzimy na oddział i widzimy 18-latkę i panią, która ma 90 lat. Dla niektórych, jeśli się nie jest oswojonym, szokiem może być spotkanie osoby bez kontaktu z rzeczywistością, która w ogóle nie wstaje z łóżka albo odwrotnie – w ogóle nie śpi.

Ale myślę też, że w szpitalu psychiatrycznym zawsze się znajdzie ktoś, z kim będzie można się zaprzyjaźnić.

To również słyszę kolejny raz od osoby hospitalizowanej psychiatrycznie. 

Szpital jest miejscem, w którym nawiązuje się wartościowe, często niesamowicie wspierające relacje. A to jest bardzo ważna sprawa w procesie leczenia.

Ostatni raz byłaś w szpitalu prywatnym. Rozczarowanie leczeniem na NFZ?

To nie tak. Szpital przy Nowowiejskiej bardzo mi pomógł. Fakt: problem stanowił brak terapii. Psychologowie byli tak przeciążeni pracą, że praktycznie nie mieli za bardzo czasu, by z nami rozmawiać. Natomiast w momencie, kiedy człowiek musi trafić do szpitala, żeby nie odebrać sobie życia, to lepiej już trafić do miejsca, gdzie terapii nie ma, niż nie trafić do szpitala w ogóle. 

Rok temu zaczęłaś nagrywać filmiki – między innymi ze szpitala psychiatrycznego – i udostępniać je na TikToku. Otrzymujesz dużo wiadomości od nastolatków. Czy według ciebie polska młodzież ma wiedzę dotyczącą zaburzeń i chorób psychicznych?

Zobacz wideo Uratować choć jedno

Większą niż dorośli! To od osób w moim wieku, trochę młodszych lub trochę starszych, najczęściej otrzymuję świadome i wspierające komentarze. Bez krzywdzących sformułowań. "Nie użalaj się nad sobą", "Dziewczyno, masz 19 lat, co ty możesz wiedzieć o życiu", "Idź, wracaj lepiej do tego wariatkowa" – to są głównie komentarze od dorosłych. 

Nazwijmy rzecz po imieniu: z ich strony spotyka cię hejt. Czy to jest dla ciebie bezpieczne? Nie obciąża cię to zbytnio?

Też się nad tym zastanawiałam. Byłam przekonana, że hejt będzie się zdarzał, i bywa, że jest go dużo, ale najczęściej mnie to nie rusza. Nie wyobrażam sobie, żebym miała przyjmować do siebie hasła pod tytułem "jesteś głupią wariatką". To świadczy o piszących, a nie o mnie.

Zresztą w każdej sytuacji mam ogromne wsparcie w moim niesamowitym narzeczonym.

A wracając do młodych ludzi: mówisz, że mają dużą świadomość. 

Tak! Sam fakt, że czują, że mają problem, że może ich dotykać zaburzenie psychiczne, to jest dowód ogromnej świadomości!

Ostatnio na przykład 13-latka napisała mi, że ma gotowość, żeby pójść do specjalisty. Niestety, jedyną przeszkodą na tej drodze bywają rodzice, którzy często nie chcą, żeby dziecko dostało pomoc psychiatryczną czy psychologiczną.

Bardzo niepokojąco to brzmi. Dlaczego nie chcą?

Rodzice mówią: "Nie pójdziesz do psychiatry, bo tam są sami wariaci". Albo bagatelizują: "Dziecko, naprawdę, ogarnij się, jakie ty możesz mieć problemy? Weź się za naukę". Czasem jest też obawa o to, co powiedzą sąsiedzi. Kilka dni temu pisałam z osobą, która słyszy od rodziców, że "w naszym domu nie ma miejsca dla wariatów", "U nas się nie rodzą wariaci". To mną wstrząsnęło, że w ogóle komuś mogą przychodzić takie myśli do głowy! Często dziecko samookalecza się, błaga o pomoc, a rodzic stwierdza, że robi to na pokaz. Oczywiście motywacja może być i taka, żeby zwrócić uwagę na swój problem, ale skoro dziecko jest w stanie krzywdzić się fizycznie, by dostać pomoc, to jest przecież straszne!

'Nie wyobrażam sobie, żebym miała przyjmować do siebie hasła pod tytułem 'jesteś głupią wariatką'. To świadczy o piszących, a nie o mnie' (Fot. Archiwum prywatne) , 'W każdej sytuacji mam ogromne wsparcie w moim niesamowitym narzeczonym' (Fot. Archiwum prywatne)

Straszne. A rodzice uważają, że skoro robi to "na pokaz", to tak naprawdę nic mu nie jest? 

Dokładnie. Pojawiają się hasła, że jest "moda na depresję", że się młodym w głowach poprzewracało.

A kiedy dziecko słyszy na przykład, że w domu "nie ma miejsca dla wariatów", to radzisz kontakt z telefonem zaufania? 

116 111 – tak! Ale na szczęście bywa i tak, że dziecko się obawia reakcji rodziców, a oni się zachowują bardzo w porządku. Tak jak to było w moim przypadku.

Piszą do mnie również rodzice! Często obwiniają siebie. Pytają, jak pomóc swoim dzieciom.

I co odpowiadasz?

Że to super, że wspierają dziecko. Zawsze mówię: słuchajmy psychoterapeutów, słuchajmy psychiatrów. To oni są od dawania rad, a nie ja, 19-latka. Ja mogę okazać wsparcie, empatyzować z kimś i zasugerować wizytę u specjalisty. 

Działalność na TikToku to nie jest pierwsza rzecz, która robisz, żeby zwiększać świadomość zdrowia psychicznego. W liceum w ramach projektu "naUmyśle" prowadziłaś zajęcia na godzinach wychowawczych w szkołach. Sama potrzebowałaś wtedy wsparcia, chorowałaś. 

Poczucie, że robię coś ważnego, wpływam na rzeczywistość, daje mi ogromną satysfakcję. To jest wielka radość, że ja przecież nie znam osobiście tych osób, a jednak one piszą, że mam pozytywny wpływ na ich życie! Coś wspaniałego. Komentarz: "Twoje tik toki uratowały mi życie"? Wielka sprawa.

Na koniec o to właśnie chciałam zapytać: czy wiesz o konkretnych osobach, które odwiodłaś od samobójstwa?

Było ich kilka.  

Najnowsze wiadomości, poruszające historie, ciekawi ludzie - to wszystko znajdziesz na Gazeta.pl

Krystyna Piątkowska. Ubiegłoroczna maturzystka. Społeczniczka. Działaczka psychoedukacyjna. Tiktokerka. Od ponad roku destygmatyzuje temat chorób oraz zaburzeń psychicznych na TikToku, na którym umieszcza m.in. filmiki ze swoich pobytów w szpitalu psychiatrycznym. Jeszcze w liceum była koordynatorką projektu „naUmyśle", w jego ramach wraz ze specjalistami organizowała wydarzenia psychoedukacyjne i szerzyła wiedzę na temat problemów psychicznych wśród młodzieży. 

Anna Kalita. Absolwentka politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, dziennikarka. Współpracowała m.in. z „Gazetą Wyborczą" Wrocław, „Dziennikiem Polska-Europa-Świat" i „Dziennikiem Gazetą Prawną" oraz „UWAGĄ!" TVN. W 2016 r. nominowana do Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze za materiał „Tu nie ma sprawiedliwości", o krzywdzie chorych na alzheimera podopiecznych domu opieki, a w 2019 r. do Nagrody im. Teresy Torańskiej za teksty o handlu noworodkami w PRL. Kontakt do autorki: anna.kalita@agora.pl.

"Pomocnik" jest dla Was, nie jesteście sami

Gazeta.pl wspólnie z Polską Akcją Humanitarną uruchamiają akcję "Pomocnik". W jej ramach przygotowaliśmy ebook dla rodziców i opiekunów dzieci i nastolatków, które przechodzą trudny czas, zmagają się z kryzysem psychicznym. "Pomocnik" jest dostępny do ściągnięcia za darmo. Na stronie "Pomocnika" czekają też materiały wideo stworzone we współpracy z dr Anetą Górską-Kot oraz liczne artykuły, reportaże i wywiady z ekspertami i ekspertkami. I będzie ich stale przybywać. Bo kryzys polskiej psychiatrii dziecięcej i oficjalne statystyki samobójstw to jedynie wierzchołek góry lodowej. Nie chodzi tylko o próby i śmierci samobójcze, depresje i inne poważne rozpoznania. Pod nimi są setki tysięcy codziennych, samotnych dramatów dzieci i nastolatków, a pandemia tylko te cierpienia spotęgowała. Ich rodzice i opiekunowie też cierpią. "Pomocnik" jest dla Was, nie jesteście sami.

POBIERZ