Podróże
Waszyngton to miasto, które warto chłonąć, nie tylko oglądać. Na zdjęciu panorama amerykańskiej stolicy (Fot. Vlad Tchompalov/Unsplash)
Waszyngton to miasto, które warto chłonąć, nie tylko oglądać. Na zdjęciu panorama amerykańskiej stolicy (Fot. Vlad Tchompalov/Unsplash)

Ludzie uwielbiają zgryźliwie mówić o Waszyngtonie, bo pełno tu polityków, urzędników federalnych i konsultantów, którzy nawet po opuszczeniu biura nie zdejmują identyfikatorów na smyczach. Znajoma twierdzi, że D.C. [Dystrykt Kolumbii – przyp. red.] to jeden wielki LinkedIn, w którym każdy czuje się demiurgiem i osobą decydującą o losach świata, do tego z problemem alkoholowym. Stażyści chwalący się, że mają dostęp do tajemnic państwowych i zaraz przejmą miejsca szefów, w zasadzie są od biegania na pocztę, a koszule prasują im mamy. A ja jednak Waszyngton lubię. Jego skomplikowane i dla wielu nieczytelne hierarchie są dla mnie niezwykle ekscytujące, tym bardziej że po 25 latach jeszcze nie do końca je zbadałem.

Puls historii

Gdy przyjeżdża się do miasta i wysiada na Union Station, budynki Kongresu są w zasięgu spaceru. Warto zwrócić uwagę na roślinność – ostatnio posadzono tam… sałatę. Jako dziennikarz odwiedzałem Kongres setki razy, ale jeśli kogoś nie interesują tajniki polityki, to może tylko rzucić na budynek okiem, a potem udać się wzdłuż National Mall spacerem w stronę Mauzoleum Lincolna. To jak grecka świątynia w sercu Ameryki. Z każdym krokiem podziwiam 38 doryckich kolumn z marmuru Yule, których lekki skos do wnętrza zdaje się zapraszać do środka i ukazywać posąg prezydenta. Spoglądam na Reflecting Pool, w którym odbija się pomnik Waszyngtona, czyli marmurowo-piaskowcowy obelisk, i przypominam sobie chwile, kiedy The Mall wypełniały tłumy, jak na przykład podczas zaprzysiężenia Baracka Obamy, któremu przyglądałem się, siedząc obok generała Wesleya Clarka i Tyry Banks. Ten teren został uwieczniony w wielu filmach, choćby w "Forreście Gumpie", "Na linii ognia" czy "Pan Smith jedzie do Waszyngtonu".

Przy wejściu dwie kolumny przypominają o Stanach Zjednoczonych u kresu wojny secesyjnej, kolejne 36 trzyma straż wokół wspólnej pamięci. Wchodzę do wnętrza. Tu na krześle z chłodnego marmuru z Georgii siedzi sam Lincoln – 5,8 m zadumy i jednorodnej bryły, która trwa od niemal stu lat. W ciszy komór bocznych wyryte są fragmenty jego dwóch przemówień – z Gettysburga i drugiej inauguracji prezydenckiej.

Wpatruję się w napis nad jego głową: "W tej świątyni, tak jak w sercach ludzi… pamięć Lincolna zawsze będzie święta". Ściany zdobią freski Jules’a Guerina, które obrazują pojednanie Północy z Południem i wyzwolenie niewolników. Niestety, wrażenie powszechnego braterstwa psuje rosnąca w Ameryce nierówność, co w Waszyngtonie szczególnie widać. Niemal wszędzie znajdują się namioty zamieszkane przez bezdomnych.

Choć Biały Dom jest skromniejszy, niż mogłoby się wydawać, i tak robi wrażenie (Fot. Cezary Piwowarczyk/Wikipedia Commons) , Mauzoleum Abrahama Lincolna w Waszyngtonie jest niczym grecka świątynia w sercu Ameryki (Fot. Carol M. Highsmith/Wikipedia Commons) , Posąg upamiętniający szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych we wnętrzu budynku (Fot. Radek Korzycki)

Przechadzam się między monumentalnymi gmachami National Mall. Słońce odbija się od białego marmuru, ale to nie tylko architektura przyciąga mój wzrok. Placówki Smithsonian [kompleks muzealno-badawczy – przyp. red.], z pozoru rozrzucone jak perły, układają się w spójną opowieść o Ameryce. W tych 20 muzeach, galeriach i instytutach czuć puls historii: od zamkniętego dla publiczności Arts and Industries Building, przypominającego o naukowych narodzinach instytucji, po intymną ciszę Freer Gallery, gdzie azjatyckie eksponaty skłaniają do kontemplacji.

Wciąż nie mogę się nadziwić, że wstęp do tych wszystkich miejsc jest darmowy. Wracam pamięcią do moich pierwszych wizyt w nich. Najpierw Air and Space – skrzydło pełne rakiet, w którym mogłem dotknąć fragmentu kadłuba wahadłowca. W Portrait Gallery spędziłem godziny przed portretami małżeństwa Obamów i Lincolna. W Natural History zatrzymały mnie diamenty i szkielety. A w Hirshhorn? Kolor, dźwięk, żywa awangarda. Smithsonian nie jest skansenem – to żywy organizm, który oddycha w rytmie amerykańskiej kultury.

Zatrzymajmy się na chwilę przy jednym budynku. Najmłodszym. Tym, który nie daje spokoju – bo i nie powinien. National Museum of African American History and Culture. Jego bryła przypomina odwróconą piramidę. Jak pytanie postawione na placu – znak zapytania przy amerykańskiej historii. Budynek subtelnie ustępuje miejsca monumentowi Waszyngtona, ale nie znika – prowadzi opowieść od środka na zewnątrz.

Stoję przed tym mosiężnym kadłubem, którego architekt David Adjaye zainspirował się sztuką Jorubów. Patrzę na ażurową siatkę fasady i widzę nie tylko dekorację. Widzę historię – odkrytą, nie zakrytą. W tych stalowych panelach jest ciężar budowy kraju: mosty, drogi, wieżowce, które powstawały rękami Afroamerykanów. Nie tylko plantatorzy i niewolnicy, ale także robotnicy, wynalazcy, architekci własnych losów.

Waszyngton najlepiej odwiedzić wiosną lub jesienią. Na zdjęciu, na końcu Pennsylvania Avenue, widoczny jest budynek Kapitolu (Fot. Andy Feliciotti/Unsplash) , Reflecting Pool, w którym odbija się marmurowo-piaskowcowy obelisk, czyli pomnik Waszyngtona (Fot. Sandra Foyt/Shutterstock) , National Museum of African American History and Culture, którego bryła przypomina odwróconą piramidę (Fot. Frank Schulenburg/Shutterstock)

Wnętrze muzeum to opowieść konstruowana w pionie. Zaczyna się pod ziemią – od krypty niewolnictwa. Ciemność, ciasnota, milczenie. Potem długie schody prowadzą ku emancypacji, przez wojny, walki o prawa obywatelskie, aż po piętra, gdzie migocze współczesność. Chata z Karoliny Południowej stoi obok brewiarza Harriet Tubman [afroamerykańska abolicjonistka, zbiegła niewolnica – przyp. red.]. Rękawice Muhammada Alego obok trąbki Louisa Armstronga. Każdy eksponat to osobna opowieść o bólu, przetrwaniu i dumie.

Na końcu – restauracja. Sweet Home Café. Niepozorne miejsce, ale z kuchnią, która mówi więcej niż niejeden panel. Pieczony kurczak z Arkansas smakuje jak na Południu. Tutaj historia spotyka smak. A ja, siadając z tacą pełną zapachów, mam poczucie, że uczestniczę w czymś więcej niż posiłku. To wspólnota. Ciągłość. Kultura, która wciąż żyje i nieustannie domaga się, by słowo "równość" nie było pustym hasłem, chociaż wiadomo, że są z tym dziś problemy.

Waszyngton to prawdziwa mozaika smaków – kulinarna stolica, w której spotykają się kuchnie z całego świata. Od południowoamerykańskich smaków po egzotyczne potrawy z Azji i Afryki – miasto oferuje niezliczone możliwości dla smakoszy. Ostatnio odwiedziłem La Tejana, meksykańską taquerię w dzielnicy Mount Pleasant, wyróżnioną przez przewodnik Michelin w kategorii Bib Gourmand za doskonałą jakość w przystępnej cenie. Ich guacamole i tacos to prawdziwa uczta dla podniebienia, a jakość składników nie pozostawia wątpliwości.

Serce miasta pełne kontrastów

Z kolei Dupont Circle ukazuje inne oblicze stolicy – miejsce, gdzie poranny zgiełk spotyka się z duchem przeszłości, a wieczorem miasto ożywa w dyskretnej, metropolitalnej atmosferze. Wysiadam na stromej stacji metra i już wiem, że ruchome schody tu biją rekordy: niemal pionowe, wyższe niż na większości europejskich stacji, potrafią wywołać dreszcz nawet u osób o mocnych nerwach. Na powierzchni witają mnie kamienice z czerwonej cegły i dęby, pod którymi mieszkańcy odpoczywają na ławeczkach.

W kwietniu stolica tonie w kwiatach wiśni, z czego jest bezbrzeżnie dumna. Na zdjęciu Rawlins Park ze statuą generała Johna Aarona Rawlinsa na pierwszym planie (Fot. Tessa Rampersad/Unsplash) , Nationall Mall, czyli obszar chroniony w Waszyngtonie. Oprócz terenów zielonych, znajdują się tu takie obiekty jak muzea Smithsonian Institution, galerie sztuki czy pomniki (Fot. Użytkownik o nicku 54conphotos/Wikipedia Commons)

Spacerując wokół okrągłego placu, czuję, że ta dzielnica jest sercem miasta – pełnym kontrastów: galerie i kawiarnie kwitną obok starych kamienic, a tęczowe flagi przypominają o historii ruchu LGBT+, który tu znalazł swój azyl. Wpadam do Kramerbooks & Afterwords Café – unikalnej księgarni z półkami sięgającymi sufitu i stolikami przy oknach, idealnymi na śniadanie czy wieczorne koktajle. Zasiadam przy jednym z nich bladym świtem, przeglądam kartę z drinkami o nazwach takich jak Crime and Punish-mint czy Hemingway Standard i czuję, że tu zaczyna się rytm dnia.

Wieczorem Dupont Circle nabiera innego wymiaru: latarnie rzucają ciepłe światło na kamienne schody, z bocznych ulic dochodzi jazz i rozmowy przy barach, a stoliki na patio wybuchają śmiechem. Nigdzie indziej nie widziałem tak nienachalnej elegancji – restauracje pełne są ludzi, którzy najpierw wpadną na kieliszek wina, a dopiero później zdecydują się na kolację. W tym zgiełku i ciszy jednocześnie odnajduję esencję Dupont Circle: przestrzeni, w której historia miasta spotyka się z codziennością, a ja, idąc dalej, wciąż mam w pamięci ściany wypełnione książkami i blask lamp Kramerbooks, które nadają tej dzielnicy wyjątkowy smak.

200 witraży Katedry Narodowej

Podczas kwietniowej wizyty po raz pierwszy odwiedziłem Katedrę Narodową – świątynię Kościoła episkopalnego, szóstą co do wielkości neogotycką budowlę na świecie oraz miejsce pogrzebów prezydentów i bohaterów. W styczniu 2025 roku doszło tu do głośnej debaty, gdy biskupka Mariann Edgar Budde w homilii zwróciła się do prezydenta Donalda Trumpa z apelem "Have mercy" o lepsze traktowanie imigrantów i społeczności LGBTQ+, co wywołało jego ostry komentarz na Truth Social i dyskusję o granicach kazania oraz o tym, co boskie Bogu, a co cesarskie – cesarzowi.

Kamień węgielny wmurował Theodore Roosevelt 29 września 1907 roku, witany przez 20 tys. osób, a ostatni pinakiel położył 29 września 1990 roku George H.W. Bush. Budowa trwała 83 lata, a po trzęsieniu ziemi w 2011 roku katedra nieustannie wymaga napraw. Mijam fasadę z piaskowca i ostrołukowe przypory, lecz najbardziej przykuwają moją uwagę proporcje wnętrza: dziewięcioboczna nawa, pięcioboczny chór i transept, pod którym wisi carillon złożony z 53 dzwonów. Ich sercami steruje unikalna klawiatura.

Protesty w Waszyngtonie to naturalny element pejzażu miejskiego, a dla niektórych nawet prawdziwa atrakcja turystyczna. Na zdjęciu protest 'Hands Off' przeciwko administracji Donalda Trumpa, 5 kwietnia 2025 r. (Fot. G. Edward Johnson/Wikipedia Commons) , Guacamole i tacos w La Tejana to prawdziwa uczta dla podniebienia (Fot. Radek Korzycki) , Waszyngton to prawdziwa mozaika smaków. Na zdjęciu tacos z La Tejana (Fot. Radek Korzycki)

Witraży jest tu ponad 200 – każdy ilustruje fragment amerykańskiej historii: od wypraw Lewisa i Clarka po podniesienie flagi na Iwo Jimie. W 2017 roku zdemontowano jednak witraże ukazujące generałów Lee i Jacksona, uznane za nie do pogodzenia z misją narodowego pojednania, i zastąpiono je obrazami walki o prawa obywatelskie.

Przyjrzałem się gargulcom: obok karykatury rzeźbiarza Rogera Morigiego, który wykonał wiele elementów katedry, wypatrzyłem Dartha Vadera – ironiczny akcent, który rozbraja neogotycką powagę i przypomina, że historia tej świątyni splata się z popkulturą. W sklepie z pamiątkami natrafiłem na makietę z ponad 500 tys. klocków LEGO® w skali 1:40 – za 10 dol. dorzuciłem swoje pięć elementów do modułu, wiedząc, że wpływy wspierają naprawy oryginału. W każde wtorkowe lub środowe popołudnie można tu zostać budowniczym.

Zostawiam swoją cegiełkę LEGO, jeszcze raz obchodzę transept i zerkam na subtelne łukowe przypory, myśląc, że w tej mieszance gotyku, popkultury i żywych sporów politycznych historia nadal się toczy.

Protestuj z kartą SmarTrip

Tymczasem protesty w Waszyngtonie to dziś naturalny element pejzażu miejskiego i – dla osób z mocnymi nerwami – prawdziwa atrakcja turystyczna. Każdego dnia na Pennsylvania Avenue i Lafayette Square można natknąć się na zgromadzenia o różnej sile wyrazu, od łagodnych wieców po bardziej dramatyczne manifestacje. Nawet najbardziej konwencjonalne przewodniki turystyczne po stolicy zalecają uwzględnienie w planie wizyty przynajmniej przystanku na demonstracji, traktując ją jak każdy inny punkt na mapie atrakcji – od muzeów po restauracje.

Katedra Narodowa w Waszyngtonie widziana z lotu ptaka (Fot. Duane Lempke/Wikipedia Commons) , Witraży w katedrze jest ponad 200. Każdy ilustruje fragment amerykańskiej historii (Fot. Radek Korzycki) , Jeżeli ktoś dobrze przyjrzy się gargulcom, obok karykatury rzeźbiarza Rogera Morigiego może wypatrzyć Dartha Vadera (Fot. Radek Korzycki)

Jedno z najbardziej kontrowersyjnych zdarzeń miało miejsce 1 czerwca 2020 roku, gdy funkcjonariusze kilku federalnych służb brutalnie usunęli pokojowo protestujących z Lafayette Square (placu przed Białym Domem), by na zlecenie prezydenta przygotować grunt pod sesję zdjęciową przy St. John’s Church trzymającego Biblię Donalda Trumpa. Raport Kongresu ("Bible Beating") ujawnił, że operacja została przeprowadzona na polecenie ówczesnego prokuratora generalnego Billa Barra. To zdarzenie wstrząsnęło opinią publiczną i utkwiło w pamięci jako przykład zderzenia polityki z prawem obywatelskim, jednocześnie stając się jedną z głównych "atrakcji" protest-tourismu w D.C. Moi mieszkający w Waszyngtonie przyjaciele pamiętają, że black hawki latały tak nisko, że zniszczyły kilka drzew. Całe centrum miasta było pod kontrolą wojska.

Praktycznie każdy, kto przyjeżdża do Waszyngtonu w dniu protestu, może skorzystać z licznych porad: metro spodziewa się tłumów, warto zaopatrzyć się w kartę SmarTrip z wyprzedzeniem i podróżować "lekko", bo podczas marszów na stacji Federal Triangle funkcjonuje tylko ograniczona liczba bagażowni. Organizacja broniąca praw człowieka ACLU z kolei radzi, by znać swoje prawa, przygotować numery alarmowe i unikać miejsc, gdzie na zdrowy rozsądek może dojść do przemocy – mimo iż większość demonstracji pozostaje pokojowa, zdarzają się incydenty, na które trzeba być przygotowanym. Ale dla turystów lubiących wyzwania i kochających politykę to szansa, by na żywo doświadczyć, jak w stolicy Ameryki od wieków manifestuje się wolność zgromadzeń – od kobiecych marszów po doroczne akcje "March for Our Lives" – a zarazem zweryfikować, czy władze potrafią utrzymać spokój w samym sercu politycznego wiru.

Biały Dom. Zdjęcie zza ogrodzenia to obowiązek

W Waszyngtonie czeka jeszcze cała plejada innych miejsc. W zacisznych alejkach Adams Morgan, na pełnej muzyki U Street, nad wodą w Southwest Waterfront czy w kolonialnych zaułkach Georgetown miasto oddycha codziennością. To właśnie tam, gdzie stołeczność ustępuje miejsca zwykłemu życiu, warto się zatrzymać na dłużej.

Adams Morgan przyciąga wielojęzycznym gwarem i kuchnią z każdego zakątka świata. U Street – dzielnica o bogatej historii afroamerykańskiej kultury – wciąż pulsuje dźwiękami klubów i rytmem lokalnych festiwali. Nadbrzeże Southwest, jeszcze niedawno nieco zapomniane, dziś tętni życiem: nowoczesna promenada, restauracje, koncerty pod gołym niebem. Georgetown, choć mocno turystyczne, nie straciło kameralnego uroku – brukowane uliczki, zabytkowe domy i kawiarniane ogródki nad kanałem tworzą obraz niemal sielankowy. A Chinatown? Chińska obecność jest dziś raczej symboliczna, ale okolica nadal tętni życiem.

Wrażenie powszechnego braterstwa psuje rosnąca w Ameryce nierówność, co w Waszyngtonie szczególnie widać. Niemal wszędzie znajdują się namioty zamieszkane przez bezdomnych (Fot. Radek Korzycki) , W sklepie z pamiątkami przy Katedrze Narodowej znajduje się makieta z ponad 500 tys. klocków LEGO w skali 1:40 (Fot. Radek Korzycki)

Na koniec – Biały Dom. Skromniejszy, niż mogłoby się wydawać, ale i tak robi wrażenie. Zdjęcie zza ogrodzenia to obowiązek, ale jeśli chcesz zajrzeć do środka, musisz zaplanować to z wyprzedzeniem. Amerykanie składają wnioski za pośrednictwem swojego przedstawiciela w Kongresie, zagraniczni turyści – przez ambasadę swojego kraju. Najwcześniej trzy miesiące, najpóźniej 21 dni przed planowaną wizytą. Zwiedzanie jest bezpłatne, ale liczba miejsc ograniczona. Wycieczki odbywają się od wtorku do soboty, rano, i trwają około 45 minut. Należy jednak pamiętać, że mogą zostać odwołane z dnia na dzień – z powodów bezpieczeństwa lub zmian w harmonogramie prezydenta. W środku obowiązują jasne zasady: żadnych plecaków, napojów, fleszy ani nagrywania filmów. Ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem – wrażenie zostaje na długo.

Niezbędnik

Waszyngton najlepiej odwiedzić wiosną lub jesienią. W kwietniu miasto tonie w kwiatach wiśni, z czego jest bezbrzeżnie dumne. W październiku – w złotych liściach. Pogoda sprzyja: powietrze jest rześkie, niebo przejrzyste, a tłumy mniej przytłaczające niż latem. Lato bywa ciężkie: upał, wilgoć, kolejki. Zima – chłodna, ale z własnym urokiem, zwłaszcza w okolicach świąt.

Po mieście najlepiej poruszać się metrem. Jest czyste, punktualne i logicznie zorganizowane – linie oznaczone kolorami, przesiadki łatwe. Warto kupić kartę SmarTrip, którą doładowuje się i odbija przy wejściu. Autobusy, zwłaszcza linia DC Circulator, dobrze uzupełniają siatkę kolejki podziemnej. A jeśli masz siłę, poruszaj się pieszo.

Samochód? Zostaw. Parkingi są drogie, korki regularne, wiele ulic jednokierunkowych albo zamkniętych dla ruchu. Jeśli musisz mieć auto, zaparkuj je na obrzeżach i przesiądź się do metra. Nocleg? Najlepiej w pobliżu stacji metra. Adams Morgan, U Street, DuPont Circle, Chinatown – to dobre punkty wypadowe. Jeśli szukasz ciszy – Cleveland Park albo Cathedral Heights. A jeśli liczy się cena, sprawdź także Arlington, tuż za rzeką Potomak, formalnie już w stanie Wirginia, ale z szybkim dostępem do centrum.

Zobacz wideo Wieczna młodość gwiazd Hollywood. Oni nie zmieniają się mimo upływu czasu [Popkultura]

A co z bezpieczeństwem? Centrum i większość popularnych dzielnic są spokojne. Unikaj jednak południowo-wschodnich obrzeży, zwłaszcza po zmroku. Waszyngton, jak każde duże miasto, ma swoje cienie. Ale przy odrobinie czujności zamiast paniki zwiedzisz go bez problemu.

Nie próbuj zobaczyć wszystkiego. Waszyngton to miasto, które warto chłonąć, nie tylko oglądać. Usiądź na schodach przy Lincolnie. Przejdź się bez celu 14th Street. Wejdź do kawiarni, której nie było w przewodniku. I pozwól sobie przez chwilę zapomnieć, że jesteś turystą.

Radosław Korzycki. Dziennikarz, który zajmuje się polityką zagraniczną, głównie amerykańską oraz relacjami transatlantyckimi. Publikował m.in. w "Polityce", "Tygodniku Powszechnym", "Gazecie Wyborczej" i "Dwutygodniku". Regularnie komentuje tematy amerykańskie na antenie TOK FM. Autor korespondencji i reportaży z USA.