Długo byłam przekonana, że Mokotów – szczególnie Dolny i Stary – to jedyny rejon w Warszawie, gdzie mogłabym mieszkać, gdzie będę czuć się jak w domu. Skąd nigdy nie mogłabym się wyprowadzić. Spędziłam tam przecież większość mojego warszawskiego życia, prawie 19 lat.
Uwielbiałam swoje mieszkanie na czwartym piętrze bez windy w kamienicy, w której znałam wszystkich sąsiadów, wszystkie ich psy i koty.
Kamienica mieściła się przy samym parku Promenada, tuż obok tej, w której kiedyś mieszkał Zbigniew Herbert. Przedłużeniem Promenady jest park Morskie Oko, gdzie często siadałam albo kładłam się na kocu nad niedużym stawem, żeby poczytać książkę albo po prostu poobserwować pływające po wodzie kaczki i biegające wokół psy. Jeśli miałam ochotę na dłuższy spacer, wystarczyło, że przeszłam 200 m i już byłam w parku Łazienki Królewskie.
Serce Warszawy na Mokotowie
Potrzeba ruszenia się poza Mokotów rzadko się u mnie pojawiała. Tu zawsze mogłam liczyć na pyszną kawę w legendarnej kawiarni Relaks przy ulicy Dąbrowskiego czy kawiarni wypełnionej sztuką Kawałyk Sztuki i wyjątkowo smaczne rzemieślnicze lody w Widziały Gały Co Brały, szczególnie o smaku fiołkowym, przy ulicy Stopowej, tuż obok mojego domu. Wspaniale było cofnąć się w czasie i wstąpić do baru Lotos, gdzie z kolegą z redakcji warszawskiej zdarzyło nam się wpaść na jednego i schabowego z ziemniakami i surówką czy na piwo do Baru Regeneracja, gdzie odbyłam wiele pierwszych randek. Kiedy potrzebowałam zrobić na szybko obiad, wyskakiwałam do budki z pysznymi kurczakami z rożna na rogu Dolnej i Belwederskiej albo po włoski makaron i sos lub gnocchi do sklepu Piccola Italia & Mediterraneo przy ulicy Puławskiej.
A gdy mój partner chciał uszyć sobie spodnie, a ja skrócić sukienkę albo "coś z nią zrobić, tak żebym wyglądała w niej dobrze", wystarczyło przejść się do fantastycznej pani Magdy – krawcowej z Igły z Nitką przy ulicy Górskiego.
Gdy jednak z jakichś powodów odwiedzałam centrum Warszawy – przy okazji festiwalu filmowego Millenium Docs Against Gravity lub Warszawskiego Festiwalu Filmowego, Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Tańca Zawirowania, Festiwalu Ciało/Umysł albo Festiwalu Warsaw Flow, wystawy w Zachęcie, Muzeum Narodowym czy żeby spotkać się ze znajomymi w moich ukochanych knajpach w Pałacu Kultury – Cafe Kulturalna, Bar Studio – lub ulubionych barach przy rondzie de Gaulle’a – Zamieszaniu czy Cudach na Kiju – rzadko wsiadałam do tramwaju bądź autobusu. Po prostu szłam pieszo moją ulubioną trasą przez dwa parki, plac Unii Lubelskiej, ulicą Marszałkowską, plac Zbawiciela i dalej do placu Konstytucji albo Mokotowską w stronę placu Trzech Krzyży. Często po drodze wstępowałam na ulicę Oleandrów na szybką pizzę do OL3, po pączka do MOD-u lub na Polną na frytki do Okienka, gdzie przy okazji odwiedzałam moją przyjaciółkę, która przez jakiś czas tam sobie dorabiała.
Mokotów zawsze kojarzył mi się z dzielnicą młodych, oryginalnych ludzi, niezliczonych knajpek, wśród których każdy może znaleźć coś dla siebie, do których nieraz stały długie kolejki, jak do moim zdaniem jednej z najlepszych śniadaniowni – Bułkę przez Bibułkę. Do moich ukochanych miejsc należy do tej pory Mori Mori – restauracja z oryginalną kuchnią japońską, Heritage – zarówno to na Dolnym, jak i Górnym Mokotowie, Gringo Bar, Cafe Mozaika przy Puławskiej czy restauracja włoska Pasta i Basta przy Odolańskiej, gdzie – do tej pory to pamiętam – za czasów studenckich pomylono mnie z Renatą Dancewicz. Bardzo lubiłam też odwiedzać – czy to na kawę, czy świetny lunch – restaurację w Nowym Teatrze przy ulicy Madalińskiego, do którego wieczorami przychodziłam na spektakle.
Do kina też daleko nie miałam. Lunę odwiedzałam regularnie. Zdzwaniałam się z przyjaciółką, która przez kilka lat mieszkała przy ulicy Dąbrowskiego, i zazwyczaj szłyśmy na jeden z seansów w tanie poniedziałki. Oczywiście piechotą. Duże kino, często stosunkowo puste, dawało możliwość prawdziwego oderwania się od rzeczywistości. Było to jedno z niewielu miejsc publicznych, które dawało mi wytchnienie w czasie pandemii.
A gdy chciałam wyskoczyć ze znajomymi na imprezę, kilka kroków od domu miałam ukochanego Dzika, a kilka przystanków dalej legendarny Plan B.
Jedyne, czego mi Warszawie brakuje
Kiedy zaszłam w ciążę, przez wiele miesięcy biłam się z myślami, czy wyprowadzać się z ukochanego miejsca, czy jednak spróbować żyć z partnerem, dzieckiem i kotem w jednopokojowym mieszkaniu na czwartym piętrze bez windy. Gdy coraz trudniej było mi wchodzić na ostatnie piętro, zapadła nieuchronna i podyktowana w szczególności względami praktycznymi decyzja: wyprowadzamy się.
Tylko dokąd? Przez chwilę rozważaliśmy nawet przeprowadzkę do Trójmiasta, gdzie się urodziłam i mieszkałam do 19. roku życia. Przekonywali nas do tego wszyscy nasi znajomi, zarówno warszawiacy, jak i mieszkańcy Wybrzeża. Mało kto jednak rozumiał nasz dylemat – bo jak można w ogóle porównywać Warszawę z morzem? Warszawa większości kojarzy się ze stresem, pędem, smogiem, drożyzną, upałami. Nie mijają się w tym z prawdą.
Zazwyczaj odpowiadałam wtedy, że ja po prostu Warszawę bardzo lubię. Jedyne, czego jej brakuje, to właśnie morze. Kocham warszawskie upalne lato. W Trójmieście jest dla mnie zbyt zmiennie i chłodno. Warszawa wydaje mi się też bardziej kompaktowa niż Trójmiasto – nie trzeba przejeżdżać dwóch miast, żeby dostać się do trzeciego (podróż z Gdyni do Gdańska zawsze jest wyprawą). Mój warszawski świat zamykał się w dwóch–trzech dzielnicach, odległości nie były przerażające.
Skoro zostajemy, to gdzie?
Gdy kilkanaście lat temu szukałam mieszkania w stolicy i nim ostatecznie wylądowałam na Dolnym Mokotowie, rozważałam zamieszkanie na Bielanach lub Muranowie, gdzie przez długi czas jeździłam na warsztaty teatralne w Akademii Sztuki i Kultury przy dawnym kinie Femina. Jednak jedyne lokum na miarę mojego ówczesnego budżetu, które "zaproponował" mi Muranów, było na parterze – życie w ciemności i za kratami nigdy nie było moim marzeniem.
Muranów zdawał się jednak spełniać wszystkie moje i mojego partnera potrzeby – jako rodzice nie wyobrażaliśmy sobie życia z dala od centrum miasta. Jak mieszkać w Warszawie, to tylko blisko wszystkiego: kultury, placów zabaw, znajomych, różnych atrakcji dla rodzin z dziećmi. W przeciwnym razie równie dobrze możemy wyprowadzić się do Gdyni.
Jednym z moich ulubionych parków zawsze był park Krasińskich, gdzie co roku odbywa się cudowne wydarzenie literackie – Imieniny Jana Kochanowskiego. Gdy znaleźliśmy mieszkanie bardzo blisko tego parku, zakończyliśmy poszukiwania.
Coś dla starszych i dla młodszych
W Muranowie nie zakochałam się jednak od razu. W porównaniu do Mokotowa okazał się miejscem dość opustoszałym, jeśli chodzi o ofertę gastronomiczną – fajnych knajpek i kawiarni było jak na lekarstwo, z tego większość zlokalizowana dopiero przy głośnej alei Jana Pawła II czy równie hałaśliwym placu Bankowym. Szybko jednak przyzwyczaiłam się do spokojniejszej natury tej okolicy Warszawy. Zaczęłam nawet w duchu liczyć, że nigdy się to nie zmieni.
Polubiłam to, że Muranów jest zdecydowanie starszy duszą od Mokotowa. Mieszka tu bardzo dużo seniorów, którzy – ku mojemu miłemu zaskoczeniu – są zdecydowanie bardziej rozmowni i spragnieni kontaktu niż przedstawiciele młodszego pokolenia. Na widok mojego syna jadącego na hulajnodze zawsze się zatrzymują i uśmiechają z podziwem, w sklepie nigdy nie omieszkają zamienić z nami kilku słów. W okolicach ulicy Karmelickiej, Zamenhofa i na placu, gdzie mieści się Muzeum Polin i gdzie co weekend sala zabaw dla dzieci jest dostępna dla wszystkich za darmo, czas płynie zdecydowanie wolniej niż na oddalonym zaledwie o kilkaset metrów placu Bankowym.
Znalazłam tu też swoje ulubione lokale. Jednym z nich jest wyśmienita pizzeria Dróżdż, której okrągłe pomarańczowe lampy stanowią charakterystyczny element wystroju i lodziarnio-piekarnia Roszki, gdzie serwują najlepsze lody mango lassi i gdzie na miejscu wypiekają wspaniały chleb oraz drożdżówki. Tuż obok mieści się wspaniała księgarnio-kawiarnia Radio i Telewizja, gdzie na piętrze, pośród książek dla dzieci, zorganizowany jest kącik dla najmłodszych.
Z placu Bankowego jest rzut beretem na klimatyczną ulicę Elektoralną, przy której mieszczą się kawiarnia Forum i Mazowiecki Instytut Kultury, gdzie odbywa się mnóstwo ciekawych i bardzo często darmowych wydarzeń i warsztatów. Nierzadko odwiedzam także wspaniałą Halę Mirowską, gdzie cała Warszawa zjeżdża się po świeże produkty. A także klubokawiarnię Jaś i Małgosia, gdzie serwują jedną z najlepszych szarlotek – jak twierdzi mój syn. Jesienią 2024 roku przy ulicy Gen. Andersa 13 otwarta została wspaniała kawiarnia z płytami winylowymi Tekla. Żadne z tych miejsc nie posiada niestety kącika dla dzieci, więc jeśli jestem z synem, to wpadamy tam na krótko. Ulubione lokale dla dzieci – Hultajkę i Mango - znaleźliśmy na Pradze Północ, gdzie zazwyczaj jedziemy samochodem – to zaledwie 10-15 minut drogi od nas.
Spacerując po Muranowie w pierwszych tygodniach po przeprowadzce, szybko zdałam sobie sprawę, że jest to dzielnica małych galerii sztuki oraz fryzjerów i barberów. Przechadzając się po dzielnicy z synem, zdarza nam się wpaść na kilka minut czy to do Galerii Leto przy ulicy Dzielnej czy Xanadu przy Gen. Andersa. Oboje chodzimy do tej samej fryzjerki do salonu Hair Spot, który mieści się trzy minuty od naszego domu.
Odkąd zostałam mamą, żaden plac zabaw nie umknie mojej uwadze. Na szczęście na Muranowie i w okolicach jest ich bez liku, zarówno mniejszych, jak i większych. Kilka przystanków tramwajem lub autobusem dzieli nas od tych najbardziej spektakularnych – placu zabaw w parku Ujazdowskim czy w parku Żeromskiego oraz przepięknie położonym placu przy Skwerze Barbary i Stanisława Brukalskich. Dzięki jednemu z nich – między ulicą Pawią a Dzielną – odkryłam park, w którym przebywanie potrafi mnie wprowadzić w stan głębokiej relaksacji. Zwłaszcza w ciepłe letnie wieczory, gdy schodzą się tam spacerowicze i właściciele psów, na ławkach zasiadają ludzie z książkami lub znajomi, aby przy akompaniamencie dzwonów z Parafii Rzymskokatolickiej św. Augustyna opowiedzieć sobie, co wydarzyło się tego dnia.
Kulinarny Żoliborz, zielone Bielany
Jedną z największych zalet mieszkania na Muranowie jest bliskość Żoliborza, gdzie znajduję namiastkę Mokotowa. Dla mnie to taki Mokotów w wersji premium, z ładnie zagospodarowanymi ogródkami, szerokimi chodnikami. Jest tu mnóstwo świetnych lokali gastronomicznych. Wiele mieści się wzdłuż ulicy Adama Mickiewicza, ale kilka perełek można znaleźć w okolicznych uliczkach, jak chociażby Holy Ravioli przy ulicy Dymińskiej, gdzie serwują wyłącznie włoskie ravioli, czy jedna z moich ulubionych restauracji Cafe Bar Havana przy ulicy Słowackiego. A także Nowa Prochownia Żoliborz, która mieści się w środku parku Żeromskiego.
Warto przespacerować się z parku Żeromskiego uliczkami Starego Żoliborza aż do parku Cytadeli i fosy, a następnie Aleją Wojska Polskiego do placu Inwalidów. Nie można przeoczyć wspaniałego drzewa z witrażami, które przed wycinką uratował Jan Sajdak – warszawski artysta, który wykonał witraże w dziuplach starej wierzby.
Dzięki zamieszkaniu na Muranowie, a także dzięki mojej bliskiej przyjaciółce, która urodziła syna trzy miesiące po mnie, odkryłam także Kępę Potocką oraz bielańskie parki, między innymi Stawy Kellera, park przy skwerze Jerzego Jarnuszkiewicza czy ogród jordanowski, który sąsiaduje z Lasem Lindego. Poczułam się tam jak wtedy, gdy byłam dzieckiem i z rodzicami spędzaliśmy lato w domkach letniskowych na Kaszubach.
Ewa Jankowska. Dziennikarka. Redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. W mediach od 2011 roku.

