Hospital de la Santa Creu i Sant Pau
Doświadczenia szpitalne mam niewielkie. Kilku dni z żółtaczką noworodkową nie pamiętam. Z powodu depresji spędziłem w szpitalu miesiąc i mam z tego pobytu parę smakowitych anegdot. Potem było jeszcze coś, nie wiadomo co, ale wystarczająco na serio, że tydzień kazali mi leżeć. I to tyle!
Mogę więc powiedzieć, że o szpitalach wiem mało, a dane mam nieaktualizowane od lat — bo od co najmniej dekady w żadnym nie byłem. Nie żebym tęsknił, gdyż jestem trochę jak baron von Münchhausen i nieco boję się lekarzy. Z tego powodu Hospital de la Santa Creu i Sant Pau oraz Hospital del Mar zostawiłem sobie na ostatni dzień pobytu w Barcelonie. Słońce pięknie świeciło, wszystko wokół pachniało karmelizowanym cukrem, a turystów na Rambli było niezdrowo dużo. Dzień jak co dzień, chciałoby się powiedzieć.
W związku z tym, że miałem już za sobą cały miesiąc mieszkania w Barcelonie, wszedłem do metra z właściwej strony i po chwili śmigałem w kierunku Szpitala Świętego Krzyża i Świętego Pawła. Nazwa była skomplikowana, ale wiedziałem już, o co chodzi.
Pierwszy człon nazwy został przejęty od starego szpitala w dzielnicy Raval, który założono w 1401 roku z połączenia sześciu małych średniowiecznych szpitali. Kompleks, zaprojektowany przez Guillema d'Abiella, zaplanowano z rozmachem. Cztery dwupiętrowe skrzydła otaczały centralny dziedziniec. Prace ukończono w 1509 roku, ale szybko okazało się, że szpital jest za mały, usunięto więc jedno skrzydło i, powiększając dziedziniec, dobudowano jeszcze trzy, a w XVII wieku do kompleksu dołożono budynek Casa Convalescència. Szpital działał przez setki lat, a kiedy przestał, budynki przeznaczono na siedzibę Katalońskiej Biblioteki Narodowej oraz Instytutu Studiów Katalońskich. Stoją do dzisiaj, można zatem wejść na dziedziniec i obejrzeć wspaniałe kamienne średniowieczne klatki schodowe i krużganki, a przy odrobinie szczęścia zajrzeć do zjawiskowej biblioteki, w której kamienny strop pięknie kontrastuje z ciepłymi, drewnianymi podłogami.
Przez stulecia wyleczono tu pewnie tysiące ludzi, tysiące też pewnie tu zmarło, ale pamięta się głównie o jednej śmierci. Otóż miesiąc przed zamknięciem szpitala, w 1926 roku, zmarł tutaj Antoni Gaudí, trzy dni po tym, jak został potrącony przez tramwaj.
Już wiele lat wcześniej dla wszystkich w Barcelonie było jasne jak słońce, że szpital stał się przestarzały, za mały i że nie spełnia wymagań XX-wiecznej medycyny. I wtedy w Barcelonie pojawił się anioł. Był mężczyzną i zgodnie z ówczesną modą miał gigantyczne wąsy.
Anioł, jak to anioł, nie pojawił się w całej okazałości, tylko niejako na odległość, bo mieszkał w Paryżu. Pau Gil i Serra był synem kupca i bankiera z Barcelony. Jako bardzo młody człowiek przeprowadził się do Paryża i spędził tam całe życie. Został bankierem — zarobione pieniądze inwestował głównie w górnictwo i kolejnictwo, a to pozwalało mu pomnażać majątek w postępie geometrycznym. Jakby tego było mało, odziedziczył po ojcu flotę składającą się z dwudziestu ośmiu statków, co przyczyniało się do powiększania strumienia gotówki płynącej do paryskich sejfów.
Barcelonę miał jednak w sercu nieustannie, bo gdy poczuł, że wybiera się na łono Abrahama, postanowił podzielić wypracowany przez całe życie majątek. Nie miał ani żony, ani dzieci, jak to anioł, wymyślił więc, że połowę majątku przekaże rodzinie, a drugie pół Barcelonie z przeznaczeniem na budowę szpitala pod wezwaniem św. Pawła.
W związku z tym, że zapis był spory, bo wynosił ponad trzy miliony peset, było jasne, że rodzina nie pogodzi się z taką stratą. Proces trwał niemalże dwa lata, ale ostatecznie pieniądze zostały w Barcelonie, a powołany do życia mocą testamentu komitet budowy szpitala mógł zacząć działać.
Zakupiono gigantyczną działkę, odpowiadającą dziewięciu parcelom wyznaczonym przez Pla Cerdà. Strach przed epidemiami cholery sprawił, że wybrano miejsce z dala od centrum miasta, na skraju nowej i nowoczesnej dzielnicy El Eixample. Lluís Domènech i Montaner oraz jego zespół przystąpili do pracy. Największy nacisk położono na warunki sanitarne i higienę, a także na estetykę detali architektonicznych, piękno mozaik i wygodę pacjentów, ponieważ to właśnie one miały przyspieszać rekonwalescencję.
Po wyjściu z metra poszedłem oczywiście w niewłaściwym kierunku, do szpitala dotarłem zatem z niewielkim opóźnieniem w stosunku do staranie zaplanowanego grafiku ostatniego dnia w Barcelonie. Kiedy się już odnalazłem, nie byłem pewien, czy estetyka szpitala rzeczywiście wpływała na przyspieszenie rekonwalescencji. Przechadzając się od pawilonu do pawilonu, bo dziś Hospital de la Santa Creu i Sant Pau jest muzeum, zastanawiałem się bowiem, czy w ogóle chciałoby mi się wychodzić z tego miejsca. Bez dwóch zdań byłem w najpiękniejszym szpitalu, jaki widziałem w życiu.
Ściany i podłogi były pokryte ceramicznymi płytkami. Jak się dowiedziałem, wszystko po to, by można było łatwo je wyczyścić. Każdy róg został zaokrąglony, aby zapobiec powstawaniu miejsc, w których mógłby gromadzić się brud. Lluís Domènech i Montaner zaprojektował pawilony, zwracając ich fasady na południe, aby zwiększyć dopływ światła słonecznego przez świetliki, sale operacyjne mają zaś okna zwrócone na północ, by poprawić komfort personelu medycznego. W zielono-niebieskich korytarzach stosowało się terapię kolorami, a umieszczenie szpitala wśród drzew sprawiło, że poczułem się jak w mieście ogrodzie.
Z zaplanowanych przez architekta czterdziestu ośmiu pawilonów przez dziesięć lat wzniesiono zaledwie dziesięć. Wszystkie miały piwnice i były połączone podziemnymi galeriami, umożliwiając personelowi oraz pacjentom swobodne przemieszczanie się bez potrzeby wychodzenia na zewnątrz. A potem skończyły się pieniądze, które Barcelonie przekazał Pau Gil i Serra. Nie przeszkodziło to światu docenić pracy Lluísa Domènecha i Montanera. W 1997 roku szpital Sant Pau wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Wychodząc, spojrzałem jeszcze na ogromne wąsiska barcelońskiego anioła. Pau Gil i Serra jako fundator ma bowiem pomnik przy wejściu. Jego inicjały pojawiają się w wielu miejscach na mozaikach, podczas zwiedzania nie da się więc o nim zapomnieć ani na chwilę.
Uznałem, że jeśli mam zdążyć na samolot, to czas się ewakuować. Najpierw bar, a potem jeszcze jeden szpital. Powody tym razem miałem zupełnie inne, gdyż Hospital del Mar interesował mnie wyłącznie jako miejsce, gdzie kręcono Wszystko o mojej matce. Nie chciałem wchodzić do środka, wiedziałem, że ten ośrodek zdrowia działa w najlepsze i nie jest muzeum, choć jego historia zaczyna się od wybudowanego w tym miejscu w XVI wieku lazaretu Casa de la Sanitat. Mój plan był dużo prostszy. Chciałem tylko rzucić okiem na okna, które zachwyciły reżysera. W jednym z wywiadów powiedział on, że okna w Hospital del Mar są jak ekrany, które wyświetlają film o morzu. Plan nie był za dobry, bo przecież z zewnątrz nie byłem w stanie zobaczyć tego, co Almodóvar widział od środka, ale serce nie sługa — pojechałem.
Już w drodze do domu po bagaż chwyciłem w piekarni kawałek coki z cukinią i sobrasadą, którą zjadłem na stojąco przy walizce w oczekiwaniu na taksówkę. Byłem już tak spóźniony, że nie było szans, że dotrę na lotnisko, korzystając z publicznego transportu.
Mercat dels Encants
Bywałem na różnych targach staroci. Mniejszych i większych! W centrum miasta i na jego opłotkach. Odbywających się w niedzielę i w dni powszednie. Nigdy jednak, ale to przenigdy, targ staroci nie miał złotego dachu.
Nie da się ukryć, że nieco się zdziwiłem, gdy dotarłem na miejsce. Najpierw dlatego, że stacja metra i jej okolice były w remoncie, wyrzuciło mnie więc zupełnie nie tam, gdzie chciałem. Nic nie zgadzało się z opisem, co było o tyle pomocne, że w mig zorientowałem się, że idę nie w tę stronę, w którą powinienem.
Kiedy zawróciłem, moim oczom ukazał się wielki złoty dach. Większość ludzi podążała w jego kierunku. Rozpięty przede mną baldachim nie był jednolity, składał się z wielu nakładających się na siebie pod różnym kątem płaszczyzn, a odbijające się w nim słońce migotało nerwowo. Gdy znalazłem się bliżej, zrozumiałem, że złota powierzchnia jest lustrem i mnoży wszystko to, co dzieje się pod dachem, powielając zgiełk miasta w kalejdoskopowych odbiciach. Nie wiedziałem, czy patrzeć na dół, czy w górę, ale nie miało to żadnego znaczenia, bo wszędzie działo się to samo. Na dole kupcy i sprzedający na Mercat dels Encants kręcili się jak w dziwacznym walcu. Kiedy podniosłem oczy, widziałem to samo, ale tak jak wtedy, gdy budzę się rano i usiłuję przyglądać się światu bez okularów, tyle że rano nic tam nie błyszczy — aż takim optymistą nie jestem!
Do doświadczeń z targami staroci mogłem najwyraźniej dopisać hasło "nowoczesny targ staroci". Okazało się, że konstrukcja, pod którą stałem, ma niewiele więcej niż dziesięć lat. W 2013 roku postanowiono przydać blasku istniejącemu w tym miejscu od 1928 roku targowi staroci, a projekt zlecono pracowni b720, którą zarządza Fermín Vázquez Huarte-Mendicoa. Architekci zaproponowali zabawę formą targu wypracowaną w XIX wieku. Rozpięli złoty dach między ulicami, wbudowując pod niego konstrukcje na różnych poziomach, połączone kilkoma ciągami schodów w różnych miejscach, co sprawia, że przestrzeń targowa to stworzony przez architekta labirynt krętych uliczek i zadaszonych placów oraz placyków, na których rozkłada się ponad pięciuset sprzedających.
Miejsce rozkwita cztery razy w tygodniu. W każdy poniedziałek, środę, piątek i sobotę pojawia się tu dziwaczna mieszkanka ludzi z każdego zakątka Barcelony. Można tu kupić całe mnóstwo mniej lub bardziej niepotrzebnych nikomu rzeczy. Stare zegarki, okulary po babciach i dziadkach, sflaczałe piłki i puste butelki po alkoholach sprzed lat. Było już za późno, bym mógł wziąć udział w najbardziej spektakularnej części targowania używanymi rzeczami. By ją zobaczyć, powinienem pojawić się tu około siódmej rano. Sprzedane przedmioty trafiają do nowych właścicieli, a te, których nie udało się sprzedać, lądują na straganach.
Przebiegłem przez sporą część alejek, zrobiłem zdjęcia i trochę zacząłem żałować, że nie poznałem tego miejsca, zanim wylądowało pod złotym dachem, bo Mercat dels Encants jest jednym z najstarszych targowisk w Barcelonie. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą z 1300 roku. Targ nazywał się wówczas Fira de Bellcaire i był miejscem, w którym handel odbywał się bez pieniędzy. Ci, którzy zjawiali się na miejscu, wymieniali po prostu towar za towar. Na przestrzeni wieków rynek kilkakrotnie przenoszono do różnych części miasta, aż w końcu w 1928 roku wymyślono, że najlepiej będzie mu w dystrykcie El Clot, będącym częścią dzielnicy Sant Martí.
U jednego ze sprzedawców kupiłem sobie — w zupełnie przyzwoitej cenie — stare korale i uznałem, że wracam do centrum, ale znów zabłądziłem po drodze do metra i przez przypadek wylądowałem w Muzeum Designu, którego nowoczesna sylwetka rywalizuje nieco ze złotym dachem pchlego targu.
Bardzo spodobała mi się wystawa poświęcona ubiorowi i temu, co przez lata za pomocą koszul, obcasów i cylindrów robiono z ludzką sylwetką. To, że moda niesie ze sobą różne przekazy, było dla mnie jasne, ale kuratorzy poszli w zupełnie innym kierunku, koncentrując się na kształtach ludzkiej sylwetki i na tym, że ubiór polega na nieustannym dodawaniu sobie wzrostu albo objętości w miejscach wybranych przez projektantów. Wysokie obcasy u kobiet zestawiono z cylindrami, by pokazać, że elegancja elegancją, ale wiadomo przecież nie od dziś, że kobieta musi być niższa od mężczyzny. Jeszcze lepsza była wystawa o projektowaniu graficznym jako języku, gdzie prezentowano między innymi plakaty z filmów Almodóvara. Świetna okazała się też ekspozycja poświęcona sztuce użytkowej XX wieku.
Zanim pojechałem na plażę, postanowiłem wykorzystać to, że budynek jest klimatyzowany. Usiadłem na jednej z kanap w holu i przeczytałem historię muzeum, które zostało utworzone z czterech innych. Muzeum Sztuki Dekoracyjnej, Muzeum Ceramiki, Muzeum Włókiennictwa i Odzieży oraz Gabinet Sztuki Graficznej na początku XXI wieku połączono i stworzono zintegrowaną przestrzeń, która ma pomagać zrozumieć design w szerszym kontekście. Wszystko działo się w 2013 roku. Przypomniałem sobie, że podczas pierwszej wizyty w Barcelonie odwiedzałem Museu de les Arts Decoratives, które wówczas zajmowało przestrzenie Pałacu Królewskiego w Pedralbes.
Najwyraźniej w Barcelonie wszystko musi zmieniać miejsce. Pomyślałem, że czas, bym i ja się przemieścił. Uznałem, że najlepiej będzie to zrobić w rytmie piosenek z filmów Almodóvara. Zainspirował mnie plakat filmu Tacones lejanos, czyli "odległe obcasy", a nie "wysokie", jak się dowiedziałem. Almodóvarowi chodziło o dobiegający z daleka dźwięk obcasów Becky del Páramo, którego co wieczór nasłuchiwała jej córka.
Po drodze wpadłem na obiad do lokalu zwanego La barcelonesa, a potem jeszcze kupiłem sobie kawałek coki z cebulą, bo sprzedawczyni twierdziła, że jest wspaniała. Muszę szczerze przyznać, że była właśnie taka, a wiedziałem, że leżąc na plaży, zgłodnieję. Kto nie leży i nie robi się jednocześnie głodny, niech pierwszy rzuci kamieniem…
*Publikujemy fragment książki Bartka Kieżuna "Barcelona. Łakomym okiem. Przewodnik po mieście i jego kuchni", która ukaże się 21 maja 2025 roku nakładem Wydawnictwa Buchmann.



