Dwoje medyków pracujących od lat w polskiej ochronie zdrowia podejmuje decyzję, która zmienia ich życie o 180 stopni – kupują dom w arabskim kraju i wyprowadzają się tam, żeby prowadzić pensjonat. Brzmi jak początek filmu.
Agnieszka Sutkowska: I zabierają ze sobą psa!
Państwo zawsze mieli skłonność do podejmowania ryzyka? Jakąś życiową odwagę, może zuchwałość?
Piotr Sutkowski: Wcześniej takich numerów nie robiliśmy. (śmiech)
To jak to jest rzucić wszystko i wyjechać… do Maroka?
Agnieszka: Wspaniale! Ale tak naprawdę tylko ja rzuciłam wszystko. Przeszłam na wcześniejszą emeryturę po 22 latach pracy jako pielęgniarka w areszcie śledczym – ale taki był mój plan, jeszcze zanim zrodził się pomysł z pensjonatem. Czułam się zmęczona i przeciążona tą pracą. Teraz jestem w Maroku niemal cały czas. Niemal, bo wciąż nie mam marokańskiej rezydentury, więc co trzy miesiące muszę wyjechać stąd choć na jeden dzień. Mąż jeszcze bywa w Polsce, jak to się mówi po arabsku, "szuja, szuja", czyli "trochę, trochę".
Bo pan jest jeszcze związany kontraktem z wałbrzyskim szpitalem, w którym pracuje jako lekarz medycyny ratunkowej.
Piotr: Co miesiąc na kilkanaście dni muszę przylecieć do Polski. Ale potem od razu wracam do Maroka. Koledzy, gdy kończę dyżur, pytają, kiedy mam samolot, a ja odpowiadam: "Za trzy godziny".
Miał pan wątpliwości, czy decydować się na życie na dwa kraje?
Piotr: Żadnych. Potrzebowałem odmiany.
Agnieszka: Oboje tego potrzebowaliśmy. Chcieliśmy dla własnego zdrowia psychicznego spróbować czegoś zupełnie innego, spróbować poprowadzić dalsze życie innym torem.
Piotr: I to się udało! Ilu rzeczy, których nigdy w życiu nie robiłem i nigdy bym nie pomyślał, że będę kiedykolwiek robił, musiałem się nauczyć! Obsługa basenu, prace remontowe, prace w ogrodzie… Ale mam z tego dużą satysfakcję, bo po pierwsze, okazuje się, że jestem w tym całkiem dobry, a po drugie, to wszystko daje natychmiastowy efekt.
Długo dojrzewali państwo do tej decyzji?
Agnieszka: Od jakiegoś czasu mieliśmy w sobie taką potrzebę, ale na samą decyzję złożył się splot różnych okoliczności – i tak naprawdę podjęliśmy ją w jedno popołudnie.
Lataliśmy do Maroka w sumie od 15 lat, dwa–trzy razy do roku. Dwa lata temu nasz znajomy kelner z Marrakeszu, bardzo życzliwy chłopak, którego znamy jakiś czas, pokazał nam riad do wynajęcia [tradycyjny marokański dom z niezadaszonym dziedzińcem przekształcony na hotel – przyp. red.] i spytał, czy nie chcielibyśmy się przeprowadzić do czegoś takiego. Właścicielem był Francuz, miał jeszcze dwa riady do wynajęcia, oba zobaczyliśmy – ale to wszystko było bardzo niezobowiązujące. Zostaliśmy tylko z jego słowami w głowie, że to, co gdzie indziej byłoby niemożliwe, w Maroku staje się możliwe.
Tamten nasz pobyt był bardzo spontaniczny, nie mieliśmy nic zaplanowane, więc znalazłam jakiś hotelik z sauną. Przy meldunku właściciel spojrzał w paszport męża – tam były same stemple z Maroka – i zażartował: "Tyle macie naszych pieczątek, po co tak latać? Może tutaj w końcu zostaniecie?".
Pomyśleliśmy, że dwie takie sugestie w ciągu dwóch dni to nie może być przypadek, ale jakiś znak. Przegadaliśmy to, oboje byliśmy na tak. I tak zaczęły się poszukiwania naszego miejsca w Maroku.
Co państwo urzekło w tym kraju tak, że przez ostatnie 15 lat bywali państwo w Maroku kilka razy do roku?
Piotr: Ludzie. Ich życzliwość, uśmiech, ciekawość, bezinteresowność. Nie wiem, czy to kwestia dużej ilości światła słonecznego, ale oni są zdecydowanie bardziej radośni i otwarci. Potrafią się cieszyć tym, co mają, choć często mają naprawdę niewiele. I nie dość, że umieją to docenić, to jeszcze się tym dzielą. Przykład z ostatnich dni – zepsuł mi się samochód poza miastem. Zauważył to mężczyzna, który budował sobie drogę dojazdową do domu. Zadzwonił po znajomego mechanika, który podjechał do nas w ciągu kilkunastu minut, zrobił szybki przegląd auta i stwierdził, że zepsuła się skrzynia biegów. Auto nie miało szans dalej pojechać, więc on z kolei zadzwonił do swojego znajomego, który za chwilę przyjechał z lawetą i odholował auto do warsztatu samochodowego. Zanim ja zdążyłem pomyśleć, jak za to wszystko się zabrać, oni opanowali sytuację. Z dobrego serca, dla obcego im człowieka!
Inny przykład – ten zepsuty samochód należał do naszego kolegi z Polski i służył nam do bezpiecznego i wygodnego przewiezienia do Maroka naszego psa. Chcieliśmy go tu przepisać na nas. Przyjaciel przyjechał tylko w tym celu, na jeden dzień, więc formalności musieliśmy dopełnić naprawdę sprawnie. Pojechaliśmy rano do urzędu, opisaliśmy sprawę i zostaliśmy poinformowani, że odpowiedni urzędnik będzie dostępny dopiero po 12.00. Ale nasz przyjaciel w południe miał być już w drodze na lotnisko. Pracownicy zadzwonili więc do kogoś, kto specjalnie przyjechał i pomógł załatwić sprawę. Byliśmy z kolegą więcej niż zaskoczeni tym, jak bardzo poszli nam na rękę. Ale tak to właśnie tutaj działa!
W polskich urzędach takie podejście wydaje się nierealne.
Piotr: Taką samą refleksję mieliśmy!
Zastanawiali się państwo, z czego to wynika?
Piotr: Wydaje mi się, że w Polsce przyjęliśmy codzienną gonitwę, często nie wiadomo za czym, za normalne tempo. Nawet nie mamy chwili, żeby dostrzec, że ktoś potrzebuje pomocy. Oni są od tego wolni, za to wzajemnie się o siebie troszczą. Jeden z naszych gości przyjechał do nas na rowerze z Porto w Portugalii – to 1200 km. Kiedy opuścił Casablancę, wjechał na bardzo długi odcinek, na którym nie ma ani jednej wioski, ani miasteczka. Ktoś, kto mijał go samochodem, zatrzymał się i dał mu dwie duże butelki wody – żeby na pewno mu jej nie zabrakło.
Tutaj wszystko dzieje się spokojniej i jeśli masz możliwość komuś poświęcić czas, robisz to. Marokańczycy nie biorą udziału w żadnym wyścigu szczurów, nie gonią za dobrami materialnymi. Nie martwią się, że czegoś nie mają. "Nie stać mnie, to mnie nie stać, trudno, może za jakiś czas będzie inaczej" – takie mają podejście.
Jakie jeszcze mają państwo obserwacje na temat Marokańczyków?
Agnieszka: Bardzo ważna jest dla nich rodzina. To naprawdę podstawa funkcjonowania społeczeństwa. Zauważyłam też, że wbrew temu, co mówi się o kobietach w islamie, marokańskie kobiety mają w rodzinach najsilniejszą pozycję, ponieważ to one dzielą jedzenie. Marokańczycy mówią: "Ojciec to ojciec, więcej go nie ma, niż jest. Ale matka w domu jest najważniejsza".
Ogromnym szacunkiem darzy się też osoby starsze. Dzieci i młodzież witają się z dorosłymi, całując ich w dłoń. Nawet z nami! Zawsze nas to bardzo zaskakuje.
Patrzą państwo na tę kulturę z europejskiego punktu widzenia. Coś jest dla was trudne do zrozumienia albo zaakceptowania? Coś was dziwi?
Agnieszka: Zupełnie inaczej niż w Europie traktuje się tu zwierzęta. To się powoli zmienia, ale wciąż jest dużo do zrobienia.
Piotr: To, co dla nas jest w tej kwestii normalnością, tu jest odstępstwem od normy. Wielu tutejszych się dziwi np., że wychodzę z naszym psem na spacer. Bo po co to robić? Nie wystarczy go wypuścić, żeby sobie pobiegał?
Agnieszka: Inna kwestia – w wielu miejscach jest tu po prostu… brudno. Przyczyna jest prosta: nie funkcjonuje tutaj system odbierania śmieci przez firmy komunalne. W większych miastach są punkty, gdzie można te odpady zostawić i faktycznie zostaną odebrane. Ale do wiosek czy mniejszych miejscowości śmieciarka nie dojeżdża. Jeżeli więc ktoś nie ma samochodu, to jest pozbawiony możliwości wyrzucania śmieci. W związku z tym zostawia się je, gdzie popadnie, a wieje tu silny wiatr, więc one są roznoszone po okolicy. To bardzo często bulwersuje naszych gości.
Ale też obserwujemy, że na przestrzeni lat podejście do czystości w przestrzeni publicznej się tu zmienia. Od jakiegoś czasu widzimy np. pracowników, którzy czyszczą pobocza – kiedyś tak nie było.
Piotr: Są też sfery, w których radzą sobie znacznie lepiej niż np. Polacy. Temperatury są tu naprawdę wysokie, a asfalt nie płynie jak u nas. W ciągu trzech lat są w stanie wybudować 1000 km dobrej jakości autostrad.
Kiedy zakomunikowali państwo bliskim, że wyprowadzają się do Maroka, powtarzano stereotypy na temat tego kraju, żeby was przed tą decyzją przestrzec?
Piotr: Usłyszeliśmy, że np. utną nam głowę i pokażą w internecie.
Agnieszka: To dość skrajny przykład, ale generalnie najczęściej słyszeliśmy, że to przecież niebezpieczny kraj. O to zresztą pytają nas też różne osoby w internecie, pod postami reklamującymi Dar Ines [pensjonat rozmówców – przyp. red.].
A jaka jest prawda na ten temat?
Agnieszka: Nie ma się czego bać. Może chodzenie ciemnymi zaułkami późną porą w Marrakeszu byłoby niewskazane, ale czy w Polsce jest inaczej? Przyjeżdża tu dużo samotnych kobiet, rodzin z małymi dziećmi – wszyscy się czują bezpiecznie. Ja zostaję tu sama, gdy mąż wyjeżdża do Polski i też ani razu nie czułam się zagrożona. Znajomi, którzy z dystansem podchodzili do tego pomysłu, gdy nas odwiedzają, są zaskoczeni, jak tu toczy się życie – spokojnie, powoli, radośnie.
Piotr: Myślę, że wiele stereotypów bierze się stąd, że Maroko to kraj arabski i to budzi nieufność. Ale w osobach, które tu poznaliśmy, jest więcej ciekawości niż wrogości w związku z tym, że my jesteśmy chrześcijanami.
Agnieszka: Pracuje u nas Nejma, kobieta, która pomaga nam m.in. przygotowywać śniadania dla gości. Rozmawiam z nią przez translator, bo arabskiego wciąż się uczę. I ona zadaje mi bardzo wiele pytań dotyczących naszej religii, znajduje też wiele punktów wspólnych z katolicyzmem. Teraz np. trwa ramadan, który bardzo jej przypomina trwający 40 dni Wielki Post, o którym jej opowiadałam. Pytała mnie też np., czy wierzymy tak jak oni, że Bóg stworzył świat. W As-Sawirze, pobliskim miasteczku, jest kościół, synagoga i meczet. I nikt nie ma z tym problemu.
Piotr: Dla Marokańczyków ważne jest, żeby w cokolwiek wierzyć. Jeżeli masz jakieś swoje zasady, według których postępujesz, to z miejsca zyskujesz ich szacunek. Do ateistów podchodzą z dystansem.
Mieszkają państwo w Maroku już kilka miesięcy. Czy wrośli już państwo w lokalną społeczność?
Agnieszka: Chyba jeszcze nie, ale wszyscy podchodzą do nas z otwartością i wspomnianą już życzliwością. I my podchodzimy do nich tak samo. Staramy się pomagać im, robiąc to, co umiemy najlepiej, czyli lecząc ich. Na przykład mąż Nejmy, który jest naszym ogrodnikiem, nabawił się kontuzji łokcia. Chodził tu po lekarzach i nikt nie był w stanie mu pomóc. Mąż się urazowi przyjrzał i mu pomógł. Potem ten pan w podziękowaniu przez dwa dni gotował nam obiad. A teraz razem z żoną, kiedy mąż wyjeżdża, codziennie mnie pytają, czy jest wszystko w porządku, czy czegoś mi nie trzeba, czy coś mi się nie zepsuło, czy nie jestem głodna. Troszczą się o mnie jak o swojego członka rodziny.
I tak kilku osobom – i zwierzętom – już pomogliśmy. A tu jest tak, że jeżeli coś się komuś da, nie w sensie materialnym, to oni to bardzo doceniają i w dwójnasób się odwdzięczają tak, jak mogą.
Mówi się, że w Afryce inaczej płynie czas i nikt nie używa zegarków. Tak jest i w Maroku?
Agnieszka: Zdecydowanie! Przez pierwsze trzy miesiące z tego powodu bardzo się piekliłam, bo na wszystko, co zamawialiśmy, trzeba było czekać. A teraz? W zeszłym tygodniu zapomniałam pojechać po gości na lotnisko, bo mi się dni pomyliły! Na szczęście mamy do niego dosłownie 10 minut. Kilka razy dziennie się zastanawiam, jaki mamy dzień, a jak chcę znać konkretną datę, to muszę spojrzeć na kalendarz w telefonie! Czas naprawdę płynie tu inaczej. I to jest cudowne.
Marokańczycy mają do wszystkiego takie luźne podejście, do którego nie mogłam się przyzwyczaić. Zamawialiśmy np. parasole nad basen. Miały być piękne, w słomianym kolorze. Kiedy przyjechaliśmy je odebrać, okazało się, że są nie żółte, tylko zielone. Zaczęłam się denerwować w tym sklepie, że przecież zupełnie inne zamawiałam. A pan mi na to mówi: "Proszę się nie denerwować, Madame. Te parasole zmienią kolor, tak jak pani, jak tutaj troszkę pomieszka". I rzeczywiście – po tygodniu parasole od słońca zrobiły się żółte.
Jak w takim razie wygląda obecnie państwa dzień w Maroku?
Agnieszka: Dość leniwie. (uśmiech) Śniadania dla gości podajemy zwykle między 9 a 10 – nawet jeśli ktoś chce na początku wcześniej, to szybko zwalnia tak mocno, że nie jest w stanie wstać wcześniej. Potem szybkie sprzątanie i kontynuujemy dzień, bardzo często towarzysząc naszym gościom w zwiedzaniu okolicy – pokazujemy im As-Sawirę, lokalne targi, na które sami by nie dotarli, restauracje, w których jedzą Marokańczycy, nie turyści – tam jest najlepsze jedzenie – urokliwe zakątki na wybrzeżu, które odkryliśmy podczas naszych podróży. A wieczorem często siadamy do wspólnych rozmów. Tak to wyglądało w naszych marzeniach i teraz tak to się właśnie dzieje.
Czy to dla państwa taki właśnie czas – na spełnianie marzeń? Pani podobno zaczęła ostatnio jeździć konno?
Agnieszka: I to było faktycznie moje marzenie, jeszcze z dzieciństwa, ale w Polsce nigdy nie było na to przestrzeni, czasu, pieniędzy, okoliczności. Nie podobało mi się też założenie, że miałabym jeździć w koło po jakimś małym, ogrodzonym wybiegu. A tutaj pierwszy raz poszłam na lekcję, wsiadłam na konia i pojechałam. Powoli zaczynam cwałować, czasem nawet pogalopuję. Mam w sobie jakiś strach, że mogłabym spaść, ale jeździmy głównie po plaży, więc tłumaczę sobie, że jak spadnę na piasek, to może nic mi się nie stanie. (śmiech) W ostatnim czasie często dołączają do mnie nasi goście. A chłopak, który nas uczy, jest gotowy na przejażdżkę o każdej porze dnia i nocy – poznaliśmy go, kiedy chorował na wrzody żołądka. Zorganizowaliśmy mu, oczywiście bezinteresownie, leczenie, na które jego nie było stać. Ale znów – odwdzięcza się nam tym, co może od siebie dać.
Panie Piotrze, pan też spełnia jakieś swoje marzenie w tym momencie?
Piotr: Moim marzeniem było zwolnić i zająć się czymś innym niż praca na SOR-ze. Wyobrażałem sobie, że mieszkam gdzieś, gdzie jest dużo światła, słońca, gdzie za niczym nie musiałbym gonić, poczułbym spokój. Gdzie miałbym czas i siłę na bycie z ludźmi. To dla mnie największa wartość. Nie wymagam od życia wiele więcej. Więc ja tak naprawdę żyję teraz moim marzeniem.
Agnieszka: Mieszkając tutaj, zdajemy sobie sprawę, że naprawdę niewiele potrzeba do szczęścia. Nasze wymagania i pragnienia są coraz mniejsze. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że jednak potrzebowaliśmy sporo, bo musieliśmy kupić dom w Maroku i stworzyć tu pensjonat. Ale to wcale nie było aż tak drogie przedsięwzięcie – moja odprawa emerytalna pokryła większość kosztów. A w zamian tyle dostaliśmy! Nasz pensjonat to taki typowy marokański budynek, Marokańczycy mówią na niego "dar". Ale dla nas to prawdziwy dar – od losu, że mogliśmy tu stworzyć nasze miejsce do życia.
Czegoś brakuje państwu z Polski?
Piotr: Żurawiny. I ogórków kiszonych.
Agnieszka: I majonezu. Ten marokański jest kwaśny. Ale pomijając tęsknotę za tymi kilkoma produktami, tutaj odżywiamy się zdecydowanie zdrowiej. W Maroku są dostępne bez problemu przepyszne, nienawożone warzywa i owoce. Mięso jest zdrowsze – zwierzęta nie są karmione żadnymi sztucznymi specyfikami, które mają przyspieszyć ich wzrost – i zawsze świeże, bo tutaj niewiele osób i sklepów ma lodówki, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach.
A poza przysmakami?
Agnieszka: Tak naprawdę za niczym nie tęsknimy. W Polsce został nasz syn, ale jest już dorosły, ma swoje życie, pracę, którą lubi. Rozmawiamy z nim regularnie na komunikatorach, mąż widuje się z nim, kiedy jest w kraju. Często odwiedza nas tu też moja przyjaciółka. Goście trafiają się nam cudowni. Może to się zmieni za parę lat, ale na razie naprawdę zupełnie nie ciągnie mnie do Polski.
Piotr: Kiedy jadę na lotnisko po tym ostatnim dyżurze w miesiącu, myślę sobie, że w końcu wracam do domu – bo tak, tu jest teraz nasz dom.
Agnieszka i Piotr Sutkowscy. Ona była pielęgniarką zatrudnioną w areszcie śledczym w Świdnicy, on jest lekarzem medycyny ratunkowej, pracuje na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym szpitala w Wałbrzychu. Od 2024 r. mieszkają w Maroku i prowadzą tam pensjonat Dar Ines, 11 km od As-Sawiry.
Lena Gontarek. Redaktorka, dziennikarka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Najczęściej pisze o tym, co ją porusza: dyskryminacji, wykluczeniu, relacjach międzyludzkich, a odkąd została mamą - również macierzyństwie i rodzicielstwie. Usłyszane historie najchętniej opowiada w formie reportaży i wywiadów. W życiu i pracy kieruje się zasadą szacunku dla każdego człowieka.


