Podróże
Setki kolorowych balonów z turystami w koszach unoszących się w niebo o świcie - ten widok to wizytówka Kapadocji (Fot. Mihai_Andritoiu/Shutterstock)
Setki kolorowych balonów z turystami w koszach unoszących się w niebo o świcie - ten widok to wizytówka Kapadocji (Fot. Mihai_Andritoiu/Shutterstock)

W Nevsehir w centralnej części Turcji niespełna dekadę temu ruszyła budowa osiedla mieszkaniowego. Prace postępowały szybko, ale po kilku tygodniach zostały wstrzymane, bo robotnicy trafili na podziemny tunel sporych rozmiarów. Na miejsce zjechali archeologowie. Okazało się, że korytarz prowadzi do wykutego w litej skale miasta. Takie odkrycia w Kapadocji to nic zaskakującego. Specyfika regionu.

W tym regionie znanych podziemnych skalnych miast jest już około 200. Największym pozostaje Derinkuyu, położone 35 km od Göreme. Wielopoziomowe (nie wszystkie "piętra" udostępnione są do zwiedzania), mogło dawać schronienie 20 tys. ludzi. Odkryte zostało w latach 50. XX wieku, zupełnie przypadkiem, gdy pewnemu mieszkańcowi regionu zaczęły znikać kury ze skalnego kurnika. Szukając przyczyny, odkrył skalną wnękę. Postanowił sprawdzić, co jest po drugiej stronie, i przebił się do imponującego labiryntu tuneli i pomieszczeń wykutych w skale, wśród których znajduje się nawet kościół, gdyż pierwsi mieszkańcy tego regionu byli chrześcijanami. Warto wybrać się na wycieczkę, wstęp jest płatny, ale bilety są tanie.

Natura i historia

Malownicza kraina słynąca ze skał w kształcie fantazyjnych kominów, powstałych 60 mln lat temu, położona na pograniczu prowincji Nevsehir i Nigde, to prawdziwy fenomen przyrodniczy i idealne miejsce dla lubiących spacery, trekking czy jazdę konną. Kultura i historia tworzą tu z naturą nierozerwalną więź.

Region zamieszkiwali najpierw Hetyci (w drugim tysiącleciu przed Chrystusem), później – za sprawą podbojów Aleksandra Wielkiego – Grecy. Rzymianie zdobyli te ziemie "dopiero" w 17 roku naszej ery. Wtedy nawet połowę mieszkańców tutejszych miast stanowili chrześcijanie. Do dziś jedną z najpopularniejszych pamiątek z Kapadocji są wszelkiego rodzaju gadżety ze św. Jerzym, który podobno gdzieś tutaj walczył ze smokiem. Także Bazyli Wielki, jeden z największych myślicieli chrześcijaństwa, zaliczany do Ojców Kościoła, był mieszkańcem Kapadocji.

Park Narodowy Göreme, czyli muzeum 350 wykutych w skale kapliczek i kościołów bizantyjskich (Fot. Benh LIEU SONG/Wikipedia Commons)

Chrześcijaństwo wywarło wpływ na charakter regionu. Gdy popularna stała się koncepcja ascezy, wierni zaczęli opuszczać miasta i przenosić się na odludzia, dołączając do pierwszych wspólnot zakonnych. A te żyły właśnie w wydrążonych wulkanicznych skałach. Skały stały się też miejscem schronienia dla zbuntowanych artystów. Gdy świat chrześcijański kłócił się o to, czy wolno malować podobizny Jezusa, bizantyjski cesarz Leon III stanął po stronie przeciwników tej idei, dając początek tzw. ikonoklazmowi [sprzeciw wobec kultu obrazów i wizerunków – przyp. red.]. Mnisi i artyści, którzy nie zgodzili się z zakazem, by dalej tworzyć, musieli się ukrywać. Wybrali Kapadocję.

Spacer wśród skał

Podobno w całym regionie znajduje się ponad trzy tysiące kościołów pamiętających pierwsze wieki chrześcijaństwa! Niektóre odrestaurowane i udostępnione do zwiedzania, jak te w Parku Narodowym Göreme, inne stojące samotnie wśród łąk, oddane we władanie kozom i owcom, które skubiąc tu trawę, chowają się w cieniu wykutych w skale krzyży, gdy upał im doskwiera. Wstęp do parku narodowego, na którego terenie mieści się istne zagłębie kościołów, jest biletowany. Gdy okazało się, że nie mogę tam wejść z psem, bardzo pomogli mi kasjerzy, którzy zaopiekowali się szczeniakiem, życząc mi miłego zwiedzania.

Niespieszny spacer może dostarczyć wiele frajdy. Nie trzeba być chrześcijaninem, ani nawet wierzącym, by zachwycić się skalnymi malowidłami, które można zobaczyć w tych kościołach. W XI-wiecznej kaplicy św. Barbary nie ma fresków, za to w całości pokryta jest geometrycznymi wzorami kojarzącymi się ze sztuką ludów Ameryki Południowej. Oprócz krzyży mamy tu "ząbkowane" trójkąty, prostokąty, ptaki i rośliny. Kontrast ceglastej czerwieni farby z piaskowym kolorem skał sprawia, że całość wygląda pięknie i groźnie zarazem. Ten kościół to jednak wyjątek, pozostałe od góry do dołu wypełniają sakralne malowidła przedstawiające Jezusa, świętych i inne postaci biblijne.

Wrażenie robi szarooliwkowa świątynia zwana Jabłkową, w której znajdziemy wizerunek Judasza. W kościele Wężowym możemy podziwiać św. Jerzego, który przeszywa włócznią smoka. Najbardziej imponujący jest jednak kościół nazywany Ciemnym lub Ukrytym. By do niego wejść, trzeba się wdrapać po schodach. Nie dociera tu światło słoneczne, przez co freski nie wyblakły, a całość wygląda, jakby została namalowana wczoraj.

Miłośnicy tajemnic rodem z 'Poszukiwaczy zaginionej Arki' nie mogą przegapić doliny Ihlary (Fot. frantic00/Shutterstock) , Panorama doliny Ihlary zapiera dech w piersiach (Fot. Tevfik Teker/Wikipedia Commons)

Miłośnicy tajemnic rodem z "Poszukiwaczy zaginionej Arki" nie mogą przegapić jeszcze jednego miejsca. Chodzi o dolinę Ihlara, oddaloną od Göreme o jakieś półtorej godziny jazdy samochodem. Spacer wąską, wciąż dość dziką, ciągnącą się przez 10 km doliną, nad którą z obu stron górują skalne bloki, to niezapomniane wrażenie. W ramach odpoczynku można tu sobie urządzić samotny piknik u podnóża skał, a potem ruszyć dalej na poszukiwanie ukrytych kościołów, których obecność zdradzają mniejsze lub większe wykute w skale świetliki. Co ciekawe, gdy w XI wieku terenem zawładnęli w końcu Turcy (najpierw seldżuccy, później osmańscy), chrześcijanie i muzułmanie żyli tu we względnej symbiozie aż do lat 20. XX wieku. W dolinie Ihlara do dziś przetrwał kościół, w którym sąsiadują ze sobą inicjały sułtana i bizantyjskiego władcy, a na skalnych malowidłach św. Jerzemu towarzyszą postaci w seldżuckich strojach.

Nad Doliną Róż

Jeśli kościoły i historia chrześcijaństwa kogoś nie interesują, to i tak nie powinien zrezygnować z wyprawy do Kapadocji. Sam widok pierwszych promieni słońca oświetlających długą wulkaniczną Dolinę Róż, którą upodobali sobie miłośnicy spacerów i jazdy konnej (taka atrakcja dostępna jest dla każdego, trzeba wykupić bilety), zapiera dech. A potem jest jeszcze lepiej, gdy o świcie w górę unoszą się setki kolorowych balonów z turystami w koszach – wizytówka Kapadocji.

Wiszą nad miastem niczym wielobarwne pisanki. Choć to dość kosztowna atrakcja, nie brakuje ani chętnych, ani firm, które ją organizują. Zazwyczaj lot balonem poprzedza jedzone przed świtem śniadanie, a kończy szampan serwowany na miejscu lądowania. To ostatnie zależy od wiatru, toteż turyści są do miasta odwożeni busem. Niestety, zdarza się, że ze względu na warunki atmosferyczne (silny wiatr czy opady śniegu, które wiosną nie należą tu do rzadkości) loty bywają odwoływane, dlatego ci, którym szczególnie zależy na tej właśnie atrakcji, powinni zaplanować wyjazd do Kapadocji w czasie, gdy pogoda jest nieco pewniejsza.

Z Kapadocji zadowoleni wyjadą też miłośnicy quadów. Choć przejażdżki tymi pojazdami między skałami mają swoich przeciwników, którzy przekonują, że niszczą one lokalną przyrodę, wciąż na miejscu jest możliwość wykupienia takiej wycieczki.

Balony startują o świcie, by turyści mogli zobaczyć zapierający dech w piersiach wschód słońca w Dolinie Róż (Fot. Marcelina Szumer-Brysz) , Choć lot balonem to dość kosztowna atrakcja, nie brakuje ani chętnych, ani firm, które ją organizują (Fot. Tuna Ekici/Unsplash)

A może zaręczyny? Pary z całego świata upodobały sobie Kapadocję jako miejsce na wyznanie miłości i chęci bycia razem do grobowej deski. Niektórzy klękają przed wybrankami w koszu balonu, podczas gdy ekipa na miejscu lądowania już czeka z banerem z napisem "Will You marry me?" bądź "Benimle evlenecek misin?" (Wyjdziesz za mnie?). Inni wybierają na tę okoliczność malownicze doliny o pięknych nazwach, takich jak Dolina Róż czy Dolina Miłości.

Nie czas na romantyczne porywy? Nie szkodzi. W Kapadocji jest mnóstwo innych rzeczy do roboty. Warto zwiedzić lokalne bazary, odwiedzić pracownie miejscowych rzemieślników, którzy wyrabiają gliniane naczynia albo tkają dywany. W niektórych można nawet wziąć udział w specjalnych warsztatach i poczuć się jak ludowy twórca.

Wirując z derwiszami

W Kapadocji życie nie tylko kiedyś, ale i dziś toczy się w skale. W Göreme wręcz roi się od skalnych hoteli. Niektóre tylko udają wykute w skale, inne rzeczywiście urządzone są w wydrążonym kamieniu. Większość ma rozległe tarasy, na których można zjeść śniadanie z widokiem na skały oraz popstrykać iście instagramowe zdjęcia.

W skałach znajdują się nie tylko hotele, ale i zwykłe mieszkania. Pranie wywieszone w oknach fantazyjnych skalnych kominów albo zainstalowana na nich antena satelitarna nie należą tutaj do rzadkości.

Majestatyczny XIII-wieczny karawanseraj dom zajezdny - przyp. red. Sultanhani w Aksaray (Fot. Klaus-Peter Simon/Wikipedia Commons) , Kapadocja słynie też ze skał w kształcie fantazyjnych kominów, które powstały 60 mln lat temu (Fot. Użytkownik o nicku prilfish/Flickr via Wikipedia Commons)

No i jeszcze knajpki i restauracje. W większości z nich nie tylko skosztujemy lokalnych przysmaków, ale także będziemy mogli podziwiać pokazy wirujących derwiszy. No, prawie. Ci występujący w lokalach i podczas tzw. nocy tureckich, choć mają na sobie stroje prawdziwych derwiszy, są po prostu tancerzami z grup animacyjnych, takich samych jak te odwiedzające hotele. Jednego dnia tańczą tradycyjny zeybek – bardzo popularny w Turcji taniec ludowy z okolic Izmiru, drugiego zaś zawirują jak derwisze.

Na szczęście nie jesteśmy na to skazani. Z Kapadocją sąsiaduje prowincja, której stolicą jest Konya. To w tym mieście zrodził się ruch wirujących derwiszy. Z Göreme dotrzemy tu autem w mniej więcej trzy godziny, dłużej, jeżeli zrobimy sobie postój w Aksaray i odwiedzimy majestatyczny XIII-wieczny karawanseraj [dom zajezdny – przyp. red.] Sultanhani. Podróż najlepiej zaplanować tak, żeby w Konyi być w czwartek, wtedy bowiem w Centrum Mevlany odbywają się pokazy najprawdziwszych wirujących derwiszy. Zainteresowanie jest duże, bilety dobrze jest kupić z wyprzedzeniem. Widzowie doświadczają mistycznej ceremonii, rodzaju modlitwy, nazywanej semazen. Jak ona wygląda i na czym polega?

Pierwsi na scenę wychodzą muzycy. Zaczynają od naat-i serif – pochwały proroka Mahometa. Derwisze stoją nieruchomo ze skrzyżowanymi ramionami i spuszczonymi głowami. Wciąż jeszcze mają na sobie ciemne płaszcze, symbolizujące grób, i wysokie filcowe kapelusze, które mają przywodzić na myśl skojarzenie z nagrobkiem. Wirując, pozbywają się części odzieży, tak jakby pozbywali się zmartwień i problemów. Zostają w białych szatach: koszulach i rozkloszowanych spódnicach, których kolor kojarzyć się ma z barwą całunów, w których po śmierci muzułmanie składani są do grobu. Symbolika rytuału sema nawiązuje do Układu Słonecznego, gdzie derwisze są planetami, a osoba kierująca ceremonią słońcem. Znaczenie ma nawet to, że prawa ręka jest uniesiona, by otrzymać Boże błogosławieństwo, a lewa skierowana w dół, by przekazać dobro dalej. Ceremonia kończy się czytaniem Koranu i modlitwami.

Aby w pełni zrozumieć sens ceremonii, warto też odwiedzić mauzoleum Dżalaluddina Rumiego Mevlany – sufickiego mistyka, teologa i poety, założyciela bractwa wirujących derwiszy.

W Göreme wręcz roi się od skalnych hoteli. Niektóre tylko udają wykute w skale, inne rzeczywiście urządzone są w wydrążonym kamieniu (Fot. Igor Sporynin/Unsplash)

Mevlana, mistyk, nauczyciel w szkole koranicznej, miał niezwykle interesujące podejście do wiary. Twierdził, że każda religia prowadzi do Boga. Na jego pogrzebie płakali muzułmanie, chrześcijanie i żydzi. W kompleksie, w którym znajduje się jego grobowiec, przez wieki mieściła się siedziba bractwa wirujących derwiszy (co ciekawe, za życia Mevlany bractwo wcale się tak jeszcze nie nazywało, a taniec derwiszy nie miał tylu reguł). Zwiedzając go, dowiemy się, jak żyli derwisze w czasach Mevlany, w co się ubierali, co jedli i dlaczego wirowanie wokół własnej osi stało się najbardziej rozpoznawalnym elementem ich obrządków. Derwiszy można – choć to nie do końca trafna metafora – porównać do naszych mnichów. Nie dotyczy ich jednak celibat, miewają rodziny. Zaczynają od poznania myśli Mevlany, a dopiero po jakimś czasie zgłębiają tajniki tańca. Nie muszą porzucać swojego życia czy zawodu. 

Nie tylko taniec

Prowincja Konya, uchodząca za jeden z najbardziej konserwatywnych regionów kraju oraz dawna stolica imperium Turków seldżuckich, która nosi tę samą nazwę, przyciąga co roku tysiące turystów. Nie wszyscy pasjonują się derwiszami. Niektórzy poprzestają na wędrówce śladami Turków seldżuckich. Warto odwiedzić Karatay Medresesi, szkołę koraniczną wzniesioną w 1251 roku, z imponującą bramą, na której wypisano 28 hadisów, czyli opowieści o życiu proroka Mahometa. Koniecznie zobaczyć trzeba także Ince Minareli Medrese, Medresę o Wąskim Minarecie. Kamienie ciosane w rozmaite wzory, od geometrycznych po roślinne, sklepienia, kopuły i wreszcie imponujący minaret, dawniej wąski, dziś dość pękaty, od którego Medresa wzięła swoją nazwę, robią duże wrażenie.

A może Muzeum Archeologiczne? W tym znajdującym się w mieście obecne są między innymi artefakty z Çatalhöylük – jednej z najstarszych osad neolitycznych na świecie. Wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO osada, której powstanie datowane jest nawet na 5600 rok przed naszą erą, mieści się zaledwie godzinę drogi autem od centrum miasta. Została odkryta w latach 50. przez angielskich archeologów. Prace archeologiczne trwają, a biorą w nich udział także polscy badacze z Uniwersytetu Gdańskiego i UAM w Poznaniu. Wiadomo, że w Çatalhöylük mogło mieszkać nawet 10 tys. mieszkańców. Budynki nie miały okien ani drzwi i ciasno do siebie przylegały. Taki rodzaj budownictwa archeologowie uważają za nietypowy, zwłaszcza że jak dowiadujemy się z przewodników, mieszkańcy przemieszczali się głównie… po dachach.

Zobacz wideo "Tata polarnik". Tylko jeden Polak ma taką pracę

Golf w nowym wydaniu

Bezkresne tereny Kapadocji aż się proszą o rozegranie partii golfa – i choć nie ma tu klasycznych pól golfowych, niektóre biura turystyczne organizują partie cross golfa, czyli zmodyfikowanej wersji klasycznej gry. Jaskrawą piłką celuje się do bramki, a nie do dołka, jednak jak twierdzą organizatorzy atrakcji, wcale nie jest łatwiej, bo to natura, a nie człowiek, stworzyła przeszkody, które trzeba pokonać, by trafić do bramki. Kapadockie skały, roślinność, kamienie może nie ułatwiają rozgrywki, ale z pewnością dostarczają niezapomnianych widoków i wrażeń.

Nim na dobre opuścimy Konyę, warto jeszcze zainteresować się inną atrakcją prowincji. Tuz Gölu, słone jezioro, położone jest godzinę drogi na północ od centrum. To drugie co do wielkości jezioro w Turcji, miejsce wydobycia soli (zaspokaja 40 proc. tureckiego zapotrzebowania na sól) i dom wielu gatunków ptaków. O wschodzie słońca mieni się feerią barw, od pomarańczy po rozmaite odcienie różu, gwarantując niesamowity naturalny spektakl. Brodzące w różowej wodzie flamingi na długo zostają w pamięci odwiedzających, robiąc wrażenie nie mniejsze niż inne atrakcje Konyi i Kapadocji.

Marcelina Szumer-Brysz. Dziennikarka i reporterka, współpracuje z "Tygodnikiem Powszechnym" i działem zagranicznym "Gazety Wyborczej", a wcześniej z "Przekrojem". Jej teksty ukazały się także na łamach kilku tureckich pism. Przez cztery lata mieszkała w Izmirze, dziś dzieli życie między Turcję a Polskę. Autorka nagradzanych książek reporterskich "Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji", "Izmir. Miasto giaurów" oraz "Turcja. Na wschód od Zachodu".