Każda wyprawa do północno-wschodniego portu Olbia, jednego z rosnących miast i ruchliwych lotnisk Sardynii, zawsze kojarzyła mi się z wynalazkami. Może taka była tradycja. W 2006 roku w zabytkowym centrum Olbii znaleziono liczące dwa tysiące lat koło zębate, świadczące o jakiejś więzi tego miejsca z planetarium Archimedesa. Górujący nad zatoką nuraghe Riu Mulinu i jego mur obwodowy pochodziły ze środkowej epoki brązu. Samo muzeum archeologiczne, cudownie położone na wyspie Peddone obok portu, wydawało się płynąć przez wieki, od czasów prenuragijskich przez Fenicjan i Greków, którzy dali miastu jego nazwę – Olbia przekłada się na "szczęśliwa" – aż po średniowiecze.*
Po zejściu z Punta Artòra byliśmy ostatnimi ludźmi na plaży. Poszliśmy szlakiem wzdłuż brzegu, przyglądając się posłonkom i kocankom włoskim o drobnych żółtych kwiatkach. Napar z liści i kwiatów kocanki ma właściwości między innymi przeciwzapalne. Wielu podróżników zbiera kocankę jako symbol Sardynii. Na wiosnę jej zapach wypełnia powietrze aromatem curry. Sardyńczycy używają jej jako przyprawy do bobu, ryżu i kurczaka, a nawet rozgniatają ją na pesto do makaronu.
Znaleźliśmy się niedaleko latarni morskiej Capo Comino, wędrując krętą ścieżką między gęstymi zaroślami, przetykanymi od czasu do czasu jałowcem albo pinią odchylającą gałęzie w tył, jakby chroniła się przed wiejącymi na wschodnim wybrzeżu gregale czy bentu de soli. Lampy na zewnątrz restauracji czyniły ją podobną do latarni morskiej dla tych, którzy wynurzali się z piaszczystych wydm lub nadjeżdżali samotną drogą wijącą się przez wsie ku wybrzeżu. Cieszyliśmy się na talerze lokalnych ostryg przyprawionych pompią, dzikim owocem cytrusowym występującym tylko w tym regionie, i koperkiem, zwłaszcza że znalezienie restauracji na tych wysuniętych fragmentach wybrzeża okazuje się trudniejsze, niż można przypuszczać.
Być może to nas najbardziej zaskoczyło w tym oszałamiającym widoku z Punta – że wzdłuż wybrzeża stało tak mało brzydkich zabudowań. Z punktu widokowego mogliśmy policzyć plaże odsłaniające piękno swobodnej przyrody: S’Aliterru, Cala Mialli, Su Tamariche, Cala S’Archimissa i kolejne, a za nimi już tylko lśnienie błękitu i zieleni. Ogarniało nas poczucie ukojenia znane z opisywanego już przeze mnie w tej książce Porto Ferro na północ od Alghero. Tam poszarpane skały wcinają się klinami w plaże, a wybrzeża chroni zielona twierdza lasów.
To samo zdumienie wypełniało nas na południowym zachodzie wyspy w Piscinas. Tam z kolei wydmy zaliczane do najwyższych w Europie wznoszą się na niemal siedemdziesiąt metrów i ciągną kilometrami wzdłuż dzikiego Costa Verde, czyli Zielonego Wybrzeża. W ogóle nietrudno tu znaleźć plażę – prawdziwy klejnot, ponieważ są ich setki, jedna piękniejsza od drugiej. Boskie wydają mi się też płytkie wody wokół wyspy Asinara u północno-zachodniego wybrzeża Sardynii, obszar krajobrazu chronionego. Jeśli Sardynia to karaibska perła na Morzu Śródziemnym, to każdy jej region także ma własną perłę i ulubieńca-wizytówkę; lista najpiękniejszych plaż na Sardynii jest tak samo długa i otwarta, jak lista ulubionych włoskich win.
Niektórych najpiękniejszych plaż nawet nie zaznaczono na mapie. Istnieją też sekretne miejsca, ukryte przed ludzkim wzrokiem, na przykład przepiękna Grotta del Fico, która w latach siedemdziesiątych XX wieku zapewniła ostatnie schronienie ssakowi z rodziny fokowatych, mniszce śródziemnomorskiej. Nie są dostępne z lądu, można do nich tylko dopłynąć łodzią. Cała Sardynia zasłużyła, by wpisać ją na listę światowego dziedzictwa, choćby z powodu wyjątkowo dobrze zachowanego bogactwa naturalnego – przyrody, wybrzeża, gór. Oczywiście nie stało się to przypadkiem i wiązało się z wysoką ceną płaconą za powolne tempo i złożoność zrównoważonego rozwoju i rewitalizacji wsi zamiast żarłocznego postępu turystyki i spekulacji.
A jest to być może jedna z tych wielkich historii, których na Sardynii nigdy się nie spodziewaliśmy. Jesienią 2006 roku na pierwszych stronach gazet na całym świecie pojawiły się nagłówki: "Wybrzeże Sardynii chronione przed deweloperami". Nie całej Sardynii udało się ujść bez szwanku. Nie cała wyspa okazała się niedostępna dla piratów żarłocznej turystyki czy chroniona przed rozpełzaniem się betonowych wysokościowców stojących wzdłuż tak wielu wybrzeży Morza Śródziemnego. W czasach włoskiego boomu z lat siedemdziesiątych po dziewięćdziesiąte spekulacyjne, niekontrolowane budownictwo zaowocowało bezmyślnymi betonowymi potworkami, tu i ówdzie turystyczną wioską z letnimi domami lub kempingami i oczywiście ciągiem kurortów Costa Smeralda – zabudowywanym od 1961 roku pięćdziesięciokilometrowym odcinkiem Monti di Mola (Montes de Mola) na północno-wschodnim wybrzeżu.
W powieści L’amore del figlio meraviglioso [Miłość cudownego syna] sardyński pisarz Bachisio Bandinu pisał o wpływie zmiany nazwy na sam region: "Costa Smeralda to nazwa wodna i wywodzi się z morza, mówi o kolorze i przystani. Monti di Mola to głos, który rezonuje w fazie oralnej czasu, odbija się od grzbietów gór, wpada w otchłań doliny, kryje się w korzeniach oliwek. To nazwa ziemi, zrodzona z jakości kamienia, z którego robiono żarna do mielenia zboża i ostrzenia noży".
Dziwnym trafem znaczącą rolę w rozwoju turystyki na Sardynii, szczególnie na Costa Smeralda, odegrała malaria. Badacze prześledzili historię tej choroby aż do inwazji Kartagińczyków mniej więcej w V wieku p.n.e. Pewien naukowiec zasugerował nawet, że być może nuraghes zbudowano jako twierdze, mające bronić przed zarażonymi najeźdźcami. Przez dwa tysiące lat ani jeden podróżnik czy pisarz nie pominął wzmianki o niezdrowym klimacie na wyspie. Mal aria – złe powietrze. "Samo wdychanie nocnego powietrza przez cudzoziemca uważane było za prowadzące do pewnej śmierci" – ostrzegał pisarza Thomasa Forestera jego towarzysz podróży w 1858 roku. "Harper’s Monthly" informował, że w 1917 roku jeden na ośmiu mieszkańców wyspy chorował na malarię, choć większość z nich przeżyła. Niemniej między dwoma wojnami na malarię umarło, jak się szacuje, trzy tysiące ośmiuset Sardyńczyków.
Na szczęście, jak wykazało jedno z badań, dzięki osuszaniu terenu, melioracji i większej dostępności chininy stopień śmiertelności spadł z średnio dwóch tysięcy zgonów rocznie w latach 1890–1900 do stu trzydziestu ośmiu w 1939 roku i osiemdziesięciu ośmiu w 1940 roku. Po wojnie Fundacja Rockefellera współpracująca z UNRRA uruchomiła program przeciwdziałania malarii na Sardynii. Zastosowanie DDT do zwalczania komarów w Brazylii i na południowym Pacyfiku okazało się skuteczne, budziło jednak kontrowersje. Naukowcy wskazali, że wciąż nie zbadano toksyczności tego środka. W powojennych starciach politycznych Włoska Partia Komunistyczna oskarżyła Amerykanów, że prowadzą faszystowskie działania w każdej wsi. W ramach zorganizowanej niemal jak wojenna operacji ponad trzydzieści tysięcy ludzi wsiadło na osły, do ciężarówek, dżipów, helikopterów i samolotów, by każdy centymetr kwadratowy wyspy opylić DDT.
W artykule zamieszczonym w magazynie "Fortuna" w 1953 roku Costantino Nivola, sardyński malarz mieszkający w Nowym Jorku, chwalił skuteczne zwalczenie plagi. Twierdził, że podczas oprysku nie pominięto żadnego budynku. Na tych opryskanych, nawet na nuraghes, zostawiano napis "DDT". Nivola dodał: "Gdyby Lawrence żył, by napisać ciąg dalszy, [odnotowałby, że] amerykańskie pieniądze i przywództwo" pokonały sardyńskie komary. W 1950 roku po raz pierwszy w historii na Sardynii nie zanotowano ani jednego przypadku malarii. Długofalowy wpływ toksycznego DDT na zdrowie ludzi, zwierząt hodowlanych i na uprawy pozostawał jednak niejasny nawet kilkadziesiąt lat później. Raport z 2009 roku informował, że "nie przeprowadzono żadnych badań nad [jego] wpływem na środowisko".
Idąc śladem funduszów Banku Światowego wspierających kampanię, angielski bankier John Duncan Miller odwiedził Sardynię w 1958 roku. Piękno wybrzeży go oszołomiło. Ponieważ wyspę uwolniono od strachu przed malarią, przez którą przewodniki turystyczne w rodzaju bedekera wcześniej radziły unikać Sardynii od czerwca do października, Miller zgromadził grupę inwestorów, by kupić fragmenty wybrzeża nadające się do zagospodarowania. Rodziła się śródziemnomorska riwiera. Pewien student, który właśnie ukończył Harvard, przyłączył się do zorganizowanej przez Millera wycieczki promem na wyspę jako jeden z potencjalnych inwestorów. Tym studentem był dwudziestoparoletni Āgā Chān (książę Karīm al-Hussajnī, Aga Chan IV).
Początkowo Sardynia nie zrobiła na nim takiego wrażenia jak na Millerze, później jednak, podczas podróży jachtem wzdłuż północno-wschodniego wybrzeża, uległ jej urokowi. W 1962 roku zaczął realizować plany przekształcenia dzikich pasterskich rejonów w szmaragdowe wybrzeże ze swojej wizji. "Jest tam mnóstwo pięknych piaszczystych plaż, na których nawet kot nie mieszka – opowiadał w 1964 roku. – Surowe zielone i szare góry raptownie opadają w wodę. Powietrze przesyca zapach dywanów fioletowych i żółtych, czerwonych i niebieskich kwiatów. Klimat jest półtropikalny, znacznie cieplejszy niż w zatłoczonych kurortach południowej Francji".
Oczywiście Costa Smeralda to nie jedyne ekskluzywne turystyczne przedsięwzięcie, dzięki któremu próbowano spieniężyć oszałamiające piękno wybrzeża, tylko że nie wszystkie odniosły taki sam sukces. Jedna z najpiękniejszych plaż na Sardynii, otoczona czerwonymi skałami zatoczka Su Sirboni w Gairo na wybrzeżu Ogliastra, była i cudem przyrody, i ofiarą ludzkiego szaleństwa. W drodze do niej minęliśmy kompleks turystyczny zbudowany w latach siedemdziesiątych, później opuszczony, a teraz opanowany przez gąszcz jałowców, pinii, drzew pistacjowych i kolczastych zarośli, wyzierający na plażowiczów zza ogrodzenia.
Około połowy wybrzeża Sardynii przeznaczono pod zabudowę. Na szczęście koalicja uczonych, organizacji i partii politycznych uświadomiła sobie, że – tu zacytuję słowa Renata Soru – "niedługo wszystko przepadnie i zostaniemy wyspą żalu i wyrzutów sumienia".
Soru, włoski miliarder, założyciel firmy internetowej i telekomunikacyjnej, stanął na czele Progetto Sardegna (Projektu Sardynia). Twórcy ugrupowania deklarowali konieczność odejścia od starych sposobów wykorzystywania bogactw naturalnych oraz wprowadzenia "innowacji przy jednoczesnym poszanowaniu środowiska i tożsamości". Co więcej, nadchodziło także odrodzenie kulturowe; wyrazem tego stało się między innymi tworzenie dwujęzycznych programów edukacyjnych. W 2004 roku Progetto Sardegna i koalicja centrolewicowych partii politycznych wygrały wybory lokalne, a Soru został prezydentem Regionu Autonomicznego Sardynii. Hasła Progetto mówiły o ratowaniu wybrzeży i ochronie środowiska przez podjęcie inicjatyw gospodarczych mających poprawić komunikację ze światem, rozwinąć zrównoważoną turystykę i przeorganizować samorząd regionalny.
W 2006 roku Soru i jego koalicja uchwalili prawo nadające oficjalny status językowi sardyńskiemu, sa limba sarda. W ciągu czterech lat każdy na wyspie zyskał dostęp do szybkiego internetu, znaczną część wydatków publicznych przeznaczono na opiekę zdrowotną i edukację, spadło bezrobocie. Tanie linie lotnicze zaczęły oferować loty turystyczne na wyspę.
Wielkim krokiem naprzód okazało się napisanie i uchwalenie pierwszego we Włoszech Regionalnego Planu Krajobrazowego, który zapewniał pas ochronny wzdłuż wybrzeża, a także nowe zasady uchwalania planów miejscowych. "Teraz Sardynia jest bezpieczna – oświadczył Soru. – Pas wybrzeża szerokości średnio trzech kilometrów od morza jest niedostępny dla zabudowy. Terytorium Sardynii nie zostanie już pożarte".
Dwa lata wcześniej Soru i jego rząd najpierw wstrzymali wszelkie budowy, a potem powołali komisję ekspertów, składającą się z archeologów, przyrodników, socjologów i historyków sztuki, by przemyśleli koncepcję krajobrazu. Ruch ten zyskał tyluż zwolenników ilu wrogów, w tym byłego premiera i potentata medialnego Silvia Berlusconiego, który w swojej ogromnej willi zbudował "podwodne wejście niby jakiś czarny charakter z Jamesa Bonda" i zaklasyfikował tę budowę jako tajemnicę państwową.
"Nowe prawo kładzie kres anarchii na wyspie" – donosił londyński "The Independent". Ostatnie słowo należało do Soru: "Wszystko, co dało się uratować z najazdu dokonanego w minionych dekadach, pozostanie nienaruszone. Piękno przyrody to dziedzictwo, które można wykorzystywać jedynie pod warunkiem, że się go nie narusza. Przypadło nam zadanie odwrócenia karty i to uczyniliśmy. Okres dzikiego zachodu na wyspie dobiegł końca".
Pytanie tylko, na jak długo. W 2009 roku Soru przegrał kampanię o reelekcję.
*Publikujemy fragment książki Jeffa Biggersa "Sardynia. Podróż w czasie" w przekładzie Barbary Gadomskiej, która ukazała się 12 lutego 2025 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.



