Podróże
Sycylia umiera śmiercią brzydką, powolną. W ciągu ostatniej dekady populacja wyspy zmniejszyła się o 170 tysięcy mieszkańców (Fot. Zedspider/Shutterstock)
Sycylia umiera śmiercią brzydką, powolną. W ciągu ostatniej dekady populacja wyspy zmniejszyła się o 170 tysięcy mieszkańców (Fot. Zedspider/Shutterstock)

W całej tej fantasmagorycznej opowieści o Sycylii są miejsca, zdawać by się mogło, przesiąknięte eterycznym nastrojem jeszcze bardziej niż reszta wyspy. Przebywając w nich, ma się dojmujące wrażenie uczestnictwa w zbiorowym mirażu, dawniej pewnie interpretowanym jako freudowski sen na jawie, a dziś pełniącym rolę idealnego tła dla pocztówek w mediach społecznościowych. Jednym z takich miejsc jest Ortygia, zakumulowana na niecałym kilometrze kwadratowym synteza całej sycylijskiej osi czasu.*

Do dziś nie odgadłem znaczenia faktu, że pierwszym człowiekiem, z którym przyszło mi rozmawiać po przyjeździe na tę doklejoną do Syrakuz wysepkę, był uciekinier z Neapolu. – Przeprowadziłem się tu dwadzieścia lat temu. Rower ukradli mi drugiego dnia. Ale od tego czasu mam spokój. Może trzeba było przejść taki chrzest? 

Pietro daje mi klucze do pokoju, a w drugiej ręce trzyma filiżankę z espresso. Na koszt firmy, na pewno potrzebuję kawy, w końcu przyjechałem tu aż z Katanii. To raptem godzina drogi samochodem, ale on się zachowuje, jakbym przyjechał z Grenlandii. Zresztą z nieba leje się taki żar, że ta Grenlandia nie byłaby w tej chwili aż tak głupim pomysłem. Jednocześnie sam zaczynam fantazjować o rowerze, bo jestem tu zaledwie od dwóch godzin, ale już rozumiem, dlaczego każdy inny środek transportu w miejscowych warunkach traci sens i dlaczego złodzieje zabrali temu wyglądającemu jak George Clooney artyście i gospodarzowi pensjonatu w jednym akurat rower, być może najcenniejszą rzecz, jaką wtedy miał. 

Ortygia to wyspa funkcjonująca wobec Sycylii trochę jak młodsza siostra. Z jednej strony wiecznie zbuntowana, próbuje się wyrywać spod dyktatu starszego rodzeństwa, jak najszybciej wyjść na swoje, a z drugiej zrobi wszystko, by pożyczyć najlepszą sukienkę, zanim wymknie się na wieczorną schadzkę z ukochanym. Z Syrakuzami, miastem dla Sycylii wręcz ikonicznym, łączą Ortygię dwa mosty tak nisko zawieszone nad wodą, że przepływając pod nimi w wypełnionych amerykańskimi turystami łodziach, trzeba położyć się na ich dnie, bo alternatywą jest niechybna dekapitacja. Obejście całej wysepki spacerowym krokiem zajmuje może pół godziny. Niewiele tu w ogóle jest poza poupychanymi w każdej dziurze w ścianie restauracjami.

Ortygia - wyspa funkcjonująca wobec Sycylii trochę jak młodsza siostra - to zakumulowana na niecałym kilometrze kwadratowym synteza całej sycylijskiej osi czasu (Fot. Travellaggio/Shutterstock)

Jeden supermarket, apteka, urząd pocztowy. Mieszkania przerobione na apartamenty w ramach ekspansji jednego z najzłośliwszych nowotworów późnego kapitalizmu, czyli najmu krótkoterminowego, bez problemu da się odróżnić od starych sycylijskich domostw – wystarczy szukać tych, które na odchodzących od okiennic sznurkach nie mają wywieszonego prania. Podobnie jak w Wenecji, Florencji i innych miastach zredukowanych do roli tła instagramowych pocztówek, na Ortygii sezon wysoki też trwa cały rok. Podział na intensywne turystycznie lato i cichszą zimę zniknął wiele lat temu, tak dawno, że niektórzy tutaj dziwią się, kiedy używam tych pojęć w rozmowie. 

A jednocześnie na Ortygii jest wszystko. Ocean restauracji, sklepy, poczta, nawet targ rybny. Katedra aż boleśnie dla sycylijskich losów typowa, bo zbudowana na dawnych strukturach doryckiej świątyni Greków. Sześć wieków przed ukrzyżowaniem Chrystusa czczono tu Atenę, dzisiaj teoretycznie Boga w trzech osobach. W praktyce kultem otoczony jest tutaj pieniądz, bo modlących się jak na lekarstwo, a tłumy zapewniają zagraniczni nowożeńcy, zostawiający dolary i euro na parafialnych kontach i w kieszeniach ślubnych fotografów. Jest tu wąziutka jak wstążka makaronu publiczna plaża, kilka metrów poniżej antycznych murów miejskich, gdzie nie zmieściłoby się więcej niż pięć samochodów, ale jakimś cudem ma się wrażenie, że opalających się topless kobiet i brodzących po kolana w morzu dzieciaków są tysiące.

Uboga codzienność po jednej stronie wyspy kontrastuje z patrycjuszowskim blichtrem po drugiej, gdzie nadmorskie knajpki kuszą pomrukami Charliego Parkera, drinkami za dwadzieścia pięć euro i widokiem na zachód słońca. W marinie kotwiczą jachty większe od tutejszych kamienic, a nastolatki na nabrzeżu licytują się na nazwiska celebrytów, którzy mają tu w tej chwili przebywać ukryci za kotarą przyciemnianych szyb, szwadronów ochroniarzy i często własnego wstydu. W tym roku królową notowań na chodniku jest Madonna – ktoś zrobił zdjęcie monstrualnego jachtu, wrzucił w apkę na smartfonie, a algorytm podpowiedział, że właścicielką jednostki jest właśnie amerykańska diwa. 

Ile osób, zarówno celebrytów, jak i zwykłych turystów, co roku odwiedza Ortygię, nie wiadomo, bo administracyjnie nie jest ona niezależną jednostką, podlega pod Syrakuzy, a więc miasto już całkiem spore, studwudziestotysięczne. To jednak liczba pusta, niemająca już nic wspólnego z rzeczywistością, bo każdego dnia przechadza się tu kilka razy więcej osób. Tylko w pierwszych sześciu miesiącach 2024 roku do Syrakuz przyjechało prawie 300 tysięcy turystów. Daje to w przybliżeniu 1657 osób dziennie, nowego turystę co minutę. W rzeczywistości jest dużo gęściej, bo wiadomo przecież, że mało kto przyjeżdża tu na chwilę i sam, turystów nie liczy się jednoosobowo. Oni zostają kilka dni, przemieszczają się w grupach, w grupach też śpią, wyrzucają śmieci, korzystają z toalet, parkingów, klimatyzatorów, ładują telefony i oglądają seriale na laptopach. 

Ortygia należy do miasta Syrakuzy (na zdjęciu). Z Sycylią połączona jest mostem Ponte Nuovo (Fot. Fotokon/Shutterstock)

W ciągu trzystu dni 800 tysięcy osób zjeżdża na malutką wyspę, która, być może bardziej niż cokolwiek na Sycylii, jest tak piękna i tak na wskroś sycylijska, że naprawdę można uwierzyć, iż jest wytworem czyjejś wyobraźni. Turyści zdają się zresztą traktować w ten sposób całe Włochy, zwłaszcza tam, gdzie Italia ochoczo ustawia się do nich frontem. Jakby był to kraj wymyślony, historyczny park rozrywki dla dorosłych, bez realnych problemów, a nawet bez stałych mieszkańców. 

Wróćmy więc na chwilę do Freuda, Bufalina, Garcíi Márqueza i Steinbacka. Uwierzmy, że to miejsce nie powstało organicznie, tylko na czyjeś życzenie. Potraktujmy tysiące lat namacalnej, wszechobecnej tutaj historii jako plastikową scenografię. Uznajmy, że Ortygia, a nawet cała Sycylia rzeczywiście zostały wymyślone. I zadajmy sobie pytanie, co by się stało, gdyby nagle zniknęły. 

To naprawdę nie jest pytanie abstrakcyjne. Ani tutaj, ani właściwie nigdzie na południu Włoch. Sama Sycylia umiera śmiercią brzydką, powolną jak próchniejące drzewo, puste w środku, w każdej chwili mogące się ostatecznie wywrócić. To nie przesada – ani na poziomie ulicznej anegdoty, ani danych statystycznych. Jak wynika z ostatniego spisu powszechnego, którego wyniki opublikowano w 2021 roku, populacja Sycylii zmniejszyła się o 170 tysięcy mieszkańców w ciągu dekady, co stanowi ubytek 3,4 procent całej populacji. Pierwszy raz od czasów II wojny światowej spadła ona poniżej psychologicznej granicy 5 milionów mieszkańców, więc demograficzne syreny zaczęły bić na alarm jeszcze głośniej.

W całej fantasmagorycznej opowieści o Sycylii są miejsca, zdawać by się mogło, przesiąknięte eterycznym nastrojem jeszcze bardziej niż reszta wyspy. Na zdjęciu: krystalicznie czysta woda w okolicach Taorminy (Fot. Alina Fedorchenko/Unsplash)

O depopulacji wyspy pisze się relatywnie sporo, także w mediach zagranicznych, ale problem ten często jest sprowadzany do żartu. Przedstawia się go za pomocą kolejnych kreatywnych inicjatyw sycylijskich samorządowców, którzy oferują domy za jedno euro, zwolnienia od podatków, ogromne posiadłości za półdarmo byleby tylko ktoś w nich zamieszkał, a najlepiej sprowadził istniejący lub założył nowy biznes, tchnął ducha w ślimaczącą się gospodarkę. Jednak z punktu widzenia strukturalnego pustoszejąca Sycylia jest nie tylko tragedią, ale też refrenem swoich czasów. Bo o ile wyprowadzka ostatnich mieszkańców niewielkiej górskiej miejscowości w interiorze wyspy nadaje się na dobry fotoreportaż, to już skurczenie się populacji Palermo o 3 procent (35 tysięcy osób) w ciągu dziesięciu lat ma znacznie poważniejszy wydźwięk dla całych Włoch. 

Dane na temat Sycylii trudno źle zinterpretować, nawet jeśli ktoś by chciał. Pod względem oczekiwanej długości życia w poszczególnych regionach Włoch wyspa zajmuje trzecie miejsce od końca dla mężczyzn i przedostatnie dla kobiet. Przeciętny Sycylijczyk żyje 78,7 lat, aż o 2,5 roku krócej niż mieszkaniec Trydentu-Górnej Adygi. Sycylijka natomiast umiera średnio po 83 latach, do koleżanek z północy tracąc tyle samo co mężczyźni.

Zobacz wideo Leczy rybki, operuje je nawet w narkozie. 'Ludzie myślą, że ich wkręcam'

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele, często są one ze sobą związane i z siebie wynikające, a nawet nawzajem napędzające. Słaba infrastruktura i brak inwestycji publicznych powodują, że na wyspie nie ma odpowiedniej liczby lekarzy, szpitali i przychodni. Karetki dojeżdżają z opóźnieniem albo w ogóle, a na prywatną opiekę medyczną ludzi tu zwyczajnie nie stać. Są biedni, biedniejsi niż ich pobratymcy z półwyspu, bo zupełnie wymarł sycylijski przemysł, brakuje dobrych uniwersytetów, bezrobocie wśród młodych przewyższa 30 procent, co i tak uznaje się za sukces, bo w 2008 roku na całym włoskim południu ustabilizowało się na poziomie 38 procent i nie chciało drgnąć. Relatywnie dobrze wygląda tylko PKB, bo pod tym względem Sycylia znajduje się na siódmym miejscu w całych Włoszech. To jednak wypadkowa bycia sporym regionem oraz popularną turystyczną destynacją i nie zmienia faktu, że wyspa jest prawie równo osiem razy biedniejsza od Lombardii i dwa razy uboższa od Wenecji Euganejskiej*. A tam przecież też jeżdżą turyści. (...)

Jeśli bowiem patrzeć na Sycylię jako całość, pojedyncze statystyki nie mają większego znaczenia, liczy się trend. Wyspa umiera. Wszystkie dziewięć sycylijskich gmin ma ujemny przyrost naturalny i ujemne saldo migracyjne. Nie ma specjalnych różnic pomiędzy miastem i wsią, depopulują się tak samo Palermo, Katania i Mesyna, jak i małe wioseczki w interiorze wyspy, te z zagranicznych reportaży o domach za darmo i dopłatach do rezydentury, nawet tymczasowej.

W rozmowach o przyszłości – nie tylko Sycylii, ale całych Włoch, a nawet Europy Zachodniej – często jako potencjalne remedium używany jest argument migracyjny. Przyjęcie uchodźców z Afryki, Azji i Bliskiego Wschodu miałoby złagodzić negatywne skutki kryzysu demograficznego, podreperować gospodarkę, zwiększyć konsumpcję, a na poziomie społecznym tchnąć nowego ducha w umierające miejscowości i zapomniane, kruszące się od słońca i biedy kamienice. Problem w tym, że to marzenie ściętej głowy, co jest frazeologizmem o tyle adekwatnym, że Testa di Mauro, ścięta głowa wąsatego mężczyzny, jest jednym z symboli wyspy i najczęściej wpychaną tu turystom pamiątką. 

*Publikujemy fragment książki Mateusza Mazziniego "Włochy prawdziwe. Podróż śladami mafii, migracji i kryzysów", która ukaże się 9 kwietnia 2025 roku nakładem Wydawnictwa Szczeliny.