6 lutego 2015 roku, Ocean Południowy, 3100 mil od Hobart*
Świat traci realność. Od kilku dni „Selma" błąka się we mgle w lodowym labiryncie, szukając przejścia w paku. Powinna płynąć prosto na południe, ale nie zawsze się da, wtedy muszą odbijać na wschód, opływać pola lodowe, by znowu znaleźć właściwą drogę. Sprawdzają zdjęcia satelitarne, raz widzą na nich pola lodu, innym razem obraz przesłaniają chmury. Manewrują na żaglach, refują grot, wybierają i luzują kliwer i bezan w obawie, że będzie za szybko lub za wolno. Lód jest wszędzie.
Krzysiek zapisuje w pamiętniku, że czuje c h o l e r ny l ę k. Boi się, że z powodu braku doświadczenia i pewności siebie popełni błąd, który będzie wszystkich drogo kosztować. Cały dzień wyszukuje w paku ścieżek wolnej od lodu wody, podejmuje decyzje, kiedy go forsować, skręcać, robić zwroty, w końcu, gdy mu się udaje, pak znów jest wszędzie, po horyzont, a lęk się potęguje. Stres, adrenalina, krótka chwila wytchnienia, kolejna porcja stresu. Po sześciu godzinach wachty ma dość, mimo że za kołem spędził w sumie tylko dwie, w dodatku podzielone na cztery części. Schodzi pod pokład wykończony, musi odpocząć, ale trudno mu przestać myśleć, że za chwilę czeka go to samo. Notuje: „Wiedziałem, że przyjdzie mi się zmierzyć podczas tej wyprawy z zimnem, niewyspaniem, niedomyciem, zmęczeniem i znużeniem. Ale ze strachem? Muszę wziąć się w garść".
***
Kończy się kolejna biała noc. Leon pali papierosa, gdy półtora metra od prawej burty pojawia się pięć wielorybów. Zwierzęta wyprzedzają „Selmę", mijają ją przed dziobem, przenoszą się na lewą burtę. Przypominają tropiące łódkę delfiny. Bawią się obok, zmieniają kierunki. Wszystko trwa 10 minut. Potem robi się cicho.
„Selma" opuszcza bezludne sześćdziesiątki i wpływa w siedemdziesiątki, dla których nie ma przypisanego żadnego przymiotnika. Tutaj już prawie nikt nie pływa. Dyskusyjny Klub Filmowy zostaje zawieszony, trzeba wzmocnić wachty, bo lodu robi się coraz więcej.
Lód zaatakował ich w nocy. Sztormiaki założyła nawet wachta kambuzowa.
– Dwóch na maszt!
W kokpicie też dwie osoby, kolejna z tyczką w koszu dziobowym, w sterówce już czekają zmiennicy.
– Pada mi UKF-ka! Do ładowania! – mówi Kris i po chwili ma nowe, naładowane radio. Biegnie na dziób i stamtąd melduje sternikowi, że wpłynie zaraz w growlera, którego cielsko wystaje nad wodę i ma powierzchnię niewielkiej kawalerki.
– Po prawej czysto – skrzeczy radio, więc sternik kręci w prawo.
Schodzący z wacht nie rozpinają sztormiaków, czekają w gotowości, bo co chwila trzeba manewrować żaglami, ściągać jedne, stawiać drugie. „Selma" przypomina ul. Wszyscy karnie wykonują swoje obowiązki, nikt nie odpuszcza, uciekają przed zbliżającym się załamaniem pogody. Jeśli dorwie ich w paku, może być ciężko. Wystarczy wyobrazić sobie rozhuśtane pole lodowe i nieskoordynowane ruchy growlerów spływających na falach. A jeśli jacht znajdzie się akurat między dwiema górami lodowymi…
Piotr śpi seriami, po 20–30 minut. W trudnych momentach zmienia sternika, lawiruje między growlerami, oddaje ster, biegnie do monitora, wyznacza nowy kurs.
– 80! – krzyczy.
Lód ich jednak nie puszcza.
– Widać coś z góry?
– Nic! Wszędzie lód, gęsto! – odkrzykuje Wifka.
– Spróbujmy innego kursu. 100 stopni! – krzyczy Piotr
Załoga jest zmęczona, ludzie spędzają na pokładzie po 12 godzin w ciągu doby. Pasy lodu stają się szersze, coraz trudniej znaleźć bezpieczne przejście na wąskie obszary wolnej od kry wody. Ciągły slalom sprawia, że wachty mijają błyskawicznie. Ale przynajmniej pogoda dopisuje. Przebijają się na południe w pełnym słońcu, choć przez trzy ostatnie dni płynęli we mgle, a chmury wisiały tak nisko, że wydawały się łączyć z wodą w jedno.
7 lutego około południa dostrzegają wielką górę lodową. Ma kilka mil długości i idealnie płaskie brzegi. Jacek notuje: „Nic dziwnego, że na starych mapach często pojawiały się i cudownie znikały różnorakie nowe lądy".
Zamyka dziennik, idzie do mesy, odsypuje 1200 gramów mąki pszennej, sześć łyżeczek suchych drożdży i po łyżeczce cukru, soli oraz proszku do pieczenia. Wszystko miesza z 725 mililitrami ciepłej wody. Wyrabia ciasto, dodaje łyżkę oleju i wstawia je na 35 minut do ciepłego piekarnika.
– Znowu nie rośnie – mówi pod nosem.
– Urośnie, urośnie – odpowiada beznamiętnie schodzący z wachty Kris.
Nie urosło. Jacek wyciąga ciasto, rozgrzewa piekarnik, wkłada ciasto do foremek, a potem na 40 minut do piekarnika, następnie je obraca i piecze przez kolejnych 35 minut.
– Jebany chleb krasnoludów – przeklina pod nosem, żeby nikt nie słyszał. – Zwariować można.
Placek jest płaski, w środku wypieczony, ale przy wierzchu – lekko zakalcowaty.
– Kris, odpisał ktoś?
Sprawdzają telefon satelitarny.
– Odpisał. Żeby dodać śmietankę, a podczas wyrastania utrzymywać w piekarniku temperaturę 26,7 stopni.
– Skąd mamy wziąć śmietankę? Z albatrosa?
***
Wykonują niezliczoną ilość manewrów, przebijając się jeszcze dalej na wschód. Co chwilę z morza wynurza się płetwa. Wieloryby są wszędzie, parskają, podpływają, znikają w fontannach wody.
– 15, 16, 17 – Piotr liczy coś pod nosem.
Fala uderza co 17 sekund. Jak przerażającą energię musiał mieć sztorm, który wywołał coś takiego? Piotr słyszał o potężnych, zimowych burzach w pobliżu Antarktydy, które huśtały oceanem do tego stopnia, że martwe fale notowane były nawet w Cieśninie Beringa. Fala pojawiająca się z częstotliwością co 17 sekund jest właściwie niezauważalna dla oka. Daje o sobie znać, gdy uderza o górę lodową, wybuchając gejzerami wody. Można też wypatrzeć ją z jachtu i rozpoznać po rozległym cieniu podążającym za zmarszczoną wodą. Zdarza się, że takie fale mają nawet 800 metrów długości. Wchodzą głęboko w pola lodowe i bywają wyjątkowo zdradliwe, bo luźny pak przy długich falach porusza się w nieskoordynowany sposób i niezwykle ciężko przewidzieć jego zachowanie.
„Selma" podpłynęła kiedyś do położonej blisko Półwyspu Antarktycznego wyspy Anvers. Piotr chciał sprawdzić, jak wygląda miejsce, gdzie można zejść na ląd i ruszyć stamtąd na szczyt Mount France (2760 m n.p.m.). Do brzegu mieli jeszcze kawałek, morze było spokojne, lecz nagle ocean zakręcił się w wysoką falę i stworzył tunel. Dokładnie taki, jaki uwielbiają surferzy.
Piotr przetarł oczy. Poza nim pokład był pusty, nie miał więc świadka. Chwilę patrzył na miejsce, w którym zobaczył załamującą się falę, ale wszystko wyglądało normalnie, zaczął się więc zastanawiać, czy nie ma zwidów. Gdy pogodził się już z tym stanem rzeczy, nadeszła następna fala. Podobnie jak poprzednia, wzięła się z niczego i stworzyła tunel! Na oceanie nie ma ciszy, czasem trzeba po prostu poczekać, by zauważyć echo odległego sztormu.
Ze wspomnień wyrywają go kłęby wydobywającego się spod pokładu dymu. „Selma" zrobiła kolejny zwrot i tak jak przy poprzednich zgasł piecyk. W kilkadziesiąt sekund cała załoga znalazła się na pokładzie.
– Mogłeś powiedzieć, że nas potrzebujesz, przecież byśmy przyszli – słyszy od przeciskających się przez sterówkę kolegów, którzy przecierają załzawione oczy, próbując zaczerpnąć świeżego powietrza.
– Tu wcale nie jest lepiej.
8 i 9 lutego „Selma" wciąż lawiruje w paku, szukając wejścia w głąb Morza Rossa. Raz lód jest zwarty i muszą zawracać, innym razem pojawia się nadzieja, bo widzą wolną wodę.
„Selma" przekracza 72. stopień szerokości geograficznej południowej. Dla wszystkich na pokładzie to rekord, tak daleko na południu nie był jeszcze żaden z nich. Płyną wzdłuż ławicy gęstego paku. Nad ranem po prawej burcie widzą dwie olbrzymie góry lodowe.
W końcu dopływają do miejsca, które wypatrzyli wcześniej na mapach lodowych. Są tam, gdzie chcieli. Jeśli uda im się tutaj przebić, dotrą do znajdujących się blisko siebie kilku połyń, a one wyprowadzą ich w głąb morza. Na razie jednak wiatr jest za mocny, a fala za duża. Piotr nie ma pewności. Z prognoz wiedzą, że za półtorej doby ma zacząć mocno wiać. Do tego czasu powinni być już w miejscu, gdzie nie ma lodu. Ale czy zdążą?
– Bałem się. To był decydujący moment. Jeśli popłyniemy dalej, zatrzaśniemy drzwi, zza których można już nie wrócić – wspomina.
Bierze lornetkę. Na stopach nie ma skarpetek, tylko stare crocsy. Podchodzi do masztu, zaczyna wspinaczkę. Z góry widzi gęste pole lodowe. Bariera wydaje się nie mieć końca. Wraca na pokład, intensywnie myśli, w końcu mówi do Krisa:
– To co, wjeżdżamy? – Patrzy niepewnie na kolegę.
– Wjeżdżamy.
Robią zwrot w kierunku paku. Włączają na godzinę silnik, muszą mieć dużą sterowność, żeby poradzić sobie z wielkimi płytami lodu.
9 lutego 2015 roku o godzinie 9.47 „Selma" zaczyna forsować lodową barierę Morza Rossa.
***
Przed nimi trzy połynie. Na ich końcu powinna znajdować się szczelina prowadząca w głąb rozluźniającego się lodu. Jeśli ją znajdą, być może to będzie bezpieczna droga na południe.
– Piotrze, a może byśmy postawili genaker? – pyta entuzjastycznie Artur, kiedy płyną przez pierwszą połyń.
Piotr się waha. Dopiero co przebili się przez gęsty lód. Duże żagle to zawsze duża prędkość, a w zmieniających się szybko warunkach mogą być problemy.
– Ale przecież będzie szybciej, a zależy nam na czasie. – Artur, który ma żyłkę regatowca, nie odpuszcza
– Spróbujmy – zgadza się Piotr.
Największy żagiel „Selmy" łapie wiatr i jacht płynie z prędkością 9 węzłów. Na horyzoncie majaczą dwie wielkie góry lodowe. Między nimi jest przejście. Kris się ożywia. Polował na właśnie taki kadr – cień jachtu na tle góry lodowej. Zobaczył go w filmie Erebus: la mer, la glace, le feu w reżyserii Pierre’a-Antoine’a Hiroza. To opowieść o wyprawie francuskiego naukowca Jeana-Louisa Etienne’a jachtem „Antarctica" na Morze Rossa i wulkan Erebus.
Kiedy podpływają do lodowych kolosów, nie mogą uwierzyć, że są one dziełem natury. Pierwsza góra otwiera się przed nimi dwiema pieczarami. Do jednej z nich wpływa woda, kotłuje się w środku i wypływa drugą dziurą. Kiedy „Selma" zbliża się do drugiej góry, ujawnia ona swój prawdziwy kształt. Nie jest, jak wydawało się na początku, zwykłym prostopadłościanem. Pod odpowiednim kątem widać, że lód układa się w gigantyczny portal i przypomina łuk triumfalny. Słońce maluje niebo pastelami, błękity przechodzą w róże i głębokie fiolety. Na koniec horyzont zapala się krwistą czerwienią i wlewa ją wprost do morza. Kolory są tak intensywne, że góry lodowe stają tylko czarnymi plamami o ostrych konturach.
Szaro robi się dopiero o 23 i tylko na dwie godziny. Noc nie przypomina nocy. Jest niekończącym się naprzemiennym zachodem i wschodem słońca. Kry i morze co minutę zmieniają kolor. Wiatr zdycha, cisza wydaje się kompletna.
– Mogę na górę? – Luby pyta Piotra.
– Pewnie.
Luby spędza większość nocy na salingu, wisząc pod niebem, gapiąc się przed siebie. Nie może oderwać oczu od pomarańczy, czerwieni, brązu i złota, którymi mieni się najzimniejsze morze świata. Widział już wiele odcieni nieba, bo jedną z jego pasji jest baloniarstwo, ale tym razem nie może się napatrzeć.
Przypomina sobie swoje pierwsze żagle. Wychowywał się Żyrardowie, miał 10 lat, kiedy obejrzał wystawę marynistyczną przygotowaną przez drużynę żeglarsko-harcerską, od razu się zapisał i wkrótce trafił na Zalew Żyrardowski.
– Kałuża, 100 metrów średnicy. Posadzili mnie na łódce, jakiś żagiel latał mi nad głową, coś furczało, woda szumiała. Strasznie mi się spodobało. Lata później, już jako doświadczony podróżnik – nurkował w morzach całego świata, latał nad nimi balonami – trafił na targi żeglarskie. Akurat jakiś facet z długą brodą pokazywał zdjęcia gór lodowych. Kilka miesięcy później Luby wylądował w Ushuaia. Traf chciał, że kilkadziesiąt godzin wcześniej doszło do tragicznego wypadku polskiego jachtu, w którym zginęły dwie osoby. Do Lubego zaczęli wydzwaniać zatroskani znajomi. A on się wahał, czy jednak nie wracać do Polski. Jakby było tego mało, na spacerze spotkał rozbitków z tego jachtu.
– Zaczęli opowiadać o swoim dramacie, o olbrzymim sztormie i niewyobrażalnych warunkach. Zastanawiałem się, czy iść na „Selmę" czy zrejterować. Ale ponieważ nie lubię za bardzo się wycofywać, to uznałem, że z zaciśniętymi pośladkami, ale popłynę na tę Antarktydę – wspomina po latach.
*Fragmenty książki "Selma. Jeszcze dalej niż południe" Dominika Szczepańskiego. Autopromocja: książka do kupienia w formie ebooka w Publio >>>
Dominik Szczepański. Dziennikarz Gazeta.pl, autor i współautor książek: "Na oceanie nie ma ciszy. Biografia Aleksandra Doby, który przepłynął kajakiem Atlantyk", "Nanga Parbat. Śnieg, kłamstwa i góra do wyzwolenia", "Szlak Wisły. 1200 km pieszej przygody", "Spod zamarzniętych powiek", "Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza"; dwie ostatnie okazały się bestsellerami i zostały przetłumaczone na francuski i włoski. Z bazy pod Nanga Parbat relacjonował pierwsze zimowe wejście na ten szczyt. Wziął udział w trzech wyprawach eksploracyjnych do parku narodowego La Serranía de Chiribiquete w Kolumbii. Na pokładzie "Selmy" dopłynął do Antarktydy.

