artykuły
Aleksander Doba (fot. archiwum prywatne)
Aleksander Doba (fot. archiwum prywatne)

O tym, że Olek ma kłopoty, Gabi dowiedziała się dzień przed Wigilią.*

Wstała jak zwykle po szóstej i zaczęła szykować się do pracy. Od 30 lat jest dyrektorką Ośrodka Pomocy Społecznej w Policach. Na początku kierowała pięcioma osobami. Dziś w ośrodku pracuje setka ludzi. Mężczyzn jest kilku. Gabi twierdzi, że z kobietami lepiej się dogaduje.

Gdy zaczynała, broda Olka była kilka razy krótsza, a on znikał na góra dwa tygodnie, bo dopiero uczył się kajakarstwa. Z czasem wyprawy były coraz dłuższe. Jedna, do Narwiku, trwała ponad trzy miesiące. Kilka miesięcy nie było go również, gdy pierwszy raz płynął przez Atlantyk. W ciągu 99 dni pokonał ocean w najwęższym miejscu - z Afryki do Brazylii.

Przez te wszystkie lata Gabi uczyła się samodzielności. Nabierała dystansu i trawiła, bo tak nazywa proces, który w niej zachodzi, gdy Olka nie ma w domu. Trawi emocje, żeby normalnie funkcjonować. - Gdybym cały czas podczas jego wyprawy trwała w napięciu nerwowym, to chyba bym zwariowała - mówi.

Dworzec kolejowy w Szczecinie. Aleksander Doba podczas powitania po kajakowym rejsie przez Atlantyk. Wita go żona Gabriela Doba (po prawej) (fot. Cezary Aszkielowicz / Agencja Gazeta)

Za co kocha się osoby, których nie ma?

- Za to, że ich nie ma, tak? Są związki, gdzie jeden człowiek jest drugiego uczepiony i nie potrafi samodzielnie egzystować. Przez te wszystkie lata nawet mi pasowało, że Olek często znikał. Byłam zmęczona pracą, a on brał dzieci na weekend na kajaki. Zostawałam w domu i sobie odpoczywałam - przyznaje. - Potem Olek stał się dla Cześka i Bartka przewodnikiem w okresie buntu. Gdy już nie chcieli jeździć na normalne spływy, to zabierał ich na górskie rzeki. Tam się działo coś nowego, zwiększały się trudności. To im imponowało. Dorastali i słuchali, że ojciec opłynął Bałtyk, a potem dotarł kajakiem za północne koło podbiegunowe.

Najgorszych jest kilka pierwszych dni wyprawy, bo człowiek jest taką dziwną istotą, że może czekać rok, dwa, ale przez pierwsze godziny cierpi, jakby mu mózg wyciskali wspomnieniami o nieobecnym. Potem spływają pierwsze informacje i wszystko łagodnieje. Rozpoczyna się trawienie.

Gabi radziła sobie domowymi sposobami. Gdy za mężem zamykały się drzwi, przygotowywała dom na przyjęcie ekipy remontowej. Nie żeby Olek nie potrafił - rączki ma złote, wszystko umie naprawić. Tylko że od ponad 30 lat każdą wolną chwilę przeznacza na kajakarstwo. Weekendy, święta, urlopy. Jej rodzice mieszkali w Nakle nad Notecią. Jeździli do nich z Olkiem na Wielkanoc, tylko że on znikał, zanim na stole pojawiły się świąteczne dania. Brał kilka kanapek, na dachu samochodu montował kajak i ruszał nad rzekę. Pływanie było dla niego ważniejsze niż święta z rodziną. Z początku wyjeżdżał z kolegami. Później został sam, bo wymyślał tak trudne trasy, że wszystkim się odechciewało.

Zdjęcia ze spływów Regą do morza - w kajaku z razem z synami (fot. archiwum prywatne)

Gdy w październiku po raz drugi ruszył na Atlantyk - tym razem z zamiarem przepłynięcia go w najszerszym miejscu, z Lizbony do Florydy - do Gabi przyjechała 90-letnia mama. I jeszcze kolejne zajęcie, żeby nie myśleć: dwie urocze wnuczki.

W pracy o Olku się z nią nie rozmawiało.

- Wszyscy wiedzieli, że jeśli spytają, to dostaną płytką odpowiedź. Więc nie pytali. Pytania wywołują obawy. Obawy - złe myśli. Wtedy się nakręcam i martwię. A przecież na co dzień muszę podejmować ważne decyzje i jakoś żyć.

Uwaga na morskie skojarzenia! Gabi przypomina sobie trzy takie momenty.

Pierwszy, kilka lat temu, gdy Olek pierwszy raz samotnie płynął przez Atlantyk. Ona płynęła wtedy akurat promem do Szwecji. Wyszła na pokład, a noc była ciemna, bezgwiezdna, i poczuła strach przed tą pustką, czarną dziurą, pośrodku której wiosłuje Olek.

Za drugim razem nie dokończyła książki o żeglarzu, który samotnie płynął jachtem. Został gwałtownie zatopiony w nocy, nie wiedział, co się stało. 77 dób spędził na tratwie. Sam pośrodku oceanu.

Trzecia sytuacja wgniotła ją w fotel w kinie. Poszła na "Wilka z Wall Street" w reżyserii Martina Scorsese, gdzie naćpany Leonardo DiCaprio prawie umiera ze strachu, gdy jego jacht nie wytrzymuje konfrontacji ze sztormem.

- Każda wyprawa Olka to kolejne moje siwe włosy. Stres i strach idą w parze. Są dni buntu, żalu, wściekłości - by w następnych dniach cieszyć się z kolejnego szczęśliwie zakończonego etapu - mówi. I dodaje, że właściwie zgodziła się na to 30 lat wcześniej, gdy Olek zapytał ją, czy może pojechać na swój pierwszy samodzielny spływ kajakowy. Wtedy to były trzy dni.

Gdy dzień przed Wigilią zadzwonił telefon, Olek na oceanie był już od 80 dni. Dzwonił Andrzej Armiński, właściciel stoczni, w której zbudowano kajak "OLO". Gabi nie potrafi sobie dokładnie przypomnieć, co jej wtedy powiedział. Pamięta tylko krótkie zdania: "Olek nacisnął przycisk HELP". "Ma wyłączony telefon". "Od kilku dni nic nie pisze". To się wcześniej nie zdarzyło.

Ugięły się pod nią nogi. Jeszcze niżej ziemi znalazła się, gdy usłyszała, że zawiadomiona została już marynarka i rozpoczynają się poszukiwania.

A potem skończyła się szykować i ruszyła do pracy.

Aleksander Doba (fot. archiwum prywatne)

Olek ostatniego SMS-a wysłał 18 grudnia:

"Przepływam nad wielkim pasmem górskim: Grzbietem Północnoatlantyckim. Góry są jednak głęboko pode mną. Połowinki udały się wyśmienicie. Butelka została zwodowana na południku 45°30'W i poniesiona Prądem Północnorównikowym, i pognana na zachód pasatem, w kierunku Wysp Karaibskich. Gości przybyło wielu (duchowo). Jako że duchy nie piją, to ja wydobytą z piwniczki ostatnią półlitrową butelkę wina... O nie, nie to - zabezpieczyłem, upijając jedynie trzy łyki. Dziękuję wszystkim za otrzymane w różny sposób życzenia".

Wcześniej pisał:

14 października: "Wiatry bardzo słabe ze zmiennych kierunków, upał 30 stopni. Ocean łagodnie pofalowany. Kilkanaście żółwi. Jeden opalał się jak martwy. Gdy stuknąłem go lekko wiosłem - obudził się. Nie wyglądałem na żółwiojada, a do kajakarzy chyba przywykł - pozował do sesji zdjęciowej. Pojawiły się ryby".

18 października: "Silny przeciwny wiatr, duża fala i ulewa miota kajakiem. Po raz pierwszy od rozpoczęcia rejsu kajak się cofa. Strata wynosi ok. 10 mil".

26 października: "Nareszcie zmiana kierunku wiatru. Miałem pół godziny narastających emocji. Od południa wprost na mnie płynął statek. Włączyłem aktywny reflektor radarowy, przygotowałem aparat fotograficzny. Stałem przy pałąku i kiwałem, by płynęli w prawo. Przepłynęli 30 metrów ode mnie".

10 listopada: "Wczoraj kilka godzin płynęła obok mnie piękna ryba mahi-mahi o długości 120 cm. Codziennie odwiedzają mnie ptaki".

14 listopada: "Podobnie jak w poprzednim rejsie gnębi mnie czerwona wysypka na całym ciele, jest szczególnie bolesna w fałdach skóry. Teraz dołączyło zapalenie spojówek. Przyczyna: wiatr, słona woda i słońce. Mam krople".

17 listopada: "Rano kilkadziesiąt delfinów baraszkowało obok kajaka. Robiłem zdjęcia nad i pod wodą. Wyprzedził mnie statek, w dużej odległości. Ćma usiadła na kajaku - dzielna".

7 grudnia: "Tragedia na kajaku. W nocy ryba latająca zabiła się przed włazem. Zrobiłem fileta i zjadłem na surowo. Pycha! Noc była spokojna. Kondycja fizyczna i psychiczna OK".

16 grudnia: "Kabina jest bardzo mała i hałaśliwa, słaba wentylacja. Śpię maksymalnie sześć godzin na dobę, w kilku, kilkunastu lub kilkudziesięciu ratach. Fale są nieregularne. Oprócz zwykłego szumu, pluskania i kołysania co jakiś czas mocniejsza lub załamująca się fala wali w kadłub tuż koło ucha. Taki piękny sen, a tu brutalna przerwa! Woda lejąca się na głowę przez niedomknięty właz. Jestem stale zmęczony brakiem snu".

Mała kabina - to w niej Aleksander Doba pisał SMS-y. Później z niej wychodził, by złapać zasięg, osłaniał telefon ciałem i wysyłał wiadomość (fot. archiwum prywatne)

Gabi weszła do pracy, włączyła komputer i sprawdziła pocztę. Armiński miał rację. Olek nacisnął przycisk HELP umieszczony po lewej stronie SPOT-a, czyli lokalizatora satelitarnego. To małe, czarno-pomarańczowe, długie na kilkanaście i szerokie na kilka centymetrów urządzenie, na jednych bateriach jest w stanie przez dwa tygodnie co 10 minut wysyłać informację o swojej lokalizacji. Baterie szybciej się rozładowują, gdy SPOT nadaje z terenu, gdzie sygnał musi pokonać przeszkody, np. korony drzew. Działa w temperaturze od minus 40 do plus 80 stopni i jest wodoodporny. Dzięki dodatkowej funkcji tworzy mapę podróży, którą można sprawdzać w internecie. A gdy naciśnie się przycisk z napisem "HELP", prośba o pomoc zostaje automatycznie wysłana do osób, które wcześniej zostały wpisane na listę kontaktową. Jest też drugi przycisk, zprawej strony. To SOS. Po jego wciśnięciu zawiadamiane jest centrum alarmowe, które organizuje pomoc. Olek tłumaczył Gabi przed wypłynięciem, jak działa SPOT. A sam instrukcję otrzymał od stratega wyprawy, Andrzeja Armińskiego.

"Co się mogło stać? Dobrze, że zawiadomione zostały już służby ratownicze" - myślała Gabi, klikając w skrót do strony z mapą wyprawy, który stworzyła sobie na komputerze w pracy. Taki sam miała na domowym laptopie. Pozycję Olka sprawdzała kilka razy dziennie, ale tym razem trudno jej było opanować drżenie rąk. Nie zgodziła się na żadną z jego atlantyckich wypraw. Obie uważała za niebezpieczne, ale widziała, jak bardzo Olek jest zdesperowany.

- Stwierdziłam, że nie ma sensu mu przeszkadzać, nakręcał się. Już po pierwszej wyprawie wiedział, że mi się to wszystko nie podoba, więc wiele rzeczy załatwiał sam, bez mojej wiedzy, i postawił mnie przed faktem dokonanym: "Płynę" - opowiada.

Zresztą myślała, że z tego nic nie będzie, bo Olek miał za mało pieniędzy, by zapewnić sobie minimalne wyposażenie kajaka. Tym bardziej się zdziwiła, gdy podał publicznie datę początku swojej wyprawy. Wyładowała się na nim, ale wiedziała, że to na nic. Grożenie rozwodem też nic nie dało.

- Przedstawiałam argumenty, które dla mnie brzmiały logicznie, ale on je zbijał. Twierdził, że Atlantyk to pikuś i że wszystko będzie OK. Stawianie kogoś przed faktem dokonanym nie jest w porządku - mówi.

Aleksander Doba płynie przez Atlantyk (fot. archiwum prywatne)

Ostatnie dni przed wyprawą są stresujące, bo czasu mało, ale wiele trzeba jeszcze załatwić. Gabi wtedy się izoluje, bo i tak niewiele może pomóc. Olek sam musi sobie wszystko poukładać, żeby później łatwo znaleźć potrzebne rzeczy. A tych często brakuje. Nie było pieniędzy, więc uruchomiony został tylko jeden z dwóch telefonów satelitarnych, które Olek miał na pokładzie. Drugi miał zostać doładowany dopiero po przekazaniu takiego polecenia. Z braku środków w kajaku nie było też radia UKF, dzięki któremu mógłby porozumieć się z przepływającymi obok statkami. I w razie potrzeby poprosić je o pomoc.

Strona z mapą załadowała się na ekranie komputera Gabi. Płynął. No, chyba że urządzenie wypadło mu do wody i połknęła je ryba. Ale przecież na mapie widać było tzw. checki, czyli meldunki. A żeby się zameldować, trzeba nacisnąć odpowiedni przycisk. Więc Olek ma sprawne ręce i płynie w dobrym kierunku. Dobrze. Więc skąd ta cisza? Dlaczego nic nie pisze i nie można się do niego dodzwonić? Przecież ma nowy telefon. Opłacony na rok. I dlaczego wysłał sygnał alarmowy?

Kłębiące się w głowie pytania rozgonił dźwięk telefonu. Dzwonił Armiński. Amerykański ośrodek ratownictwa morskiego wysłał komunikat do znajdującego się w pobliżu pozycji Olka greckiego tankowca. Grecy podpłynęli do jego kajaka. Olek wyszedł do nich i odmówił przyjęcia pomocy. Z jego gestów wynikało, że ma problem z telefonem.

Gabi mogła wtedy pomyśleć: "A więc zepsuł mu się telefon! Dlatego się nie odzywał. Teraz wystarczy doładować mu drugi aparat i łączność wróci. Armiński już zresztą dzwonił w tej sprawie. Niedługo się usłyszymy!".

Ale pomyślała: "Wiem, jaki jest zdeterminowany. Gdy zwykły śmiertelnik widzi przed sobą olbrzymią przeszkodę, on jej nie dostrzega. Wielokrotnie zachowywał się w ten sposób. Dopóki z nim nie porozmawiam, nie będę w pełni spokojna".

Z Armińskim opłacili abonament w drugim telefonie. Od firmy, w której to zrobili, dostali informację, że jest już aktywny. Dzwonili, ale sygnału nie było. Łączność nie wróciła. Olek był, ale jakby go nie było. Armiński przestał wysyłać mu prognozy z pogodą w przekonaniu, że nie ma ich jak odczytać. Olek był zdany tylko na siebie. "Co się z nim dzieje?" - zastanawiała się Gabi, wpatrując w małą kropkę pośrodku Atlantyku.

Biografia Aleksandra Doby "Na oceanie nie ma ciszy", autorstwa Dominika Szczepańskiego, do nabycia przedpremierowo i w promocyjnej cenie tylko na publio.pl

* Fragment pochodzi z książki "Na oceanie nie ma ciszy" Dominika Szczepańskiego, która będzie miała swoją premierę 28 października

"Na oceanie nie ma ciszy" (fot. materiały promocyjne)

Aleksander Doba. Emerytowany inżynier mechanik, który został Podróżnikiem Roku 2015 "National Geographic" oraz otrzymał Grand Prix w konkursie Travellery 2014. Udowodnił, że życie zaczyna się po sześćdziesiątce. Wtedy można np. przepłynąć ocean Atlantycki kajakiem. Za rok Doba kończy 70 lat. Planuje kolejną wyprawę, trudniejszą od poprzednich. Sam o sobie mówi, że jest tylko turystą.

Dominik Szczepański . Dziennikarz "Gazety Wyborczej", Sport.pl i off.sport.pl. Autor biografii Aleksandra Doby "Na oceanie nie ma ciszy". Wraz z Maciejem Tarasinem i Camilo Matapim tej zimy po raz drugi rusza do kolumbijskiej dżungli - parku Chiribiquete. Celem wyprawy jest odkrycie indiańskich malowideł i pierwszy spływ jedną z rzek wypływających z tepui. Więcej na greenhell.org .