Społeczeństwo
Przekraczanie granic podczas wieczorów kawalerskich jest zakorzenione w patriarchalnej kulturze - tłumaczy dr Maciej Nawrocki. (hydebrink / Shutterstock.com)
Przekraczanie granic podczas wieczorów kawalerskich jest zakorzenione w patriarchalnej kulturze - tłumaczy dr Maciej Nawrocki. (hydebrink / Shutterstock.com)

"Mężczyźni w kryzysie", "toksyczna męskość", "mężczyźni powinni się zmienić" – słyszymy to od lat. Porozmawiajmy o polskich mężczyznach inaczej, zobaczmy ich z innej perspektywy. Czym żyją, w co wierzą, o czym marzą, jacy chcą być? Czym dla nich jest męskość? Jadę w teren, by to sprawdzić i dowiedzieć się, jakie pomysły na siebie mają mężczyźni w 2025 roku: ci z dużych miast i ze wsi, o prawicowych i lewicowych poglądach, ojcowie, mężowie i single. Nie oceniam, pytam.

Pić zaczęli w busie – ale jak zastrzega Tomek, delikatnie, bo nie chcieli koledze zniszczyć samochodu. Dotarli na miejsce. Coś chlapnęli. Zjedli, wypili piwko, przeszli się po mieście. Wieczorem poszli pić na poważnie.

– Organizacja wieczoru kawalerskiego to wcale nie była łatwa sprawa – mówi Tomek.

Miał 27 lat i jako świadek organizował dla Wojtka wieczór kawalerski. Nie miał pojęcia, jak się do tego zabrać, więc stworzył konwersację na komunikatorze dla wszystkich znajomych. "Porwijmy go", "paintball", "jedźmy na balety do Katowic" – padały propozycje. Ciągle było źle, kolejne osoby opuszczały konwersację. Zostali w piątkę, kiedy padł pomysł wyjazdu na weekend za granicę, żeby pobawić się na Stodolni, w centrum ostrawskiego życia nocnego.  

Na ulicy było pełno ludzi, w klubach ścisk. – Zobaczysz, jak to jest. Nie będziesz już mógł wyjść na miasto, kiedy chcesz, trzeba będzie się małżonki spytać o zgodę – śmiało się dwóch kolegów, polewając im wódki. Oni byli już żonaci, cieszyli się, że mają okazję "się wyrwać".  

Tomek w zasadzie przyznawał im rację. Nie podobała mu się jednak myśl, że miałby każdą decyzję podejmować z kimś. Wolał sam być sobie sterem i okrętem. Z jednej strony cieszył się, że jego przyjaciel się żeni, z drugiej – trochę było mu Wojtka szkoda. – To jednak jest w jakimś sensie koniec wolności – uważa.

Wyszli z klubu mocno zawiani. Nagle wyrosło przed nimi Hell Dance. Popatrzyli po sobie.

– Na początku było to krępujące. Wszyscy już kogoś mieliśmy... Nie było wiadomo, gdzie podziać wzrok. Patrzeć na panią, jak tańczy na stole i ściąga stanik? Gadać było trudno, bo tłok straszny i muzyka głośna, ale wypiliśmy i poczuliśmy się swobodnie.

Dziewczyny zmieniały się co taniec, wszystkie były bardzo wysokie i młodsze od nich o kilka lat. Podpatrzyli, jakie nominały wsadzają im za bieliznę inni mężczyźni, żeby odsłoniły piersi. Tomek nie pamięta, który z nich odważył się pierwszy, ale napiwków w klubie zostawili sporo.

Wracali do wynajętego mieszkania, prowadząc się nawzajem. Drogę, która zajęła im poprzednio kwadrans, teraz pokonywali przez półtorej godziny. Chwilę pospali, rano poszli na piwo. Tomek był zadowolony. Było dokładnie tak, jak sobie wymarzył.

Zabawa nie ma granic

– Czemu tak się upijać? Bo na kawalerskim czujesz, że zabawa nie ma granic. Możesz się wyłączyć, odciąć od wszystkiego. Wieczory kawalerskie są chyba jedynym wydarzeniem, kiedy tak się można poczuć – mówi Adam*.

On swój kawalerski wspomina jako wybitną imprezę. Polecieli do Wrocławia, pochodzili po mieście i poszli do klubów. Zabawa – szampańska. Dobrze pamięta, jak jeden z kolegów długo opowiadał o tym, jak się nawrócił pod wpływem swojej dziewczyny, po czym spróbował złapać jakąś kobietę za tyłek i dostał w twarz. Pękali ze śmiechu.

Następnego dnia pograli w laserowego paintballa.

Adam mówi, że kawalerski to coś więcej niż tylko impreza. Jest ważny też dlatego, że przyjaciele pokazują, że potrafią się dla pana młodego poświęcić.

- Mężczyznę postrzegano jako tego, który potrzebuje się wyszumieć, wyszaleć. Samo spożywanie alkoholu było rozrywką zarezerwowaną dla mężczyzn - mówi dr Maciej Nawrocki. (Shutterstock.com)

– Tak, poświęcić – powtarza Adam. – Owszem, chodzi o zabawę, ale w dorosłym życiu to nigdy nie jest łatwe, żeby wygospodarować dla kogoś cały weekend. Kiedy przyjaciel bierze ślub, postarasz się to zrobić, choćby nie wiadomo co. Pokazujesz, że potrafisz znaleźć dla niego czas, wydać pieniądze na tę zabawę.

W tym sensie wieczór kawalerski jest dla Adama czymś więcej niż tylko imprezą. Tu chodzi o lojalność.

Konwencja

Tomasz Klechowicz ma inną perspektywę. Doświadczenie wieczoru kawalerskiego to produkt, który sprzedaje – jego firma JeyJey Kawalerskie "kompleksowo organizuje męskie weekendy", oferując ponad 30 atrakcji do wyboru. Wśród nich: kilka tancerek erotycznych i body sushi ("Pyszne, świeże, kolorowe sushi na ciele przepięknej kobiety"). Inna firma idzie jeszcze dalej, oferując pokaz "walk w olejku" ("zawodniczki będą wzajemnie nacierać się olejem w bardzo prowokacyjny sposób"). 

Pytam Tomasza Klechowicza o ten rodzaj usług.

– Striptiz jest niezmiennie popularną atrakcją na kawalerskich – przyznaje. – Mam wrażenie, że zwykle bardziej cieszy gości niż samego pana młodego, który najczęściej tego nie chce. Ale wiadomo, to symbolicznie ostatnia noc, kiedy można się napatrzeć na inną kobietę.

Tomasz Klechowicz wieczory kawalerskie organizuje od ponad 15 lat. Co się w tej branży przez ten czas zmieniło? Jego zdaniem – poza upodobaniem do striptizu – wszystko. Kiedy zaczynał, kawalerski oznaczał przeważnie picie i ewentualnie wizytę w klubie go-go.

– Teraz grupy chcą doświadczyć czegoś wyjątkowego. Zintegrować się i skorzystać z tego, że są w większym gronie. Wykorzystują wspólny budżet kawalerski na atrakcje z górnej półki. Luksusowe jachty, które indywidualnie byłyby poza zasięgiem uczestników, są osiągalne dla grupy. Pamiętam, że kilkanaście lat temu przerabialiśmy kutry rybaków, którym akurat zabroniono pływać na dorsze. Dzisiaj ludzi interesuje rejs jachtem wartym 10 mln, z dobrą kolacją i degustacją alkoholi. Niektóre grupy z Polski potrafią wydać na kawalerski więcej niż klienci z zagranicy, na przykład 3 tys. zł na głowę na weekend.

Zobacz wideo Kiedy powinna zapalić się nam lampka ostrzegawcza?

Najbardziej popularnymi rozrywkami pozostają atrakcje sportowe: paintball, samochody terenowe, quady. Można zamówić "demolkę na złomowisku" i legalnie rozwalić samochód.

W ofertach firm proponujących organizację wieczorów kawalerskich przewija się usługa aresztowania przez "karła policjanta". "Propozycje rzucania nim do tarczy prosimy odłożyć na bok!" – można przeczytać w ofercie JeyJey. – W grupie zawsze znajdzie się jakiś śmieszek, który coś takiego palnie – rozkłada ręce Tomasz Klechowicz.

– Tak samo padają pytania, czy dziewczyny po pokazie erotycznym mogą zostać na noc. Zazwyczaj jednak wszyscy rozumieją, że jedno i drugie to konwencja, która ma swoje granice. Z moich obserwacji wynika, że panowie w Polsce bawią się coraz bardziej kulturalnie – mówi Tomasz z JeyJey Kawalerskie.

Polskie Vegas

– Dlaczego przekraczamy granice na wieczorach kawalerskich? – pytam dr. Macieja Nawrockiego, historyka kultury i wykładowcę na Uniwersytecie SWPS.

– Ten element wieczorów kawalerskich jest zakorzeniony w patriarchalnej kulturze – tłumaczy badacz. – Mężczyznę postrzegano jako tego, który potrzebuje się wyszumieć, wyszaleć. Samo spożywanie alkoholu było rozrywką zarezerwowaną dla mężczyzn. W związku z tym w tradycyjnych, zhierarchizowanych społecznościach normy obyczajowe mężczyzn dotyczyły jakby mniej.

Przykładowo w krajach anglosaskich w XIX wieku popularność zyskiwał zwyczaj stag parties, które wyprawiano między innymi z okazji ożenku. Imprezy odbywały się w czysto męskim towarzystwie, wieczorami i były zakrapiane. Mógł to być wystawny bankiet, ale w niższych klasach, nieco podobnie jak dzisiaj, panowie często wybierali się na występ erotyczny albo wspólnie odwiedzali panoptikum, czyli dom dziwów, by tam wspólnie oglądać zdjęcia erotyczne.

Pytam dr. Nawrockiego o źródła tej tradycji w Polsce. Mówi, że trudno wskazać zwyczaj, który przetrwał do dziś, przyjmując charakter hucznej imprezy.

– To wieczór panieński był ważnym i mocno zrytualizowanym doświadczeniem. W kulturze ludowej zamążpójście wiązało się z wyjściem spod opieki matki, utratą dziewictwa, pójściem w nieznane. Zachowało się wiele pieśni ludowych śpiewanych przy okazji wieczoru panieńskiego – przeważnie smutnych. W przypadku mężczyzn ożenek był raczej okazją do świętowania. Trudno mówić o jakimś rytuale przejścia, było to przeważnie picie w męskim gronie, mniej więcej aż do upadku PRL. Później nasze społeczeństwo zachłysnęło się Ameryką. Zaimportowaliśmy popkulturowy kanon wystawnej zabawy, szalonego wyjazdu do Las Vegas. Chcieliśmy bawić się tak samo dobrze i wystawnie jak za oceanem.

'Nasze społeczeństwo zachłysnęło się Ameryką. Zaimportowaliśmy popkulturowy kanon wystawnej zabawy, szalonego wyjazdu do Las Vegas'. (Aleksandr Rybalko / Shutterstock.com)

Z drugiej strony obecnie pomysłów na spędzenie wieczoru kawalerskiego jest tak dużo, że nie sposób, by wydarzenie miało jakąkolwiek określoną formę. Jest dokładnie takie, jak wymyślą je sami panowie.

Bez obaw

Przemek postanowił, że jego wieczór kawalerski będzie trwał pięć dni i będzie wypadem w góry.

– Moja paczka składa się głównie z par. Uświadomiłem sobie, że bardzo rzadko spędzam czas sam na sam z moimi najbliższymi przyjaciółmi. Jeśli byłem w czysto męskim gronie, to właśnie na kawalerskich – opowiada.

On zajął się logistyką. Wybrał Góry Stołowe i nocleg w Czechach. Panowie przygotowali atrakcje.

Na granicy polsko-czeskiej kazali mu wysiąść z samochodu. "Dostaniesz strój prawdziwego polskiego mężczyzny" – powiedzieli, wręczając mu zieloną kamizelkę wędkarską. Musiał w niej chodzić do końca wyjazdu. A żeby do ślubu się odpowiednio przygotować, do wypełnienia dostał zadania, które miały ćwiczyć jego "cnoty". By pokazać, że umie zadbać o grupę, rozpalał ognisko, na cześć ich przyjaźni wymyślał przyjaciołom ksywki, zdobywał pożywienie, pił piwo "na hejnał". Za każde z zaliczonych zadań dostawał odznakę, którą sam naszywał na kamizelkę (za własnoręczne przyszycie odznaki również dostał odznakę). W ramach jednego z zadań miał pokazać, że chociaż się żeni, wciąż potrafi flirtować – miał zagadać do dziewczyn na szlaku i poznać ich imiona.

Czy w tym żarcie była odrobina prawdy? Żegnał się z wolnością?

– Dużo o tym myślałem, zanim jeszcze się oświadczyłem – przyznaje. – Miałem wrażenie, że życie będzie się dzieliło na dwie części: przed ślubem i po ślubie. I że ta część życia w małżeństwie polega na tym, że mówisz sobie "nie" i rezygnujesz z wielu innych możliwości. Niby byłem z Moniką dziewięć lat, mieszkaliśmy razem, ale bałem się tego.

Półtora roku później, przed ślubem, nie zastanawiał się już nad tym.

Pierwszymi kobietami, które spotkali na szlaku, była grupa zakonnic. Przyjaciele zaliczyli mu zadanie.

Drugiego albo trzeciego dnia usiedli kręgiem przy ognisku. Krążyła między nimi butelka wódki. Ustalili, że mówił będzie ten, kto będzie trzymał ją w ręce, i że każdy powie o jakimś dobrym doświadczeniu, a później o czymś trudnym.

– To było dobre. Mam wrażenie, że my, faceci, umiemy ze sobą gadać o wszystkim bardzo wylewnie, dopóki nie pojawia się temat naszych własnych emocji. Łatwiej jest nam rozmawiać o geopolityce, zamiast powiedzieć: "Ostatnio nie radzę sobie ze stresem". O tym też później rozmawialiśmy. Że chcielibyśmy nauczyć się gadać ze sobą nawzajem na serio. Przyznać się, że czegoś nie ogarniamy, bez obawy, że psujemy dobrą zabawę. Bez czucia się jak przegryw. I chyba przy tym ogniu nam się udało.

Przemek mówi, że wrócił ze swojego kawalerskiego wypadu "wzmocniony".

Bawić się jak kiedyś

"Impreza skończyła się na SOR-ze", "kolega trafił do wytrzeźwiałki", "połączyliśmy się z innymi kawalerskimi i trzęśliśmy klubem", "kawalerski jechał pociągiem. Jakiś chłopak zwrócił im uwagę, że są bardzo głośno. Panowie później go szukali po całym wagonie, żeby mu naklepać" – słyszę opowieści z innych kawalerskich.

O co chodzi? – zastanawiam się. A może my się ślubu zwyczajnie boimy? – przychodzi mi do głowy. Zadaję to pytanie Sylwii Bartczak, psycholożce współpracującej z Enel-Med.

– Są mężczyźni, którzy zgłaszają się na konsultacje niedługo przed ślubem – przyznaje. – Ich obawy często dotyczą utraty części wolności, zagubienia własnego "ja" w związku. Zastanawiają się, czy poradzą sobie w nowej roli, a jednocześnie czują, że powinni być silni.

Psycholożka zwraca uwagę na to, że ten niepokój nie zależy od płci, ale kobiety częściej mają zdolność mówienia o swoich emocjach i mają wypracowane narzędzia, by sobie z nimi radzić. Wielu mężczyzn wciąż odczuwa presję, by "ogarniać", szczególnie w stresującym okresie przed ślubem. Panowie częściej, zamiast konfrontować się z emocjami, stosują strategię unikania. Jedną z nich – i sposobem na skompensowanie sobie stresu – może być picie i wielka impreza.

Stany męskości - cykl Jana Rybickiego na Weekend.gazeta.pl (Gazeta.pl)

– Ale bardzo wielu mężczyzn przed ślubem po prostu się cieszy. Kiedy mówią o wieczorze kawalerskim, jest często dużo euforii, takiej wręcz chłopięcej. Czekają na to, co koledzy zorganizują. Cieszą się na pobycie ze "swoimi", bo to wydarzenie często spędzają z ludźmi, których znają jeszcze ze szkoły. Czasem mam wrażenie, że kawalerski jest dla nich momentem, w którym mogą bawić się tak jak kiedyś.

Ekipa

Boguś mówi, że nie chodziło o nic więcej, jak tylko o zabawę z kolegami. Koledzy zabrali go na plażę, gdzie kumpel z liceum wyszedł w gaciach z krzaków. Boguś musiał go pokonać w zapasach. Przyjaciele kazali mu, ku swojej uciesze, zagadywać do dziewczyn. Nie robił tego od początku studiów, kiedy poznał swoją żonę.

– Wcale nie czułem, że coś się dla mnie kończy. Z Misią mogę szaleć tak samo jak przed ślubem. Najważniejsze było to, że mogłem ściągnąć wszystkich kumpli z różnych etapów życia w jedno miejsce i się z nimi razem bawić. To było dla mnie najważniejsze. I myślę, że tego już nigdy nie uda się powtórzyć. 

Comeback

Tomek dziesięć lat później wrócił do Ostrawy razem z Wojtkiem, ówczesnym panem młodym, i jeszcze jednym uczestnikiem tamtego wieczoru. Chcieli się oderwać od codzienności i trochę powspominać. Tu pili cuba libre, z tamtej restauracji uciekli, kiedy zobaczyli ceny w menu. Dla Tomka tamta noc naprawdę była wyjątkowa.

Znów weszli do Hell Dance – punkt obowiązkowy. Tym razem się nie wstydzili. W domu się do tego nie przyznali. – Wiedziałem, że możemy sobie ufać. Tak jak za pierwszym razem była jedna ustalona wersja dla żon: gdzie byliśmy, co robiliśmy. Myślę, że do tej pory nikt się nie wsypał.  

*Imię zmienione ze względu na prywatność rozmówcy. 

Jan Rybicki. Laureat pierwszej edycji programu Polska Stories. Obecnie współpracuje z redakcją Weekend.gazeta.pl. Wcześniej publikował swoje reportaże m. in w Dużym Formacie i Tygodniku Powszechnym. Lubi słuchać, jak ludzie mówią.