Od samego początku jednak wielu sprzedawców tworzyw sztucznych nie wysyłało swoich materiałów wyłącznie do Chin. W ciągu kilku miesięcy od upadku muru berlińskiego zaczęli oni wykorzystywać możliwości oferowane przez Europę Wschodnią: państwa z desperacją poszukujące gotówki i pochłonięte rozwiązywaniem innych problemów. W krajach takich jak Bułgaria i Rumunia, gdzie przez pół wieku rządów komunistycznych praktycznie nie istniały plastikowe opakowania i butelki, często po raz pierwszy trafiały one tam w wywrotkach przyjeżdżających z zamożnych państw takich jak Holandia.*
Tylko w 1992 roku Polska przyjęła 1332 transporty odpadów z Europy Zachodniej; prawie 2000 zostało odnotowanych w następnym roku. "Bardzo często [na deklaracji celnej] jest napisane, że to darowizna" – stwierdził celnik w Katowicach, gdzie przez całą dekadę składowano zachodnie odpady medyczne i plastikowe, byle tylko nie płacić wygórowanych opłat za to samo w drugiej części Europy.
W 1994 roku Amerykańska Izba Handlowa zaczęła wysyłać do byłego bloku komunistycznego delegacje "przedsiębiorców środowiskowych", aby zbadać możliwe miejsca przeznaczenia wyrzuconego amerykańskiego plastiku. Tymczasem w Rosji sprywatyzowana firma założona przez byłych radzieckich wojskowych – grupa nazywająca siebie Chetek Corporation, która w chaosie lat 90. zapewniła sobie "flotę prywatnych odrzutowców i limuzyn", biura w ośmiu miastach w kilku republikach i luksusową rezydencję pod Moskwą – zaczęła odwiedzać międzynarodowe wystawy handlowe, oferując sprowadzanie zachodnich śmieci i toksyn na dzikie tereny Rosji i, za opłatą od 300 do 1200 dolarów za tonę, wykorzystywać "pokojowe nuklearne materiały wybuchowe" podpalane głęboko pod ziemią w celu odparowania ich do "szkła kwarcowego".
Ale w połowie lat 90. Chiny prześcignęły Europę Wschodnią jako miejsce przeznaczenia największej ilości zachodnich odpadów. Okazało się, że istnieje wyraźna różnica między wysyłaniem plastikowych odpadów do Chin a transportowaniem ich do krajów takich jak Polska: w Chinach w większości przypadków nie trzeba było ukrywać, że to stary plastik. Nie był przemycany przez straż graniczną. Nie był potajemnie porzucany wzdłuż autostrad. Duża jego część trafiała do dalszego użytku.
Chiny, w przeciwieństwie do Europy Wschodniej, wkroczyły w erę po zimnej wojnie z gigantycznym sektorem produkcyjnym nie tylko nienaruszonym, ale także doskonale przygotowanym do przeistoczenia się w światową fabrykę – dzięki taniej sile roboczej, niewielkiej ilości przepisów, niskim kosztom energii. Infrastruktura i szlaki żeglugowe korzystnie łączyły je z Ameryką Północną. Strategiczne wzajemne powiązanie chińskiej i amerykańskiej gospodarki rozpoczęło się już pod koniec lat 70., ale do lat 90. unikalny układ w pełni połączył oba kraje: Chiny gromadziły amerykański dług, ostatecznie zasiadając na szczycie ogromnych zapasów amerykańskich papierów skarbowych, podczas gdy Amerykanie wypełniali swoje domy towarami produkowanymi w Chinach.
A podstawą tego wszystkiego – nieodzowną, ale często niedocenianą tkanką łączną tej potężnej amerykańsko-chińskiej więzi gospodarczej – był plastik, używany i nowy, miliardy kilogramów, wysyłane bez końca tam i z powrotem przez Pacyfik.
Powszechnie i błędnie uważa się, że przez trzydzieści lat połowa światowych śmieci trafiała do Chin. Rzeczywistość jest jednak dziwniejsza: chodzi o połowę plastiku wrzucanego do pojemników na surowce wtórne na całym świecie. Innymi słowy, to właśnie ten plastik, który był sumiennie segregowany przez konsumentów przekonanych, że w ten sposób pomagają planecie, podróżował po całym świecie do Chin – często powodując wielką ekologiczną rzeź. Najlepiej ukazują to zjawisko statystyki. W 1997 roku wartość importu odpadów z tworzyw sztucznych do Chin wyniosła 476 milionów dolarów. Do 2004 roku Stany Zjednoczone wysyłały codziennie cztery tysiące kontenerów odpadów plastikowych do portów w Shenzhen i Guangzhou. Do 2008 roku wyrzucony plastik przewyższył podzespoły do samolotów i elektronikę jako największa część liczonego w dolarach eksportu Stanów Zjednoczonych do Chin, co oznacza, innymi słowy, że podczas gdy Chiny eksportowały oszałamiającą ilość wyprodukowanych towarów do Stanów Zjednoczonych, największy udział w eksporcie Stanów Zjednoczonych do Chin miały… rzeczy, które Amerykanie wyrzucali. Do 2012 roku roczna wartość importu odpadów z tworzyw sztucznych w Chinach osiągnęła prawie 8 miliardów dolarów, co oznacza piętnastokrotny wzrost w ciągu piętnastu lat.
Jeśli chodzi o obszar Stanów Zjednoczonych, większość odpadów wysyłano z Kalifornii lub stanu Waszyngton. Ale eksportowanie ich do Chin zamiast podejmowania prób ich "recyklingu" w Stanach Zjednoczonych stało się tak tanie, że coraz większe ilości napływały ze Wschodniego Wybrzeża, oddalonego o ponad 20 tysięcy kilometrów, czyli pół globu, transportowane przez Kanał Panamski. Z kolei zależność Europy od Chin była jeszcze większa. Do 2005 roku prawie 90 procent odpadów z tworzyw sztucznych z Unii Europejskiej trafiało do Chin w celu "recyklingu".
Co się działo, gdy wszystkie te miliony kilogramów starego plastiku dotarły do Azji? Jego los był niejasny nawet dla mieszkańców Zachodu, którzy go wysłali. "W Chinach nic nie jest transparentne. Nie mogę się nawet dowiedzieć, kim są osoby zajmujące się odzyskiem" – stwierdziła w 2003 roku Patty Moore, założycielka kalifornijskiej firmy recyklingowej, która wysyłała ogromne ilości butelek PET do Hongkongu, skąd wiele z nich było następnie przekierowywanych do Chin kontynentalnych. "Ktoś w Chinach miał krewnego w Kalifornii" – wyjaśniła mi później Moore. – "Więc dzwonił do niego i mówił: »Hej! Potrzebuję tego towaru. Znajdź go dla mnie!«".
Departament Stanu USA i Amerykańska Rada Chemii z wielką chęcią ułatwiały wymianę, która uwalniała Stany Zjednoczone od rosnącej odpowiedzialności. Pod koniec lat 90. zaczęły pomagać kalifornijskim firmom zajmującym się recyklingiem tworzyw sztucznych w nawiązywaniu kontaktów w południowo-wschodnich Chinach, organizując i finansując podróże służbowe oraz spotkania.
"Amerykańska Rada Chemii twierdziła, że wszystkie tworzywa sztuczne nadają się do recyklingu" – ciągnęła Moore. – "Z technicznego punktu widzenia jest to prawda, jeśli wszystko znajduje się w jednym miejscu. Ale z Kalifornii zaczęto sprzedawać do Chin dużo zmieszanego plastiku. Potem można było pojechać do Chin i zobaczyć to na własne oczy.
Plastik zaczynał swoją podróż w jednym zakładzie, który miał połączenie z pierwotnym recyklerem w Kalifornii. Poszukiwali oni konkretnego rodzaju tworzywa, na przykład polietylenu. I szkolili zatrudnionych u nich rolników, aby go rozpoznawali. Ponieważ to oni zajmowali się sortowaniem. Mieszkali w hotelu pracowniczym i czasami połowę dnia spędzali na sadzeniu roślin, zanim zaczęli sortować plastik. Wyciągali to wszystko, co trzeba, i zostawał stos pełen, powiedzmy, styropianu i rozmaitych żywic, a także plastiku ze starej elektroniki. Następny zakład wyciągał to, co chciał, a potem wysyłał pozostałość do kolejnego zakładu. I tamci wyciągali swój plastik, dajmy na to: czerwone kubki Solo. W miarę zagęszczania przesyłek z plastikiem różne produkty stawały się coraz bardziej dominujące. Ale na końcu były resztki. I to one właśnie były wyrzucane. Mogło to być od 2 do 40 procent tego, co pierwotnie wysłano ze Stanów Zjednoczonych".
Nawet 2 procent oznaczałoby, że na chińskiej prowincji byłoby wyrzucanych około 50 tysięcy kilogramów zachodnich odpadów z tworzyw sztucznych każdego roku, przez trzydzieści lat. Niemal natychmiast po rozpoczęciu importu dla Pekinu stało się jasne, że wiąże się to z ogromnym ryzykiem dla środowiska.
Chodziło, po pierwsze, o niezwykle zanieczyszczające i wysokoemisyjne metody, za pomocą których miliony ton zagranicznych odpadów z tworzyw sztucznych musiały być myte, rozdrabniane i topione, a proces ten w południowo-wschodnich Chinach można bezpośrednio powiązać z brutalnymi skokami zanieczyszczenia powietrza w regionie, począwszy od połowy lat 90. ubiegłego wieku. Ale, po drugie, nie brakowało również zanieczyszczeń, które można było znaleźć w samych śmieciach. Nie bez powodu bezwartościowy plastik jest tradycyjnie znany w zachodnich kręgach "recyklingowych" jako "chiński plastik". Słaby, tani, często pokryty brudem i smarem; w Stanach Zjednoczonych zazwyczaj niewiele można było z nim zrobić poza spaleniem, składowaniem na wysypiskach… albo załadowaniem na zmierzające do chińskich portów statki, które inaczej wracałyby z pustymi kontenerami.
Chiny narzekały. "Jak na ironię, to Stany Zjednoczone zawsze twierdziły, że troszczą się o prawa człowieka i ochronę środowiska" – podkreślał Pekin w 1996 roku. – "Jeśli rząd USA jest w ogóle zaniepokojony prawami człowieka, powinien coś zrobić, aby powstrzymać ten brudny biznes. To podstawowy wymóg poszanowania praw człowieka, międzynarodowych konwencji i ludzkiej moralności". Etyka eksportu śmieci stała się nawet chińskim kontrargumentem przeciwko amerykańskim oskarżeniom o kradzież technologii. Pekin twierdził, że nie ma znaku równości między chińskimi przedsiębiorcami produkującymi nielegalne płyty DVD a amerykańskimi przedsiębiorcami wysyłającymi kontenery śmieci do chińskich portów: to, co robiły Stany Zjednoczone, było gorsze.
Po tym, jak kilkaset ton amerykańskich odpadów domowych – w tym pieluchy "tworzące okropny smród" – zostało znalezionych na wysypisku pod Pekinem, Xing Demao, dyrektor Biura Inspekcji Prowincji Shandong, zapytał: "Dlaczego niektóre kraje ściśle kontrolują eksport swoich zaawansowanych technologii i sprzętu, ale otwarcie zezwalają na eksport szkodliwych odpadów, które wyprodukowały?". Później urzędnicy z Szanghaju oburzyli się: "Cały świat wykorzystuje nasz kraj jako wysypisko śmieci", i dodali:
"Nasycamy się zgniłymi owocami, jednorazowymi pieluchami, martwymi rybami, zjełczałym mięsem i wszystkim innym, czego inne narody nie chcą. Nasze przesłanie do reszty świata brzmi: »Nie zaśmiecajcie nas«. I zamierzamy podjąć zdecydowane działania karne przeciwko każdemu, kto narusza nasze prawa".
Jednak podobnie jak w przypadku chińsko-amerykańskich stosunków gospodarczych, korzyści zaczęły przeważać nad problemami. Na początku XXI wieku amerykańskie odpady z tworzyw sztucznych stały się kluczowym filarem chińskiego sektora produkcyjnego. Przy ich imporcie i przetwarzaniu pracowało nawet pięć milionów ludzi, a całe społeczności wiejskich Chin trudniły się sortowaniem i myciem starych zachodnich butelek po napojach gazowanych i pojemników po daniach na wynos. Pouczający jest przypadek miasta Lianjiao w prowincji Guangdong, gdzie po 1992 roku zbudowano ponad tysiąc fabryk przetwarzających złom – szacuje się, że przemysł recyklingowy zatrudniał tam od piętnastu do stu tysięcy migrujących pracowników.
W 2007 roku londyńska telewizja Sky News opublikowała materiał o tym, jak plastikowe odpady z gospodarstw domowych z Wielkiej Brytanii zalewały Lianjiao. Jeden z mieszkańców wyjaśnił, że "wiele odpadów jest wyrzucanych i spalanych na otwartym powietrzu, podczas gdy powinny być one dostarczane do wyspecjalizowanych fabryk przetwórczych i nadzorowane przez lokalne władze środowiskowe". W ciągu miesiąca od raportu Sky biurokraci z Guangzhou nakazali zamknięcie zakładów recyklingu w Lianjiao. Na dwa tygodnie odcięto prąd i wodę w mieście; ustawiono blokady drogowe, aby uniemożliwić wjazd pojazdom z zewnątrz; ponad tysiąc urzędników przeprowadziło inspekcje. Pod koniec miesiąca, jak donosiły chińskie media, został zamknięty klaster recyklingowy, który otrzymał 2 miliony ton zagranicznych odpadów z tworzyw sztucznych i odnotował dochód w wysokości 830 milionów juanów w 2005 roku – większy niż PKB wielu prefektur prowincji Guangdong. Według doniesień import wznowiono wkrótce po wyjeździe inspektorów.
Dostawy do Chin pozostawały bardzo zanieczyszczone. Według Instytutu Przemysłu Recyklingowego aż 30 procent wysyłanych tam odpadów mogły stanowić bezużyteczne śmieci komunalne, nadające się jedynie do spalenia lub wyrzucenia. A jednak opłacało się kontynuować tę procedurę działania – ze względu na skalę. Na każde półtora miliona kilogramów plastikowych odpadów, które Chiny importowały, co najmniej milion kilogramów można było umyć, rozdrobnić i wykorzystać jako surowiec do produkcji nowego plastiku – proces ten, nawet gdy rzekomo działał, wymagał ogromnych nakładów energii i wody oraz uwalniał niezliczone ilości mikroplastiku i toksyn do lokalnych ekosystemów.
Rezultat? Plastik bezczeszczący środowisko w późnych latach 80. w znacznej mierze zniknął z pola widzenia zachodnich społeczeństw pod koniec lat 90.
"Eksport do Chin stał się mirażem, za którym można było ukryć kłamstwo recyklingu tworzyw sztucznych" – powiedział mi Jim Puckett, szef Basel Action Network, organizacji, której celem jest kontynuowanie prac legislacyjnych związanych z konwencją bazylejską. – "Pamiętam, jak na początku lat 90. pojechałem do Azji i byłem przerażony tym, co zobaczyłem. Ale handel tworzywami sztucznymi nie był wówczas zbytnio analizowany. Nie wiedzieliśmy tego, co wiemy teraz, jak toksyczne jest to wszystko".
*Publikujemy fragment książki Alexandra Clappa "Wojna o śmieci. Globalne śledztwo w sprawie brudnego handlu twoimi odpadami" w przekładzie Piotra Królaka, która ukazała się 18 czerwca 2025 roku nakładem Wydawnictwa Szczeliny.