Społeczeństwo
Krzysztof, właściciel firmy recyklingowej w Londynie (fot. mat. prasowe Discovery Channel)
Krzysztof, właściciel firmy recyklingowej w Londynie (fot. mat. prasowe Discovery Channel)

Mieszkańcy Londynu każdego dnia wyrzucają 10 tysięcy ton śmieci, które ktoś musi odebrać, posegregować i zutylizować. Tak się składa, że rekinami tego biznesu stali się Polacy, którzy zamieniają odpady w funty. Ile na tym zarabiają, nie chcą zdradzić, ale przyznają, że powodzi im się całkiem nieźle.

Krzysztof i Artur* prowadzą duże firmy, które dbają, by tysiące ton śmieci generowanych przez mieszkańców londyńskiej aglomeracji nie trafiały na ulicę, lecz do wyznaczonych miejsc. Opowiadają nam o kulisach swojej pracy. Z kolei Łukasz, pracownik Krzysztofa, wspomina czasy, kiedy przyjechał do Londynu, nie znając ani słowa po angielsku.

Krzysiek, szef firmy recyklingowej B&K w Londynie, 45 lat, pochodzi z Małopolski:

- Wyjechałem do Anglii 19 lat temu. Niewielu Polaków próbowało jeszcze wtedy szczęścia w Londynie. Gdy przychodziliśmy z dziećmi do polskiego kościoła, miejsca siedzące znajdowaliśmy bez problemu. Od 2004 roku o miejscu siedzącym można zapomnieć, a język polski słyszy się praktycznie wszędzie, jak na rynku w Krakowie.

W Polsce prowadziliśmy z żoną sieć sklepów spożywczych i odzieżowych. Ale kiedy zaczęły powstawać hipermarkety, drobny handel podupadł. Wyjechaliśmy więc do Anglii, początkowo na próbę. Zostawiliśmy dwójkę dzieci, Klaudię i Mateusza, z dziadkami, bo mieliśmy plan, że popracujemy rok, podreperujemy budżet i wrócimy. Po kilku tygodniach zorientowaliśmy się jednak, że szybko zarobić się tu nie da. Zatrudniłem się jako lakiernik samochodowy, zarabiałem 30 funtów dziennie, a za pokój płaciliśmy 100 funtów tygodniowo. Po kupieniu biletów na cały tydzień zostawało nam na jedzenie jakieś 35 funtów. Wzięliśmy co prawda ze sobą trochę oszczędności, ale i tak było ciężko. Chodziłem głodny, w trzy miesiące schudłem 15 kilo. Kupowaliśmy najtańsze jedzenie, brałem do pracy bułkę z cieniutkim plasterkiem szynki i napawałem się zapachem chińszczyzny na wynos, na którą mogli sobie pozwolić koledzy mający lepsze stawki.

Na szczęście dość szybko pracodawcy zorientowali się, że jestem dobry w tym, co robię, i dostałem sto procent podwyżki. Wtedy trochę nam się poprawiło. Co prawda żona nie pracowała, bo złamała rękę, ale zdecydowaliśmy, że sprowadzimy do Anglii dzieci. Zaoszczędziliśmy na bilety i po sześciu miesiącach przyleciała do nas teściowa z dzieciakami. Wynajęliśmy też do spółki z kolegą dom z trzema sypialniami i uznaliśmy, że jednak zostaniemy dłużej na Wyspach. Zwłaszcza że znalazłem lepszą pracę w firmie recyklingowej i założyłem własną, budowlaną. I tu się zaczyna historia mojej firmy B&K. Zleceń w budowlance było sporo. Remontowaliśmy mieszkania w kamienicach, przerabialiśmy strychy. W trakcie tych prac czasem nawet po kilka dni czekałem na odbiór odpadów, co spowalniało robotę. Pewnego dnia doszedłem do wniosku, że kupię ciężarówkę, którą będę mógł wozić materiały budowlane i wywozić odpady.

Artur i Krzysztof zajmują się recyklingiem na Wyspach (fot. mat. prasowe Discovery Channel)

Po jakimś czasie znajomy zapytał mnie, czy nie wywiózłbym mu odpadów. Wywiozłem. Później zadzwonił kolejny, po nim następny, więc kupiłem drugą ciężarówkę. I tak, w 2004 roku, powstała moja firma recyklingowa. Czy z potrzeby? Powiedziałbym, że z przypadku. W 2006 roku okazało się, że recykling jest w Wielkiej Brytanii bardziej dochodowy niż budowlanka. W 2011 roku, po kryzysie finansowym, dokupiłem ciężarówek, dofinansowałem firmę. Także dzięki rządowym grantom na recykling śmieci.

Pracę zaczynam zwykle o szóstej rano. Około jedenastej robię sobie przerwę i jadę do domu, żeby spędzić trochę czasu z pięcioletnim synem. Moja firma jest największą polską firmą w Anglii. Zatrudniam około osiemdziesięciu osób. Za pięć lat, gdy skończę 50 lat, zamierzamy z żoną wrócić do Polski, a firmę w Anglii przejmie dwoje moich starszych dzieci. Córka studiuje chemię medyczną, a syn inżynierię budowlaną w Polsce, ale w każdej wolnej chwili tu przylatują. I zawsze wtedy pracują w firmie - zaczynali w sortowni, przeszli przez każdy dział. Uczą się krok po kroku.

Moja firma odbiera, sortuje i przerabia na materiały do ponownego wykorzystania odpady budowlane. Z przeprowadzek, remontów. Przerzucamy tego do tysiąca ton dziennie. Za część z tego, co odzyskamy, dostajemy pieniądze i na tym zarabiamy. Moi pracownicy znajdują w tych kontenerach przeróżne rzeczy. Kiedyś po podwórku fruwały nam pieniądze, bo ktoś je wyrzucił. W sumie uzbierało się 1,5 tys. funtów. W śmieciach zdarzają się też cenne meble, telewizory, nowe kuchenki gazowe i mikrofalowe. Kiedyś ktoś wypatrzył wartościowy kredens, który sprzedał potem na eBayu za 700 funtów. Mam taką zasadę, że to, co moi pracownicy w kontenerach znajdą, to ich sprawa. Nie wnikam. Mam dobry, sprawdzony zespół, wzajemnie się szanujemy. 

Zatrudniam Polaków, Rumunów, Słowaków, kilku Anglików. Kluczem nie jest dla mnie narodowość, tylko to, że ktoś chce pracować. Klienci cenią nas za jakość, bo nasze usługi wcale nie są najtańsze na rynku.  Mamy licencje i zaświadczenia, że spełniamy wymagane brytyjskimi przepisami standardy. Jest dobrze, jak jest. Żeby tylko tak zostało.

W odpadach budowlanych Polacy znajdują różne skarby (fot. mat. prasowe Discovery Channel)

Łukasz, ma 34 lata, pochodzi z Pomorza:

- Do Anglii przyjechałem w 2005 roku. Pomyślałem, że zaryzykuję, bo wcześniej wyemigrował mój brat i wielu moich znajomych. Skończyłem technikum gastronomiczne w Tczewie, ale nie chciałem pracować w branży. Poza tym nie miałem na siebie pomysłu.

Gdy przyleciałem do Londynu, kompletnie nie znałem języka. Przez kilka pierwszych miesięcy pracowałem na lotnisku w Heathrow z Hindusami i lepiej znałem ich język niż angielski. Z czasem poznałem angielski, i choć do dziś nie jest on perfekcyjny, to z powodzeniem się dogaduję. Czasem w pracy słyszałem od Brytyjczyków, ile biorę benefitów od ich państwa. Odpowiadałem, że nie wziąłem nawet funta socjalu, i wreszcie dali mi spokój. Zwłaszcza że spora grupa Brytyjczyków żyje z benefitów i mieszka w mieszkaniach komunalnych. A w środku brudno, że hej. Ale to margines.

Pewnego razu na siłowni poznałem pana Darka. Zaproponował mi pracę kierowcy w skupie metali. Zgodziłem się. Nauczyłem się, który metal jak się nazywa i do czego się nadaje. Po dwóch latach przeniosłem się do innego skupu, ale o nim wolałbym nie mówić. Po kolejnej wypłacie zadzwoniłem do Krzyśka, właściciela B&K, i zapytałem, czy kogoś nie potrzebuje. Akurat szukał kierowcy. I tak się zaczęło. Teraz odpowiadam za system przeciwpożarowy i zaopatrzenie firmy. 

Kiedy przyjeżdżam do Polski, widzę, że ludziom żyje się tu lepiej niż kiedyś. Mają ładne domy i drogie samochody. Ale nie każdego stać, żeby jeździł na wakacje 5-6 razy w roku, a to mi się zdarza. Niby głupi wypad na weekend, ale mnie stać. Byłem w Barcelonie, w Czechach, na Ibizie, Majorce, Dominikanie. W Anglii, jak się dobrze pracuje, to można sobie pozwolić na więcej. 

Jeszcze niedawno byłem skłonny wrócić do Polski, ale żona przekonała mnie, że gdybyśmy chcieli w ojczyźnie osiągnąć taki sam standard życia jak na Wyspach, to musielibyśmy pracować dużo ciężej. Trzeba by było nieźle kombinować. Tutaj zresztą, gdy zaczynałem, też pracowałem bardzo ciężko, i to za mniejsze pieniądze. Na Heathrow pakowałem jedzenie do samolotów, pracowałem przy bagażach, sprzątałem w biurach. Potem już wszedłem w te skupy złomu. Tutaj jest tak, że jak komuś praca nie pasuje, to się zwalnia i szybko znajduje nową.

Gdy Łukasz przyjechał do Londynu, nie znał ani słowa po angielsku (fot. mat. prasowe Discovery Channel)

Brytyjczycy mają luźne podejście do pracy. Około 11 wychodzą z biurowców na browara. Nie zawsze wracają z powrotem. Nie stresują się. Jak coś im się nie podoba, zmieniają pracę. Czy mają taką możliwość, bo są Brytyjczykami? Nie, tutaj każdy ma taką możliwość.

Artur, lat 45, szef firmy recyklingowej HAWK, pochodzi z Biskupina na Dolnym Śląsku:

- Przyjechałem do Londynu w 2004 roku. W Polsce bywało różnie. Pracowałem jako kierowca i kierowca-magazynier. Kokosów nie płacili. Nadszedł taki moment, że narobiłem długów i musiałem zacząć je spłacać. W tej trudnej sytuacji miałem jednak sporo szczęścia, bo 12 lat wcześniej do Wielkiej Brytanii wyjechała moja ciocia. Zadzwoniłem do niej, wysłała mi pieniądze na bilet na autobus. Przyjechałem do tego pięknego kraju z myślą, że zostanę trzy, może góra sześć miesięcy, a potem wrócę. Będę miał na spłatę długu, a za resztę spróbuję rozkręcić w Polsce jakiś biznes.

W Anglii szukałem pracy na budowach. Nie było łatwo. Pamiętam, jak malowaliśmy pokoje, a potem szarpaliśmy się z szefami firmy o zapłatę. Pakowałem też kanapki na taśmie, ale była ona taka szybka, że nie nadążałem. Na myjni samochodowej wytrzymałem kilka dni - dniówka to było 25 funtów, ciężko było z tego wyżyć. Po pewnym czasie poznałem Polaka, byłego nauczyciela, który zaczął mi dawać zlecenia w swojej firmie transportowej. Ale płacił tak, że pożal się Boże. Więc zrezygnowałem.

Pierwsze miesiące na emigracji były naprawdę ciężkie. Ciocia wynajmowała z mężem pokój we wschodniej dzielnicy Londynu, a ja mieszkałem z nimi. Warunki były takie, że szkoda mówić. Kilkadziesiąt osób, a tylko jeden prysznic i dwie ubikacje. Możesz sobie wyobrazić, jak to wyglądało rano, kiedy wszyscy startowali do pracy. Myślałem sobie: "Boże kochany, po co ja tu przyjechałem?". 

Któregoś dnia znalazłem w miejscowej gazecie ogłoszenie firmy recyklingowej B&K, która polecała swoje usługi przy wywożeniu odpadów budowlanych. Zadzwoniłem tam i zapytałem, czy nie potrzebują kierowcy. I tak trafiłem na Krzyśka, który dzisiaj jest moim bardzo dobrym kolegą. Powiedziałem, że szukam pracy jako kierowca. Zaproponował jazdę próbną. Nie poszło mi najlepiej, ale Krzysztof zdecydował, że da mi szansę. Wręczył mi też zaliczkę, bo się dowiedział, że nie mam grosza przy duszy. "Tylko mi z tymi pieniędzmi nie ucieknij" - zażartował. Byłem przyjemnie zaskoczony, że tacy ludzie jeszcze się zdarzają. I tak zacząłem pracować u Krzyśka.

Artur przyznaje, że początki życia na emigracji były ciężkie (fot. mat. prasowe Discovery Channel)

Pomału uczyłem się jeździć po Londynie z mapą na kolanach. Musiałem się też przyzwyczaić do lewostronnego ruchu. W pierwszych dniach trzeba uważać, żeby nie przyhaczyć zaparkowanych przy ulicy samochodów albo nie uderzyć w krawężnik, przy próbie zmiany biegów ręka idzie w drzwi zamiast do lewarka, ale po pewnym czasie można się przyzwyczaić.

Praca u Krzyśka bardzo mi się podobała, no i wreszcie zacząłem zarabiać jakieś normalne pieniądze. Mogłem sobie wynająć samodzielny pokój na zachodniej stronie, coś oszczędzić. Później wynająłem ze znajomymi dom i wróciłem do marzeń o własnym biznesie. Początkowo broniłem się przed założeniem firmy wożącej śmieci, ale wreszcie się odważyłem i zapytałem Krzyśka, co on na to, żebym kupił samochód i zaczął pracować na własny rachunek. "Nie ma problemu" - odparł. Znalazłem w Glasgow używanego vana w dobrej cenie. Był zardzewiały i miał słabe hamulce, ale od czegoś trzeba było zacząć. Krzysiek pomógł mi go wyremontować i tak zacząłem swój biznes.

Interes kręcił się coraz lepiej. Zatrudniłem pracownika do pomocy, kupiłem kolejny samochód. Potem jeszcze jeden, wynająłem plac. Klientów przybywało. Pomału, czasem ryzykując, rozwijałem firmę. Dziś mam siedzibę na Wembley, zatrudniam ponad 30 osób. Wozimy gruz, drewno, elementy wyposażenia wnętrz. Sam, gdy na przykład kierowca zachoruje, wsiadam w ciężarówkę i ruszam po śmieci. Raz zdarzyło mi się, że znalazłem w kontenerze sto funtów. Innym razem trafiłem na sprawnego rolexa czy działające sprzęty kuchenne. Moi pracownicy też czasem znajdują pieniądze, cieszą się, że mogą dorobić.

Jakie spostrzeżenia wynoszę z mojej pracy, czyli opróżniania mieszkań? W socjalnych, które zajmują emigranci wszelkich nacji, czasem szafki w kuchniach są tak tłuste, że palec się przykleja. A czasem jest bardzo czysto. Nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Czy Brytyjczycy zazdroszczą mi, że biznes się kręci? Są przyzwyczajeni, że obcokrajowcy prowadzą u nich firmy i nie mają z tym problemu. Czasem odnoszę wrażenie, że wręcz się cieszą, że imigranci wyręczają ich w brudnej robocie. W Londynie większość firm wywożących śmieci prowadzą Irlandczycy i Polacy. Wydaje mi się, że Brytyjczycy świadomie odpuścili ten biznes. Uznali, że to zajęcie nie dla nich.

Rynek śmieci opanowały w Londynie polskie firmy (fot. mat. prasowe Discovery Channel)

Czy tęsknię? Możliwe, że wrócimy z żoną do Polski na emeryturę. Na razie jednak chcemy na nią solidnie zapracować.

* Krzysiek, Artur, Łukasz to bohaterowie programu "Brudna robota - czysty zysk", który można oglądać w środy o godz. 22.00 na Discovery Channel.

Angelika Swoboda . Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER