We wtorek 4 marca obchodzimy Światowy Dzień Otyłości.
Wspomnienie pierwsze. Ma pięć lat. Starsza siostra odbiera ją z przedszkola. Jeden z kolegów woła głośno: "Cześć, gruba!". "Gruba" odpowiada wesoło: "Cześć!". Dopiero siostra uświadamia jej, że to obelga.
Wspomnienie drugie. Podstawówka, gabinet szkolnej pielęgniarki. Siedzi na kozetce blada jak ściana. Znów wymiotowała po przyjściu do szkoły – to czwarty dzień z rzędu. Czeka na rodziców z miską na kolanach. Pielęgniarka mówi: "Jakbyś tyle nie jadła, toby się tak nie działo".
Wspomnienie trzecie. Wizyta u pediatry, bilans na 10., może 13. rok życia. Po badaniu wstępnym pielęgniarka zabiera ją do pomieszczenia obok na ważenie. W tym czasie lekarka przyjmuje kolejną pacjentkę, której towarzyszy druga kobieta. Po chwili pielęgniarka krzyczy: "77 kilo!". Kiedy kilka minut później dziewczynka spotyka w korytarzu dwie panie z gabinetu, jedna z nich mówi: "77 kilo? Boże, to ja jeszcze się nie muszę odchudzać".
– Takie sytuacje mogłabym wymieniać bez końca – mówi Paulina.
Dziś ma 33 lata. Od kilku lat jest szczupła. Pracuje jako psychodietetyczka i pomaga dorosłym zmagającym się z chorobą, z którą ona walczyła od wczesnego dzieciństwa – otyłością. W mediach społecznościowych działa jako Motywatorka i przekazuje treści związane z racjonalnym żywieniem i zdrowym stylem życia. – Życie dziecka z otyłością jest naznaczone wstydem i lękiem, bo nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie atak.
Przezroczysta, ale nie do końca
A ten przychodzi z różnych stron – od rówieśników, ale i dorosłych. I to nie tylko poprzez obelgi, wytykanie wagi, popychanie, plucie, rzucanie plecakiem. Dla dzieci była przezroczysta – nikt nie chciał jej w swojej drużynie. Dorośli za to nie przegapili żadnej okazji, żeby jej powiedzieć: "Ziemniaczki to raczej nie dla ciebie". Zwłaszcza jeśli przy stole siedziało akurat 20 osób.
Po latach najbardziej boli to, czego doświadczyła od bliskich.
– Mam 10 lat i słyszę od mamy, że jestem gruba i powinnam schudnąć. Albo od babci – że nie powinnam się czesać w jakiś sposób, bo to tylko pogrubia mi twarz. Idę do pokoju, płaczę w poduszkę, a za godzinę jak gdyby nigdy nic jestem wołana na obiad. Typowy polski: z kotleta wycieka tłuszcz, sos zagęszczony mąką. Jak odmawiam albo już jestem tak najedzona, że nie mogę w siebie nic wcisnąć, słyszę: "Tak się napracowałam, zjedz, przecież ja to dla ciebie ugotowałam" – opowiada. I dodaje: – Żyjesz w chaosie, bo w jednym momencie mówią ci, że wyglądasz jak świnia, i czujesz, że cię chyba nienawidzą, a za chwilę ci każą jeść i mówią, że w ten sposób okazują ci miłość.
Ze wszystkich stron otyła Paulinka, bez względu na to, czy miała lat 10, czy 16, otrzymywała w zasadzie jedną radę w różnych odsłonach: schudnij.
– Czego ode mnie oczekiwano? Miałam się spakować i pójść do dietetyka? Zacząć sama dla siebie gotować zdrowiej? – zastanawia się. – Całą odpowiedzialnością obarczano mnie – ubolewa.
Otyłość to prawdziwa pandemia
Dane są bezlitosne. Według Narodowego Funduszu Zdrowia z otyłością zmaga się 13 proc. chłopców i 5 proc. dziewczynek poniżej 20. roku życia, a z nadwagą – 31 proc. chłopców i 21 proc. dziewcząt.
Z danych Polskiego Towarzystwa Leczenia Otyłości z 2024 roku wynika, że w Polsce nadwaga lub otyłość występują u prawie 19 proc. chłopców i 14 proc. dziewcząt w wieku szkolnym oraz 12 proc. chłopców i 10 proc. dziewcząt w wieku przedszkolnym. W znacznej większości to otyłość alimentacyjna, czyli wynikająca z nadmiernej podaży kalorii.
Raport WHO "Childhood Obesity Surveillance Initiative" z 2022 roku pokazał za to, że Polska jest na ósmym miejscu pod kątem odsetka dzieci w wieku 7–9 lat z nadwagą lub otyłością – zmaga się z nimi niemal jedna trzecia z nich. Jesteśmy wśród krajów, w których liczby rosną najszybciej. Z czego to wynika?
– Przede wszystkim z niewielkiej wiedzy i braku świadomości, co doprowadza do rozwoju choroby – twierdzi prof. Paweł Matusik, pediatra i endokrynolog, kierownik Oddziału Klinicznego Pediatrii, Otyłości Dziecięcej i Chorób Metabolicznych Kości Wydziału Nauk Medycznych w Katowicach Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, prezes Polskiego Towarzystwa Otyłości Dziecięcej.
A co sprawia, że u dziecka występuje otyłość?
– Czynniki ryzyka występują już w życiu płodowym: otyłość u matki, zbyt duży przyrost masy ciała w trakcie ciąży, cukrzyca ciążowa, poród przez cięcie cesarskie, karmienie sztuczne zamiast naturalnego – wymienia. – Wpływ może mieć również nieprawidłowe rozszerzanie diety: zbyt wczesne wprowadzanie cukrów prostych, np. w postaci soków lub przekąsek, brak tzw. uważności, tzn. zbyt szybkie tempo posiłku, odwracanie uwagi, np. jedzenie podczas tzw. screen time – tłumaczy.
– Z moich obserwacji wynika, że najczęściej popełnianym błędem jest przekarmianie dziecka, co w dłuższej perspektywie sprawia, że nie umie ono rozpoznać, kiedy jest głodne, a kiedy syte. Zaczyna się to na etapie niemowlęctwa, kiedy do uspokojenia malucha mamy używają butelki lub piersi, i trwa dłużej. Przychodzą do mnie dwulatki, które jedzą porcje dziesięciolatków. Rodzic bardzo się cieszy, że dziecko zjada kotlet taki jak tata, zachęca go do tego, ale dziecko na tym etapie nie powinno tyle jeść – zaznacza dr hab. n. med. Agnieszka Kozioł-Kozakowska, dietetyk kliniczna współpracująca z Międzyklinicznym Ośrodkiem Leczenia Otyłości Dziecięcej w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie, członek założyciel PTOD. – W końcu dochodzą inne błędy: wysokokaloryczne przekąski, niejedzenie śniadań, długie przerwy między posiłkami, bardzo duże porcje spożywane po takiej długiej przerwie, jedzenie późno i oczywiście brak ruchu. Czyli wszystko to, co robimy my jako dorośli, a co przekazujemy dzieciom – dodaje.
Do tego dochodzą czynniki psychologiczne, które w rozwoju otyłości – również u dzieci – są kluczowe.
– Bywa tak, że uwaga rodziców skupiona jest na jakimś aspekcie ich życia, np. pracy, rozwodzie, chorobie innego członka rodziny, przez co mogą mniej czasu poświęcać dziecku i mniej uwagi kierować na przestrzeganie zasad zdrowego trybu życia. Zdarza się również tak, że rodzice, mniej lub bardziej świadomie, modelują nieprawidłowe zachowania zdrowotne u swoich dzieci – tłumaczy dr Kamila Czepczor-Bernat, psycholożka, psychodietetyczka, konsultantka psychologiczna Oddziału Klinicznego Pediatrii, Otyłości Dziecięcej i Chorób Metabolicznych Kości Wydziału Nauk Medycznych Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Jak wyjaśnia: – Rodzice i dziadkowie sami mogli nie zostać nauczeni, jak postępować i stawiać granice w świecie z nieograniczonym dostępem do jedzenia, gier komputerowych, social mediów, bajek.
Dodaje: – Zdarza się również, że dzieci traktują jedzenie jako strategię radzenia sobie z trudnymi emocjami, wynikającymi np. z napięć w rodzinie czy problemów w grupie rówieśniczej. Są też dzieci, które doświadczyły traumy i ukojenia szukać mogą w jedzeniu. Badania potwierdzają, że doświadczenie traumatycznych wydarzeń w dzieciństwie zwiększa ryzyko rozwoju nadwagi i otyłości we wczesnej dorosłości.
System kuleje
Co sprawia, że tempo, w którym wzrasta liczba dzieci z nadwagą i otyłością w Polsce, plasuje nas w czołówce Europy? Prof. Matusik tłumaczy: – System kuleje. Wciąż nie mamy możliwości objąć dziecka kompleksową opieką w ramach NFZ, bo oficjalnie nie ma poradni specjalistycznych w tym zakresie. Do dietetyka na NFZ możemy skierować pacjenta tylko w szczególnych przypadkach [musi mieć stwierdzone powikłania otyłości, takie jak cukrzyca czy nadciśnienie, i być objęty tzw. opieką koordynowaną, co w przypadku dzieci jest możliwe dopiero od lipca 2023 roku – przyp. red.]. Brakuje rzetelnej edukacji zdrowotnej już w szkołach. Ale problem tkwi także gdzie indziej. Otyłość to chyba najprostsza do rozpoznania choroba na świecie, tymczasem wśród osób do 18. roku życia zaledwie 1–1,5 proc. z nich ma taką adnotację w karcie zdrowia. Wiemy z badań, że tych przypadków jest w rzeczywistości znacznie więcej. Czyli ewidentnie coś nie działa.
O nieskuteczności systemu leczenia zaburzeń metabolicznych wynikających m.in. z otyłości u dzieci i młodzieży alarmowała Najwyższa Izba Kontroli już w 2021 roku. Raport wskazywał, że było to pokłosie błędów diagnostycznych, przestarzałych metod terapii, a przede wszystkim – braku dostępu do leczenia, wynikającego głównie z braku specjalistów. Wiele do życzenia pozostawiały podstawowe badania pozwalające na wczesne wykrycie nadwagi lub otyłości takie jak bilanse – w latach 2018 i 2019 objęto nimi zaledwie 60 proc. młodych pacjentów. Brakowało też działań profilaktycznych – w okresie, który obejmował raport NIK, wiele poradni nie wydało na nie ani złotówki i ograniczało się do rozdawania broszur informacyjnych firm farmaceutycznych.
Chipsy schowane w szufladzie
W ramach systemu otyłość leczy 11-letni Kajtek (imię zmienione). Z chorobą zmaga się od co najmniej sześciu lat.
– Już w przedszkolu po jednym z ważeń dostałam informację, że Kajtek ma nadwagę – wspomina jego mama Eliza (imię zmienione).
Od początku była świadoma, że chłopiec może mieć tego rodzaju problemy – urodził się duży: ważył 4 kg, mimo że przyszedł na świat trzy tygodnie przed terminem. Co więcej, ona walczy z otyłością I stopnia, dotyczyło to również przez większość dzieciństwa jej pierwszego syna. – Wyrósł z tego, więc mam nadzieję, że i Kajtek wyrośnie – przyznaje.
Dziś chłopiec ma 147 cm wzrostu, waży 65 kg. To otyłość I stopnia.
– Uważam, że u niego duże znaczenie mają emocje. Problemy zaczęły się, kiedy zauważył, że jego biologiczny ojciec wyraźnie nie ma ochoty utrzymywać z nim kontaktu – twierdzi mama Kajtka. – Efekt jest taki, że on nie je, tylko się obżera. Co chwila szuka czegoś do jedzenia. Zje obiad i zaraz otwiera lodówkę. Je wieczorem, jak zresztą mój partner, mimo że o 17 jemy rodzinnie dużą, zwykle dwudaniową obiadokolację. A ja nie jestem w stanie go ciągle pilnować – przyznaje. I dodaje: – Staram się gotować zdrowiej, ale on nie chce jeść owoców, warzywa też niechętnie. Mówi, że go gryzą. Zachęcam go, żeby do szkoły brał owoc albo jogurt z płatkami owsianymi, które mu przygotowuję w słoiczku. I niby bierze. Ale czy to zjada?
Pediatra chłopca stara się pomóc. Skierowała go na najważniejsze badania, żeby wykluczyć problemy hormonalne i rozpoznać ewentualne powikłania. Takich na szczęście nie stwierdzono. Przekazała ogólne zalecenia dietetyczne. Skierowała go też dwukrotnie na turnus redukujący masę ciała w ramach NFZ.
– Syn wrócił stamtąd o kilka kilo szczuplejszy, ale wszystko wróciło z nawiązką – przyznaje Eliza.
W ostatnim czasie z jej inicjatywy chłopiec zaczął korzystać z pomocy psychologa w ramach miejskiego programu przeciwdziałania otyłości. Kobieta rozważa również konsultacje psychodietetyczne. Jednocześnie stara się zachęcić syna do aktywności ruchowej.
– Wychodzimy z nim na spacery, rower, basen, trampoliny. Bardziej kontroluję też jego kieszonkowe, bo zorientowałam się, że wydaje pieniądze na niezdrowe przekąski. Któregoś razu sprzątałam jego pokój, otworzyłam jedną z szuflad, a tam było pełno pustych torebek po chipsach i opakowań po ciastkach. Teraz mamy umowę, że chipsy może kupić raz w miesiącu i ja o tym muszę wiedzieć – opowiada.
"Dziecku będę żałować?"
Dlaczego racjonalne, zdrowe żywienie ma tak duże znaczenie już na wczesnym etapie dzieciństwa? – Do trzeciego roku życia tworzy się najwięcej komórek tłuszczowych. Nie da się ich później naturalnie pozbyć, można zmienić tylko ich objętość. Jeśli więc wygenerujemy ich dużą liczbę w dzieciństwie, to stwarzamy dogodne warunki do tycia w przyszłości – mówi dr hab. Agnieszka Kozioł-Kozakowska.
Tymczasem popełniamy wiele błędów.
– Jemy nie dlatego, że jesteśmy głodni, ale dlatego, że mamy na coś ochotę. I tego uczymy dzieci – zwraca uwagę dr hab. Agnieszka Kozioł-Kozakowska.
Podkreśla też, że wiele osób stosuje jedzenie jako metodę na pocieszenie czy nagrodę. – Kiedy dziecko jest smutne, ale też gdy odniesie sukces, zabieramy je do McDonalda albo na pizzę. Mama jednego z moich pacjentów przyznaje, że jak ma ono gorszy czas, to wciąż, mimo moich wskazówek, daje mu coś słodkiego. Zwłaszcza starszemu pokoleniu trudno zrozumieć, że jeśli nie oferujemy dzieciom słodyczy, to nie robimy im krzywdy. W efekcie słyszę wielokrotnie: "Dziecku będę żałować?".
– Nie bez znaczenia są przekazy międzypokoleniowe, które w sobie niesiemy, np. przekonanie, że talerz po skończonym posiłku musi być pusty, bo jedzenia nie wolno marnować, czy postawa, że poprzez przygotowanie jedzenia okazuje się miłość i należy to uszanować, zjadając wszystko. Warto pamiętać, że uporczywe namawianie do zjedzenia i używanie argumentów typu: "Nie rób mi przykrości, zjedz", nosi w gruncie rzeczy znamiona przemocy emocjonalnej – zaznacza dr Kamila Czepczor-Bernat.
Omawiając skrajne przypadki, wspomina jednego ze swoich pacjentów, nastolatka, który mieszkał z mamą, ojczymem i dziadkami. – Mama chłopca przyznała, że ze strony dziadków wmuszanie jedzenia i argumenty odwołujące się do emocji miały notorycznie miejsce, a rozmowy nie przynosiły skutku. Przyznała też ze łzami w oczach, że sama przeszła operację bariatryczną, o której nikt nie wiedział. Stwierdziła wręcz, że rodzice ją od dzieciństwa tuczyli, a teraz to samo robią jej synowi. I czuje się całkowicie bezradna.
Jedna ulubiona bluza
Eliza zauważa, że Kajtek zaczyna się wstydzić swojego ciała. Tego, że spodnie są dobre w pasie, ale mają zdecydowanie za długie nogawki. I że koszule kupowane na dziale męskim – żeby dopasować obwód – mają za długie rękawy.
– Upatrzył sobie jedną luźną czarną bluzę i chodzi tylko w niej. Po szkole ją regularnie pierze, a potem suszy, żeby następnego dnia móc ją założyć – opowiada.
Nie chce też rozbierać się na basenie przy kolegach z klasy. Eliza jest przekonana – choć syn nigdy nie powiedział jej tego otwarcie – że nieraz usłyszał przykre słowa od rówieśników. W pewnym momencie zaczął nawet mówić, że nie chce chodzić do szkoły. Nie chce też jechać na coroczne kolonie nad jeziorem.
– Zdarza się, że wchodzi na wagę, widzi, że znów coś mu przybyło, i mówi: "Mamo, ja to mam po tobie". A ja mu wtedy mówię: "Kajtek, ja mam ponad 40 lat, urodziłam troje dzieci, a ty masz dopiero 10 lat. Ty naprawdę musisz coś z tym zrobić" – opowiada.
Bo przecież w otyłości nie o defekt estetyczny chodzi.
– Ale do niego nie dociera, jakie otyłość może mieć powikłania. Nie robi na nim wrażenia, że ma od dłuższego czasu cukier we krwi na granicy normy, że grozi mu cukrzyca czy nadciśnienie. Czasem mi po prostu ręce opadają – przyznaje Eliza.
Otyłość dzieci to odpowiedzialność rodziców
– Na otyłość nie da się przepisać tabletki, nie ma tu prostego rozwiązania. Potrzebne jest interdyscyplinarne podejście: opieka lekarza pediatry, psychologa, dietetyka, fizjoterapeuty. Co więcej, chodzi o trwałą zmianę pewnych nawyków, a żeby było to skuteczne i przyniosło zdrowotną korzyść dla dziecka, musi dotyczyć nie tylko jego samego, ale i całej jego rodziny – podkreśla dr hab. Agnieszka Kozioł-Kozakowska.
Zaznacza, że wciąż zaskakuje ją, kiedy rodzice spychają odpowiedzialność za problem i jego rozwiązanie na dzieci.
– Zawsze pytam rodziców w trakcie wywiadu, czy ich dzieci jedzą np. obiady w szkole. Jedna z mam przy mnie dopytywała o to córkę. Nie pytała, czy dziewczynka zjada posiłki, które ma wykupione, ale czy w ogóle ma je wykupione! Okazało się, że nie. I mama była tym bardzo zaskoczona – opowiada.
Inny przykład? – Miałam 14-letniego pacjenta, który ważył 180 kg. Chłopak bardzo lubił keczup. W trakcie leczenia, zwłaszcza na początku, staramy się wypracowywać pewne kompromisy z pacjentami, żeby zmiana nawyków była w ogóle możliwa. Zaproponowałam mu więc, żeby jadł łyżkę keczupu dziennie. "Ale jak to?" – usłyszałam pytanie. Okazało się, że on zjadał całe opakowanie na raz. Jego tata był równie skonsternowany moim zaleceniem, jak on sam.
Dr hab. Agnieszka Kozioł-Kozakowska zaznacza: – Otyłość dziecka, jeśli nie wynika z choroby, zawsze jest odpowiedzialnością rodziców, bo to oni decydują o żywieniu swoich dzieci. Świat, w którym żyjemy, nie pomaga w kształtowaniu prawidłowych nawyków żywieniowych, ale rola rodzica jest tu wciąż kluczowa.
Sałata z pomidorkami dla wszystkich
Magdalena Marciniszyn, pediatra, która specjalizuje się w leczeniu dzieci z otyłością, w internecie propagująca wiedzę na ten temat jako Kobieta Pediatra, uważa, że choroba dzieci to jednak nie do końca wina rodziców.
– To my, specjaliści różnych dziedzin, na odpowiednim etapie nie przekazujemy społeczeństwu wiedzy koniecznej do zdrowego wychowania potomstwa – twierdzi.
Przyznaje jednocześnie, że trudno jest namówić rodziców do zaangażowania się w proces leczenia. Opowiada: – Do mnie zgłaszają się rodzice, którzy już wiedzą, że ich dziecko ma problem, i są zdecydowani działać. A mimo to kiedy na pierwsze spotkanie zapraszam tylko ich, bo chcę najpierw dowiedzieć się jak najwięcej o ich motywacji i funkcjonowaniu rodziny, nie ukrywają zaskoczenia. "Przecież to dziecko jest chore, nie my!" – słyszę. Wielu z nich chce, żeby ich dziecko było ładne i szczupłe, bo "zaraz będzie studniówka" albo "idzie do nowej szkoły". Oni oczywiście, jeśli będzie trzeba, wykupią lek, zamówią wizytę, kupią awokado. Ale niekoniecznie chcą wprowadzać zmiany w swoim życiu.
– Jeśli rodzice nie mają siły i chęci na zmiany, to niech nie oczekują tego od swojego dziecka, bo ono na nich patrzy i z nich bierze przykład. I jeśli będzie miało jeść sałatę z pomidorkami koktajlowymi, a w lodówce będzie pasztet i ser żółty, to ono zje kanapkę z serem i pasztetem, a nie będzie jadło tej sałaty jako jedyny członek rodziny – zaznacza Magdalena Marciniszyn.
Według dr Kamili Czepczor-Bernat rodzice mają czasami przekonanie, że dziecko lekceważy problem, leczenie i ich samych, jeśli np. podjada słodycze w tajemnicy przed rodzicami.
– Trudno ich przekonać, że to ukrywanie "papierków" może wynikać z odczuwanego przez dzieci wstydu. Wstyd, samotność, przekonanie o własnej niedoskonałości towarzyszą dzieciom zmagającym się z otyłością każdego dnia. Ze względu na to mogą wycofywać się ze sfer, w których dotychczas odnajdywały radość. Wystarczy kilka niewybrednych uwag rówieśników albo komentarz nauczyciela od WF: "Długo jeszcze będziemy na ciebie czekać?", kiedy uczeń ostatni dobiega do mety. Dzieci z otyłością potrzebują wsparcia i obecnego, uważnego dorosłego, najlepiej rodzica – zaznacza ekspertka.
Dlaczego to takie ważne? Choroba otyłościowa zwiększa ryzyko wystąpienia zaburzeń psychicznych – z badań wynika, że prawie 10 proc. dzieci z otyłością ma depresję. Znacznie więcej zmaga się z pojedynczymi jej objawami, m.in. obniżonym nastrojem, trudnościami ze snem, niskim poczuciem wartości, przygnębieniem, apatią.
– Ale to nie koniec – przestrzega dr Kamila Czepczor-Bernat. – Wśród takich dzieci i nastolatków często rozwijają się zaburzenia odżywiania, również anoreksja i bulimia. Bywa, że trudno rozpoznać, kiedy silna, często początkowo prawidłowa motywacja zamienia się w chorobliwe, zagrażające zdrowiu i życiu odchudzanie. Co jednak najważniejsze, wartość człowieka nie zależy od jego masy ciała. Każdy z nas zasługuje na wsparcie i szacunek.
Operacja to ostateczność?
Eksperci przestrzegają: coraz większa postać otyłości występuje u coraz młodszych dzieci.
– Mam w opiece nastolatków, których masa ciała przekracza często 100 kg, u których choroba rozwija się od wczesnego dzieciństwa, często od niemowlęctwa – mówi dr hab. Agnieszka Kozioł-Kozakowska.
Odpowiedzią może być operacja bariatryczna. W Polsce u dzieci wykonywane są one od 2013 roku w warszawskim Centrum Zdrowia Dziecka i Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. Niedawno do tych ośrodków dołączył Międzykliniczny Ośrodek Leczenia Otyłości Dziecięcej w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie. Operacje takie mogą przejść pacjenci, którzy mają BMI powyżej 40 lub powyżej 35 przy jednoczesnej diagnozie powikłań. Do tej pory wykonano ich około 100. Najmłodsza pacjentka miała 13 lat.
– To nie jest tak, że chcemy brać na stół każdego pacjenta, który do nas trafia. Ale obecnie co czwarte dziecko z otyłością choruje na otyłość III stopnia. Taka diagnoza sprawia, że powinniśmy rozważyć operację bariatryczną. Ale oczywiście nie można nią pacjentów straszyć ani też traktować jej jako dające stuprocentową pewność rozwiązanie problemu. To metoda terapeutyczna o wysokiej skuteczności, ale to wciąż tylko element procesu leczenia. To, co się dzieje z pacjentem później, jak jest zaopiekowany i jaką motywację ma on sam i jego rodzice, to czynniki kluczowe – podkreśla prof. Matusik.
Opowiada o jednej ze swoich pacjentek. Dziewczynka ważyła w krytycznym momencie 150 kg. Dzięki operacji nie tylko zredukowała masę ciała, ale też spełniła swoje marzenie o jeździe konno. Ale nie zawsze historie mają happy end.
– Mam też pacjenta z podobną początkową masą ciała, który po operacji uzyskał znaczną poprawę, ale nie udało mu się i jego rodzinie wdrożyć trwałych zmian. Masa ciała wróciła do stanu początkowego – przyznaje. – I to jest przykład na to, dlaczego tak ważna jest praca z psychologiem i psychodietetykiem, również po operacji.
Dodaje: – To, jak poważne są konsekwencje otyłości u dzieci, wciąż do nas nie dociera, być może przez to, że są mocno odsunięte w czasie. Jest około 70 proc. szans, że nastolatek z otyłością III stopnia będzie dorosłym z najcięższą postacią otyłości. W zależności od tego, kiedy dziecko zaczęło chorować i jaki jest stopień choroby, jego życie może być krótsze nawet o 17 lat w stosunku do osób z populacji ogólnej. Inne dane pokazują, że taki pacjent ma 65 proc. szans na dożycie 70. roku życia. Jego życie będzie bardzo trudne, bardzo zmedykalizowane. Jaki z tego wniosek? Diagnoza otyłości u naszego dziecka powinna nas mobilizować do działania tak jak diagnoza nowotworu.
Więcej luzu
Paulina ma dziś pięcioletnią córkę. Czego nauczyło ją jej doświadczenie, co przenosi do relacji z dzieckiem?
– Wszystko, co związane z jedzeniem, jest u nas na dużym luzie. Kiedy z obiadu chce zjeść trzy kęsy, to OK. Mówię jej: Będziesz głodna za dwie godziny, wtedy przyjdziesz i zjesz. Co za tym idzie, nie ma u nas zasady pustego talerza. Nigdy nie wiążę jedzenia i emocji, zwłaszcza moich, nie wywieram presji, że ja coś dla niej robię i ona powinna to zjeść w ramach wdzięczności i docenienia mojej pracy. Córka uczestniczy w gotowaniu, nie wyganiam jej z kuchni – opowiada.
Stawia też na edukację żywieniową. – Rozmawiamy o tym, że istnieje jedzenie zdrowe oraz takie, które jest dla nas mniej korzystne. I w końcu nie ma też u nas tabu, w jej diecie zdarzają się "produkty rekreacyjne", a słodycze nie są żadnym wydarzeniem. Ale ponieważ pracuję nad jej świadomością żywieniową, to ona sama jest w stanie podjąć decyzję, czy chce zjeść słodycz, czy nie. I naprawdę nie zawsze przedkłada czekoladę nad orzechy.
Lena Gontarek. Dziennikarka, redaktorka. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Pisze o tym, co ją porusza: dyskryminacji, wykluczeniu, relacjach międzyludzkich, a odkąd została mamą - również macierzyństwie i rodzicielstwie. Usłyszane historie najchętniej opowiada w formie reportaży i wywiadów. W życiu i pracy kieruje się zasadą szacunku dla każdego człowieka.


